poniedziałek, 20 października 2014

31. A lover on the left, a sinner on the right..

A lover on the left, a sinner on the right*

Milena


Dwa dni wcześniej... 

        Karolina nie zamierzała dłużej zostać w Polsce, więc Harry i Louis zarezerwowali jej miejsce w samolocie wylatującym jeszcze dzisiaj po południu. Domyślałam się, że dziewczyna chciała jak najszybciej wrócić do, potrzebującego jej, Liama. Byłam ciekawa w jakim stanie znajdował się teraz ten nieszczęsny mężczyzna. Postanowiłam sobie, że gdy tylko znajdę się znów w Londynie odwiedzę go jak najszybciej. Wiązało się to z poproszeniem Karoliny o jego adres, ale jej reakcja, gdy udałam się do niej z ową prośbą była jak najbardziej pozytywna. Uściskała mnie mocno i uśmiechnęła się z wdzięcznością, a potem zapisała adres Liama, który schowałam od razu do portfela. 
        Pomachałyśmy z Kornelią Karolinie, gdy przeszła przez odprawę, na co ta odpowiedziała nam wysuniętym w górę kciukiem, po czym zniknęła za rogiem. Uśmiechnęłam się słabo, myśląc nad tym, że za dwa dni to ja będę przechodzić przez owe bramki. Decyzja, która podjęta była wyłącznie w afekcie, ciągnęła się teraz za mną, przywołując sprzeczne myśli. Kornelia tryskała szczęściem, nie odstępowała Louis’ego na krok, ja natomiast unikałam Harry’ego jak ognia. Nie chciałam, by myślał, że zrobiłam to dla niego. O nie. Zrobiłam to, by polepszyć swoją jakość życia. Zrobiłam to, bo pragnęła tego Kornelia, bo spełni to nasze marzenie o mieszkaniu w Londynie. Ale na pewno nie zrobiłam tego dla Harry’ego. 
        Oszukujesz samą siebie, Smyk. Wiesz doskonale, że Styles był głównym powodem, słyszałam denerwujący głosić, gdzieś z tyłu głowy. Otrząsnęłam się szybko z tych myśli i spojrzałam na Kornelię, która chwytała właśnie dłoń Louis’ego i kierowała się do wyjścia z małego poznańskiego lotniska. Harry już przestał próbować mnie dotykać. Od czasu naszej rozmowy, która odbyła się cztery dni temu unikałam bliskości z nim, jak ognia. Powoli zaczynałam żałować, że tak niewiele potrzebował, by przekonać mnie do podjęcia tej lekkomyślnej decyzji. Moment, w którym straciłam panowanie nad sobą przechylił szalę. Moment, w którym spojrzał na mnie z tak głębokim uczuciem, taką tęsknota. Czy to możliwe, że był to ten sam facet, który w czasie naszego pierwszego spotkania bezczelnie zasugerował, że z łatwością wskoczę mu do łóżka? 
        Ruszyłam za różową czupryną, pozostawiając Harry’ego za sobą. Usłyszałam jego przeciągłe westchnienie, a potem odgłos powolnych kroków. Odruchowo odwróciłam się w jego stronę, by pochwycić tęskne spojrzenie. Przeniosłam pospiesznie wzrok na jakiegoś faceta, idącego obok Harry’ego. Czy mi się przewidziało czy on właśnie się zaśmiał? Mój wzrok ponownie padł na wysokiego mężczyznę. Patrzył w podłogę, uśmiechając się krzywo. Gdy zauważył, że wpatruję się w niego z wyrazem szoku na twarzy, przyspieszył kroku, by zrównać się ze mną. 
        - Wiesz, że długo to nie potrwa, prawda? - zapytał, a ja nie miałam pojęcia, o co mogło mu chodzić. Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego, jak na idiotę. 
        - Nie rozumiem? - odpowiedziałam szczerze, próbując zwiększyć dystans między nami. Nie pozwolił na to. Położył rękę na moich plecach, a ja poczułam tysiące gorących iskierek wychodzących z tego miejsca. 
        - Możesz mnie unikać, możesz być obrażona, ale w końcu się poddasz - szepnął mi do ucha, a ciepły oddech owiał skórę mojej szyi, przyprawiając mnie o ciarki. Poruszyłam nerwowo ramionami i wyplątałam się z jego objęcia. 
        - Poddam się? - warknęłam, czując, że ta jego gierka coraz bardziej zaczyna mnie irytować. 
        - Tęskniłaś za mną. Za moim dotykiem - jakby na potwierdzenie swoich słów, przeciągnął opuszki palców po mojej obnażonej szyi. Zadrżałam, łapiąc ciężko powietrze w płuca. Rozejrzałam się nerwowo wokół siebie. Kornelia i Louis wsiadali właśnie do Maserati. Spojrzałam na Harry’ego bez emocji, próbując ukryć to, jak działały na mnie jego słowa i gesty. 
        - Zdaje ci się. Robię to tylko dla Kornelii - syknęłam, wskazując głową, na przyciemnione szyby jego samochodu. - I dla kasy - dodałam, wiedząc, że słowa wychodzące z moich ust były nieco brutalne. Pokręcił głową, mrużąc przy tym oczy. 
        - Gówno prawda. Pocałowałaś mnie, jak tylko znalazłem się w kawiarni - zaczął, zatrzymując nas w połowie kroku. Wyrwałam ramię z jego uścisku i zaśmiałam się sztucznie 
        - Nawał emocji, nie myślałam racjonalnie - wzruszyłam ramionami 
        - Tuliłaś się do mnie zaraz po podjęciu decyzji - odwarknął. Zacisnęłam pięści. Naciskał zbyt mocno, wiedział zbyt wiele. Dlaczego facet, którego znam tak krótko, potrafił przejrzeć mnie tak łatwo? 
        - Ponownie. Emocje - odparłam beznamiętnie, starając się pokazać, że jego mała gierka nie robiła na mnie wrażenia. 
        - Teraz też odczuwasz te emocje? - zapytał, wysyłając mi tajemniczy półuśmiech. 
        - Nie? - skrzywiłam się, zdezorientowana, a Harry spojrzał wymownie w dół. 
        - Więc mnie puść - powiedział, wyraźnie nie mogąc powstrzymać, bijącej od niego, satysfakcji. Spojrzałam w miejsce, na którym ulokowany był jego wzrok i zdziwiona ujrzałam nasze dłonie splecione szczelnie. Palce skrzyżowane były w geście, co najmniej, czułym. Szarpnęłam się szybko, czując jak na policzki wpływa mi rumieniec. Zamrugałam kilka razy, patrząc z odrazą na swoją zdradziecką dłoń. Kiedy to się stało? Prawdopodobnie, gdy próbowałam wyszarpnąć z jego uścisku swoje ramię. Głupia, skarciłam się w duchu i pokręciłam głową. 
        - Zwykła nieuwaga - nie wiedziałam dlaczego się tłumaczę. Nie wiedziałam dlaczego chciałam go przekonać, że nic do niego nie czuję. Moje kłamstwo było tak bardzo jasne, a on świetnie zdawał sobie z niego sprawę. 
        - Mów sobie co chcesz. W Anglii będziesz moja - syknął mi do ucha i wyminął mnie, siadając, jak gdyby nigdy nic, za kierownicą Maserati. Oho, tutaj się chował nasz bezczelny Harry. Paznokcie wbijały mi się we wnętrze dłoni od siły zaciskania pięści. Podeszłam sztywnym krokiem do auta i otworzyłam tylne drzwi, ale miejsce, które zwykle zajmowałam, okupowane teraz było przez Louis’ego, który obejmował czule Kornelię. Warknęłam w złości i szarpnęłam drzwi od strony pasażera. Usiadłam po lewej stronie Harry’ego, a gdy wyciągnął dłoń, by położyć ją na moim udzie, strzepnęłam ją bezceremonialnie i skrzyżowałam ręce na piersi. 
        - Wiesz, że jeszcze mogę zmienić zdanie - powiedziałam do niego, a w aucie zapadła głucha cisza. Harry spojrzał na mnie,a w jego oczach przez chwilę tliła się obawa, zastąpiona potem przez chytry uśmiech. 
        - Wcale tego nie chcesz - powiedział pewnie i odpalił silnik samochodu. Parsknęłam sztucznym śmiechem i otworzyłam usta nie dowierzając jego słowom. 
        - Zawsze taki pewny siebie, co? - rzuciłam ironicznie, patrząc na mijające nas samochody. 
        - Zawsze taka uparta, co? - zakpił, a mnie przypomniały się chwilę droczenia się w Galvin At Windows, czy tej pamiętnej, ostatniej nocy zaraz po… Spojrzałam na Harry’ego przymglonym wzrokiem, przypominając sobie, jak przycisnął mnie do ściany w garderobie, jak szeptał podniecające sprośności do mojego ucha. Poczułam gorąco wypełniające moje policzki i ścisnęłam mocno uda. Och, Styles, dlaczego tak zjebałeś? Było idealnie… myślałam, patrząc na jego przystojny profil. 
        - Ach! - podskoczyłam wyrwana z myśli, na dźwięk głosu Kornelii. Spojrzałam za siebie w zdziwieniu, myśląc, że może Louis wywołał owy krzyk, ale dziewczyna patrzyła na mnie z widoczną w oczach ekscytacją. 
        - Nasi znajomi… Organizują jutro spotkanie pożegnalne. No wiecie, bo nie wiadomo, kiedy wrócimy do Polski… Nagle zebrało im się na sentymenty. Może… Może też wpadniecie? - zapytała lękliwie, a ja zmarszczyłam nos. 
        - Kornelia, do cholery! Dlaczego chcesz zrujnować ostatnią imprezę tutaj? - warknęłam do niej po polsku. Harry i Louis spojrzeli po sobie zdezorientowani, a Louis wzruszył ramionami i wydał z siebie kilka szeleszczących dźwięków, które prawdopodobnie miały być kiepską imitacją języka polskiego. Harry zachichotał cicho, a ja rzuciłam Tomlinsonowi mordercze spojrzenie. 
        - Ogarnij się, Milena. Przestań się dąsać. Decyzja została podjęta, lecimy do Anglii, więc po prostu się z tym pogódź. To w końcu ty zadecydowałaś - w tonie Kornelii wyraźnie słyszalna była skarga. Przekręciłam oczami i załamałam ręce. 
        - Nie wybaczyłabyś mi, gdybym tego nie zrobiła. Gdybym odmówiła, nie dałabyś mi żyć. Nie mogłaś oderwać rąk od… od niego. - specjalnie nie użyłam imienia Lou, żeby nie pytał o temat naszej rozmowy. Dopiero po chwili zrozumiałam, że popełniłam błąd. Oczy Kornelii błysnęły łzami, a ja poczułam nieznośne ukłucie poczucia winy. 
        - To niesprawiedliwe. Nie zwalaj tego na mnie - szepnęła, a Louis chwycił jej dłoń, rzucając mi pełne wyrzutu spojrzenie. Ostatnie kilka dni były dla mnie zbyt stresujące. Wypowiadałam rzeczy, których wcale nie miałam na myśli. Kłótnie z Kornelią były teraz na porządku dziennym. Ona również była nerwowa. Płakała przy każdej lepszej okazji, przesadzała z reakcjami. Nerwy wpływały na nas obie i prowokowały sprzeczki. 
        - Co się dzieje? - zapytał Louis, obejmując ją opiekuńczo. Ignorując go odpięłam pas i, ku zgrozie Harry’ego, wspięłam się na swój fotel, by przejść przez środek na tył samochodu. Usiadłam między Kornelią a Louis’m i chwyciłam dłoń przyjaciółki. 
        - Wiem. Przepraszam. Oczywiście, że nie zrobiłam tego tylko dla ciebie. Jeśli wiesz o co mi chodzi - szepnęłam, wciąż używając naszego rodzimego języka. Nie było sensu okłamywać Kornelii. Mogłam uparcie udawać przed Harrym, że jego sztuczki nie robiły na mnie wrażenia, że wcale nie jechałam do Anglii, bo tęskniłam za nim, jak szalona, ale Kornelia znała prawdę. Ona jedna wiedziała jakie myśli kotłowały się w mojej głowie i ona jedna zasługiwała na szczerość. Zbyt szczelnie zamknęłam się w mojej bańce wymówek, zapomniałam wyjść z niej dla Kornelii. 
        - Wybacz, że znów się poryczałam - warknęła, zła na siebie, przewracając oczami i ocierając gwałtownie wierzchem dłoni łzy. Uśmiechnęłam się do niej i pokręciłam głową, dając znak, że nie ma o czym mówić. 
        - Serio, czy ktoś mi wreszcie powie co tu się dzieje? - Louis wyrzucił w górę ręce, w geście bezradności, ale żadna z nas nie zareagowała, a Harry był zbyt skupiony na drodze. Albo udawał, że tak było. 
        - Nie powinnaś być tak surowa dla niego - szepnęła Kornelia, zupełnie ignorując skargi Tomlinsona i wskazując brodą na Harry’ego. 
        - Nie wiem, Kornelia. Ciężko mi będzie wrócić do tego, co mieliśmy. Oszukał mnie. Nas - poprawiłam się pospiesznie. Kornelia ścisnęła moją rękę i już nic nie powiedziała. Nie wiedziałam, czy mnie rozumiała. Jej podejście do chłopaków zdawało się być tak łagodne. Jakby cała sprawa ze szpiegowaniem nas, oszukiwaniem, z ich nielegalnym zawodem, nie istniała. Trochę zazdrościłam jej tej beztroski. 
        - Cholera! Błagam przestańcie wreszcie rozmawiać w tym dziwnym języku! - Louis wydął wargi, jak zranione dziecko, a Kornelia zaśmiała się cicho i położyła dłoń na jego udzie. Ekspresja mężczyzny zmieniła się diametralnie z komicznej na zmysłową. Uniósł wymownie jedną brew i posłał Kornelii uwodzicielski uśmiech. Moja przyjaciółka parsknęła śmiechem i odsunęła złośliwie dłoń. 
        - Wracając - zaczęła, już po angielsku - spotkanie odbywa się w naszym ulubionym barze karaoke 
        - Co jest z wami i karaoke? - zapytał Harry, a ja byłam pewna, że przekręcił oczami. 
        - Zamknij się, Styles, każda okazja do posłuchania pięknego głosiku panienki Madej, jest doskonała - Louis pacnął go lekko w tył głowy i światła zatańczyły blaskiem w jego miękkich lokach. 
        - Tam zaczęła się nasza przyjaźń, więc uznałyśmy, że jest to idealne miejsce - Kornelia wzruszyła ramionami - tak czy inaczej. Wyślemy wam adres, jeśli chcecie to wpadnijcie. Pozwiedzacie trochę nasze miasto i poobserwujecie, jak bawią się szaraczki. Bez drogich drinków i stolików dla VIP-ów - puściła oczko Louis’emu, ale ten nie uśmiechnął się od razu, jakby jej słowa wpłynęły negatywnie na jego nastrój. 
        - Wiemy, jak bawią się szaraczki - powiedział Harry, patrząc we wsteczne lusterko. Kornelia zmarszczyła brwi, a ja przypomniałam sobie, jak Louis obiecał, że opowie o ich przeszłości, gdy będą pewni, że polecimy z nimi do Londynu. 
        - Um… Wybaczcie. Jeśli was uraziłam - Kornelia zdecydowanie była ostatnio zbyt przewrażliwiona. 
        - W porządku. Po prostu musicie zrozumieć, że nie zawsze byliśmy bogaci - Harry wzruszył ramionami, a Louis przytaknął z delikatnym uśmiechem, patrząc uspokajająco na moją przyjaciółkę. 
        - Że nie zawsze byliście przestępcami - rzuciłam, nim zdążyłam ugryźć się w język. Napięłam się w oczekiwaniu na jakiś atak, lecz zza fotela kierowcy dało się słyszeć tylko cichy tajemniczy chichot. 
        - Tego nie wiesz - Harry spojrzał na mnie i zatrzymał samochód. Znajdowaliśmy się w znajomym już parkingu pod centrum handlowym. Przymrużyłam oczy, patrząc na niego podejrzliwie i oceniając, czy żartuje, lecz nie byłam w stanie wyczytać nic z jego twarzy. Uniósł jedną brew, jakby wyzywał mnie na pojedynek, ale nie dałam się sprowokować. Popędziłam Kornelię i wyszliśmy z samochodu na chłodny parking. 
 
***

        - Nie wierzę! No kurwa, no nie wierzę! Martyna, do cholery, co on tu robi? - Kornelia zwróciła się do swojej koleżanki, gestykulując żywo i wylewając naokoło swojego drinka. Do naszego ukochanego baru wkroczyło właśnie dwóch młodych mężczyzn. Dwóch mężczyzn, którzy byli ostatnimi osobami, jakie chciałybyśmy widzieć na naszej pożegnalnej imprezie. Jeden z nich - średniego wzrostu z ciemnymi włosami i oczami, o nieco latynoskiej urodzie, rozejrzał się po sali, prawdopodobnie szukając mnie. Drugi - wyższy od niego blondyn o szarych oczach stanął w wejściu z założonymi na piersi rękami i kiwał głową w takt piosenki, wyśpiewywanej teraz przez Michała - naszego znajomego. 
        Poczułam nieprzyjemne łaskotanie w żołądku, gdy wreszcie, orzechowe oczy skrzyżowały się z moimi. Zacisnęłam zęby i wzięłam sporego łyka piwa, które trzymałam w rękach. Mężczyzna ruszył w moją stronę. Kurwa. 
        - Milena - przywitał się z szerokim uśmiechem na twarzy. Przekręciłam oczami. 
        - Maciej - warknęłam i odwróciłam się do niego plecami, rzucając Kornelii błagalne spojrzenie. Uniosła dłonie w geście poddania i pokręciła głową. 
        - Milena, przepraszam! Naprawdę nie wiedziałam, że oni tutaj będą. Przecież obydwie robiłyśmy listę gości - szepnęła mi do ucha, wskazując na blondyna. 
        - Ktoś musiał ich zaprosić - warknęłam, ignorując rozchodzące się za mną ciepło, sugerujące, że Maciej wciąż tam stał. Poczułam delikatny dotyk na swoim ramieniu i zadrżałam z obrzydzenia. Odwróciłam się gwałtownie do mężczyzny i obrzuciłam go nienawistnym spojrzeniem. 
        - Co tutaj robisz? - syknęłam. Maciej wciąż uśmiechał się od ucha do ucha. 
        - Dawid powiedział, że wyjeżdżacie do Anglii - wyjaśnił, wskazując na blondyna za sobą, który zawiesił wzrok na Kornelii. Dawid i Maciej to najlepsi kumple i zarazem członkowie zespołu, w którym niegdyś śpiewała Kornelia. Dawid i Maciej to nasi eks. Jeden i drugi był siebie warty w samouwielbieniu, niewierności i bezduszności. 
        Zdałam sobie sprawę, że moje serce galopowało niczym spłoszona gazela, więc łyknęłam hojnie piwa, by uspokoić nerwy. 
        - A skąd Dawid wiedział, że wyjeżdżamy do Anglii? - zapytałam, mrużąc oczy. 
        - Oj, Milena, nie bądź taka. Dawno się nie widzieliśmy - mruknął, kładąc rękę na moim policzku. Ja chyba śnię. Wyszarpnęłam się gwałtownie z jego dotyku i postawiłam kufel na barze, by czasami go nie stłuc 
         - Nie dotykaj mnie - ostrzegłam Macieja. Gdyby wzrok zabijał, mężczyzna padałby właśnie martwy na ziemię. 
        - Księżniczko… Co było minęło. Wyprowadzasz się do innego kraju, może spróbujemy się pogodzić i rozstać w przyjaznych warunkach? - zapytał, posyłając mi najbardziej czarujący uśmiech, na jaki było go stać. Gdybym nie znała go tak dobrze, może i wpadłabym w jego sidła. Maciej był doskonałym kłamcą. Na tyle doskonałym, by przez rok skutecznie ukrywać przede mną kilka romansów, w tym jeden z moją dobrą koleżanką. Wylałam dosyć łez przez tego gnojka. Nie miałam zamiaru psuć sobie ostatniego wolnego wieczoru w Polsce.
        - Myślę, że powinniście iść. Ty i Dawid - powiedziałam, próbując zdusić, rosnącą we mnie, wściekłość. 
        - Posłuchaj… Wiem, że byłem kutasem, ok? Wiem o tym! Ale tęskniłem za tobą przez ten rok i chciałbym ci to wynagrodzić. Chociaż na ten wieczór - tym razem trzymał ręce przy sobie, lecz, wśród słodyczy cieknącej z jego słów, wyłapywałam kropelki jadu. Powoli i ostrożnie, upewniając się, że go nie odepchnę, schylił się do mojego ucha. 
        - Seks był niesamowity, pamiętasz? Może powspominamy trochę - końcówka jego języka musnęła delikatnie płatek mojego ucha, a ja zadrżałam mimowolnie. Tak, miał rację. W łóżku był świetny, jeszcze do niedawna najlepszy. Na szczęście z tronu zrzucił go pewien Anglik. To nie zmieniało faktu, że wiedział gdzie uderzyć. Znał moje czuły punkty i to, co najbardziej robiło na mnie wrażenie. Wiedział, że szyja była dla mnie niczym przycisk włączający pożądanie. Z trudem odsunęłam się od niego i pokręciłam gwałtownie głową. 
        - Zostaw mnie - szepnęłam, czując, jak wszystkie moje ściany zaczynają kruszyć się powoli. 
        - Oboje wiemy, że tego nie chcesz - jego ciepła dłoń spoczęła zaciśnięta na moim podbródku w zbyt znajomym dla mnie ruchu. Skrzywiłam się na bolesne wspomnienia. 
                                                       
                                                          ***
        - Księżniczko, proszę! Przecież wiesz, że to nieprawda! - mówił z desperacją, załamując ręce. Świat przysłaniały mi łzy i pewna fotografia, którą trzymałam między palcami. Fotografia Macieja, leżącego bez ubrań w łóżku jednej z moich najlepszych koleżanek, a jego eks. 
        - Jak mogłeś. Jak mogłeś… - powtarzałam, niczym zaklęcie, nie wiedząc, co w tej sytuacji zrobić. Zaufałam mu, otworzyłam się dla niego, kochałam go. Był pierwszym mężczyzną, przed którym nie bałam się przyznać do jakichkolwiek uczuć. 
        - To nawet nie jestem ja na tym zdjęciu! Do cholery myślisz, że bzykałbym twoją kumpelę? Masz mnie za takiego chuja?! - krzyknął, wyrywając fotografię z mojej ręki. Zaśmiałam się rozpaczliwie, wskazując na jego obnażone ramię. Widniał na nim mały tatuaż w kształcie trójkąta, taki sam, jak u mężczyzny na zdjęciu. 
        - Czy ty masz mnie za idiotkę? Jesteś ohydny! Spierdalaj z mojego mieszkania! - wrzasnęłam i, nim zdołałam zapanować nad impulsem, chwyciłam z półki ramkę z naszym wspólnym zdjęciem i rzuciłam nią w mężczyznę. Uchylił się przed przedmiotem który roztrzaskał się o ścianę za nim. Zmrużył oczy i wziął głęboki oddech.
        - Wiesz co? Tak! Tak, to ja na tym zdjęciu! Tak, ruchałem twoją koleżaneczkę. Kochana Ewelinka,  wykrzykiwała moje imię, jak ty co noc. Ha! Nawet głośniej! “Maciej, szybciej, och tak, jesteś najlepszy, jesteś taki duży”! - obrzydliwy półuśmiech gościł na jego twarzy, gdy wyrzucał z siebie te słowa. Nie byłam w stanie się ruszyć. Słuchałam tych okropieństw, sparaliżowana przez niedowierzanie. Maciej podszedł do mnie i, nim zdążyłam się cofnąć, ścisnął w dłoni mój podbródek. 
        - A wiesz co jest najlepsze? - syknął prosto w moje usta. Łzy spływały po moich policzkach nieprzerwanym strumieniem.  - Robiłem to przez cały rok. Cały pieprzony rok naszego “związku”. Ewelina, Kinga, Daria, Nadia… Wymień każdą swoją koleżankę, a ja odpowiem, że krzyczała w łóżku moje imię, że czuła mnie w sobie. A ty ślepa, naiwna, zakochana Milenka, wierzyłaś skruszonemu Maciejowi, gdy mówił, że zatrzymali go w pracy, że próba się przedłużyła - niski śmiech wyrwał się z jego ust, a ja mogłam tylko stać, obezwładniona przez jego uścisk i słuchać tych okrutnych rzeczy. Moje serce zostało rozerwane na tysiące małych kawałeczków. Każdy mężczyzna w moim życiu okazywał się bezdusznym potworem. Każdy… 
        - Kornelia… - szepnęłam. Nie chciałam wierzyć, że i ona mi to zrobiła. Nie mogła. Gdyby nie ona, prawdopodobnie nie dowiedziałabym się o niewierności Macieja. Wręczyła mi to zdjęcie, mówiąc, że musimy porozmawiać, ale nim zdążyła wyjaśnić skąd je ma i czy ona również brała w tym udział, Maciej zjawił się w mieszkaniu po “przedłużonej” próbie z zespołem. Próbie, na której jakimś dziwnym trafem nie było Kornelii. Wtedy przyjaciółka zostawiła nas samych, byśmy mogli porozmawiać “w spokoju”. 
        Maciej zaśmiał się ponownie i puścił wreszcie mój podbródek, odpychając go mocno. Zachwiałam się na nogach i oparłam o ścianę za mną. 
        - Ta twoja psiapsióła… Założyłem się z Dawidem, że z łatwością mi ulegnie, ale widzę, że wasza głupia przyjaźń jest ważniejsza. Nie wie, co traci. Chociaż… Może spróbuję jeszcze raz. Skoro z tobą i tak wszystko skończone, nie muszę martwić się o konsekwencje i być dyskretnym - nagły szloch wyrwał się z moich płuc. Byłam rozdarta między ulgą, że Kornelia nie oddała się Maciejowi, a rozpaczą, że tyle działo się za moimi plecami, że najbliższa mi osoba, okazała się tą najbardziej okrutną i bezwzględną. 
        - Wyjdź - szepnęłam, wskazując ręką drzwi. Nie byłam w stanie wydusić z siebie głosu przez szloch. 
        - Nie musisz prosić dwa razy - Maciej uniósł wymownie brwi i ruszył w stronę wyjścia. - Ach i Milena? - zatrzymał się w progu - Na twoim miejscu zmieniłbym pościel. Wczoraj Ewelina doznała tutaj największego orgazmu życia - puścił do mnie oczko, a ja spięłam się cała i chwyciłam szklany pusty wazon, stojący na komodzie obok mnie. Rzuciłam nim z całej siły w Macieja, lecz ten zdążył już zamknąć za sobą drzwi i wazon roztrzaskał się z hukiem o drewno. 
        Opadłam na podłogę łkając nieprzerwanie. Spędziłam tak około godziny, płacząc i krzycząc na zmianę. Później zadzwoniłam do Kornelii. Zjawiła się u mnie po kilku minutach, a ja opowiedziałam jej, z przerwami na płacz, wszystko, co się tu stało. Łącznie z tą częścią dotyczącą jej chłopaka, który namawiał mojego… eks do zaciągnięcia Kornelii do łóżka. Moja przyjaciółka zadzwoniła wtedy do Dawida i zerwała z nim bezceremonialnie przez telefon. Nie potrzebowała większych wyjaśnień. Wtedy to ona zachowała zimną krew. Wtedy ona była silniejsza. Dzięki niej nie siedziałam całe dnie w domu, rozmyślając nad tym, co zrobiłam źle, zatapiając się w poczuciu winy. Tego dnia postanowiłam, że żaden facet już nigdy nie zdobędzie mojego zaufania. Żaden nie wzbudzi we mnie głębszych uczuć. Żaden nie jest tego warty. 

                                                                ***
        - Jakiś problem? - zachrypnięty głos zabrzmiał za mną, wypowiadając te słowa po angielsku z mocnym brytyjskim akcentem. Maciej odsunął się nieco ode mnie. Uścisk na podbródku zelżał. Pogłaskał moją skórę kciukiem i odsunął dłoń. Wyglądał przez chwilę na zdezorientowanego, gdy spojrzał w górę na mężczyznę stojącego za mną. Odetchnęłam z ulgą, choć duma nie pozwalała mi tego pokazać. 
        - Nie, nie ma żadnego problemu, możesz sobie pójść - warknął, z łatwością przestawiając się na drugi język. Nawet nie wiesz w co się pakujesz, skurwielu. Uśmiechnęłam się pod nosem, doskonale pamiętając pokaz zazdrości Harry’ego w Bobbles. Zawiedziona stwierdziłam, że w pobliżu nie ma żadnych odpalonych papierosów. 
        - Myślę, że lepiej będzie, jeśli ty sobie pójdziesz - odparł Harry, a ja poznałam jego spokojny ton, za którym czaiła się ukryta groźba. 
        - Maciej, posłuchaj go - powiedziałam cicho. Choć wizja ukarania Macieja za krzywdy, jakie mi wyrządził, sprawiała mi dziką satysfakcję, nie chciałam wywoływać w barze sceny. Ta impreza miała być przyjemna. 
        - Maciej? - głos Harry’ego stracił cały swój spokój. Nienawiść biła od niego wyraźnie, jakby znał przeszłość, która łączyła mnie z tym ciemnookim mężczyzną. Ale przecież nie znał. Nie opowiadałam Harry’emu naszej historii. Kornelia? 
        - Dobra stary, nie znam cię, ale łatwo się domyślić, że nie jesteś stąd, więc zabieraj dupę do swojego kraju i pozwól mi porozmawiać z Mileną w spokoju - Maciej westchnął niecierpliwie i spojrzał na mnie ze znużeniem. Zamrugałam szybko spodziewając się, że Harry odsunie mnie na bok i wbije pięść w szczękę Macieja, ale nic takiego się nie stało. Zamiast tego, usłyszałam cichy, mroczny śmiech, wysyłający dreszcze w dół mojego kręgosłupa. Ciepłe dłonie na moich ramionach, sprawiły, że zadrżałam nieznacznie. Spojrzałam na Harry’ego i zamarłam. Jego oczy były przyciemnione z wściekłości, szczęka mocno zaciśnięta. Żyła na jego skroni pulsowała szybko, a uścisk na moich ramionach wzmacniał się z każdą sekundą. Po chwili jedna ręka puściła mnie i powędrowała do wnętrza jego czarnej marynarki. 
        - Harry nie - zdziwiona usłyszałam głos Louis’ego, który stał teraz przy Kornelii. Myślałam, że nikt nie był świadkiem tej wymiany zdań, ponieważ mężczyźni rozmawiali przyciszonymi głosami, ale Kornelia i Louis, obserwowali nas uważnie. 
        - Louis, trzymaj się własnych spraw - odparł Harry, a ja patrzyłam ze strachem na miejsce w marynarce, pod którym zniknęła jego dłoń. Louis podszedł do Harry’ego i przycisnął swoją rękę do ciemnego materiału na jego piersi. Zbliżył twarz do ucha przyjaciela. 
        - Do cholery, nie jesteśmy u siebie, nie próbuj machać tutaj tym gównem. Nie chcesz być aresztowany, co? - warknął, a ja byłam pewna, że tylko ja i Harry byliśmy w stanie to usłyszeć. Przełknęłam ciężko ślinę, domyślając się, że Harry sięgał po broń. 
        - To jest twój facet, czy coś? - Maciej rzucił pytanie w moją stronę. Byłam pewna, że celowo nie użył języka polskiego. 
        - Nie…
        - Tak - głos Harry’ego był donośniejszy od mojego. Odepchnął od siebie przyjaciela i stanął przede mną. Przekręciłam oczami i zmusiłam go, by się odsunął. 
        - Nie, to nie jest mój facet. A teraz idź sobie, zanim rozpoczniesz niepotrzebną bójkę. Nie chcę cię tu widzieć, rozumiesz? - warknęłam, patrząc z obawą na Harry’ego. Obaj powinni znać swoje miejsce. Harry nie może wymachiwać bronią przed każdym facetem, który mnie dotknie. Nie byłam jego. Ale Maciej nie może myśleć, że nie pamiętałam o jego robaczywej naturze.
        - Księżniczko… - skrzywiłam się na tę “pieszczotliwą” ksywkę, jaką mi nadał w czasie naszego związku. Nawet po angielsku, w ustach Macieja, brzmiała ona jak najgorsza obelga. - Przecież dopiero co rozważaliśmy miły pożegnalny seks. Nie pamiętasz, jak mówiłaś o tym, jak bardzo chcesz poczuć mnie w sobie? - zatkało mnie. Mówiąc to Maciej spoglądał wymownie na Harry’ego. Prowokował go, to było jasne, ale wciąż nie mogłam wyjść z szoku, że zdobył się na takie kłamstwo. 
        Prowokacja zadziałała, bo, nim zdążyłam jeszcze dobrze przetrawić to, co Maciej do mnie powiedział, pięść Harry’ego wylądowała na jego kwadratowej szczęce. Krzyknęłam głośno i odskoczyłam od mężczyzn. Maciej uderzył plecami o krawędź baru, a Harry, nie czekając na jego reakcję, chwycił go za nieskazitelną jasną koszulę i pociągnął, prawie unosząc Macieja w górę. Różnica wzrostu była wyraźna, z przewagą Stylesa, ale obaj mężczyźni patrzyli na siebie z równą nienawiścią. 
        Ludzie rozproszyli się na boki, przypatrując bójce, a barman podciągnął rękawy, gotów wyrzucić z miejscówki niechcianych gości. 
        - Nie waż się mówić o niej takich rzeczy. Nie tknęłaby cię nawet palcem. - syknął Harry, patrząc Maciejowi prosto w oczy. Mój były zdawał się nie być ani trochę przestraszony groźbą Stylesa. Uśmiechał się ironicznie i unosił brwi w pogardliwym wyrazie. 
        - Ależ to jest zupełna nieprawda. Doskonale pamiętam, jak jęczała pod moim ciałem, prosząc o więcej - sapnął, ale nim zdążył się zaśmiać, Harry pchnął go ponownie na bar i zaczął okładać jego twarz pięściami. Maciej próbował się bronić, lecz przewaga wzrostu Harry’ego skutecznie go od tego powstrzymywała. Zakryłam usta rękami, tłumiąc krzyk przerażenia. Jedno uderzenie musiało być wyjątkowo celne, bo łuk brwiowy Macieja trysnął szkarłatną, ciepłą krwią. 
        - Harry, przestań! - krzyknęłam, ale bałam się podejść do walczących mężczyzn, by nie zostać przypadkowo uderzoną. Zignorował mój krzyk, prawdopodobnie nie słysząc go w przypływie agresji.
        - Okej, dosyć tego! - Louis chwycił w pięści tył marynarki Harry’ego i z niewiarygodną siłą, wywołaną najpewniej przez zastrzyk adrenaliny, odciągnął przyjaciela od, krwawiącego teraz z nosa i skroni, mężczyzny. Harry zachwiał się na nogach, ale w porę złapał równowagę. Wykonał ruch, jakby chciał odepchnąć od siebie Louis’ego, ale coś w spojrzeniu Tomlinsona go zatrzymało. 
        Radek, barman, z którym byłyśmy z Kornelią w koleżeńskich stosunkach, stał za Anglikami, zastanawiając się zapewne czy ma interweniować. Zwykle to on wywalał natrętnych pijaczków, czy uprzykrzających się typów z baru, ale była to prawdopodobnie pierwsza sytuacja, w której musiał rozważyć, czy byłby w stanie wyrzucić o wiele wyższego od siebie i groźnie wyglądającego mężczyznę z innego kraju. Spojrzałam na niego przepraszająco, czując się winna zaistniałej sytuacji. Marszczył brwi, wyglądając na wściekłego, ale wciąż cierpliwie czekał na rozwój wydarzeń. 
        - Wypierdalaj! - wrzasnął Harry, wskazując palcem na Macieja - Zanim dokończę to, co zacząłem! - dodał, poruszając się do przodu. Louis wyciągnął przed niego rękę, blokując mu drogę. Maciej wytarł wierzchem dłoni, lecącą z nosa, krew i rzucił Harry’emu mordercze spojrzenie. Nie odrywając wzroku od zielonych oczu ruszył w milczeniu w stronę wyjścia. W barze panowała nieznośna cisza, zakłócana czasami wyszeptanymi komentarzami gapiów. 
        - Ty też. Nie chcemy cię tutaj, wyjebuj! - zdziwiona, usłyszałam głos Kornelii. Patrzyła przymrużonymi oczami na Dawida, który wyglądał na równie zszokowanego, jak reszta, przebywających w barze ludzi. Moja przyjaciółka splotła powoli swoje palce z palcami wolnej dłoni Louis’ego, a Dawid spojrzał na nie ze zmarszczonymi brwiami, jakby przetwarzając w głowie to, co właśnie zobaczył. 
        - Domyślam się, że powiedziała, że masz spierdalać, więc spierdalaj - warknął Louis, który wysunął się teraz nieco przed Kornelię, wciąż trzymając ją pewnie za rękę. 
        - Jasne, jasne. Idę. Kornelia. Miłego życia w Anglii - Dawid pożegnał się, kłaniając nieznacznie mojej przyjaciółce. 
        - Mhm… Już sobie idź - Kornelia machnęła na niego niedbale dłonią, jakby odganiała się od muchy. Kilka nieśmiałych chichotów przedostało się przez zagęszczoną atmosferę panującą teraz w barze. Dawid kiwnął głową na Louis’ego, a potem odwrócił się do wyjścia i zniknął za drewnianymi drzwiami. 
        Spojrzałam wtedy na Harry’ego, dyszącego ciężko z wyrazem twarzy, z którego wciąż biła nieposkromiona furia. Nie zdążyłam się odezwać, bo Louis szarpnął go za kołnierz i pociągnął na korytarz, prowadzący do toalet. Niewiele myśląc, podążyłam pospiesznie za nimi. 
        - Przepraszam was, kochani. Sami wiecie, że Maciej zasłużył sobie na lekkie lanie - usłyszałam za sobą głos Kornelii i towarzyszący mu śmiech gapiów. - A teraz poproszę osobę, która zaprosiła tutaj jego i mojego, pożal się boże, byłego chłopaka, aby grzecznie wyszła, bo spierdoliła sprawę. - gdyby nie targające mną nerwy, sama zaśmiałabym się razem z tłumem na słowa przyjaciółki. Zerknęłam ukradkiem za siebie, by zobaczyć, czy ktoś wychodzi, ale nikt nie ruszył się ze swojego miejsca. 
        - Cóż. Może dowiedzieli się za pomocą Facebooka, czy innego Twittera. Tak, czy inaczej. Przedstawienie się skończyło, myślę, ze oni nie będą nam już przeszkadzać, więc możemy kontynuować zabawę. Radek, wybacz, że zrobiliśmy taki bałagan. Zapłacę za wszystkie… - głos Kornelii znikł za zatrzaśniętymi drzwiami korytarza. Harry stał pod ścianą, przyszpilony do niej przez trzymającego go wciąż za kołnierz Louis’ego. 
        - Co ci odpierdoliło? - Tomlinson starał się mówić jak najciszej, by nie wywołać ponownej sceny. - Planować wyciągnięcie pukawki! Co się z tobą ostatnio dzieje, Hazza?! - uścisk na materiale zelżał, gdy Louis czekał na odpowiedź przyjaciela. Wtedy drzwi za mną otworzyły się, a w progu stanęła Kornelia. Odetchnęłam z ulgą, że to nie któryś z naszych znajomych, mających nadzieję na dalsze show. Bar znów szumiał od rozmów, prawdopodobnie dzięki interwencji mojej przyjaciółki, a potem ponownie nastała cisza, gdy drzwi zamknęły się z cichym skrzypnięciem. 
        - Przecież bym go nie postrzelił! Chciałem go tylko postraszyć - Harry wydawał się być teraz o wiele spokojniejszy, mimo że patrzył na Louis’ego z, wypisanym wciąż na twarzy, gniewem. 
        - W Polsce! Wiesz, że to nie skończyłoby się dobrze - syknął Tomlinson, uderzając płaską dłonią w miejsce na marynarce Harry’ego, gdzie prawdopodobnie schowana była jego broń. Harry unikał jego wzroku i zaciskał mocno szczękę. Louis wypuścił ciężko powietrze z płuc i uwolnił wreszcie materiał jego koszuli, który wyginał się teraz nieestetycznie. Zauważyłam kilka ciemnych kropeczek na błękitnym kołnierzu. Krew Macieja… 
        - Co ci w ogóle odbiło? Co, jeśli, ktoś to zgłosi? - Louis potarł nerwowo swój zarost. Nagle nogi zmiękły mi, gdy wyobraziłam sobie, jak cały ich biznes upada, przez głupią bójkę o jedną dziewczynę, a Harry gnije do końca życia za kratkami. Ze zdziwieniem poczułam niewygodne ukłucie. Nie chciałam, by tak się stało. Nie dla nas. Nie dla pracy i mieszkania w Londynie. Dla Harry’ego…  
        - Upewniłam się, że nikt nie zadzwoni na policję. A jeśli chodzi o Macieja, to nie macie się co martwić. Ten facet brał udział w niejednej bójce... Prawdopodobnie chodzi teraz okrwawiony, chwaląc się, jak to skopał dupę jakiemuś przypakowanemu dresowi - Kornelia położyła dłoń na moich plecach, dodając mi otuchy. Louis kiwnął do niej głową z wyrazem wdzięczności i wrócił wzrokiem do Harry’ego, oczekując na odpowiedź. 
        - To był ten Maciej. Ten jebany skurwysyn, który tak wykorzystywał Milenę. - knykcie Stylesa zbielały, gdy zacisnął dłoń. Dostrzegłam na niej kilka rozcięć i, opadające szybko, krople krwi. 
        - Harry… Krwawisz - szepnęłam, patrząc z troską na Stylesa. Dopiero wtedy jego oczy spotkały się z moimi. Ciemność pojaśniała nieco, gdy uniósł brwi w lekkim zdziwieniu. Spojrzał na swoją dłoń, jakby wcześniej nie czuł głębokich ranek. 
        - Skąd wiecie o Macieju? - zapytała Kornelia, nie czekając na jego odpowiedź. Odwróciłam się do niej szybko, zdezorientowana. Byłam pewna, że to ona opowiedziała Anglikom o mojej sytuacji z byłym chłopakiem. 
        - Skąd wiedzieliśmy, że będziecie w tej kawiarni, gdy wysłaliśmy do was Caroline? - odpowiedział pytaniem Louis, uśmiechając się do mojej przyjaciółki przepraszająco. Zmrużyła oczy, a ja widziałam, jak niebieski odcień jej tęczówek ciemnieje nieco. Położyła dłonie na swoich biodrach i zaczęła tupać w szaleńczym tempie swoją malutką stópką. Czułam, że do mojego mózgu nie docierała wystarczająca ilość potrzebnych bodźców, stłumionych przez szok, wywołany brutalnym zachowaniem Harry’ego. Coś mnie omijało. 
        - Do chuja! Możecie przestać nas podsłuchiwać?! Jakim cudem w ogóle wam się to udało? - warknęła wyraźnie rozeźlona, choć nie tak bardzo, jak zapewne byłabym ja, gdyby nie to dziwne otępienie, ogarniające moje myśli. 
        - Kocie, wyrzucenie telefonu nigdy nie powstrzymałoby mnie przed odszukaniem ciebie. Musiałabyś się bardziej postarać - Louis puścił jej oczko, ale ona nie uśmiechnęła się do niego. Zamiast tego posmutniała i skrzyżowała ręce na piersi. 
        - Błagam. Zdejmijcie te wszystkie podsłuchy, czy cokolwiek tam macie. Jak mamy wam ufać, skoro jesteśmy ciągle przez was obserwowane? - powiedziała cicho, patrząc spod rzęs na Tomlinsona. W korytarzu zapadła na chwilę cisza. Harry przeczesał palcami swoje długie, miękkie włosy i spojrzał na mnie przepraszająco. Louis kiwnął głową bez słowa, zapewne odpowiadając tym samym na prośbę Kornelii. 
        - Dziękuję… - szepnęłam cicho, a wszystkie trzy pary oczu zwróciły się ku mnie. Zakłopotana potarłam nerwowo ramię ze wzrokiem skupionym na szmaragdowych tęczówkach. 
        - Powinnam być zła, ale ten facet… Zasługiwał na to. - mruknęłam, odnosząc się do bójki przy barze. Spojrzałam ponownie na zakrwawioną dłoń Harry’ego. - Musisz to przemyć - szepnęłam, czując, że zaczynam gadać od rzeczy. Nie wiedziałam dlaczego zachowanie Harry’ego tak bardzo wpłynęło na moje reakcje. Wiedziałam tylko, że zdałam sobie sprawę z kilku rzeczy. Chciałam wrócić do Anglii. Chciałam pozostać u boku Stylesa, bez względu na to, jak bardzo legalny, lub nie, prowadzi biznes. Zdałam sobie sprawę, że złamałam obietnicę daną sobie po odejściu Macieja. Może czas leczy rany? A może właśnie otwierałam na nowo coś, co już zdążyło się zabliźnić? 
        Moje obronne mury zostały dostatecznie uszkodzone przez słowa Macieja. Znalazł kilka szczelin, przez które wciskał swoje zatrute macki, a ja nie wiedziałam, jak od tego uciec, czym go zablokować. Gdyby nie Harry, ściany rozpadłyby się zupełnie. 
        Styles spojrzał na swoją ściśniętą pięść, a potem znów na mnie i kiwnął bez słowa głową. Jabłko Adama poruszyło się w górę i w dół, gdy przełknął ciężko ślinę. 
        - Nikt nie będzie cię tak traktował. Nigdy więcej - wyrzucił z siebie, jakby desperacko pragnął, bym uwierzyła w tę obietnicę. Uśmiechnęłam się do niego przez łzy. Płakałam? Ile już czasu?  Dzisiejszy wieczór przywołał zbyt wiele wspomnień. Czara goryczy, wypełniająca się przez cały ten tydzień, została wreszcie przelana. Ekspresja Harry’ego zmieniła się nagle z wściekłej na pełną uczucia. Bez ostrzeżenia podszedł do mnie szybkim krokiem i pochylił się nade mną, chwytając moją twarz w dłonie. Poczułam na policzku szorstką fakturę zaschniętej krwi, gdy miękkie usta Harry’ego przyciśnięte zostały do moich. Bez zastanowienia odpowiedziałam na pocałunek, chwytając delikatnie rękaw jego marynarki. Palce drugiej ręki wplotłam w jego brązowe loki. Poczułam, że strumień łez zwiększa swoją intensywność. Od kiedy byłam takim emocjonalnym wrakiem? Odkąd zostałam zmuszona do opuszczenia faceta, na którym mi zależało, bo ukrywał przede mną przerażający fakt ze swojego życia. Odkąd ten sam facet przyleciał specjalnie po mnie do Polski, po dwóch tygodniach, ukrywanej przeze mnie, tęsknoty. Odkąd mój były chłopak, odpowiedzialny za nieufność, jaką obdarzałam płeć przeciwną, postanowił zjawić się w na mojej imprezie pożegnalnej i przypomnieć dlaczego go tak nienawidziłam. Dlaczego nie potrafiłam powiedzieć “Kocham cię” nikomu innemu? Pieprzyć to! Miałam ciężki miesiąc, należy mi się prawo do kilku łez! 
        - Powinienem go zabić - warknął Harry w moje usta, delikatnie ścierając kciukiem wilgoć z mojego policzka. Pokręciłam powoli głową.
        - Przestań - szepnęłam, otwierając oczy i napotykając przeszywający mnie szmaragd. - Było minęło - dodałam, próbując przybrać obojętną minę. Kiepsko mi to wyszło. Odchrząknęłam cicho i odsunęłam się od Harry’ego nieznacznie. Przez jego oczy przebiegł błysk zawodu, ale nie protestował. 
        - Dobra. Widocznie macie sobie wiele do wyjaśnienia, więc my już pójdziemy zabawiać gości - oznajmił Louis, a ja zmarszczyłam zdziwiona brwi. Zupełnie zapomniałam, że on i Kornelia wciąż stali z nami w tym małym korytarzu. Przyjaciółka potarła moje ramię, zanim wyszła do baru, a Louis klepnął Harry’ego w plecy, ostrzegając go przed wyjściem, że “nie ma bezmyślnie machać pukawką w nieswoim kraju”. Gdy zostaliśmy sami w korytarzu, zapadła nagle niezręczna cisza. 
        - Ja..
        - Przepraszam - zaczęliśmy równo, a potem zaśmialiśmy się cicho. 
        - Ty pierwszy - wskazałam na niego ręką. Westchnął ciężko i potarł zakrwawioną dłonią kark. 
        - Przepraszam. Że podsłuchiwaliśmy, że zaatakowałem tego gnojka na waszej imprezie. 
        - Och, nie jestem zła, że pokazałeś mu, gdzie jego miejsce. Gdybym miała wystarczająco dużo siły, sama bym go sprała - wzruszyłam ramionami. Cień uśmiechu przebiegł przez jego twarz.
        - Nie przepraszam za to, że dostał po mordzie. Cholera, gdyby nie Louis, ten skurwiel nie wyszedłby stąd na własnych nogach. - jego pięść ponownie się zacisnęła, rozdzierając świeżo zaschnięte ranki. Kilka stróżek krwi dołączyło do makabrycznej mozaiki na jego skórze. 
        - Więc za co? - zapytałam, nieco zdezorientowana, patrząc z troską na jego rany. 
        - Za to, że zrobiłem to tutaj. Mogłem go wywlec na zewnątrz, nie robić sceny. To wasz ostatni dzień w Polsce, nie chciałem popsuć waszej imprezy. - spojrzał na mnie z obawą. Kiwnęłam głową bez słowa, a on odetchnął z ulgą i spojrzał na swoją dłoń. 
        - Rzeczywiście powinienem to przemyć - mruknął pod nosem. Zaczął zginać i prostować palce, obnażając przy tym z sykiem zęby. Skrzywiłam się, domyślając, że nie mogło to należeć do najbardziej przyjemnych czynności. 
        - A ty swoją twarz - dodał, patrząc na mnie zza zakrwawionej dłoni. Przekrzywiłam zdezorientowana głowę, nie wiedząc o czym mówi. Zaśmiał się cicho, ostrożnie, jakby obawiał się wykonywać gwałtowniejszych gestów w mojej obecności. A jeszcze wczoraj nie miał nic przeciwko szarpaniu moich nerwów… 
        - Chodź - chwycił najdelikatniej jak potrafił mój łokieć i pociągnął do męskiej toalety. Postawił mnie przed umywalką i wskazał na odbicie w lustrze. Zobaczyłam na swoim policzku szkarłatne smugi. Skrzywiłam się na ten widok i puściłam wodę.
        - Um… Wybacz… - szepnął, a ja zaśmiałam się na głos. Zakłopotanie Harry’ego było doprawdy urocze. Nie mogłam powstrzymać trzęsącego mną chichotu. Domyślałam się, że nerwy powoli opuszczają mój system, przez co reagowałam na wszystko zbyt intensywnie, ale nie dbałam o to. Cieszyłam się, że tym razem to śmiechu nie mogę powstrzymać, a nie łez. Harry uniósł brwi, zdziwiony moim zachowaniem. Wzięłam głęboki oddech. 
        - Jesteś taki uroczy - oznajmiłam, zmywając krew ze swojego policzka. Oczy Harry’ego otworzyły się szeroko, jakby nagle sobie coś uświadomił. Uśmiechnął się krzywo. 
        - Uroczy? Właśnie stłukłem na kwaśne jabłko twojego byłego faceta - żachnął się, wypinając dumnie pierś. - Nie ma w tym nic uroczego. Wywołuję grozę, jestem poważanym przywódcą niebezpiecznej grupy. Ostatnia rzecz, jaką możesz o mnie powiedzieć to to, że jestem uroczy! - posłał mi obrażone spojrzenie. 
        - Jesteś. Jesteś słodki. Kulisz się przede mną, choć wczoraj jeszcze nie bałeś się dokuczać mi przy naszych przyjaciołach - Zaśmiałam się pod nosem i oceniłam wynik mojej pracy. Krew prawie nie była już widoczna.
        - Słodki, tak? - głos Harry’ego obniżył się nagle o kilka oktaw i przybrał groźny ton. Mężczyzna położył ręce na moich biodrach i obrócił mnie gwałtownie wokół własnej osi. Patrzył teraz na mnie przymrużonymi oczami, zmniejszając dystans między nami. Cholera, jest tak blisko… - Teraz też jestem słodki? - syknął, pochylając się do mojej szyi. Poczułam gęsią skórkę ogarniającą moje ramiona. Mogłam przysiąc, że moje serce przestało na chwilę bić, jakby przygotowywało się na szaleńcze tempo, które miało za chwilę przybrać. 
        - Łooo kurwa! Sory, Milena! - Michał, wpadł do łazienki, zataczajac się gwałtownie. Odruchowo odepchnęłam od siebie Stylesa i poprawiłam sukienkę, którą ten, jakimś cudem, zdążył już podciągnąć w górę. 
        - Nie w porządku, Michał. Ja… Już wychodzę - odchrząknęłam, przygładzając niezręcznie włosy. Czmychnęłam czym prędzej z łazienki i podbiegłam do stolika, przy którym siedziała Kornelia. Za dużo się dzieje, za dużo! 

Obecnie...

        Rzuciłam torebkę na lśniącą podłogę mieszkania siostry Harry’ego. Przyjrzałam się znajomym ścianom, mając wrażenie, że nigdy nie opuściłam Anglii na dłużej niż dwa dni. 
        - Witajcie w domu - Harry posłał mi nieśmiały uśmiech i odłożył w kąt moją walizkę. 



       Witajcie w piekle! szepnął natrętny głosik w mojej głowie, którego postanowiłam zignorować. 




Kochane, wybaczcie późny update. Nie będziemy kłamać, przeszkodziły nam imprezy. :D (No dobra, A. przeszkodziły imprezy. M. sumiennie wypełniała wszystkie blogowe zadania i czekała, aż A. się ogarnie xD)
Postaramy się to Wam jakoś wynagrodzić. :D A tymczasem mamy nadzieję, że rozdział się podobał i ponownie walniemy złotą radą:
NIE BIĆ SIĘ W BARACH! Tak nie wolno i można napytać sobie biedy. *grozi palcem*
Kochamy Was, dziękujemy za komentarze pod ostatnim rozdziałem <3 Jak Wam się chce, to pod tym też możecie coś napisać. ;D

A. <3 i M. xx


*Kochanek po lewej, grzesznik po prawej 

sobota, 11 października 2014

30. Come inside, don't be afraid. I'll keep you safe

Hey there, little girl
Come inside, don't be afraid. I'll keep you safe*



Kornelia

       Nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu. Pojawili się w chwili, gdy zaczęłam tracić ostatnią nadzieję na zmianę decyzji Mileny. Czy byłam złym człowiekiem przez to, że chciałam wrócić do Anglii, chciałam ponownie znaleźć się w objęciach Louis’ego i nie martwić się o pieniądze? Czy byłam złym człowiekiem, bo wszystkie moje marzenia łączyły się ze wsparciem zorganizowanej grupy przestępczej? Większość powiedziałaby, że tak, ale nie dbałam o to. Nie mogłam przecież zapanować nad własnymi uczuciami. Miałam dwa wybory. Z jednej strony - leczenie tęsknoty, walka o mierne miejsce pracy, które zapewni mi, co najwyżej, średnie zarobki, pozostanie w szarej nudnej Polsce. Z drugiej - powrót do faceta moich marzeń, świetnie płatna praca (piętnaście tysięcy funtów!)  i boski Londyn wokół mnie. Rozumiałam oczywiście argumenty Mileny, rozumiałam dlaczego nie chciała się zgodzić na tę opcję, ale ja nie mogłam przestać o tym myśleć. O NIM. 

       Zakryłam usta dłonią, wpatrując się przez łzy w mężczyzn przede mną. Mój świat zawirował, gdy zobaczyłam te błękitne roześmiane oczy. Na zmiękłych nogach przywitałam objęcia Louis’ego i zarzuciłam mu ręce na szyi. Wtuliłam się w niego mocno, a łzy popłynęły po moich policzkach ciągłym strumieniem. 
       - Ty mała psotnico, myślałaś, że tak łatwo mi uciekniesz? - szepnął mi do ucha. Zaśmiałam się cicho, a owy chichot przerodził się po chwili w słaby szloch. Pokręciłam głową i odsunęłam się od Louis’ego, chwytając w dłonie jego twarz. Uśmiechał się szeroko, a ja zawtórowałam mu tym samym, po czym zbliżyłam się szybko i złożyłam tęskny pocałunek na jego ustach. Nie mogąc powstrzymać podekscytowania, z wargami wciąż przyklejonymi do jego, podskoczyłam i owinęłam swoje nogi wokół jego bioder. Zareagował natychmiastowo, łapiąc mnie pewnie w pasie i przytrzymując, bym się nie zsunęła. 
       Wreszcie oddaliłam od niego nieco twarz i spojrzałam w głębię jego błękitnych oczu. W ich kącikach pojawiły się delikatne zmarszczki, gdy oblizywał ze smakiem usta. 
       - Mmm... jak ja za tym tęskniłem - powiedział, przymykając z błogością powieki. Zaśmiałam się i ponownie pochyliłam, by znów go pocałować. Polizałam delikatnie jego dolną wargę, a potem zassałam ją nieco. Louis mruknął z satysfakcją i przycisnął mnie bardziej do siebie. Przerywając pocałunek, pochyliłam się do jego ucha, przygryzając delikatnie płatek. 
       - Nie myśl, że nie czeka nas rozmowa - szepnęłam, próbując wygenerować w swoim tonie groźbę, lecz marnie mi to wychodziło. 
       - Dostanę wpierdol? - zażartował, na co zaśmiałam się cicho. 
       - Gorzej - odparłam, a on nabrał ze świstem powietrza, imitując na swojej twarzy wyraz szoku. Zaśmialiśmy się razem, a potem zrzedły nam miny, gdy odezwała się Milena. 
       Poczułam się okropnie, gdy wypomniała mi rzekomą naiwność. Nie zgadzałam się z nią. Nie byłam naiwna. Poczynania Harry’ego i Lou od początku były podejrzane, a my udawałyśmy, że nic nie widziałyśmy, bo tak było wygodniej. Wiedziałam, że podświadomie nie chciałyśmy się dowiedzieć, bo życie przy ich boku było niezwykle przyjemne. Nie wspominając już o uczuciach, które do nich żywiłyśmy. Jeśli ktoś tu był naiwny to Milena, udająca przed sobą, że wcale nie chce tego, co chłopaki nam zaproponowali. Ja przynajmniej nie walczyłam z moimi pragnieniami. 
       Chciałam powiedzieć jej to wszystko w twarz, lecz nie zdążyłam, powstrzymana przez Louis’ego, a potem przez niespodziewaną ucieczkę przyjaciółki z kawiarni. Harry wybiegł za nią, gdy tylko zorientował się co się dzieje, a ja i Louis zostaliśmy sami, otoczeni wpatrującymi się w nas klientami. Mężczyzna machnął do nich ręką w niezręcznym geście, po czym pociągnął mnie pospiesznie za sobą do wyjścia. Zalała nas fala poznańskiego upału, na którą jęknęłam z dezaprobatą. Rozejrzałam się po ulicy w poszukiwaniu przyjaciółki i parsknęłam śmiechem na widok, który zastał mnie po mojej prawej stronie. 
       Harry niósł na rękach Milenę, w której oczach nie można było dostrzec nic innego poza żądzą mordu. Jej naburmuszona mina kontrastowała z posłuszną postawą, która wprawiła mnie w osłupienie. Dlaczego nie walczyła o uwolnienie się z mocnego uścisku Stylesa? 
       - Tommo, w tylnej kieszeni mam kluczyki, wyjmij je - odezwał się Harry do Louis’ego i odwrócił do nas plecami. Błękitnooki westchnął zniecierpliwiony i sięgnął niechętnie do wskazanego miejsca. Grzebał w kieszeni przez pewien czas, jakby nie mógł w niej nic znaleźć. 
       - Serio, stary, jeśli chcesz sobie pomacać, to powiedz, umówimy się na prywatne spotkanie. - zakpił Harry, a Milena podskoczyła w jego ramionach, gdy szarpnął się by poprawić uchwyt. Louis parsknął śmiechem i, wyjmując wreszcie klucze z kieszeni, klepnął Stylesa zaczepnie w pupę. 
       - Nie moja wina, że nosisz spodnie, które równie dobrze mogłyby robić za twoją drugą skórę. Gdzie ty mieścisz małego w tych ciasnych rureczkach? - uniósł brwi, przypatrując się wymownie kroczu przyjaciela. Harry przekręcił oczami i wskazał podbródkiem na czarne Maserati. 
       - Już ty się o niego nie martw, on ma tam sporo miejsca - żachnął się, obchodząc od tyłu auto. Louis spojrzał na mnie z pełnym zwątpienia wyrazem i wydął wargi 
       - Pewnie zbyt wiele go nie potrzebuje - mrugnął do mnie, a ja wybuchnęłam niepewnym śmiechem. Styles, otworzył jedne z tylnych drzwi i, delikatnymi ruchami, posadził Milenę na fotelu pasażera. Dziewczyna wciąż się nie odzywała. Założyła tylko ręce na piersi i wbiła wzrok w przestrzeń przed sobą
       - Co tam mamroczesz? - warknął Harry, gdy jego głowa pojawiła się ponad dachem Maserati. Louis machnął na niego ręką i zaśmiał się cicho. 
       - Nic, skarbie, jedźmy - posłał przyjacielowi buziaka, którego ten skwitował kręceniem głowy i zajął z przodu miejsce pasażera, otwierając mi uprzednio drzwi i zapraszając do środka. Usiadłam za Louis’m, po lewej stronie Mileny i spojrzałam na nią z napięciem. Nie odwzajemniła tego, wciąż przyglądając się tępo przedniej szybie. 
       - Milena... - zaczęłam, co przywołało też Harry’ego, który przekręcił się nieznacznie w fotelu, by na mnie spojrzeć. Zauważyłam w jego spojrzeniu nadzieję. Prawdopodobnie wierzył, że ja będę w stanie przekonać naszą buntowniczkę do powrotu do Anglii. Wątpiłam w to. Milena wyglądała na wściekłą i, choć jeszcze chwilę temu czułam to samo, teraz chciałabym, by było jak wcześniej, by uśmiechnęła się do mnie z ufnością. 
       Odpowiedziała na mój głos kręceniem głowy. Spojrzała na mnie, a w jej oczach nie pojawiło się nic. Były zupełnie puste. Wytrzymałam to spojrzenie, przypatrując się dokładnie niebieskiej barwie tęczówek Mileny. Gdzieś w ich głębi czaiła się nutka zawodu. Zawiodłam ją. Serce przeszył mi sztylet, który teraz powoli okręcał się, torturując mnie bez wytchnienia. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć dłoni Mileny, która spoczywała między nami, lecz przyjaciółka odsunęła ją pospiesznie ode mnie, kładąc sobie na kolanach. Zacisnęłam wargi, próbując powstrzymać natłok pesymistycznych myśli, które zaczęły nawiedzać moją głowę. Porozmawiamy w hotelu, przekazałam jej spojrzeniem, a potem wyjrzałam przez szybę na ulice Poznania. Harry ruszył powoli, manewrując ostrożnie po ciasnych drogach, a Louis pomagał mu w tym czasie przy wyprzedzaniu, informując o nadjeżdżających, z naprzeciwka, pojazdach. Ruch prawostronny wyraźnie nie pasował Harry’emu i, gdyby nie sytuacja w jakiej teraz się znajdowałam, zachichotałabym na jego, okropnie wolne, tempo jazdy i przesadną ostrożność. Niestety przez postawę Mileny, nie było mi do śmiechu. 
       Wjechaliśmy w ruchliwszą część miasta, a  potem skierowaliśmy w stronę najbardziej luksusowego centrum handlowego, znajdującego się w naszym mieście. Przekręciłam oczami, domyślając się już, w jakim hotelu zatrzymali się nasi mężczyźni. Milena również musiała o tym pomyśleć, bo, mimo całej swej złości, spojrzała na mnie wymownie i uniosła jedną brew. Zarechotałam, zadowolona, że postanowiła podjąć się jakiejkolwiek próby komunikacji ze mną i spojrzałam na ogromny ceglany budynek, rosnący z każdą chwilą w naszych oczach. Harry kierował się ku podziemnemu, płatnemu parkingowi. 
       - Oczywiście musieliście wybrać najdroższy hotel w Poznaniu, prawda? - usłyszałam przyciszony głos przyjaciółki, ociekający teraz sarkazmem. Parsknęłam głośno, gdy samochód znalazł się pod centrum handlowym i ogarnęła nas chwilowa ciemność. Usłyszałam śmiech Louis’ego i westchnienie Harry’ego, a potem światła parkingu ukazały mi ich uśmiechnięte twarze. 
       - Wybacz, skarbie, ale wasz kraj nie obfituje w bogactwa. Ten hotel był jedynym miejscem, który sprostał naszym wymaganiom - Harry spojrzał na Milenę przez ramię i puścił jej zalotnie oczko. Dziewczyna uniosła pogardliwie brwi i odwróciła ostentacyjnie wzrok. 
       - Nie jestem twoim skarbem - warknęła, krzyżując na piersi ręce. 
       - Nie tobie to oceniać - odgryzł się Styles i zatrzymał auto na jakimś wolnym miejscu. Kręcąc głową, na ich dziecinną sprzeczkę, zabrałam się za odpinanie pasów. Louis zdążył już w tym czasie otworzyć mi drzwi. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i przyjęłam ofiarowaną mi dłoń. Milena była już na zewnątrz. Nie czekała, by Harry uraczył ją podobną dawką kultury. 
       - Nie widziałam nigdzie żyłek - syknęła do niego, a ja zmarszczyłam zdezorientowana brwi, nie bardzo wiedząc, o czym mówiła. Styles zaśmiał się cicho i zmysłowo, co nawet mnie przyprawiło o delikatne ciarki. 
       - Ej! - żachnął się Louis, który musiał to zauważyć. Uniosłam brwi, udając, że nie wiem, o co mu chodzi. Zmrużył powieki i pokręcił karcąco głową. 
       - Są w bagażniku. Pokazać ci? - odezwał się Harry, odpowiadając na zagadkową dla mnie, wypowiedź Mileny. Moja przyjaciółka zamrugała szybko w wyrazie zaskoczenia, a potem pokręciła energicznie głową. 
       - Nie dzięki. Możemy? Chcę już mieć to za sobą - rzuciła i, wymijając ostentacyjnie Harry’ego, ruszyła w stronę jednych z drzwi wyjściowych parkingu. Mężczyzna stał cały czas w tym samym miejscu, patrząc na nią z rozbawionym wyrazem twarzy. 
       - Jasne, możemy. Ale idziesz w złym kierunku - zawołał i wskazał kciukiem na drzwi za sobą, które prowadziły prosto do hotelu Blow Up Hall 50 50… Serio, Ci faceci mają za dużo kasy… 
       Milena uniosła dumnie brodę i bez słowa zawróciła, ruszając we wskazanym kierunku. Harry dogonił ją, dotrzymując kroku. Spojrzałam na Louis’ego, który wciąż patrzył na mnie z przymrużonymi oczami. Westchnęłam zniecierpliwiona. 
       - Czego? - rzuciłam ostro. Przekrzywił nieco głowę i wycelował we mnie palec wskazujący. 
       - Nie myśl, że tego nie widziałem - warknął głosem niższym, niż kiedykolwiek dane było mi słyszeć. Otworzyłam szeroko oczy, zapominając zupełnie, o co mogło mu chodzić. Zamiast tego, skupiłam się na tej seksownej, nieodkrytej jeszcze dla mnie, barwie. Kornelia, to nie czas i miejsce, by myśleć o takich rzeczach, próbowałam przywrócić się do porządku. 
       - C.. Co? O czym ty mówisz? - zapytałam nieco zdezorientowana. Jedna z brwi Louis’ego wystrzeliła w górę. 
       - O tym jak ugięły ci się kolana, na tę starą, oklepaną sztuczkę Stylesa z obniżonym głosem - warknął, pochylając się teraz nade mną niebezpiecznie. Nie odsunęłam się. Zacmokałam jedynie i spojrzałam w jego błękitne oczy, oceniającym wzrokiem. Oparłam dłonie na biodrach i uśmiechnęłam się psotnie. 
       - Czy ty też teraz wykorzystujesz starą oklepaną sztuczkę Stylesa z obniżonym głosem? Bo muszę ci powiedzieć, że w twoim wykonaniu jest ona milion razy skuteczniejsza - oznajmiłam, zagryzając uwodzicielsko wargę. Jego napięty wyraz twarzy znikł momentalnie, ustępując miejsca zaskoczeniu. Milisekundy dzieliły go od tej zmiany do pochwycenia mnie w swoje objęcia i złożenia na moich wargach głębokiego pocałunku. Zaśmiałam się w jego usta i poddałam temu bez protestów. Powolne mocne ruchy wysyłały mnie w miejsca umysłu i doznań, które nieczęsto odwiedzałam. Pociągnęłam Louis’ego lekko za włosy, na co odpowiedział nieco bardziej łapczywym ruchami. Naparł na mnie, przyciskając do samochodu Harry’ego i ujął w dłoń moją pierś. Jęknęłam cichutko, gdy uwolnił moje usta, by obsypać pocałunkami skórę szyi. Kręciło mi się w głowie, nie mogłam racjonalnie myśleć. Wszystkie wspomnienia, marzenia o ponownym dotyku ust Louis’ego, nawet w najmniejszym stopniu, nie mogły się równać z ich rzeczywistym pierwowzorem. Uderzyło mnie to, jak bardzo za nim tęskniłam. Emocje wykrzyczane w kawiarni, były niewielkim ułamkiem tego, co wybuchło w mojej głowie w tej chwili. Tęsknota była tak nie do zniesienia, że, dotykiem swych małych dłoni, zmusiłam Louis’ego do ponownego pocałowania mnie w usta. Przystał na to chętnie, jednocześnie badając dokładnie dłońmi moje nagie, pod ubraniami, ciało. Zaczęłam oddychać nierówno, gdy jego palce znalazły się po wewnętrznej stronie mego uda. 
       - EJ! - podskoczyłam gwałtownie na głośny ryk, roznoszący się echem po parkingu. Spojrzeliśmy w kierunku jego źródła. W progu drzwi wejściowych do hotelu stał rozeźlony Harry, wskazujący na nas palcem - ŻADNEGO SEKSU NA MASERATI! - wrzasnął, a, mimo wyraźnej złości, w jego głosie słyszalna była opiekuńcza nuta, jakby mówił o swoim kilkuletnim dziecku. Wybuchnęliśmy z Louis’m śmiechem, oddalając się od siebie nieznacznie. Poprawiłam pogniecione rzeczy i przekręconą spódniczkę, i ruszyłam za mężczyzną w stronę Harry’ego. Ten czekał, uważnie nas obserwując, jakby w obawie, że ponownie “zbezcześcimy” jego ukochane auto. Mijając go, Louis poklepał jego ramię i wspiął się w górę schodów.
       Milena czekała na nas w pokoju hotelowym Harry’ego, który, swoją drogą, wyglądał wspaniale. Wielkie małżeńskie łoże, białe ściany i czarno-białe podłogi. Marmury, drogie meble i ogólnie panująca atmosfera krzycząca “zapłacisz za mnie krocie”, biły po oczach. Usiadłam na miękkim materacu, obok przyjaciółki i spojrzałam w górę na dwóch, stojących przed nami mężczyzn. Cała wesołość, zaistniałej na parkingu, sytuacji ulotniła się gdzieś bezpowrotnie. Jej miejsce zajęło zdenerwowanie. Czas zmierzyć się z rzeczywistością. Potarłam o siebie dłonie i wcisnęłam je między uda, zaciskając nerwowo wargi. Nikt się nie odzywał. Cztery pary oczu przerzucały się z jednej osoby na drugą, w pełnej napięcia ciszy.
       - Więc? - jako pierwsza, postanowiła odezwać się Milena. Patrzyła rozeźlona na Harry’ego, który potarł powoli swój kark i odetchnął ciężko. 
       - To chyba oczywiste, prawda? - powiedział za niego Louis. Tylko on wydawał się być rozluźniony. Uśmiechał się szeroko i opierał niedbale o czarną komodę, stojącą naprzeciwko łóżka. Rzuciłam mu karcące spojrzenie, na co zmarszczył brwi w wyrazie zdezorientowania. 
       - Caroline przedstawiła wam sytuację, prawda? - zapytał Harry, zajmując miejsce obok Louis’ego. Kiwnęłam głową, a Milena skrzyżowała ręce na piersi. 
       - To miało nas przekonać? Kasa w zamian za życie z przestępcami? - zakpiła. Harry wcisnął powoli ręce w kieszenie swoich czarnych spodni, obserwując ją uważnie. 
       - Bez przesady. Policja Londynu jest po naszej stronie - odparł, wykrzywiając usta w lekkim uśmiechu. Milena prychnęła pogardliwie. 
       - I jak to się stało? - warknęła. Louis zaśmiał się, a w jego śmiechu usłyszałam dziwną nutę. Naturalny sarkazm zmienił się w jego mroczniejszą wersję. 
       - Policja to też ludzie. A od nas dostają broń w bardzo niskich cenach. Oczywiście, dla zachowania pozorów, zaopatrują się również u legalnych dostawców, ale u nas mają o wiele korzystniejsze warunki transakcji - wzruszył od niechcenia ramionami i przełożył ciężar ciała z jednej nogi na drugą. 
       - Co by się stało, gdyby was złapali? - zapytałam, uderzona nagle ciekawością. Harry i Louis wymienili tajemnicze spojrzenia. 
       - Policja starałaby się, jak najskuteczniej, wszystko zatuszować - odpowiedział Harry. Pokręciłam szybko głową, pochylając się do przodu. 
       - Ale co jeśli by się jej nie udało? 
       - Kilkadziesiąt lat w więzieniu, może dożywocie. Ale do gry musiałyby się włączyć nieco wyższe jednostki władzy niż nasza policja, co raczej się nie zdarzy. Jesteśmy bardzo ostrożni - głos Louis’ego był bez wyrazu, jakby perspektywa tak długie odsiadki, nie robiła na nim żadnego wrażenia. Za to mnie zmroziła. Warto było tak ryzykować? Głupia! Widziałaś, jak żyją, oczywiście, że warto! 
       Ponownie otoczyła nas nieznośna cisza. Słyszałam tylko dźwięki samochodów za oknem i nasze niezsynchronizowane oddechy. Milena przygryzała nerwowo paznokieć kciuka, wpatrując się w podłogę. Czułam, że chciała się odezwać, lecz coś wciąż ją od tego powstrzymywało. Oddaliła palec od ust i spojrzała na Harry’ego wzrokiem, w którym dostrzegłam nutę zmartwienia. 
       - Dlaczego to robicie? Od czego to się zaczęło? - wyrzuciła wreszcie z siebie, a ja czułam, jakby wyciągnęła te pytania z tyłów mojej podświadomości. Spojrzałam z wyczekiwaniem na mężczyzn. Louis westchnął głośno i pokręcił głową, odpychając się od komody. Zrobił kilka kroków w naszą stronę i przerzucił wzrok z ziemi na mnie. Wtedy też przestał się uśmiechać. 
       - Są rzeczy, o których wolelibyśmy teraz nie rozmawiać. Do czasu aż nie będziemy pewni, że z nami wrócicie - odparł przyciszonym głosem. Miałam wrażenie, że byłam w stanie dostrzec malutki nerw w jego wnętrzu, który naruszyło pytanie Mileny. Coś sprawiło, że mała dawka cierpienia ogarnęła teraz tego pięknego posiadacza błękitnych oczu. Nim zorientowałam się, co robię, wstałam z łóżka i zbliżyłam do Louis’ego. Dotknęłam dłonią jego policzka i zmusiłam go, by na mnie spojrzał. Uśmiechnął się nieznacznie, a w jego oczach błysnęła wdzięczność. Nie zdążyłam jednak go pocałować, bo Harry przerwał nasze spojrzenia, swym obniżonym głosem. 
       - Powiedzmy, że byliśmy w kiepskim punkcie naszego życia. Louis wyczaił okazję i ją pochwyciliśmy. Poprzedzając wasze pytanie. Dzięki prowadzeniu kilku legalnych działalności, ta najważniejsza, nielegalna, jest doskonale kryta. Choć na początku musieliśmy się nieźle nagimnastykować. Założyliśmy mizernie prosperującą firmę, która, jako jedyna, była naszą przykrywką. “Irresistible”, “Little Things”, moja firma prawnicza i Louis’ego handlowa, zostały już wykupione za kasę z pukawek. - wyjaśnił, a mnie wszystko zaczęło układać się w wyraźną całość. Spojrzałam w błękitne oczy, które teraz były tak blisko, tak wyraźne i pogłaskałam palcem policzek Louis’ego. Chciałam przekazać mu tym spojrzeniem swój żal, swoją złość i smutek, tęsknotę i swoją… Swoje uczucie do niego. To, jak w ciągu kilku miesięcy potrafił wgryźć się w moją podświadomość. Jak nie mogłam przestać o nim myśleć w ciągu tych dwóch tygodni rozłąki. Zła na niego, zła na siebie, ale też z nadzieją na ponowne spotkanie. Błękitne tęczówki, wydawały się próbować przekazać mi podobne emocje. 
       - Dlaczego po nas wróciliście? - pytanie samo wyrwało się z moich ust. Na ułamek sekundy, w oczach Louis’ego, pojawiło się zaskoczenie. Chyba nie spodziewał się, że nigdy nie padnie to pytanie? Odsunął się ode mnie i przeczesał rękami swoje włosy. Dłoń Harry’ego powędrowała do jego ust, spojrzenie utkwiło w nicości. 
       - Z Londynu będzie was łatwiej chronić - rzekł Louis. Co? 
       - Co? - odezwała się Milena. Była tak samo skołowana jak ja. Chronić przed czym? 
       - Clifford… Zauważył, że jesteście… - Harry zaciął się w połowie, jakby nie potrafił wydusić z siebie kolejnego słowa. 
       - Jesteście dla nas ważne - dokończył za niego Louis, patrząc na przyjaciela z politowaniem. Dziwne ciepło rozlało się po moim sercu. To nie była najlepsza chwila na sentymentalne uniesienia, lecz to jedno zdanie wywołało na moich ustach niewielki uśmiech. 
       - I? Clifford nie może nas ruszyć, prawda? Ta wasza dziwna męska solidarność wam na to zabrania - prychnęła Milena, jakby słowa Louis’ego nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Domyślałam się, że było inaczej. Milena po prostu wciąż nie chciała pokazać swoich emocji. Uparta jak osioł, dumna jak paw. Miałam ochotę przekręcić oczami, lecz w porę się powstrzymałam. Nie chciałam rozpoczynać kolejnego konfliktu. 
       - Cóż… Teoretycznie. Nie jesteście już nasze. - mruknął Harry. Milena spojrzała na niego, jak na ostatniego wariata. 
       - Więc co? Tak po prostu mogą sobie wlecieć do Polski, zgwałcić nas i co tam jeszcze - zabić, przebiegła mi przez głowę myśl - Bo nie jesteśmy oficjalnie waszymi dziewczynami? - żachnęła się z wściekłością, wstając gwałtownie. O, o… Harry zaczął kręcić pospiesznie głową i podszedł do niej, ujmując rozgniewaną twarz w dłonie. 
       - Oczywiście, że nie! Zginęliby, gdyby to zrobili - powiedział przybierając groźny ton. Uderzyła mnie treść tych słów, a po plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Miał na myśli, że zginęliby w przenośni? Dosłownie? Cholera, już nic nie wiem! Zaczęłam nerwowo wykręcać palce. W pokoju rozlegał się teraz trzask za trzaskiem. Milena brutalnie zrzuciła z siebie ręce Harry’ego, a potem uderzyła go z całej siły płaską dłonią w policzek. Stanęłam osłupiała, patrząc na zszokowaną twarz mężczyzny i furię w oczach mojej przyjaciółki. Eee, co się właśnie stało? 
       - DOŚĆ TEGO! - wrzasnęła, oddalając się od niego kilka kroków. - Przestańcie nami manipulować, do cholery! A ty! - jej palec wskazujący wystrzelił w moją stronę - Dajesz omamiać się tym kłamliwym namowom! Mam tego dość! Chcę wrócić do domu! NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE - byłam pewna, że jej głos słyszały osoby zajmujące pokoje sąsiadujące z tym Harry’ego. Styles stanął w pół-kroku, zatrzymany przez jej krzyk. Łzy stanęły w jej oczach, błyszcząc nieznacznie w, padającym zza okna, świetle zachodzącego słońca. Jak długo już trwa ten dzień? To nie była wściekłość na Harry’ego i Louis’ego. Ściany Mileny właśnie zostały zburzone. Coś w spojrzeniu Harry’ego dotknęło najbardziej bezbronnej części muru, za którym chowała całą tęsknotę i żal. Milena nie lubiła pokazywać emocji, nie lubiła wpuszczać kogoś poza granicę tej stalowej ochrony. Wrzaski, które rozległy się w pokoju hotelowym były skierowane do niej samej. Moja przyjaciółka była wściekła na siebie. Nie była nawet w stanie powstrzymać szlochu, który wyrwał się z jej ust. Zacisnęła powieki, a dwie łzy opadły szybko na podłogę. Harry wykorzystał ten moment i, mimo jej zakazu, podszedł do niej powoli. Nie czekając, aż Milena ponownie otworzy oczy, zamknął ją w mocnym uścisku, głaszcząc powoli jej włosy.
       - Nie! - krzyknęła, lecz jej głos stracił na sile. Wyrwała się Harry’emu i zaczęła okładać go pięściami, nie powstrzymując przy tym płaczu. Harry zniósł cierpliwie jej próbę wyładowania złości, a potem złapał pewnie za drobne nadgarstki i raz jeszcze przyciągnął ją do siebie. Tym razem nie zaprotestowała. Szlochała rzewnie w jego koszulę, zaciskając między palcami jej materiał. Ten widok sprawił, że i mnie ścisnęło się nieznacznie w gardle. Nawał emocji, tych pozytywnych, jak i negatywnych, odcisnął znaczące piętno na naszych nerwach. To była tylko kwestia czasu aż któraś zbuntuje się przeciwko obezwładniającej nas bezradności. 
       Poczułam jak Louis chwyta powoli i delikatnie moją dłoń i ściska ją nieznacznie. Odpowiedziałam tym samym i spojrzałam na niego przez łzy. Uśmiechnął się do mnie uspokajająco. 
       - Milena - odwrócił głowę w stronę przytulonej pary. Milena przestała szlochać na chwilę i wytarła pospiesznie mokre policzki, spoglądając na Lou zza ramiona Harry’ego. - Ochrona to ten formalny powód. Tęsknimy za wami. Harry się do tego nie przyzna, ale przez całe dwa tygodnie chodził jak jakieś dziecko emo, naburmuszone i smutne. - oczywiście, nawet w tak emocjonalną wypowiedź, Louis musiał wtrącić jakiś żart. Harry, którego ręce spoczywały na plecach Mileny, pokazał dyskretnie przyjacielowi środkowy palec. - To jest biznes. Biznes jak każdy inny! Znajdź mi choćby jedną korporację, firmę czy inną instytucję, która, w dzisiejszych czasach, działa całkowicie legalnie. - mówił, patrząc na Milenę z, pełnym nadziei, wyrazem twarzy. 
       - Wasza jest jednak o wiele bardziej nielegalna. I bardziej niebezpieczna. - szepnęłam, nie wierząc, że te słowa wychodzą ode mnie, a nie od Mileny. Louis zwrócił swoją głowę ku mnie, a w jego oczach dojrzałam, blaknący teraz, ślad zawodu. Ruszył w stronę łóżka, ciągnąć mnie za sobą i usiadł na materacu, wciąż trzymając mnie za rękę. Byłam teraz nieco wyższa od niego. Spojrzał na mnie z dołu i przyłożył sobie moją dłoń do ust. 
       - Tak. Ten sposób zarabiania… Jest niebezpieczny. Bardzo. Ale tylko dla nas. Wam nic nie będzie groziło. Macie na to moje słowo. Moje i Harry’ego. - szepnął, a Harry kiwnął powoli głową. 
       - Nie możesz tego wiedzieć - powiedziała Milena, która dopiero teraz odzyskała głos. Odsunęła się ostrożnie od Harry’ego, rzucając mu uspokajające spojrzenie, jakby zapewniając, że już nie będzie histeryzować. 
       - Nikt nie będzie miał prawa was dotknąć. - warknął Styles, jakby samo wyobrażenie takiej sytuacji, wywoływało u niego potrzebę stłumienia jakiejś furii. Zaśmiałam się bez wesołości. 
       - Wy nie macie prawa sprzedawać tej broni i narkotyków - zauważyłam i wzruszyłam ramionami zrezygnowana, zmęczona już tym wszystkim. Poczułam silny uścisk na swojej dłoni. Louis patrzył na mnie z napięciem. Jego chyba też nawiedziły niechciane myśli. 
       - Nigdzie nie jest się stuprocentowo bezpiecznym - powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Miał rację. W każdej chwili mogłam zostać napadnięta przez rabusia, zgwałcona przez jakiegoś psychopatę czy okradziona we własnym domu przez włamywacza. Żadne miejsce nie było stuprocentowo bezpieczne. Ale czy mieszkanie chronione przez szefów zorganizowanej grupy przestępczej mogło należeć do miejsca równie bezpiecznego jak ulice Poznania. Bardziej bezpiecznego? 
       - Co, jeśli… Jeśli się pokłócimy? Jeśli już nie będziemy… Razem? - zapytałam cicho.
       - To niemożliwe - odparł, kręcąc szybko głową
       - Co jeśli? - naciskałam
       - Dotrzymujemy słowa - odezwał się Harry - Jeśli tak się stanie, wciąż utrzymacie swoje posady. - dodał
       - To się nie trzyma kupy - Milena osunęła się po ścianie na podłogę i oparła czoło na dłoniach. - Przecież my tam zupełnie nie pasujemy. Dwie biedne kobiety z Polski, miałyby związać swoją przyszłość z niebezpiecznymi przestępcami? Dlaczego? Co wy będziecie z tego mieli? - zapytała, opierając głowę na zimnym kamieniu. Przytaknęłam jej w duchu. 
       - Was - szepnął Harry, nie patrząc teraz na nikogo. Milena zawiesiła na nim wzrok bez mrugnięcia. Atmosfera w pokoju zgęstniała momentalnie.
       - No i Niall bardzo potrzebuje wokalistki. Odkąd odeszłaś stracił połowę klientów! W tym mnie - Louis mrugnął do mnie psotnie, próbując przerwać zaistniałe napięcie, ale nie uśmiechnęłam się do niego. Puściłam jego dłoń i skrzyżowałam ręce na piersi. Nerwy ponownie brały górę. Ten dzień był totalną huśtawką emocji, a ja bardzo chciałam z niej już zejść. 
       - W porządku - zamarłam, gdy w pokoju rozbrzmiał cichy głos Mileny. Musiałam się przesłyszeć. Odwróciłam się w jej stronę. Wciąż opierała głowę o ścianę, a jej oczy skupione były na Harrym. 
       - Co? - zapytałam, osłupiała. Zamknęła na chwilę oczy i zaczęła masować palcami wskazującymi skronie. 
       - Powiedziałam: “w porządku”. - mruknęła cicho zniecierpliwiona. Mój żołądek wywrócił koziołka. Czy to się właśnie działo? Uśmiech Louis’ego rozszerzał się z każdą kolejną sekundą. Ja nie byłam w stanie poruszyć nawet jednym mięśniem. 
       - Milena… - zaczął Harry, pełnym niedowierzania tonem. Podniosła rękę, by go uciszyć, a jej powieki uniosły się powoli. 
       - Ale pod jednym warunkiem. - odepchnęła się od ściany i stanęła ponownie na nogach. Wszyscy skupiliśmy na niej swoją uwagę. Spojrzała po każdym po kolei, a potem zatrzymała oczy na, obserwującym ją uważnie, szmaragdzie. - Nie będziemy wciągnięte w żadne sprawy waszego… cóż… biznesu - wykonała palcami gest cudzysłowu. - ŻADNE - podkreśliła, jakby chciała upewnić się, że Harry i Louis zrozumieli ją dobrze. Harry zagryzł nerwowo wargę.
       - Wiesz, że to będzie trudne do zrealizowania - szepnął. 
       - Skoro tak bardzo chcecie, żebyśmy wróciły, znajdziecie sposób - choć słowa Mileny były ostre, jej ton nie mógł być mniej nieuprzejmy. Jakby kłóciły się w niej dwie osoby. Jedna chcąca wciąż sprzeciwiać się temu całemu pomysłowi z powrotem do Anglii, druga nie pragnąca bardziej niczego innego. 
       Znacie to uczucie, gdy bardzo chcecie, czegoś, co jest nieosiągalne. Czegoś, co nie do końca zgadza się z waszymi zasadami moralnymi lub nie podoba się osobom w waszym otoczeniu? Taki zakazany owoc, o którym sekretnie marzycie, bo przecież i tak go nie dostaniecie. Za marzenia nie karzą, prawda? A co, jeśli zakazany owoc nagle spadł z drzewa i jest na wyciągnięcie waszej dłoni? Sięgacie po niego i uświadamiacie sobie, że, choć bardzo go pragnęliście, możliwe, że popełniacie błąd. Czy zakazany owoc nie będzie zatruty? Jeśli go ugryzę, czy będzie tak samo słodki, jak w mojej wyobraźni? Może wręcz przeciwnie? Może okaże się kwaśny i zgniły w środku, choć skórka wyglądała kusząco i apetycznie. Wraz ze słowami Mileny, mój owoc spadł z drzewa, a ja na, zwiotczałych nogach kroczyłam, w jego stronę, by pochwycić go i ugryźć. Zakazane owoce nigdy nie powinny zostać zjedzone…
       Harry kiwnął głową i, z lekkim wahaniem, wyciągnął do Mileny rękę. Spojrzała na nią, a potem pochwyciła ostrożnie. Wyraz jej twarzy był dla mnie zupełnie nieodgadniony, lecz na pewno nie było w nim nienawiści, która jeszcze kilka chwil temu tak sprawnie kierowała jej zachowaniem. 
       - Jedziemy do Anglii - szepnęłam do siebie, tracąc z oczu tę dwójkę. Patrzyłam w nicość, mając w głowę tę jedną myśl. 
       - Lecimy - poprawił mnie Louis, którego głos trząsł się nieznacznie. Przytaknęłam i przeniosłam na niego nieobecny wzrok. Szczerzył się do mnie, jak wariat. Mrugałam powoli, czując, że ta informacja nie dotarła jeszcze do mnie w stu procentach. 
       - Kocie - szepnął Louis, wstając z łóżka i ujmując moją twarz w dłonie. - Zostajesz ze mną - powiedział, nim przycisnął swoje usta do moich. I wtedy mnie uderzyło. Świadomość tego, co właśnie postanowiłyśmy. Oddając się pocałunkom mężczyzny, odczuwałam w żołądku narastające nieprzyjemne łaskotanie. Gdzieś w tyłach mojej świadomości ekscytacja, walczyła zacięcie o wolność. Dziewczyna gangstera. Co to oznaczało? Co mnie czekało? Zwykła szara myszka miała związać się teraz z przestępcą. Zwykła szara myszka chciała związać się z przestępcą. Zwykła szara myszka nie pragnęła bardziej niczego innego, niż związać się z przestępcą. Choć, jakiś cichutki głosik rozsądku i moralności, wciąż próbował przebić się przez ryczącą na całe gardło satysfakcję, wiedziałam, że nie ma szansy na wygraną. Decyzja została podjęta, a ja nie odczuwałam zbyt wielkich, związanych z nią, wyrzutów sumienia. 
       - Louis - szepnęłam, przerywając przyjemny dotyk jego warg na swoich. Mruknął cicho, z zamkniętymi oczami, na znak, że mnie słucha. - Żadnych tajemnic… Proszę… - podniósł powieki i pokręcił głową. 
       - Żadnych - powiedział przyciszonym głosem, zakładając mi kilka różowych kosmyków za ucho. - Ale… Skoro nie mogę mieć przed tobą żadnych tajemnic…Muszę ci wyznać, że… - urwał i spojrzał na mnie z obawą. Cholera… Co znowu?  Zaczęłam zastanawiać się, czy może nie wolałabym, by Louis ukrywał jednak przede mną niektóre rzeczy. - Cholera, nie wiem jak to powiedzieć…
       - Louis! - popędziłam go, czując, jak zaczynają drżeć mi nogi. 
       - Ech… No dobra… Musisz wiedzieć, że…  Harry… On…  Ma małego penisa… Wiem, wiem, że to straszne, bo przy takim wzroście i niskim głosie jak jego, na pewno wyobrażałaś go sobie jako… całkiem sporego gościa. Ale nie. Ten facet to krasnal tam na dole. Nie musisz więc już podniecać się jego trickami - mówił to wszystko z pełną bezradności miną, a ja o mało nie zemdlałam z ulgi i nie zabiłam go za to, że tak mnie wkręcił. Jakiś przedmiot przeleciał przez cały pokój i trafił Louis’ego w potylicę. Mężczyzna skrzywił się i potarł bolące miejsce, a ja spojrzałam w dół, by ujrzeć czarny skórzany portfel. Wyglądał na wypełniony dużą ilością monet. 
       - Chciałbyś mieć tak “małego” penisa, jak ja - warknął Harry, który patrzył teraz na Louis’ego z morderczym błyskiem w oczach. Ten parsknął śmiechem i odrzucił narzędzie zbrodni. Milena, która stała za Harrym odchyliła się, by uniknąć trafienia. 
       - Nienawidzę cię - warknęłam do Tomlinsona, opadając bezwładnie na łóżko. 
       - Wręcz przeciwnie - szepnął, siadając obok mnie. Zamarłam na chwilę, czując gdzieś w środku rosnącą panikę. Nie może wiedzieć. Nawet ja nie wiem…

       Karolina została wysłana do Anglii dwa dni wcześniej, niż zaplanowany był nasz wylot. W pewien sposób bawiło mnie to, że wzięli ją ze sobą tylko po to, by przedstawiła nam ich propozycję. Biedna dziewczyna. Teraz, cała nasza czwórka. stała na lotnisku, czekając na swój lot. Pakowanie nie było dla mnie zbyt trudne. Podczas naszego pospiesznego opuszczenia kraju, wzięłyśmy z Anglii tylko ubrania i głównie ubrania przewoziłyśmy teraz. Poza tym Louis był bardziej niż chętny do pomocy, przez co poznała go cała moja rodzina. Nie mogłam powstrzymać histerycznego śmiechu, gdy chował się za mną, przed szczekającym na niego, wiernym kompanem mojej mamy. 
       - Mamo… To jest Louis - przedstawiłam wtedy mężczyznę, lecz poza pojedynczym “hi”, ta dwójka nie wymieniła ze sobą, żadnych innych słów, ze względu na nieznajomość języka angielskiego u mamy. To jednak nie przeszkadzało jej skomentować wyglądu tego “przystojnego chłopca, który na pewno jest dobry w łóżku” 
       - MAMO! - skarciłam ją, gdy zachichotała, niczym psotne dziecko i skierowała się do kuchni. Roześmiałam się w duchu, podążając za nią wzrokiem. Trafiłaś w dziesiątkę, mamuśka!
       Potem przyszedł czas na brata i na siostrę, a na końcu na tatę, który zmierzył Louis’ego podejrzliwym spojrzeniem i sięgnął do swojego schowka z bronią. Jako myśliwy miał jej imponującą kolekcję. Sprawdził ostentacyjnie lufę strzelby, a potem wycelował ją w nos Tomlinsona. 
       - TATO! - wrzasnęłam na niego, obniżając pospiesznie broń. 
       - Więc… Zabierasz moją córkę do Anglii? - zapytał groźnie z ostrym polskim akcentem. 
       - Tak, proszę pana - odpowiedział Louis, nie wykazując nawet odrobiny zdenerwowania. Jego ton był uprzejmy i nieco wesoły. Tato musiał uznać to za pozytywną cechę, bo postawił strzelbę na podłodze.
       - Masz o nią dbać - rzucił tylko i minął Louis’ego, nie czekając na odpowiedź. Ten odwrócił się za nim
       - Proszę się nie martwić. Nie ma dla mnie nikogo ważniejszego od pańskiej córki, będzie bezpieczna - zawołał, a tata odwrócił się do nas i posłał nam wdzięczny uśmiech. Mogłabym przysiąc, że, w tym momencie moje serce stopiło się, niczym masło wystawione na słońce. Mężczyźni wymienili jeszcze spojrzenia, a potem tato wyszedł z domu, by załatwić jakąś kolejną biznesową sprawę. 

       Harry i Louis załatwili bilety w klasie VIP, gdzie każdy fotel, był niczym tron, a drogi szampan lał się litrami. Usiedliśmy z Tomlinsonem obok siebie i chwyciliśmy się za dłonie. Patrzyłam przez okno na harujących bez wytchnienia pracowników lotniska. Właśnie odłączano od nas tunel, którym weszliśmy na pokład samolotu. 
       Wspomnienie rodziców reagujących na spotkanie z Louis’m wywołało uśmiech na mojej twarzy. Nie wiedziałam kiedy zobaczę ich po raz kolejny, nie wiedziałam, czy kiedykolwiek poznają prawdę, ale wiedziałam, że zasługiwali na lepszą córkę. Córkę, która ich nie okłamie. Córkę, która nie wyjedzie do innego kraju za przestępcą. Która nie dołączy do grupy gangsterów. 
       Nagle do moich oczu zaczęły cisnąć się łzy, więc odciągnęłam myśli od domu, który właśnie opuszczałam. Samolot ruszył, nabrał prędkości i już po chwili znajdowaliśmy się w powietrzu. Żegnaj Polsko, żegnaj rutyno… Witaj Anglio, witaj życie na krawędzi.
       Poczułam ciepły dotyk warg na swoim ramieniu i odwróciłam się do Louis’ego, który prostował się właśnie, by na mnie spojrzeć. 
       - O czym tak myślisz? - zapytał, głaszcząc mnie delikatnie wzdłuż przedramienia. 
       - O domu - odpowiedziałam szczerze. Uśmiechnął się delikatnie i położył na moim policzku dłoń.  
       - Będziemy ich odwiedzać - powiedział, uspokajająco i pocałował mnie czule. Kiwnęłam głową i wyszczerzyłam się do niego. 
       - Dobrze, że mój tata cię nie rozstrzelił - zachichotałam, a Louis wybuchnął śmiechem i pokiwał głową. 
       - Miły ten twój staruszek, nie powiem - zażartował. Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę, a potem, uciszeni przez Harry’ego, zamilkliśmy, wpatrując się w siebie z uczuciem. Wreszcie Louis zbliżył się do mnie i zaczął całować delikatnie. Powolne, ostrożne ruchy były pełne tęsknoty i uczucia. Zadrżałam i przyciągnęłam go bliżej siebie. W co ja się pakuję? 
       - Nawet nie wiesz, jak się cieszę - szepnął mi do ucha, łaskocząc oddechem moją skórę. 
       
     Nawet nie wiesz, jak się boję… 




Podobało się? Byłoby miło! :D A teraz zwracamy się do Was z wielką, wielką prośbą, która raczej niezbyt często będzie występowała na naszym blogu (może jest to jedyny raz, gdy się pojawia, kto wie :O ) Z okazji 30. rozdziału chciałybyśmy zrobić taką małą statystykę. Jako, że nie do końca idzie sprawdzić ile osób, tak naprawdę, czyta TTD, chciałybyśmy zwrócić się do Was z prośbą o skomentowanie tego rozdziału. Nie musi to być jakiś konstruktywny komentarz, może nawet być jedna literka :D Po prostu miło byłoby zobaczyć, ile, mniej więcej, czytelników TTD mamy. 

A! I jeszcze jedna sprawa. Jeśli jesteście użytkownikami Twittera i macie ochotę podzielić się wrażeniami, emocjami i uczuciami dotyczącymi TTD to zapraszamy do używania tagu #TTDff :) Zauważyłyśmy malutką aktywność czytelników na tt i już od jakiegoś czasu myślałyśmy o jej ułatwieniu :) 

No! To teraz koniec żebrania, koniec proszenia, DZIĘKUJEMY, ŻE JESTEŚCIE Z NAMI! Zbliżamy się do 20 000 wyświetleń, co przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Jesteście wspaniałe, kochamy i jeszcze raz dziękujemy! :* 


A. <3 i M. xx


*Hej, mała dziewczynko. Chodź do środka, nie bój się. Ochronię cię.

niedziela, 5 października 2014

29. When you fell, you fell towards me

       When you fell, you fell towards me*



Milena

      Jakim cudem się tutaj znalazłam? Nie, nie miałam na myśli kawiarni, w której jeszcze kilkanaście minut temu pokłóciłam się z Kornelią. Miałam na myśli to, co się w niej działo. Zmuszona przez przyjaciółkę, wepchnięta na siłę z powrotem do środka, siedziałam teraz naprzeciwko posiadaczki burzy blond loczków. Karolina zdawała się czuć tak samo nie na miejscu, jak ja, co chwilę rozglądając się na boki, przygryzając wargę, czy naciągając nadmiernie dół swojej koszulki i wykładając nam to, co zapewne zostało jej polecone, przez Louis’ego i Harry’ego. Jakim cudem dałam się namówić na wysłuchanie tych bzdur? Ugh, Kornelia, ty i twoja naiwność... 
        Patrzyłam na blondynkę wzrokiem pełnym wrogości. Nie chciałam, żeby pomyślała, że siedzę tu dobrowolnie. Nie. Przekonały mnie do tego tylko zaszklone oczy Kornelii, jej nadzieja na spełnienie prośby, o którą się wcześniej pokłóciłyśmy. Wiedziałam, że to się nie stanie, ale nie chciałam pozbawiać jej jakiejkolwiek szansy. Nie chciałam, by była smutna, bo widziałam błysk w jej oczach, gdy Karolina wypowiedziała te cholerne słowa. Przylecieli do Polski. Jak oni śmieli, do cholery? 
        - Tak więc... Jest propozycja - zaczęła niepewnie Karolina. Patrzyła gdzieś w przestrzeń między mną, a Kornelią, a drżenie w jej głosie zdradzało to, jak bardzo była zestresowana. Niechętnie przywitałam w sobie uderzające mnie współczucie. Próbowałam je zwalczyć logicznymi argumentami, jednak nerwowa postawa Karoliny skutecznie mi w tym przeszkadzała. Przekręciłam oczami na swoją słabość. Kornelia, która siedziała teraz po mojej lewej stronie, kiwnęła żywo głową. 
        - Jaka? - zapytała, troszkę zbyt entuzjastycznie, na co ja rzuciłam jej karcące spojrzenie. Wzruszyła ramionami i wróciła wzrokiem do Karoliny, wyczekując na dalszy ciąg jej wypowiedzi. 
- Um... Chłopcy chcieliby, żebyście wróciły do Anglii... - powiedziała cicho, chwytając w palce jeden ze swych kręconych kosmyków i bawiąc się nim nerwowo. 
- Nie gadaj... - mruknęłam, krzyżując na piersi ręce. Kornelia pokręciła głową i spojrzała na mnie z wyrzutem. 
- Daj jej skończyć - skarciła mnie, na co ja przewróciłam oczami. 
- Milena... Wiem... wiem, że sposób, w jaki dowiedziałaś się o tym, co robią chłopcy nie był najlepszy. Osobiście namawiałam ich, by przedstawili wam sytuację o wiele wcześniej. - brwi Karoliny powędrowały ku górze w nieco błagalnym wyrazie. Westchnęłam ciężko, próbując nie oceniać jej zbyt surowo. Zacisnęła zęby i umilkła na chwilę, jakby zastanawiała się nad tym, co ma teraz powiedzieć. 
- Um... - typowe angielskie „yyy”, przedzierało się przez jej słowa zdecydowanie zbyt często. Nie wiedziałam, czy to z powodu tego, że była zdenerwowana, czy może był to jej nawyk, ale nie pozwalało mi to przestać myśleć o Anglii i Harrym. Poczułam, jak gardło ściska mi się nieznacznie, więc odkaszlnęłam lekko. - Skoro już tu jesteśmy - Karolina kontynuowała swoją wypowiedź - To chciałam ci podziękować za to, że nie powiedziałaś Harry’emu... No wiesz. O Liamie - ostatnie słowa musiałam wyczytać z ruchu jej warg, bo głos drżał jej niemiłosiernie. 
Wspomnienie żałośnie wyglądającego Liama, zrozpaczonego jakąś rzeczą, na temat której nie miałam pojęcia (choć teraz już byłam prawie pewna, że miało to jakiś związek z jego „zawodem”), uderzyło mnie niczym silny kopniak w żołądek. Zmarszczyłam brwi, patrząc na kulącą się w sobie Karolinę, a Kornelia przerzucała wzrok z jednej na drugą, w, pełnym zdezorientowania, wyrazie. Kiwnęłam głową, czując, jak negatywne emocje nieco opuszczają mój system. Nie mogłam być okrutna dla osoby, która na wspomnienie swojego zaćpanego faceta jawnie cierpiała. Karolina nie patrzyła mi w oczy, gdy wypowiadała te słowa. Błądziła gdzieś wzrokiem, zawstydzona, jakby to ona znalazła się wtedy w moim gabinecie, ledwo trzymająca się świadomości. 
- Jasne... Nie ma sprawy - powiedziałam cicho. Usłyszałam w swoim tonie troskę. - Jak on się czuje? - zapytałam, nie mogąc się powstrzymać. Nie znałam Liama, ale jakaś część mnie chciała wiedzieć, czy mu się polepszyło. 
- Wzloty i upadki... Próbujemy ukrywać go przed Harrym i Lou, gdy ma nawroty, ale myślę, że chłopaki zaczynają coś podejrzewać... - odpowiedziała dziewczyna i ponownie naciągnęła materiał swojej koszulki. Spuściła wzrok, lecz zdążyłam dojrzeć błysk łez w jej oczach. Zacisnęłam szczękę, czując do Karoliny coraz większą sympatię. Ta dziewczyna wydawała się być tak niewinna, tak odpowiedzialna. Dlaczego była w związku z kryminalistą? Dlaczego męczyła się z ćpunem? 
- Kocham go. - szepnęła, jakby usłyszała moje myśli. Milczałam, dając jej swobodę wypowiedzi. - Jesteś odpowiedzialna, wiesz co jest dobre, co złe. Domyślam się, że pewnie uważasz, że jestem głupia, będąc z nim w związku, czy zadając się z chłopakami. Ale prawda jest taka, że ta grupa to o wiele więcej niż handel... - przerwała na chwilę i rozejrzała się z obawą wokół siebie - ...tym i owym... Ci faceci. Oni są naprawdę wspaniali. Zaopiekowali się mną, gdy byłam w najgorszym momencie życia. Oni mają... Swój pewien kod. Honor. Liam... Liam jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi. A wszyscy wiemy, że nikt nie jest bez wad. Niestety odziedziczył po ojcu tendencję do uzależnienia, ale jestem pewna, że z tego wyjdzie. Jestem pewna, że mu się uda. Zrozumcie... On... Oni ocalili mi życie - ściśnięte pięści Karoliny spoczęły na blacie stolika. Patrzyła na nas z taką determinacja, jakby chciała mentalnie przekazać nam chęć powrotu do Anglii. 
Westchnęłam ciężko, kiwając powoli głową, bynajmniej nie w odpowiedzi na jej prośbę. Raz w życiu byłam zakochana. Wiedziałam, co znaczy wielka miłość, więc w pewnym stopniu rozumiałam tę roztrzęsioną, bogu ducha winną, dziewczynę. Wyciągnęłam rękę i ujęłam jej drżącą dłoń. Uśmiechnęła się do mnie słabo, a ja wyczytałam w wyrazie jej twarzy wdzięczność. 
- Dobra. Do cholery, ktoś może mi wyjaśnić o czym wy gadacie? Co się stało z Liamem? - Kornelia patrzyła na nas z załamanymi rękami. Zamrugałam szybko, przypominając sobie prośbę Liama i spojrzałam pytająco na Karolinę. 
- Jeśli ci powiemy... Musisz obiecać, że nie wygadasz się Louis’emu - rzekła, patrząc uważnie na moją przyjaciółkę. 
- Nie będzie to trudne, skoro prawdopodobnie już go nigdy w życiu nie zobaczę - mruknęła Kornela i przewróciła oczami, a potem rzuciła mi obwiniające spojrzenie. Otwarłam usta w oburzeniu, ale się nie odezwałam, bo z równowagi wytrącił mnie rozlegający się przytłumiony dźwięk wibracji. 
- Wybaczcie - Karolina wyjęła z kieszeni telefon i wystukała na nim odpowiedź na smsa, a potem westchnęła ciężko i wróciła do nas wzrokiem, odpowiadając na pytania Kornelii.  
- Liam... Ma problem. Z narkotykami, co pewnie zdążyłaś już wyciągnąć z naszej rozmowy - wskazała na mnie - Pewnego dnia odwiedził Milenę w jej pracy
- Totalnie zaćpany - dodałam, zagryzając wargę. 
- Tak... Tak czy inaczej. Zażywanie nie jest mile widziane w tej grupie. Więcej. Jest zakazane. Liam... Mógłby spotkać się z poważnymi konsekwencjami, gdyby prawda wyszła na jaw - Karolina skrzywiła się mimowolnie, a ja domyśliłam się, że w jej głowie pokazały się różne scenariusze, obrazujące owe „konsekwencje”. Poruszyłam się nerwowo w swoim fotelu, zastanawiając, czy chciałabym się dowiedzieć, co one oznaczają. Kornelia zmarszczyła brwi. 
- Nie rozumiem. Przecież zajmujecie się handlem tych gówien, dlaczego więc jest to tak zakazane? - zapytała, ściszając głos i pochylając się nad stolikiem, by ograniczyć ilość potencjalnych słuchaczy. - I co oznacza to, że mają swój „honor”? Jakim cudem kryminaliści mogą odznaczać się czymś takim? Bez obrazy... - spojrzała na Karolinę z obawą, jakby dopiero teraz zorientowała się, że mogła ją obrazić swoimi słowami. 
- Nie ma sprawy. Jeśli chodzi o zażywanie... Uzależniony staje się słabym ogniwem, łatwym celem dla konkurencji. Łatwo kimś takim manipulować, wyciągnąć od niego informacje. Po drugie... były przypadki kradzieży towaru. Uzależniony ma coś sprzedać, ale bierze sobie jakąś działkę, a potem próbuje zatuszować straty finansowe jakimiś kłamstwami. Umysł uzależnionego jest nastawiony na branie. Czasami postawią się w niebezpieczeństwie tylko po to, by się naćpać... 
- Wiem, jak podyktowane są działania uzależnionego, pracowałam z wieloma narkomanami. Rozumiem twój punkt. - Kornelia przerwała pospiesznie wypowiedź Karoliny. Spojrzałam na blondynkę w oczekiwaniu na reakcję, ale ona zdawała się w ogóle nie przejmować niegrzecznym zachowaniem mojej przyjaciółki. 
- Towar Stylesa jest jednym z najlepszych na rynku... - zamarłam. Teraz to ja jej przerwałam, podnosząc rękę w uciszającym geście. 
- Stylesa? - zapytałam, patrząc na dziewczynę uważnie. 
- Tak. Harry jest... Można go nazwać przywódcą, szefem... jakkolwiek byś chciała. Louis to jego prawa ręka, choć praktycznie dzielą się władzą. Jednak ostatnie słowo zawsze należy do Harry’ego - poczułam, jak zdenerwowanie atakuje mój żołądek. Ale dlaczego? Przecież już z nim nie byłam. Nie powinno mnie to obejść bardziej, niż technika budowania torów, a jednak poczułam ponowne ukłucie, jakby Harry wbił kolejny sztylet w moje plecy. Skrzywiłam się nieco i kiwnęłam tylko głową z niewidzącym wzrokiem, pozwalając Karolinie kontynuować swe wyjaśnienie. Odchrząknęła nerwowo, widząc zmianę w mojej postawie, a potem wzięła głęboki oddech. 
- Honor... Kod... Tych kilku facetów łączy więź silniejsza, niż rodzinna. To nie tylko zawód. Ci faceci są prawdziwymi przyjaciółmi. Wszyscy odnaleźli się w dołku życia, myślę, że dlatego też Liam chciał pomóc mi. Teraz są milionerami, bogaczami, mają pod sobą miasto, cholera, nawet policja tańczy, jak oni jej zagrają. Wiem, że brzmi to okropnie. Materializm itp. Gdzie moralność? Ale... Oni... oni mają swoją moralność. Na przykład kobiety... Jeżeli wybrałaś, że będziesz z jednym z nich, żaden z pozostałych nie może cię ruszyć, jeśli ty na to nie pozwolisz. Jeśli któryś spróbuje cię skrzywdzić i reszta się o tym dowie... No cóż... Jest powód, dlaczego żaden z nich jeszcze się na to nie zdobył. Kod nie obowiązuje tylko naszych chłopców. Grupa Clifforda również się go trzyma. 
       -Grupa Clifforda? - zapytała Kornelia
       - Um... Pamiętacie imprezę u Lou? Był tam konflikt między Niallem a...
       - Hemmingsem - skończyłam za nią, ociekającym jadem tonem. Karolina kiwnęła głową. 
       - Och, więc masz na myśli też Hooda? - Kornelia przyłożyła do ust palce. Gest niezwykle podobny do tego, który wykonywał Harry. Skuliłam się nieco w fotelu. 
       - I Irwina. To są najważniejsi ludzie Clifforda, jego pupilki. Najwięksi rywale chłopców i największe dupki, jakich znała matka ziemia - Karolina przekręciła oczami, co tak odbiegało od jej, zwykle nieśmiałej i wyciszonej postawy. - Poznałyście Phoebe. Ona jest doskonałym przykładem tego, jak działał kod - przypomniałam sobie drobną, ciemnowłosą kobietkę o silnym głosie i asertywnej postawie, która ustawiła do pionu Nialla i Luke’a. Mimowolnie uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Czułam, że w innym życiu mogłybyśmy zostać dobrymi koleżankami. 
        - Była z Niallem - zauważyła Kornelia, na co Karolina kiwnęła głową. 
        - A teraz jest z Luke’iem. Swego czasu się przyjaźniłyśmy, ale... Stała się jedna rzecz, która zmusiła ją do zerwania z Horanem. Nie mogę o tym mówić, to zresztą nie moja sprawa, ale chodzi o to, że... Pheebs znalazła ukojenie w ramionach Hemmingsa, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe, zważywszy na to, jakim skurwysynem jest ten facet. Ale to jej życie i jej szczęście. Chodzi mi o to, że... Niall musi z tym żyć. Nie może nagle odbić jej Luke’owi, nie może zrobić czegoś, czego nie życzyłaby sobie Pheebs. Inaczej spotkałby się z gniewem Stylesa, a co ważniejsze Clifforda... - Karolina spojrzała niewidzącym wzrokiem w nicość. Kornelia zmrużyła oczy i podparła brodę dłonią. 
        - Co wtedy? - zadała pytanie, które obijało się o ściany mojej głowy. 
        - Nie wiem, ale nie byłoby przyjemnie. - coś mi mówiło, że kłamała - Kobieta dla nich jest kimś, kto decyduje w sprawach damsko-męskich. A oni są... Jej ochroną. Wszyscy. 
        - To troszkę seksistowskie - stwierdziłam, unosząc brwi. 
        - Na pierwszy rzut oka owszem, ale ten system działa niezwykle sprawnie i póki co incydentów związanych z zazdrością, czy przestępstwami seksualnymi było niezwykle mało. 
        - Ale były. - mruknęłam
        - Tak, jak w każdym miejscu pracy - usłyszałam nutkę irytacji w głosie Karoliny. Traciła cierpliwość, a ja nie mogłam odeprzeć myśli, że niepotrzebnie. Przecież ją uprzedziłam, że i tak nie przekona nas do powrotu.
       - Tak, czy inaczej... Propozycja - Karolina wypuściła ciężko powietrze z płuc i poprawiła się na swoim fotelu. Miałam ochotę jej przerwać, nie chcąc słyszeć o żadnych argumentach, które miałyby mnie przekonać do ponownego podjęcia pracy w Little Things,  a tym bardziej spotkania z Harrym, ale Kornelia skutecznie mi w tym przeszkodziła. Dyskretnie uszczypnęła mnie w udo, przewidując moje zamiary. 
        - Słuchamy - powiedziała z naciskiem, patrząc na mnie wymownie. Karolina uśmiechnęła się do niej. 
        - Podwyżka w waszych starych miejscach pracy. Milena 17 tysięcy miesięcznie. - powiedziała, jakby mówiła o dwóch funtach. Zachłysnęłam się własną śliną i zrobiłam wielkie oczy. - Kornelia, siłą rzeczy dostaniesz nieco mniej, jako że pozycja Mileny jest nieco bardziej wymagająca. Niall zaproponował 15 tysięcy, ale jeśli zechcesz, możesz z nim negocjować, choć myślę, że już Lou zadba, byś dostała tyle, ile sobie zażyczysz. Zgadzacie się? - dodała, nie zwracając uwagi na moją minę. Usta Korneli rozszerzały się powoli w uśmiechu, aż wreszcie ukazała w całej okazałości swoje zęby. Przeczuwałam, co miało nastąpić. 
        - Tak! 
        - Nie! - krzyknęłam zaraz za nią, chwytając ją mocno za nadgarstek. Skrzywiła się nieznacznie i wyrwała rękę z mojego uścisku. - Nie bądź głupia! Wciąż mówimy o pracy z...- przerwałam szybko, by nie wykrzyczeć w tłumie czegoś niepotrzebnego - Z kryminalistami - wyszeptałam, patrząc na przyjaciółkę morderczym wzrokiem. 
        Siedemnaście tysięcy miesięcznie. FUNTÓW. Potrafiłam zrozumieć entuzjazm Kornelii, ale racjonalna część mnie wciąż tu była i nie pozwalała na lekkomyślne decyzje. Zabolało, gdy przyjaciółka spojrzała na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem. Wiedziałam, że nieprędko mi to wybaczy. Musiałam zdusić w sobie to nieprzyjemne uczucie i po raz kolejny być odpowiedzialną częścią naszej dwójki. 
       - Wybacz Karolina. Wiem, że zadałaś sobie dużo trudu, wiem, że Harry i Louis na ciebie liczą, ale odpowiedź brzmi nie. - powiedziałam oficjalnym tonem. Dopiłam do końca swoją kawę i położyłam na stole pieniądze. Wstając, rzuciłam Kornelii wyczekujące spojrzenie, ale ona nie ruszała się z miejsca. Zacisnęłam zęby
        - Kornelia, do cholery, chyba tego nie rozważasz? - zapytałam, załamując ręce. Miałam ochotę rozpłakać się z wściekłości. Dlaczego ona tak to utrudniała? Powoli odwróciła wzrok w moją stronę. Jej oczy wyrażały niewypowiedziany żal. 
        - Milena, sama przyznałaś, że tęsknisz za Harrym. Wiem, że chciałabyś znów go zobaczyć. To jedyny sposób, by znów z nim być. Nie chcesz tego? - zapytała, a ja poczułam się zdradzona. Czy ona właśnie stawała po ich stronie? 
        - Nie myl mnie ze sobą. Ja poradzę sobie z tą tęsknotą. Przejdzie po jakimś czasie - odparłam, wiedząc, że nie ma sensu zaprzeczać jej słowom, skoro jeszcze jakiś czas temu wyznałam jej, co czułam.  - Ale jeżeli ty tego chcesz, wracaj z nimi do Anglii. Widzę, jak ci na tym zależy, więc idź. Zostań dziewczyną przestępcy, co ja mam tu do gadania? - moja cierpliwość skończyła się w chwili, gdy smutek i ból ścisnęły serce. Głos drżał mi mocno, gdy wypowiadałam te słowa, ale postanowiłam nie być miękką. Kim byłam, żeby stawać między Kornelią, a jej szczęściem? Jeśli chciała dla niego poświęcić naszą przyjaźń... Cóż... jej życie, jej decyzje... 
        Napięcie na twarzy Kornelii zelżało, pokręciła szybko głową, a potem wstała i przyłożyła sobie dłoń do czoła, drapiąc je nerwowo.
          - Nie, nie, nie... Jeśli ty nie jedziesz, ja też. Ja tylko... - zacięła się w połowie i wypuściła z rezygnacją powietrze z płuc. Nienawidziłam tego. Sprawiłam, że było jej źle. Ale przecież mnie też było źle. Cała zaistniała sytuacja to zupełnie niepotrzebny problem. Nie chciałam się kłócić z Kornelą, była najbliższą mi osobą. Nie mogłam jej stracić i wiem, że ona myślała podobnie. Warknęłam przeciągle i zacisnęłam pięści. Karolina wciąż patrzyła na nas z wyczekiwaniem. 
       - Przepraszamy cię. Możesz przekazać chłopakom, że jest nam bardzo miło, ale nie przyjmujemy propozycji - powiedziałam, chwytając za rękę Kornelię, która wpatrywała się tępo w podłogę. Dzwonek za nami ogłosił nowych klientów, wchodzących do kawiarni. Karolina spojrzała ponad moim ramieniem i uśmiechnęła się blado, po czym wstała powoli. 
       - Myślę, że możecie im to same przekazać - odparła, wskazując podbródkiem w stronę drzwi wejściowych. Nie musiała nic więcej mówić. Wiedziałam, co miała na myśli.
         Tylko kilka razy w życiu dopadło mnie uczucie panicznej bezradności. Raz, gdy jechałyśmy lasem i Kornelia prawie zabiła jelenia, bo jej miłość do szaleńczej prędkości była zbyt wielka, raz, gdy mój były oznajmił mi, że bzyka swoją ex; no i oczywiście wtedy, gdy skonfrontowałam się z prawdziwym zawodem Harry’ego. W tych momentach sztywnieją nogi, choć każdy mięsień jakby błagał o bieg, o ucieczkę, dłonie stają się zimne i wilgotne, a serce... Ten mały gnojek próbuje chyba pokonać rekord uderzeń na sekundę. I właśnie tak moje ciało zareagowało, gdy uświadomiłam sobie, kto stał za mną i Kornelią. W żołądku czułam łaskotanie, jakby o jego ściany obijało się tysiące motyli, lecz odbiór tego doznania bynajmniej nie był przyjemny. To zabawne, jak, pozornie podobne, reakcje ciała mogą oznaczać coś zupełnie przeciwnego. 
       - Hej, kocie - to nie niski, zachrypnięty głos usłyszałam jako pierwszy, lecz znajoma barwa i akcent wypowiedzianych po angielsku słów, zadziałały równie efektownie. Wszystkie doznania potroiły swoją moc, dodając do całości nierówny przyspieszony oddech. Kornelia odwróciła się powoli, a gdy tylko jej oczy napotkały osobę za nami, pojawiły się w nich łzy. Zakryła usta dłonią i, choć widziałam, że próbowała się powstrzymać, zaszlochała cichutko. Kurwa... kurwa, kurwa, kurwa... Nie potrafiłam myśleć logicznie, nie wiedziałam, co zrobić. Odwrócić się? Cholera! Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień, zdecydowanie za dużo! 
       - Louis... - szept Kornelii ukłuł mnie nieznacznie. Stała wciąż w tym samym miejscu, zapewne walcząc z podobnymi myślami, co ja, a po chwili ujrzałam sylwetkę Tomlinsona, który zamknął moją przyjaciółkę w desperackim uścisku, chowając twarz w jej różowych włosach. Dziewczyna rozpłakała się na dobre i zarzuciła mu ręce na szyi. 
      Podskoczyłam nagle, gdy poczułam dotyk w okolicy mojego pasa. Zacisnęłam powieki, powstrzymując cisnące się do oczu łzy, a gdy ponownie je otworzyłam, Karoliny nie było już w polu mojego widzenia. Jedynie dzwonek nad drzwiami obwieścił, że prawdopodobnie wyszła. Całe moje ciało drżało przeraźliwie. Miałam wrażenie, że kawiarnia zniknęła. Nie widziałam Kornelii i Louis’ego, nie widziałam stolików, foteli. Jedyne, na czym potrafiłam się skupić to ten palący ciężar dużej dłoni, która teraz spoczęła na moim brzuchu. Tracąc zupełnie resztki racjonalnego myślenia, zaczęłam badać powoli opuszkami palców jej fakturę. Ciepła, miękka skóra była tak znajoma, przywracała tyle wspomnień. Lekki nacisk na moim brzuchu zmusił mnie, bym zbliżyła się do mężczyzny stojącego za mną. Szybko napotkałam jego ciało, o które oparłam się mimowolnie, a druga duża dłoń spoczęła na moim ramieniu, na którym po chwili poczułam nacisk ciepłych, miękkich warg. Westchnęłam, próbując powstrzymać płacz. W miejscu pocałunku czułam bezlitosne mrowienie. 
        Wreszcie zadecydowałam. Kiwnęłam głowa, dodając sobie otuchy i odwróciłam się w stronę intruza. Stał tam, tak samo przystojny i tajemniczy jak zawsze. Szmaragdowe oczy skanowały moją twarz z uczuciem i zapisanym w nich pytaniem, którego treści nie znałam. Wyglądał tak samo, jak dwa tygodnie temu, choć, nie wiedzieć dlaczego, spodziewałam się wielkich zmian, jakby nagle miał stać się wcielonym demonem. Tyle razy próbowałam sobie wmówić, że jest czarnym charakterem, kimś niegodnym zaufania, że owe negatywne myśli wpłynęły na moje wyobrażenie o jego wyglądzie. A jednak, duże zielone oczy wciąż były tak samo hipnotyzujące, jego dołki w policzku wciąż dodawały mu dziecięcego uroku niewinności. O ironio...  Tylko włosy urosły nieznacznie, wyostrzając jeszcze bardziej rysy jego twarzy. 
       Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, a żadne z nas się nie uśmiechało. Oczy Harry’ego były pełne bólu, w moich zapewne czaił się szok. 
       - Milena... - gdy ostatnim razem wypowiedział moje imię w taki sposób, stałam w ukrytym pokoju pełnym niebezpiecznej broni i narkotyków. Zacisnęłam szczęki, a świat przysłoniły mi łzy. Harry starł delikatnie palcem tę, której udało się uciec. Zatrzymałam jego dłoń na policzku, ujmując ją w swoją i zacisnęłam powieki. Chciałam być twarda, chciałam obrazić go w jakiś infantylny sposób i uciec z tej przeklętej kawiarni, ale nie potrafiłam. Jego widok, jego twarz, uczucie w jego oczach, skutecznie odprawiały całą moją nienawiść, którą w sobie budowałam przez ostatnie dwa tygodnie. Opamiętaj się! Opamiętaj! krzyczał jakiś denerwujący głosik w mojej głowie, ale tęsknota za Harrym wygrywała, zagłuszając go uparcie. Wspięłam się na palce i przycisnęłam swoje usta do ust Harry’ego, czując kolejne dwie łzy spływające po moich policzkach. Harry przycisnął mnie do siebie mocno i pochylił się nieznacznie. Oddał pocałunek i, delikatnymi ruchami, spijał uczucie z moich warg. Moje serce galopowało teraz bez wytchnienia. Gdy oderwaliśmy się od siebie, oboje mieliśmy nieco przyspieszone oddechy. Harry uśmiechnął się do mnie słabo. 
       -Tęskniłem za tobą - powiedział cicho, a ja zadrżałam. Ja za tobą też, miałam odpowiedzieć, lecz żadne słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Kiwnęłam więc głową i odsunęłam się od niego zakłopotana, rozglądając się na boki. Kornelia owinęła nogi wokół bioder Louis’ego, który podtrzymywał ją silnymi ramionami, i wtulała się w niego, bawiąc jego włosami. Szeptali sobie słowa, które nie docierały do moich uszu i chichotali czasami, co mnie wydawało się zupełnie nie na miejscu. Zmarszczyłam brwi. Bardzo nie na miejscu. Nie, nie, nie... To nie tak miało być. 
       Nagła świadomość wszystkiego, co zdarzyło się dwa tygodnie temu uderzyła mnie ze zdwojoną siłą. Kornelia już była przygotowana na powrót do Anglii. Zachowywali się z Louis’m tak, jakby nic się nie stało. A przecież się stało. Dużo. 
       Cofnęłam się kilka kroków, kręcąc głową i wytarłam dyskretnie usta, na których wciąż jeszcze czułam wargi Harry’ego. 
      - Milena? - obawa w głosie Harry’ego była tak wyraźna, jak poczucie winy, które właśnie mnie dopadło. Poprawiłam torebkę na ramieniu. 
       - Nie, Harry - to były pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziałam. Mój głos był zachrypnięty, drżący. Mięśnie szczęki Harry’ego zatańczyły szaleńczo. 
       - Nie... - powtórzył za mną jak zahipnotyzowany. 
       - Wiesz, że to niemożliwe. 
       - Porozmawiajmy - jego błagalny ton, dotarł do samego centrum mojego serca. 
       - Nie mamy o czym - powiedziałam cicho i ruszyłam przed siebie, zwracając tym samym uwagę Kornelii i Louis’ego. Gdy wymijałam Harry’ego ten chwycił mnie nagle za rękę i zatrzymał gwałtownie. 
       - Nie podejmuj decyzji tak pochopnie, proszę... - był taki smutny. To dziwne, ale wydawał się bezbronny. Nie rozumiałam tego. Przecież prowadził zorganizowaną grupę przestępczą. Ostatnią rzeczą, o jaką mogłam go podejrzewać to bezbronność. Wyszarpnęłam się z jego uścisku, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Czułam, budującą się we mnie złość. Dość tych gierek!
       - Pochopnie?! Póki co jestem w tej grupie najbardziej odpowiedzialną osobą! - prawie wykrzyknęłam te słowa i wskazałam na Kornelię, która już stała na własnych nogach. Zamrugała szybko, w pełnym szoku wyrazie, a potem skrzywiła się w oburzeniu. 
       - Co masz niby na myśli?! - warknęła, mijając Lou, który próbował zatrzymać ją, chwytając w pasie, lecz zrzuciła z siebie jego rękę. Zacisnęłam pięści, czując nadchodzący ból głowy. Dzień jeszcze się nie skończył, a ja już miałam ochotę wrócić do domu i uciec od tej huśtawki emocji, która spotkała mnie w nieszczęsnej kawiarni. 
       - Właśnie to! Zachowujecie się, jakby nic się nie stało! Kornelia, po raz kolejny pokazujesz, jak jesteś naiwna! - nie mogłam powstrzymać przykrych słów, które cisnęły się we mnie zbyt długo. Kilka głów odwróciło się w naszym kierunku. Kornelia zmrużyła oczy, patrząc na mnie z nienawiścią. 
        - Dobra, dobra, dobra! Robicie widowisko. Uciszcie się obie, jedziemy do hotelu! Wszystko tam sobie wyjaśnimy - Louis stanął między nami, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Czy on tak na serio?  Pierdolony żartowniś. 
       - Nigdzie z wami nie jadę - syknęłam, obniżając głos i odwróciłam się pospiesznie. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie zatrzyma, jeśli zareaguję natychmiastowo, więc wybiegłam z kawiarni i ruszyłam chodnikiem szybkim krokiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy nagle moje nogi zostały oderwane od ziemi, a ja znalazłam się w ramionach Harry’ego. 
        - A właśnie, że jedziesz. Musimy porozmawiać. - powiedział, umacniając swój uchwyt i odwracając się w przeciwną stronę. 
        - Puść mnie, Styles! - warknęłam, próbując oderwać od siebie jego dłonie. Był zbyt silny, więc zaczęłam desperacko uderzać pięściami w jego ramiona. Zacisnął wargi i spojrzał na mnie groźnym wzrokiem, który obudził dawno nieodczuwane lęki. 
        - Uspokój się, albo zrobimy to w mniej przyjemny sposób - powiedział, obniżając głos o kilka tonów. Prychnęłam, próbując ukryć swoje obawy, i uniosłam brwi. 
         - To niby jest przyjemny sposób? - zapytałam sarkastycznie. Harry zaśmiał się tajemniczo i wskazał podbródkiem czarne, znajome Maserati. Nawet w Polsce nie możesz się z nim rozstać, co? 
       - W samochodzie mam żyłki, do unieruchomienia tych, nad wyraz aktywnych, kończyn i taśmy do kneblowania. Związanie lub dobrowolna współpraca... Chcesz się przekonać, co jest bardziej przyjemne? - znieruchomiałam na chwilę w strachu. Patrzył na mnie długo, a potem jakiś błysk w jego oczach, dodał mi pewności siebie. Żartował. Żerował na moim lęku i niewiedzy o jego „zawodzie”. To podwoiło moją wściekłość, ale już się nie wyrywałam. W jednym wygrywał. Nie wiedziałam, jak daleko mógł się posunąć. Nie wiedziałam co było żartem, a co nie. Wolałam nie poznać zimnego dotyku żyłek na swoich nadgarstkach... 



*gdy upadłaś, upadłaś w mą stronę