Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one direction fanfiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą one direction fanfiction. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 maja 2015

68.This hole in my heart is proof of life.

    This hole in my heart is proof of life   


Milena

     Choć podejmowaliśmy ryzyko zwlekając, nie mogliśmy tak od razu narazić Harry’ego na długą podróż. Dlatego zostaliśmy w chatce, do której przywiózł nas Calum, jeszcze przez kilka dni.
       - Michael nie wie gdzie się znajdujemy. Pewnie myśli, że wróciliśmy do Londynu. Powinno być bezpiecznie - powiedział pierwszego wieczora. Harry spał w sypialni, a reszta zajęła miejsca w salonie. Kornelia i Louis na fotelu, przytuleni szczelnie, Calum na kanapie, zerkający zazdrośnie co chwilę w ich stronę i ja na krześle, opatrywana przez Eda, który palącymi środkami dezynfekował moje rany na policzku i plecach. 
       - Michael miał też nie wiedzieć o twojej zdradzie, a tu psikus - zakpił Louis, na co Calum rzucił mu mordercze spojrzenie.
       - Małe niepowodzenie w planie. Więcej ich nie będzie. - warknął przez zaciśnięte zęby. Louis uniósł tylko brwi, jakby mu nie wierzył, ale już się nie odezwał. 
       - Milena… - w salonie rozbrzmiał cichy głosik Kornelii. Spojrzałam na nią, z uśmiechem czekając na dalsze słowa - Dobrze się czujesz? - zapytała. Przytaknęłam, a potem syknęłam cicho, gdy Ed przyłożył, nasączoną jakimś lekiem, watę do dolnej części szramy na plecach, pozostawionej przez nieznajomego.
       - Tak. Teraz najważniejsze jest zdrowie Harry’ego - odparłam, patrząc na medyka z wyrzutem. Wyszczerzył zęby wyraźnie zakłopotany. 
       - Nie mówię tylko o twoich ranach… - mruknęła Kornelia i schowała nos w burzy różowych włosów. Zacmokałam z dezaprobatą i uniosłam jedną brew. 
       - Jeżeli zamierzasz przeprowadzić na mnie terapię podobną do tych, które prowadziłaś na praktykach w poprawczaku, to zapomnij - zażartowałam, ale ona wciąż patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Westchnęłam ciężko i pozbyłam się uśmiechu z twarzy. - Jest w porządku. Jedyne co teraz czuję to szczęście, że Harry przetrwał i został uratowany. Że jest w dobrych rękach - tym razem spojrzałam z wdzięcznością na Eda. 
       - Do usług - powiedział, mrugając do mnie i opuścił wreszcie moją świeżą koszulkę, przygładzając ją nieco - Wszystko gotowe. Nie mogę obiecać, że nie zostaną blizny. Wręcz przeciwnie - oznajmił, schodząc nieco z wesołego tonu. Kiwnęłam głową i mu podziękowałam.
       - To nic. Ważne, że żyjemy. A z twarzą poradzę sobie makijażem - pokazałam mu język. 
       - Jesteś naprawdę silna. - zauważył Calum z podziwem. Wzruszyłam ramionami.
       - Nie bardzo. Jeszcze przed chwilą musiałeś mnie wyprowadzać z pokoju Harry’ego, bo nie mogłam przestać ryczeć. - czułam się zażenowana. Miałam być silna. Silna dla Harry’ego, który teraz potrzebował największego wsparcia. 
       - Każdy inny człowiek w twojej sytuacji wyglądałby okropnie. Prawdopodobnie wciąż siedziałby i płakał. Ty zamiast tego potrafisz nawet zdobyć się na żarty - zdziwiłam się, że Louis tak łatwo zgadzał się z Calumem.
       - To nic. Jak mówiłam, jestem po prostu szczęśliwa, że Harry jest bezpieczny - odparłam i zgarnęłam ze stołu talerz z makaronem, który pół godziny temu został przygotowany przez Kornelię. Pierwszy raz, od prawie trzech tygodni, jadłam coś smacznego. 
       Trzy tygodnie… Będąc w niewoli miałam pewność, że minęły dopiero dwa. Musiałam zupełnie stracić poczucie czasu. Tym bardziej czułam ból w sercu na myśl o torturach Harry’ego. On pewnie liczył każdy dzień, czekał na śmierć. W jego przypadku ta przyniosłaby mu ulgę. Gdyby nie Calum…
       Spojrzałam na ciemnowłosego mężczyznę i uśmiechnęłam się lekko. Zamrugał zdezorientowany i rozejrzał się wokół siebie, jakby myślał, że patrzyłam na kogoś innego. 
       - Co jest? - zapytał z widelcem pełnym makaronu uwieszonym w połowie drogi do jego ust. 
       - Dziękuję - szepnęłam, na co wyszczerzył zęby, a jego tęczówki zniknęły za przymrużonymi powiekami.
       - To nic takiego - machnął ręką, a mnie nagle uderzyła pewna szalona myśl. Spojrzałam z nadzieją na Louis’ego i klasnęłam w dłonie.
       - Przyjmijmy go do siebie! - zaproponowałam, a w salonie rozległo się czterokrotne “Co?!”. Westchnęłam i przekręciłam oczami.
       - Och, dajcie spokój. Ile razy nam pomógł? Ile razy się przydał? Gdyby nie on ja i Harry moglibyśmy być już martwi. Calum nie ma teraz gdzie się podziać, gdy Michael…
       - Nie! - przerwał mi ostro Louis. Zamarłam, patrząc na niego zdziwiona - To, że nam pomógł to konsekwencja jego niezdrowego uczucia do Kornelii. - warknął
       - Jeez, nie ma za co, Tomlinson  - mruknął pod nosem Calum, a Kornelia prychnęła ostentacyjnie i wstała z kolan Louis’ego. 
       - Więc nie jesteś mu ani odrobinę wdzięczny? - zapytała, wbijając w niego karcący wzrok. Tomlinson wypuścił ze świstem powietrze z ust i również wstał z fotela
       - Idę na fajkę - warknął i zrobił krok, ale Kornelia chwyciła go pospiesznie za ramię.
       - Nie! Zostajesz tutaj! Nie bądź dziecinny. To, że Calum się we mnie zakochał nie znaczy, że od razu musimy rezygnować z jego pomocy. Wie, że nic ode mnie nie dostanie, ale za to możemy zapewnić mu bezpieczeństwo! - mówiąc to, gestykulowała żywo. Calum uśmiechnął się smutno
       - Wow, dzięki za łaskę, Kornelia - zakpił tym samym tonem, którym wcześniej odezwał się do Louis’ego. Kornelia spiorunowała go wzrokiem
       - Zamknij się, nie masz prawa tak się do mnie odzywać - warknęła, a Calum otworzył szeroko usta i zaśmiał się ironicznie
       - Nie mam prawa?! Och, wybacz, panienko, nie wiedziałem, że rozmawiam z księżniczką! - krzyknął oburzony, machając jak szalony rękami. Louis zrobił krok w jego stronę
       - Nie waż się tak więcej odzywać do mojej kobiety! - zagroził, na co Calum również się do niego zbliżył, obnażając zęby
       - Ach, no tak! Zapomniałem, że tylko ty możesz nią pomiatać i traktować tak źle, jak tylko ci się to żywnie podoba! - Louis już brał oddech by się odgryźć, ale na jego drodze stanęła Kornela
       - DOŚĆ! DOŚĆ! Mam was dość! Obu! Pierdoleni faceci z pierdolonym testosteronem! Ty! - wskazała na Louis’go, z wyraźnie bijącą od niej furią - Śpisz dzisiaj tutaj na kanapie! TY! - odwróciła się do Caluma, dźgając go palcem w pierś - JESZCZE CI NIE WYBACZYŁAM ZA ZDRADĘ, NIEWAŻNE JAK WDZIĘCZNA JESTEM ZA URATOWANIE MOJEJ PRZYJACIÓŁKI! Zachowuj się, a nie oddamy cię Michaelowi! - wrzasnęła. 
       Ed nagle wstał z kanapy i przeciągnął się rozkosznie, patrząc z krzywym uśmieszkiem na kłócącą się trójkę.
       - Cóż. Zrobiło się dość niezręcznie, spadam spać - oznajmił, wywołując mój śmiech. 
       - Ta, ja też. A wy, gołąbki, rozwiążcie swoje problemy. I Louis. - spojrzałam na mężczyznę - Moja propozycja jest wciąż aktualna - zmrużyłam oczy, by dodać powagi swoim słowom. Louis tylko zacisnął szczękę i kiwnął głową. Kątem oka zobaczyłam przebłysk uśmiechu na twarzy Korneli. 
       Weszłam do sypialni, w której spał Harry i od razu posmutniałam. Widok jego zmaltretowanego ciała był dla mnie ciężarem. Nie chciałam wspominać krzyków bólu, jakie z siebie wydawał, gdy nieznajomy zadawał mu tortury, ale te same wbiegały do mojej głowy, niczym nieznośne chochliki. Zanuciwszy jakąś piosenkę, by rozproszyć złe myśli, zaczęłam rozkładać na podłodze koce i małą kołdrę. Byłoby nieodpowiedzialnym zająć potrzebne dla niego miejsce na łóżku. Patrząc na niego z dołu, poczułam, jak zaciska mi się gardło. 
       Michael mi za to zapłaci. Zapłaci najwyższą cenę. 
       - Dziecino… Dziecino - mruknęłam coś niewyraźnie i otworzyłam oczy, automatycznie patrząc w górę, jakby nawet skołowane przez sen ciało instynktownie pamiętało, że Harry leżał na łóżku obok mnie. 
       Szmaragd wpatrywał się we mnie zza pobladłej wychudzonej twarzy. Uniosłam kącik ust i chwyciłam kościstą dłoń, która została do mnie wyciągnięta.
       - Hej - szepnęłam, siadając po turecku na podłodze, dostatecznie blisko łóżka, by móc złożyć delikatny pocałunek na suchych ustach. Patrzyliśmy chwilę na siebie, nie wypowiadając nawet słowa. Głaskałam Harry’ego po twarzy, czując pod opuszkami palców uwydatnione kości policzkowe. 
       - Przepraszam, że sprawiłem, że płakałaś - powiedział cichutko. Zamknęłam oczy i pokręciłam głową, całując jego zabandażowane palce
       - Zamknij się - mój głos załamał się w połowie - Nie ty powinieneś przepraszać. - zamilkłam na chwilę, myśląc co dalej powiedzieć. Przy każdym argumencie, Harry zatrzymałby mnie, mówiąc, że nie mogłam się obwiniać, że nikt nie wiedział jak to mogło się potoczyć, że Michael był takim psychopatą. 
       Wypuściłam cicho powietrze z ust i zrezygnowałam z dalszej sprzeczki. Zamiast tego podniosłam się na nogi i pochyliłam nad Harrym, całując delikatnie jego czoło. 
       - Zrobię ci coś do jedzenia. Musisz nabrać sił - szepnęłam. Nie oponował. Kiwnął głową z zamkniętymi oczami i niechętnie puścił moją dłoń. Wyszłam z sypialni i, po szybkim odświeżeniu w toalecie, skierowałam się do kuchni, połączonej z salonem. Stanąwszy przy zlewie, wlałam do staromodnego czajnika wodę i włączyłam urządzenie, zaglądając w czasie gotowania się wody do lodówki. Kornelia wstawiła do niej resztki z wczorajszej kolacji. Obok miski z makaronem widziałam kilka jogurtów i zwykłe kanapkowe dodatki, z których wybrałam kilka i zaczęłam szykować dla Harry’ego delikatne śniadanie. Gdy czajnik zaczął gwizdać, ogłaszając, że woda na herbatę była gotowa, z kanapy w salonie doszedł mnie podłużny, niezadowolony jęk. 
       Odwróciłam uwagę od jedzenia, patrząc na oparcie mebla, zza którego wychyliła się zmierzwiona czupryna Louis’ego. Parsknęłam śmiechem i pokręciłam z niedowierzaniem głową.
       - Więc jednak nie pozwoliła ci spać w tym samym łóżku - skomentowałam, biorąc do ręki kubek z gorącą herbatą i opierając biodra o szafkę za mną. 
       Louis potarł swoja potylicę i zamlaskał sennie, patrząc na mnie przymrużonymi uszami. 
       - Uparta małpa… - mruknął pod nosem, wywołując mój chichot. - Nawet nie rozumiem dlaczego! Gdyby tak nie spoufalała się z Hoodem wszystko byłoby w porządku! Dlaczego ja mam płacić niewygodną kanapą i bólem kręgosłupa - wydęłam usta w sztucznym współczuciu i wydałam z siebie ironiczne “awww”. Louis pokazał mi środkowy palec i przeskoczył oparcie kanapy, podchodząc szybko do talerza, uszykowanego dla Harry’ego. 
       - Mmm… nie musiałaś - powiedział, sięgając po jedną z kanapek, ale w porę uderzyłam wierzch jego dłoni. Syknął cicho i spojrzał na mnie z wyrzutem.
       - Wara! To dla Harry’ego - ostrzegłam, wskazując na niego palcem. Jakimś cudem udało mu się odwrócić moją uwagę i ukradkiem porwał jedno z moich dzieł, wpychając je pospiesznie do ust. Wyglądał teraz jak zaspany chomik. Zaspany chomik, którego tył głowy został właśnie boleśnie pacnięty. 
       - Aauu - zaprotestował z policzkami pełnymi jedzenia. - Tyłko jedna kałapka! 
       - Tyłko jedno udełenie - zakpiłam z niego, porywając z blatu talerz, zanim Louis zdążyłby porwać więcej jedzenia. Przekręcił oczami i przełknął ciężko z komicznym odgłosem. 
       - Obudził się? - zapytał, wskakując na szafki i chowając dłonie między nogami. Przytaknęłam ze słabym uśmiechem
       - I jak się ma?
       - Chyba lepiej niż wczoraj. Jest w stanie bez problemu mówić - zwęziłam wargi, zastanawiając się czy dobrze oceniłam dzisiejszy stan swojego chłopaka. Louis kiwnął głową, jakby nie miał co do tego żadnych wątpliwości. 
       - Magia Eda. Od zawsze był cudotwórcą. Dlatego stracił swoją licencję lekarską - otworzyłam szeroko oczy w zdziwieniu
       - Co?! Nie jest za młody, żeby w ogóle ją mieć? 
       - Był małym geniuszem. Każdą szkołę zaczynał przynajmniej o rok wcześniej - wyjaśnił Louis, przyglądając się swoim paznokciom. Uniosłam brwi w podziwie
       - Więc dlaczego stracił licencję? - zapytałam
       - Niekonwencjonalne metody, kontrowersyjne formy leczenia - podskoczyłam, gdy w kuchni rozległ się rozbawiony głos rudzielca. Ed wszedł do środka dziarskim krokiem i otworzył lodówkę, bez zastanowienia wyjmując z niej makaron Kornelii. 
       - Ale to nic. Tu zarabiam o wiele lepiej niż kiedykolwiek zarabiałem jako legalny lekarz. - wzruszył ramionami i przesypał zawartość miski do garnka, który ustawił na gazie. Zaśmiałam się cicho, rozumiejąc jego punkt widzenia. Tu zarabiałam lepiej niż zarabiałam w każdym miejscu pracy w Polsce. To jest, sumując ze sobą wszystkie tamtejsze wypłaty. 
       Wzięłam głęboki oddech i ścisnęłam mocniej w dłoni talerz z kanapkami. Herbata ostygła do tego stopnia, że mogłam wypić ją duszkiem. Gdy odstawiłam kubek do zlewu, spojrzałam jeszcze na Louis’ego, który, chwyciwszy w dłoń widelec, podjadał makaron z talerza Eda. 
       - Zastanawiałeś się nad moją propozycją? - zapytałam, a on zamarł, oblizując tylko wargi z czerwonego sosu. 
       - Moja dziewczyna wyjebała mnie przez nią na kanapę, nie mogłem spać przez to większość nocy. Jak myślisz? - ironizował, więc pokazałam mu język
       - Werdykt? - popędziłam go
       - Jeszcze nie zapadł - odparł, nadziewając na metalowy kolec pojedynczą rurkę ciasta. Ed rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie i odsunął od niego talerz, na co ten zmrużył oczy, jakby medyk właśnie wykorzystał jego zaufanie i go zdradził. 
       - Więc niech się pospieszy, bo czas nas goni - rzuciłam i wróciłam do sypialni, w której Harry właśnie opierał plecy o ścianę, gładząc swoje obnażone, kościste kolana. Były obsypane bliznami, jedno z nich mocno zniekształcone, jakby coś w środku przesunęło się w nieodpowiednie miejsce. 
       Zagryzłam wargę, stawiając talerz z kanapkami na krześle i siadając na krawędzi łóżka. Położyłam swoją dłoń, na dłoni Harry’ego, zatrzymując to nieprzyjemne badanie. 
       - Ed będzie musiał mnie poustawiać. Musiało mi się coś źle zagoić - mruknął mężczyzna, nie odrywając spojrzenia od kolan. 
       - Boli? - zapytałam, odsuwając jego rękę i muskając opuszkami palców zabliźnioną skórę. Harry ledwo zauważalnie pokręcił głową. Dziwny wyraz przebiegł przez jego zamglone oczy - Kłamiesz - stwierdziłam, na co on westchnął cicho i opadł z powrotem na poduszki. 
       - Kolana mnie nie bolą. - wzruszył lekko ramionami, a jego palce powędrowały nieświadomie do szyi. Zacisnęłam zęby, przypominając sobie, że przecież jeszcze wczoraj był duszony grubym kablem. Ze zmarszczonymi brwiami pochyliłam się i ucałowałam siną pręgę pod jego szczęką. 
       - Jeszcze trochę i będziesz w pełni sprawny - szepnęłam, oddalając się od niego i ujmując jego twarz w dłonie. Przekrwione oczy zniknęły pod powiekami, gdy usta odnalazły drogę do jednej z nich. 
       - Zastanawiam się tylko czego użył ten skurwiel. Wczoraj byłem gotowy się poddać. Dzisiaj mam wrażenie, wszystko zagoiło się w znacznym procencie, i to w jedną noc - szepnął. Zaśmiałam się, spuszczając wzrok na białą pościel. 
       - Wolę nie wiedzieć, po tym, co usłyszałam dzisiaj o jego karierze lekarskiej. Może masz właśnie w sobie jakieś cudowne odłamki meteorytu, które przyspieszają gojenie - zażartowałam, a on uśmiechnął się szeroko. 
       - Pobożne życzenia. To tylko morfina - Ed, po raz drugi tego ranka, jak cień wdarł się w przebieg rozmowy, którą prowadziłam. 
       - Puka się - warknął Harry, choć jego twarz rozjaśniła się we wdzięcznym wyrazie
       - Tak mi dziękujesz za pozbawienie cię samobójczych myśli? - prychnął Ed, stawiając na krześle, obok talerza, małą apteczkę i wyjmując z niej fiolkę z przeźroczystym płynem i strzykawkę. 
       - A co jeśli właśnie zabieralibyśmy się do seksu? - Harry uniósł jedną brew i wziął między zęby wnętrza swoich policzków. Ed zachichotał złośliwie i spojrzał na niego z góry.
       - Proszę cię, nie byłbyś w stanie podnieść małego, będąc tak nafaszerowanym lekami. - wbił igłę w sylikonowe wieczko fiolki i napełnił strzykawkę. - Dawaj ramię - rozkazał, przywołując go palcem. Harry posłusznie wystawił rękę, na której zgięciu znajdowało się kilka siniaków po ukłuciach z wczorajszego dnia. Ed westchnął niecierpliwie i wskazał na drugą z nich. Styles przekręcił oczami, ale wystawił ją bez słowa, dając sobie wbić igłę w żyłę. 
       - A teraz jedz posłusznie, bo zaraz będziesz zbyt naćpany, by to zrobić - rozkazał rudzielec i wyszedł z sypialni, chwyciwszy uprzednio apteczkę w dłoń. Nie poddając jego słów wątpliwościom, podstawiłam Harry’emu talerz pod nos, a ten sięgnął po jedną z kanapek i ugryzł niechętnie. Żuł długo i powoli, jakby bał się przełknąć, a gdy wreszcie to zrobił skrzywił się i jęknął cicho. Jego gardło musiało być w gorszym stanie niż chciał to pokazać. 
       Ze smutkiem pogłaskałam jego policzek i zachęciłam go do dalszego jedzenia.
       - W końcu będzie lepiej - szepnęłam, a on tylko kiwnął głową i odgryzł kolejny kawałek kanapki. 

       Zamknęłam za sobą ostrożnie drzwi i od razu podskoczyłam, gdy dopadł mnie Calum
       - Co tam masz?! - zapytał, sięgając ponad moim ramieniem do talerza. Porwał z niego chleb i, podobnie jak wcześniej Louis, wcisnął całą kanapkę do ust. Huh… Teraz wiem, czemu Kornelia miała problemu ze zdecydowaniem. Ci faceci są tacy sami, pomyślałam. Harry odpłynął, uśpiony przez lek Eda, a ja wyszłam z pokoju, wiedząc, że musiałam zrobić porządek w domu. Domyślałam się, że żaden z chłopaków nie pozmywał po sobie naczyń. 
       Bez słowa weszłam do kuchni, w której Louis sprzeczał się o coś z Kornelią. Ta wciąż była w swojej różowo-czarnej, satynowej piżamce. Odłożyłam talerz na kuchenny blat, a moja przyjaciółka od razu porwała z niego ostatnią kanapkę. Wszyscy troje… Tacy sami…
       - Nie! Mam tego dość! - warknęła z policzkami wypełnionymi jedzeniem. Pokręciłam głową na zabawne déjà vu, którego właśnie doświadczyłam. Louis załamał ręce i zrobił żałosną minę. Mimo że górował wzrostem nad Kornelią, zdawał się być teraz malutki, przytłoczony jej wysokim i donośnym głosem. 
       - Kocie, przecież…
       - Nie “kotuj” mi tu! Śpisz na kanapie i to jest moje ostatnie słowo! - za moimi plecami rozległo się parsknięcie i mordercze, błękitne spojrzenie różowowłosej kulki furii padło na rozbawionego Caluma. 
       - Bawi cię to? - zrobiła krok do przodu, powodując, że brunet się cofnął, pozostawiając powiew chłodu na moich plecach. 
       - Nie - Calum wystawił przed siebie ręce w obronnym geście. Westchnęłam ciężko i zabrałam się za zmywanie naczyń, ignorując sprzeczkę tej trójki. Nie mój cyrk, nie moje małpy… 
       - Co mam zrobić, żebyś pozwoliła mi…- Louis przerwał nagle, a ja zauważyłam kątem oka, jak jego ręce oplatają się wokół bioder mojej przyjaciółki. Zmrużyłam powieki, przeczuwając, że jakiś podstępny plan narodził się w jego głowie. Spojrzałam na niego w momencie, w którym przyciągnął Kornelię do siebie, a jej plecy zostały przyciśnięte do jego torsu. Zaprotestowała żywo, ale jej nie puścił.
       - Wiesz, Hood - mruknął niskim głębokim głosem, który zatrzymał szarpaninę Kornelii. Wszyscy teraz wpatrywaliśmy się w niego ze zdziwieniem. Kornelia przez ramię, ja z mokrym talerzem w ręku i Hood, który przełknął w ciszy kanapkę. 
       - Nie podziękowałem ci za uratowanie naszych przyjaciół… - zaczął, ale Kornelia nagle nadepnęła na jego stopę i uwolniła się z ciasnego uścisku. Popchnęła go na ścianę i wbiła palec w środek jego klatki piersiowej.
       - No wiesz, Tomlinson?! - wrzasnęła - Doskonale wiem co ci chodzi po głowie. To, że będziesz miły dla Caluma nic nie zmieni! - dodała i wybiegła z salonu do swojej sypialni, ale zanim zdążyła zatrzasnąć drzwi, Louis złapał ją za nadgarstek i zamknął w środku ich oboje. 
       Calum stał osłupiały, podczas gdy ja wzruszyłam ramionami i wróciłam do zmywania naczyń. Teraz w domu rozlegały się przytłumione przez ścianę krzyki.
       - Więc czego ode mnie oczekujesz, co?! Przecież właśnie o niego ci chodziło!
       - Nie bądź śmieszny, wszyscy w domu wiedzą, że to, co powiedziałeś było spowodowane twoją chęcią dobrania mi się do majtek. 
       Sarkastyczny śmiech i uderzenie małej pięści w drzwi
       - Jakbyś potrzebowała powodu, żeby pozwolić mi się dobrać do twoich - głośny plask sprawił, że zacisnęłam powieki, niemal czując na sobie uderzenie Kornelii. Au…
       Nastała cisza, w czasie której Calum opadł na kanapę, podkładając ramię pod głowę. Zaczął wpatrywać się w sufit w momencie, w którym za ścianą padło ledwo słyszalne “przepraszam”. Zakręciłam kurek i wytarłam ręce w kuchenny ręcznik, siadając na fotelu obok Caluma. 
       - To już drugi raz. Nie przyzwyczajasz się? - warknięcie Louis’ego, nawet mnie przyprawiło o ciarki na plecach.
       - Gdybyś nie oskarżał mnie o bycie dziwką przy każdej okazji! - ton Kornelii różnił się o sto osiemdziesiąt stopni od jej cichych przeprosin. 
       - Myślałem, że to normalne, że to robimy! 
       - Nie w momentach, kiedy jestem na ciebie wściekła! Nie myśl sobie, że będę ci zawsze na to pozwalać!
       - “Pozwalać?!” więc to zawsze jest tylko moja inicjatywa? Robimy to, bo na to “pozwalasz”?!
       - Och, nie chwytaj mnie za słówka! Poza tym nie będziemy się kłócić o se… - głośne uderzenie wprawiło w drżenie drzwi ich sypialni.
       - Uch, Louis! - głos Kornelii brzmiał jakby wyżej o kilka tonów. Calum zerwał się z kanapy z wyrazem grozy na twarzy, ale chwyciłam go za nadgarstek zanim zdążył rzucić się na ratunek mojej przyjaciółce. Zbyt długo z nimi mieszkałam, by nie wiedzieć co się szykowało.
       - Zostaw - rozkazałam, pociągnąwszy go z powrotem na kanapę. Zaparł się, patrząc na mnie jak na wariatkę
       - Ale… - zaczął, a potem zamarł nagle, napinając wszystkie swoje mięśnie na słowa dochodzące z sypialni.
       - Na to też potrzebuję “pozwolenia”? - gdyby nie to, że Louis prawdopodobnie przyciskał teraz Kornelię do cienkich drzwi, nie usłyszelibyśmy jego niskiego, namiętnego pomruku i cichego jęknięcia wyrywającego się z gardła dziewczyny. 
       - Powiesz mi, że wcale nie ma w tym twojej chęci? Że o tym nie myślałaś?
       - Louis, to nie jest czas na… mhf! 
       - Powiedz i przestanę. Zabroń mi. Nie pozwól. - głośny oddech mojej przyjaciółki sprawił, że Calum zacisnął pięści. 
       - Lou…
       - Czekam… - chwyciłam ze stolika książkę, próbując się nie wsłuchiwać w grzeszne akty, które odbywały się właśnie za ścianą. 
       - Nienawidzę… Aah… nienawidzę cię!
       - Wręcz przeciwnie. Wciąż mi nie odpowiedziałaś… 
       - O boże… - coś uderzyło lekko w drzwi. Prawdopodobnie głowa Kornelii, gdy nabierała z trudem powietrza. - Łóżko…
       - Dobra dziewczynka - głos Louis’ego ociekał satysfakcją. 
       - Ok! Muszę go zapytać co zrobił i żeby mnie tego nauczył - doprawdy, Ed jebany Sheeran był pierdolonym duchem. Podskoczyłam, a książka wyleciała mi z dłoni, gdy usłyszałam jego głos, dochodzący z kuchni. 
       - Serio, Ed, czy ty musisz być, jak pieprzony ninja?! - zapytałam z półuśmiechem, a on wyszczerzył zęby i pokręcił głową. 
       - Niestety. Byłem trenowany przez starożytne duchy japońskich mnichów. Nigdzie i nigdy się mnie nie spodziewasz. Jestem wszędzie i zawsze! - parsknęłam śmiechem, gdy z sypialni Kornelii doszło nas jej głośne jęknięcie. 
       - Żeby tak przerobić wściekłą laskę na napaloną. Gość ma skilla. - skomentował to Ed z podziwem. Podniosłam książkę z podłogi.
       - Norma. Zawsze tak robią. Kłócą się jakby się nienawidzili, a potem z Harrym nie możemy spać pół nocy przez jęki i skrzypienie łóżka. 
       - Nie mów, że nie wprowadza was to w nastrój - Ed mrugnął do mnie, a ja wybuchnęłam śmiechem
       - Czasami - przygryzłam wargę, udając zawstydzoną, ale chichot Eda zagłuszyło desperackie “Louis, ach!”, które sprawiło, że Calum zerwał się z miejsca, w którym wciąż stał i popędził do swojej sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi. 
       Patrzyliśmy za nim z rudzielcem, ja zrezygnowanym on zdziwionym wzrokiem, aż kolejne “ochy” i “achy” nie odwróciły naszej uwagi. Westchnęłam ciężko i wcisnęłam książkę pod pachę. 
       - Idę do sypialni, nie chce mi się ich słuchać - mruknęłam, a Ed zajął uprzednie miejsce Caluma na kanapie.
       - Idź, ja sobie posłucham - odparł, szczerząc się do mnie zabawnie.
       - Zboczeniec - rzuciłam go poduszką, którą z łatwością złapał. Pokazał mi język i zamknął oczy, moszcząc sobie wygodne miejsce. Kręcąc głową z uśmiechem, przeszłam przez kuchnię i korytarz i wróciłam do pokoju, w którym spał Harry. Tutaj jęki nie były tak słyszalne, a główny dźwięk, który pieścił moje uszy to spokojny oddech mojego ukochanego. Jakby na mnie czekał, leżał prawie przyklejony do ściany, zostawiając dla mnie miejsce na łóżku. Ostrożnie, powolnymi ruchami, ułożyłam się obok niego i oparłam plecy o ścianę, podciągając stopy pod siebie. Położyłam książkę na kolanach i zaczęłam czytać, napawając się bliskością i spokojem Harry’ego. 
       Powieść wciągnęła mnie na tyle, że nie zauważyłam, jak słońce przesunęło się znacznie po niebie, a jego jasne promienie oświetliły drzwi. Wyprostowałam plecy i przeciągnęłam się rozkosznie, mrucząc z zadowoleniem pod nosem. Cieszyłam się, że coś pozwoliło mi zabić, okrutnie wolno biegnący, czas. Im dalej w przyszłość tym Harry będzie się lepiej czuł. To dopiero drugi dzień od naszego ratunku, a ja już czułam diametralną zmianę. Po pierwsze: nie musiałam się bać, że ktoś wyciągnie mnie z sypialni, bym musiała przypatrywać się torturom mojego chłopaka, po drugie: mój chłopak był bezpieczny i w dobrych rękach, po trzecie: byliśmy otoczeni przez przyjaciół. 
       Wiedziałam, że w pewnym stopniu dusiłam w sobie rozpacz, jaką nosiłam przez ostatnie trzy tygodnie, ale też nie miałam pojęcia, jak ją z siebie wyciągnąć. Nie potrafiłam oddać się emocjom tak, jak Kornelia i jeśli miałam zachować spokój to nie widziałam w tym problemu. Póki byłam wsparciem dla Harry’ego, nie potrzebowałam sesji odkrywania swoich uczuć. Nie chciałam wspominać tego, co widziałam. Nie chciałam patrzeć na Harry’ego i widzieć w jego twarzy cierpienie, które okazywał, gdy krzyczał z bólu. Nie chciałam słuchać jego głosu, obawiając się, że zamieni się on w jęki bólu. To, co było tutaj było najlepszym, co mogło się nam wydarzyć. To, co było teraz, było jedyną słuszną opcją. To, co działo się w tej chwili było dla mnie najważniejsze. 
       - Mam wrażenie, że nasz związek polega na moich wypadkach i twoim dbaniu o mnie - usłyszałam za sobą cichy pomruk. Spojrzałam na leżącego na poduszkach Harry’ego i uśmiechnęłam się delikatnie. 
       - Ważne, że zawsze wychodzisz z tego cało - odparłam, odwracając się do niego i opierając brodę na jego klatce piersiowej. 
       - Teraz jest połowa mnie - zdobył się na kiepski żart. 
       - Nie martw się. Będziemy wpychać w ciebie tonę jedzenia - cmoknęłam jego nagą pierś, czując pod sobą wystające żebra. - Jak się czujesz? - zapytałam
       - Zadziwiająco dobrze. Ed to cudotwórca… - westchnął
       - Zboczony cudotwórca - mruknęłam, zastanawiając się czy Kornelia i Louis dalej zabawiali się w swojej sypialni i czy Sheeran wciąż się im przysłuchiwał. Harry zmarszczył brwi, zdezorientowany, ale machnęłam tylko ręką. 
       Dwa, trzy, cztery i więcej dni mijało na opiece nad Harrym i dbaniem o dom. Głównie ja byłam odpowiedzialna za tę drugą rzecz, bo cała reszta okazała się strasznie niechlujna. Harry przybierał powoli na wadze, białka jego oczu jaśniały z każdym dniem, gubiąc upiorną czerwień, a siniaki przybrały żółto-zielonkawy kolor. Kornelia z Louis’m kłócili się i godzili seksem, Calum dąsał się wiecznie, unikając każdego z nas, a Ed rozmawiał często przez telefon i badał stan zdrowia Harry’ego. 
       - Trzeba się tym zająć - mruknął piątego dnia, patrząc na przekrzywione kolano swojego szefa. Harry siedział na łóżku po swojej pierwszej próbie stania o własnych nogach, ale lewa kończyna mu to uniemożliwiła. 
       - Więc się tym zajmij - warknął, masując bolące miejsce. 
       - To nie takie proste. Potrzebujemy prześwietlenia. Domyślam się co to może być, ale trzeba się upewnić. Mógłbym cię uszkodzić jeszcze bardziej. - zaprotestował medyk, ale Harry przerwał mu uniesioną dłonią.
       - Zamknij mordę i nastawiaj mi tę kość
       - Hazza…
       - Edward! Nie mamy czasu! Michael może zaatakować w każdej chwili! Nie będę do niego strzelał z wózka! - zadzwoniło mi w uszach od krzyku Harry’ego. On złapał się gwałtownie za głowę i zacisnął zęby, oszołomiony przez własny wysiłek, jaki włożył w swój protest. 
       - Harry, spokojnie. Na dniach będziemy mogli wracać do Londynu, wtedy Ed zrobi prześ… - zaczęłam, ale złapał mnie za rękę i pokręcił głową.
       - Dziecino, wyjdź stąd. - szepnął, wywołując mój szok. Ścisnęłam mocniej jego dłoń, świeży bandaż ocierał się o moją skórę. - Już dość się napatrzyłaś, nie chcę, żebyś i to widziała - wyjaśnił, po czym skinął na Eda. 
       - Zrób to - rozkazał, wziąwszy głęboki oddech. Ed zacisnął wargi, wahając się przez chwilę, ale w końcu pokręcił głową i z westchnieniem zrezygnowania, zbliżył się do Harry’ego. Przerażona puściłam ciepłą dłoń i wybiegłam z sypialni, trafiając na Caluma i wtulając się w niego w czasie, gdy pierwszy krzyk bólu rozdarł moje uszy. Calum nie pytał, nie biegł na pomoc Harry’emu. Po prostu zatkał mi uszy rękami i przycisnął swój policzek do mojej głowy, kołysząc mną na uspokojenie. Łzy spływały mi strumieniami po twarzy, gdy, nawet przez ochronę dłoni Hooda, słyszałam ten sam głos, który wywoływał moje koszmary przez trzy tygodnie. Moczyłam męską koszulę, szlochając głośno. 
       Krzyki ucichły prawdopodobnie szybciej niż mi się to wydawało, więc odsunęłam się od bruneta, wbijając wzrok w podłogę.
       - Przepraszam - szepnęłam, pociągnąwszy nosem. Duże dłonie spoczęły na moich ramionach, ściskając je lekko.
       - Rozumiem. Nie przepraszaj. Ed nastawiał mu nogę? - zapytał, ale widząc moje drżenie nie czekał na odpowiedź tylko przytulił mnie mocno do siebie. - Spokojnie… Już po wszystkim - szeptał słowa pocieszenia do czasu aż nie przestałam łkać cicho. Wtedy ponownie mnie od siebie odsunął i zmusił bym na niego spojrzała. Otarł moje policzki i uśmiechnął się dobrodusznie. 
       - Dziękuję, że nas uratowałeś - szepnęłam, czując nagle niewyobrażalną wdzięczność. Czy kiedykolwiek tak naprawdę mu podziękowałam? Nawet jeśli, to było to za mało. Dzięki niemu takie krzyki nie były codziennością. Dzięki niemu Harry wracał do siebie. 
       Calum zamknął na chwilę oczy i kiwnął głową. Wtedy podskoczyłam, gdy ktoś obok nas przeczyścił gardło. Nie wiedziałam kiedy Kornelia i Louis do nas podeszli. Może przybiegli tu z pierwszym krzykiem Harry’ego? Teraz stali, wpatrzeni w nas ze smutkiem. Louis trzymał w ustach nieodpalonego papierosa i przerzucał wzrok ze mnie na Caluma aż wreszcie westchnął zrezygnowany i kopnął posadzkę.
       - Porozmawiam z Harrym o twoim dołączeniu do nas - mruknął, skupiając wzrok na zapalniczce, której płomień zbliżył się do papierosa. Kornelia uśmiechnęła się delikatnie i chwyciła jego wolną dłoń. Ja przełknęłam nerwowo ślinę, czekając na rozwój wydarzeń.
       - Nie. Nie, Tommo, wiem, że to byłoby dla ciebie niewygodne. Dla każdego z was - zaprotestował Calum i, puściwszy mnie, cofnął się o kilka kroków, jakby chciał stąd uciec. 
       - Nie bądź idiotą, Hood, dzięki tobie żyją moi przyjaciele. Przydasz nam się. Znasz Michaela i jego metody. - Louis brzmiał beznamiętnie, jakby wiele go kosztowało takie wyznanie. Dym otaczał jego twarz szarą powłoczką, uderzając wszystkich w nozdrza zapachem tytoniu. 
       Calum stanął, oparty o drzwi wyjściowe i spojrzał lękliwie na Tomlinsona. Niemal widziałam bitwę, toczącą się w jego głowie, aż wreszcie oblizał wargi i kiwnął głową.
       - Ja… Postaram się wam pomagać najlepiej jak potrafię. - szepnął w końcu, wyraźnie poruszony. 
       - Tylko żadnych fałszywych ruchów w stronę Kornelii - ostrzegł go Louis z papierosem między zębami i przyciągnął dziewczynę bliżej siebie. Oczy Caluma zaświeciły się od łez, gdy brązowe tęczówki spotkały się z jej niebieskimi. Chwila napiętej ciszy trwała w nieskończoność, ale wreszcie brunet kiwnął głową.
       - Obiecuję… - szepnął. Wtedy drzwi do sypialni otworzyły się z cichym skrzypnięciem i na korytarz wyszedł Ed. Spojrzał na naszą czwórkę, a potem skinął na mnie głową, pokazując, bym weszła do środka. Spełniłam jego polecenie, postanawiając zostawić resztę nowej sytuacji Kornelii, a rudzielec zatrzasnął za mną drzwi, nie wchodząc do środka. 
       Harry leżał na łóżku, dysząc ciężko. Jego skóra błyszczała od potu, biała koszula była przemoknięta na każdym skrawku, który dotykał wymęczonego ciała. Styles zasłaniał przedramieniem oczy, zaciskając do białości wargi, jakby ból wciąż go nie opuścił. 
       Podeszłam sztywno do krawędzi łóżka, automatycznie zerkając na nogę, którą miał zająć się Ed. Kolano nie zginało się już pod dziwnym kątem, ale na jego boku pojawił się nowy, duży siniak. Nie mogąc powstrzymać łez, opadłam twarzą na klatkę piersiową Harry’ego i rozpłakałam się na dobre. 
       Płakałam bo cierpiał, płakałam, bo jego ciało było doprowadzone na skraj wytrzymałości, płakałam, bo w jego krzykach słyszałam błaganie o śmierć, płakałam, bo nawet w momencie, gdy nie był w stanie się ruszyć, dał się torturować dalej tylko dlatego, że nieznajomy postanowił nagle, że tym razem zrani mnie. Czułam, że oddech umyka z moich płuc, odmawiając im powrotu, moje gardło zaciska się mocno, wypuszczając na zewnątrz jedynie szlochy i żałosne jęki. Chciałam wszystko cofnąć. Przywrócić Harry’emu jego czysty głos, rozbudowane mięśnie, zdrowe kolana. Scałować krew z jego białek i cudownie pozbawić jego gardła ohydnej pręgi. Uspokoić jego ciężki nosowy oddech, gdy tak leżał pode mną, próbując wytrzymać ból, jaki zadał mu przed chwilą Ed. Rozluźnić zaciśnięte wargi i zachęcić je do uśmiechu.Chciałam, żeby Harry był zdrowy, żeby nie doświadczył tych strasznych zdarzeń i płakałam, bo byłam bezradna.

       Nie zareagował. Nie pocieszał mnie, nie pogłaskał po plecach. Po prostu leżał tam, oddychając powoli i ciężko, oddając się wewnętrznej walce z bólem. Żadne z nas nie miało siły udawać, że te trzy tygodnie nie miały miejsca. Żadne z nas nie czuło potrzeby oszukiwania się nawzajem. Oboje wreszcie oddaliśmy się swojemu cierpieniu. 





Zapraszamy do komentowania! :) :*
#TTDff

poniedziałek, 9 marca 2015

58. I'll give you one last chance to hold me

Hej, hej, hej, kochane! Tak tylko piszemy z małym komunikatem:
Wkroczyłyśmy w część trzecią i najbardziej intensywną. Choć w tym rozdziale żaden kolor czcionki nie jest potrzebny to ostrzegamy, że w kolejnych pojawią się treści i sceny mocno kontrowersyjne w wielu tego słowa znaczeniach! 
No! to tak tylko ku przestrodze :D 
Kochamy i dziękujemy za ponad 100 000 wyświetleń! Jesteście niesamowite! Nie przestawajcie promować bloga! Może TTD spodoba się jeszcze wielu osobom, co jest naszym marzeniem :) Komentujcie, dzielcie się wrażeniami pod naszym tagiem (#TTDff), a my mamy nadzieję dać Wam przyjemność (nawet jeśli są to smutne feelsy, wiemy, że i tak je uwielbiacie XD) z czytania tego ff!!!


Kochamy! 

A. <3 & M. xx



I'll give you one last chance to hold me*

Kornelia

        Szarpałam palcami róg strony, na której utknęłam, wpatrując się ślepo w literki przed sobą. Nic nie miało sensu, żadne słowo nie układało się w coś, co mogłoby nadać znaczenia tekstowi, któremu się przyglądałam. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie i westchnęłam cicho. Długo nie wracali. Milena machała nogą, wystającą zza fotela, na którym siedziała, przygryzając zębami końcówkę ołówka. Haseł na jej krzyżówce zdawało się nie przybywać i już po chwili rzuciła zeszyt na stół i skrzyżowała nogi. Zaczęła wpatrywać się we mnie badawczym wzrokiem, lecz udawałam, że tego nie widzę, wciąż obserwując bezsensowne literki. 
        - Chyba czas zająć się twoimi włosami. Odrosty są już strasznie długie - odezwała się z lekkim uśmiechem, a ja zamknęłam książkę i chwyciłam w dwa palce bladoróżowy kosmyk. Obracałam go, przyglądając się matowym, rozdwojonym końcówkom. Za dużo stresu…
        - Wiesz… - mruknęłam cicho, nie odrywając wzroku od włosów. - Tak myślałam, że… Może czas wrócić do swojego naturalnego koloru - stwierdziłam i, podobnie jak ona, rzuciłam książkę na stół. Milena zamrugała szybko kilka razy i pokręciła głową. 
        - Żartujesz, prawda? - podniosła głos, jakbym powiedziała coś obraźliwego. Przekręciłam oczami i potarłam palcami czoło. 
        - Wydaje mi się… Myślę, że ten kolor nie jest odpowiedni - wzruszyłam ramionami, czując ogarniający mnie ponownie tego tygodnia smutek. 
        Milena wyprostowała się na swoim fotelu i zmarszczyła brwi. 
        - Nieodpowiedni do czego? - zapytała z wyraźnym w jej głosie wyrzutem. 
        - Do sytuacji… - mruknęłam i przygryzłam lekko wargę. Milena prychnęła ostentacyjnie i rzuciła mi rozeźlone spojrzenie. Dlaczego tak się złościła?
        - Nie, nie, nie, nie! Nie pozwolę ci zmienić tego koloru! To jest coś, co może pozwolić mi zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Coś, co wydaje się zatrzymywać normalność, którą straciliśmy! - wrzasnęła. Przekrzywiłam głowę, uśmiechając się lekko. 
        - Moje włosy są różowe. Nie ma w nich nic normalnego - stwierdziłam, ale ona uciszyła mnie machnięciem ręki. 
        - Były różowe, gdy się tu przeprowadziliśmy. Były różowe, gdy cię poznałam! Twoje włosy aktualnie są dla mnie najnormalniejszą rzeczą na świecie! - jej determinacja, by odwieść mnie od decyzji zmiany koloru na głowie, rozjaśniła nieco, ostatnio poszarzały, świat. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i kiwnęłam głową. 
        - I tak nie chcesz tego zrobić. - mruknęła pod nosem, sięgając po krzyżówkę. 
        - Nie chcę. - potwierdziłam, a ona uniosła z wyższością brwi, jakby ciężko było jej wybaczyć mi mój pomysł. 
        - Więc nie pierdol. Jutro pójdę do miasta po farbę i zajmę się twoimi odrostami 
        - Nie musisz. - powiedziałam, smutniejąc nagle - Kupiłam farbę na… na ślub. Miałam cię poprosić o odświeżenie mojego koloru… - szepnęłam, a Milena spojrzała na mnie przez mgłę wspomnień i skrzywiła się nieco. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową i szybko otarła policzki, choć łzy nie zdążyły jeszcze na nie spaść. 

        Nie zauważyłyśmy kiedy zegar wybił północ. Siedziałyśmy wciąż na tych samych miejscach, czekając na wiadomość od Lou i Harry’ego, ale nasze telefony milczały. Piętnaście po dwunastej postanowiłam wreszcie zadziałać i wykręciłam numer swojego chłopaka, ale do mieszkania nagle wpadły dwie postaci i aparat wypadł mi z ręki. 
        Harry i Louis stanęli w salonie. Zauważyłam na rękawie koszuli tego drugiego ciemnoczerwoną plamę. Serce podskoczyło mi do gardła, widząc, że podobna, choć o wiele większa plama widniała na nogawce Harry’ego. Nie powiedzieli nam gdzie szli, żebyśmy się nie martwiły, to jasne. Teraz było jasne, że chodziło o zemstę.
        Milena wstała z fotela, a krzyżówka zsunęła się z jej kolan, opadając bezwładnie na podłogę. 
        - Zabiliście go? - zapytała zimnym tonem. Louis rzucił mi mroczne spojrzenie, po czym potarł pobrudzony rękaw o swoje czarne spodnie. 
        - Nie. Przeszkodziła nam policja - warknął, a Harry zmarszczył brwi i podszedł do mojej przyjaciółki. Pocałował ją w czoło i spojrzał głęboko w oczy. 
        - Jak się czujesz? - zapytał, a ona uśmiechnęła się do niego uspokajająco i kiwnęła głową. 
        - Dobrze - szepnęła. Nie patrzyłam na nich, wbijając wzrok w, stojącego wciąż w progu Louis’ego. Po chwili wpatrywania się w podłogę, szarpnął się lekko i zamknął za sobą drzwi. Zaczął rozpinać guziki koszuli i, nie patrząc na żadnego z nas, wszedł bez słowa do mojej sypialni. Byłam zdezorientowana, a przez moją głowę zaczęło przelatywać tysiące myśli, mogących wyjaśnić jego osobliwe zachowanie. Spojrzałam z obawą na Harry’ego, a ten zacisnął wargi i przycisnął mocniej do siebie Milenę. 
        - Po prostu do niego idź - powiedział cicho, nie siląc się na wyjaśnienia. Bez protestów powędrowałam do swojej sypialni, a gdy otworzyłam ostrożnie drzwi napotkałam widok Louis’ego, pozbywającego się swojej koszuli. Szepnęłam jego imię, a on obrzucił mnie ponurym spojrzeniem. 
        - Schudłaś - rzucił nagle, zbijając mnie z pantałyku. Spojrzałam na swój brzuch, zasłonięty luźną, męską koszulką. 
        - Ach… Tak, odchudzałam się do ślubu… Wiesz, musiałam się zmieścić w najlepszą sukienkę - mruknęłam na odczepne, a on uniósł jedną brew. 
        - Kłamiesz. Byłaś już wystarczająco chuda. - stwierdził, wywołując we mnie poczucie winy. - Ile dziś zjadłaś? - zapytał. Odwróciłam wzrok i przygryzłam policzek. 
        - Nie byłam głodna - powiedziałam wymijająco - Co się stało z… nim? - zmieniłam szybko temat i wskazałam na poplamioną koszulę, leżącą teraz na podłodze. 
        - To dla was za dużo - mruknął pod nosem, jakby nie usłyszał mojego pytania. Nie wytrzymując, podeszłam wreszcie do niego i sięgnęłam dłońmi jego twarzy. 
        - Louis, co się stało - zapytałam cicho, wpatrując się w jego podkrążone oczy. Zwilżył dolną wargę i chwycił mnie jedną ręką w pasie. 
        - Chcieliśmy pozbyć się Clifforda - odparł szczerze, nie odrywając wzroku od moich ust. 
        - I dlaczego nam nie powiedzieliście? - zapytałam, sięgając kosmyków jego włosów i pociągając lekko. Poczułam uścisk na biodrze. 
        - Jesteś koścista - szepnął, zaciskając powieki i pochylając nieco głowę. 
        - Dlaczego nam nie powiedzieliście? - powtórzyłam, ignorując jego komentarz. Wziął głęboki oddech. 
        - Bo byście protestowały. 
        - Nie doceniacie nas - zmrużyłam oczy, pociągając mocniej za jego włosy, a on spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. - Zabił Liama - warknęłam
        - Wpadałaś w panikę, gdy powiedziałem ci o osobach, które zabiłem… - zaczął niepewnie, tracąc swoją mroczną postawę, której trzymał się od wejścia do mieszkania.
        - Wpadam teraz w panikę? - zapytałam rozeźlona. Jego usta ułożyły się w słowo “nie”, a potem przyciągnął mnie do siebie i schował twarz w zgięciu między moją szyją a ramieniem. 
        - Co się teraz stanie? - szepnęłam. Poczułam wilgoć jego ust na swojej skórze i zadrżałam. Długo nie odpowiadał, muskając wargami każdy nagi skrawek mojej szyi. Westchnęłam cicho, odchylając głowę, by dać mu większy dostęp, a on skorzystał z niego bez zastanowienia. Choć było mi niezwykle przyjemnie, wiedziałam, że musieliśmy dokończyć tę rozmowę, więc przywołałam go, wypowiadając cicho jego imię. 
        - Michael i reszta będą musieli się poddać. - ciepły oddech otulił moją skórę - albo ich zniszczymy - długie palce zacisnęły się mocno na mojej koszulce w momencie, w którym moje serce wykonało kilka nierównych uderzeń. 
        Oddaliłam się nieznacznie od Louis’ego. Był zmęczony. Prawdopodobnie nie spał całą noc, a mimo to wciąż miał siły, by planować zemstę. Nie dziwiłam mu się. Śmierć Liama dotknęła nas wszystkich, a skoro i ja, i Milena zostałyśmy nią mocno poruszone, nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić co mogła czuć reszta. W szczególności Zayn i Caroline. To, co się wydarzyło pokazało nam, że gra właśnie się rozpoczęła i wszystkie chwyty były dozwolone. Michael zignorował zasadę wspólnego gruntu, zabił kogoś z najbliższych przyjaciół Harry’ego i Louis’ego. To nie mogło mu ujść na sucho. 
        - Rozumiem… - szepnęłam i odsunęłam się od niego. Sięgnęłam po, leżącą na ziemi, koszulę i przyjrzałam się ciemnej plamie na rękawie. - Raczej nie da się tego wyratować. Nie masz nic przeciwko, żebym ją wyrzuciła? - zwróciłam się do Louis’ego, siląc się na beztroski ton. Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, pocierając nadgarstek, na którym również znalazło się kilka kropel krwi Michaela. 
        - Powinnaś wrócić do domu - powiedział nagle, mierząc mnie od stóp do głów wzrokiem. Stanęłam jak wryta, ściskając w pięściach zimny materiał. Mój oddech przyspieszył, niekontrolowany, w kącikach oczu zebrały się łzy. 
        - Żartujesz, prawda? - syknęłam, cofając się o kilka kroków, aż natrafiłam na ramę łóżka. - Nie wyjadę. Nie zostawię cię. Nawet nie próbuj mnie zmuszać, bo ci się to nie uda. Nie obchodzi mnie co zrobi Michael, ja tutaj zostaję. Jak możesz mówić w ogóle coś takiego? Jak możesz! - paplałam, jak idiotka, desperacko próbując udowodnić mu, że nie było nawet najmniejszej szansy, bym go posłuchała. 
        Pokręcił głową i podszedł szybko do mnie, a jego dłonie spoczęły na moich ramionach. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował głęboko, obejmując w talii. 
        - Nie to miałem na myśli - szepnął, gdy odsunął się ode mnie nieco i spojrzał mi w oczy. Zdezorientowana czekałam na kontynuację tego wątku, wciąż miętoląc w rękach koszulę, którą przed chwilą miał na sobie. Trzęsłam się na całym ciele, przestraszona perspektywą opuszczenia Louis’ego. Tak bardzo go kochałam, tak bardzo potrzebowałam. Chwile, w których miałam siedzieć sama w Polsce i zastanawiać się czy czasami nie zginął, byłyby dla mnie najgorszym koszmarem. 
        - Michael nie stanie na nogi przez pewien czas - szepnął i pocałował mnie krótko - Najbliższy tydzień, może dwa, będą względnie bezpieczne. Myślę, że powinnaś spotkać się z rodziną. Milena też… A wyjazd mnie i Harry’emu dobrze by zrobił - wyjaśnił, a ja odetchnęłam z ulgą. Wtuliłam się w niego mocno, czując jak miękną mi nogi. 
        - Chcecie zabrać nas do Polski? - zapytałam cicho, a w mojej głowie pojawił się obraz mamy, która wita mnie w progu naszego domu. Nagle zachciało mi się płakać. Żaden członek mojej rodziny nie wiedział o niebezpieczeństwach, które na mnie czyhały. Nawet nie zdawali sobie sprawy, że byłam porwana, że chciano mnie zabić. Nie wiedziałam, że perspektywa spotkania z nimi miała tak na mnie zadziałać. Zdawało się, jakbym już w myślach pożegnała się z rodziną na zawsze. Tym czasem Louis zaproponował, bym się z nimi spotkała. Załkałam cicho, wbijając paznokcie w nagą skórę jego pleców. 
        - Wylot pojutrze rano. - szepnął, całując mnie w czubek głowy. Kiwnęłam głową, nie będąc w stanie nic powiedzieć. Czułam nieopisaną ulgę, uświadamiającą mi stres, panujący nade mną ostatnimi dniami. 
        - Dziękuję - zaszlochałam, a on tylko pogłaskał mnie po plecach. Gdy na niego spojrzałam, zauważyłam, że się nie uśmiechał. Mroczna maska powróciła na swoje miejsce, ale postanowiłam o nią nie pytać. Wylot za granicę to żadna radość, gdy kilka dni temu straciło się przyjaciela. 

        Milena przygryzała kciuk, patrząc na stos swoich rzeczy. Obserwowałam jej walkę z walizką i debatę na temat potrzebnych ubrań aż w końcu opadła na kanapę i westchnęła ciężko. 
        - Nie wiem czy to jest dobry pomysł - mruknęła, a Harry, który bawił się jej pistoletem i Louis, na którego kolanach właśnie siedziałam, spojrzeli na nią skonsternowani. Louis poruszył się pode mną niespokojnie, a ja ścisnęłam lekko jego dłoń. 
        - Wszyscy musimy odetchnąć - powiedziałam cicho, zerkając ukradkiem na pociemniałe oczy Tomlinsona. 
        - Tak, ale… - Milena spojrzała z obawą na Harry’ego, który obserwował ją uważnie. - Zayn i Caroline nie powinni teraz zostać sami. Może… Może mogłybyśmy przekonać chłopaków, żeby ich wziąć? - zwróciła się do mnie po polsku. Harry zmrużył ostrzegawczo oczy, okazując, że nie podobała mu się zmiana języka naszej rozmowy, ale się nie odezwał. Louis zdawał się być myślami gdzieś daleko. Zagryzłam wargę, zastanawiając się nad jej propozycją, a potem kiwnęłam głową. 
        - Wątpię, by chcieli z nami lecieć, ale warto spróbować - mruknęłam. 
        Nie było ciężko przekonać chłopaków do pomysłu Mileny. Obaj się zgodzili, choć Louis wyglądał, jakby nie zdawał sobie sprawy o czym dyskutowaliśmy. Od wczorajszego pojawienia się w naszym mieszkaniu wydawał się być nieobecny. W rozmowach ze mną odpływał często albo krytykował mój spadek wagi i kazał mi jeść. 
        - Porozmawiam z Zaynem - zaproponował niespodziewanie po chwili ciszy, jaka zapadła w naszym salonie. Harry kiwnął głową, a Milena uśmiechnęła się do niego słabo. 
        - A ja pójdę do Caroline. - powiedziała. 
        - Pójdę z tobą - Harry podszedł do niej i pochylił się, by pocałować ją w ramię. 
        - W takim razie ja idę z tobą - spojrzałam na Louis’ego, a ten pokręcił głową. 
        - Zostań tu i się pakuj. Wszyscy oprócz ciebie już to zrobili - odparł, a potem pokazał mi gestem, bym z niego zeszła. Lekko zawiedziona, stanęłam na chłodnej podłodze, patrząc ze zmartwieniem, jak opuszcza w milczeniu mieszkanie. Poczułam na sobie współczujące spojrzenia dwóch par oczu i wzięłam głęboki oddech. 
        - W końcu dojdzie do siebie - szepnęłam, wysilając się na uśmiech
        - Nie jestem całkowicie pewien czy chodzi wyłącznie o Liama - odparł Harry, wywołując moje zaintrygowanie. Unikał mojego wzroku, a w końcu zaproponował Milenie, by się pospieszyli, bo Caroline nie odpowiadała na telefony, więc możliwe było poszukiwanie jej po mieszkaniach znajomych. 
        - Zaraz, co masz na myśli? - zapytałam, a Harry pokręcił tylko głową i zatrzasnął za Mileną drzwi, pozostawiając mnie w salonie samą.

        Pukanie do drzwi przerwało moją gonitwę w pakowaniu. Walizka była zapełniona górą nieposkładanych rzeczy, których zapewne połowa miała nie zmieścić się w środku przy próbie jej zapięcia. Wyprostowałam plecy i spojrzałam w stronę dźwięku, który odwrócił moją uwagę. Miałam pewne podejrzenia co do tego kto mógł przyjść mnie odwiedzić. Poza nieobecną trójką tylko jedna osoba mogła chcieć porozmawiać ze mną po śmierci członka mojej grupy. Powolnymi ruchami sięgnęłam pod poduszkę i chwyciłam pistolet, który otrzymałam od Louis’ego i Harry’ego. 
        Na palcach przecięłam salon i otworzyłam ostrożnie drzwi, nie uchylając ich zbyt mocno. Miałam rację. Calum popchnął drewno i wszedł nieproszony do środka, patrząc na mnie zbolałym wzrokiem. Zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie, nie wypowiadając ani jednego słowa. Przywoławszy się do porządku, wyciągnęłam przed siebie broń i wycelowałam ją w czoło mężczyzny. 
        - Daj mi jeden powód dlaczego miałabym nie pociągnąć za spust - warknęłam, czując, że całe moje ciało zaczyna drżeć lekko, a gardło zaciska się wbrew mojej woli. Calum uniósł brwi i odepchnął się od drewna, po czym ominął mnie, jakby moja groźba nie zrobiła na nim wrażenia. 
        - Masz zabezpieczoną broń - powiedział cicho i usiadł na oparciu fotela. Zaskoczona spojrzałam na pistolet, stwierdzając, że miał rację. Przeklęłam się w duchu, ale wciąż mierzyłam do niego, nie tracąc gardy. 
        - Odłóż ją, oboje wiemy, że mnie nie zabijesz - dodał, wywołując mój gniew. 
        - Zdziwiłbyś się - odparłam, poprawiając uchwyt. 
        - Więc dlaczego jej nie odbezpieczysz? - zapytał i oblizał lekko wargi. Moje dłonie zadrżały, jakby odpowiadając na jego pytanie. Calum podszedł do mnie i, nieprzerwanie patrząc mi w oczy, wyciągnął z moich rąk pistolet. Nie protestowałam, patrząc na niego przez łzy. Odłożywszy go na stole, położył ciepłą dłoń na moim policzku i pogłaskał je lekko kciukiem. 
        - Jak się czujesz? - zapytał, zrzucając z siebie maskę obojętności, którą przywdział od wejścia do mieszkania. Zacisnęłam szczękę i bez słowa ruszyłam do swojej sypialni. 
        - Kornelia!
        - Odejdź, zanim wróci Louis. - rzuciłam za siebie i uklęknęłam przed walizką. Zaczęłam wyrzucać z niej rzeczy w celu jak najlepszego ich poukładania. Calum stanął w progu i spojrzał ze zdziwieniem na to, co robiłam. 
        - Wyjeżdżasz? - zapytał, a w jego głosie pojawiła się nuta obawy. 
        - Tak. - odpowiedziałam wymijająco i otarłam pospiesznie, uparcie spływające po mojej twarzy, łzy. Calum zamrugał szybko i pokręcił głową, jakby nie był w stanie przeanalizować tego, co właśnie usłyszał. 
        - Gdzie…
        - Do Polski - ze zdziwieniem zauważyłam, jak się uśmiechnął. Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego zza góry ciuchów. 
        - To dobrze. Będziesz bezpieczna - powiedział cicho i uklęknął obok mnie, wystarczająco blisko, bym poczuła ucisk jego uda na swoim.
        - Milena też jedzie?
        - Oczywiście, że tak. Ona, Louis i Harry - warknęłam, odsuwając się od niego. Słysząc to, Calum ścisnął mój różowy szalik, który chwilę temu zagarnął z czubka stosu. 
        - Nie uciekacie? - spojrzał na mnie, mrużąc swoje ciemne oczy. 
        - Oczywiście, że nie. - parsknęłam i wyrwałam szalik z jego rąk. Nie zdążyłam się odsunąć dostatecznie szybko i poczułam uścisk na swoim nadgarstku. 
        - Więc zrób to ze mną - Calum spojrzał mi z determinacją w oczy, zbijając mnie z pantałyku. 
        - Co? 
        - Ucieknij ze mną - szepnął i puścił mój nadgarstek, by pogłaskać mnie po policzku. To uczucie było mi tak znajome, wywoływało na moich ramionach gęsią skórkę. Przełknęłam ciężko, patrząc na niego w ciszy. Nie wiedziałam co powiedzieć. Jego propozycja była zbyt nagła i niespodziewana. 
        - Robi się niebezpiecznie. Michael się leczy, ale, gdy będzie już na chodzie poleje się krew. Dużo krwi. - wyjaśnił i obrócił mnie ku sobie
        - Zabiliście Liama - szepnęłam - Odebraliście Caroline jej narzeczonego i chcecie się mścić za to, że Michael musiał za to zapłacić? - nie mogłam wydusić z siebie głosu. Czułam, że gdybym próbowała mówić głośniej, jedyne co wyszłoby z mojego gardła to rozpaczliwy szloch. 
        - Nie mieszaj mnie do tego - Calum zacisnął powieki, a jego druga dłoń również powędrowała do mojej twarzy. - Nie miałem z tym nic wspólnego. 
        - Gówno prawda! - krzyknęłam i wstałam, odpychając go od siebie. Zachwiał się na klęczkach, ale w porę złapał równowagę. - Zaufałam ci! Broniłam cię przed Louis’m, próbowałam, a ty… ty… - mój głos jakoś odzyskał swoją moc, gdy wrzeszczałam na Caluma, który wstał, górując teraz nade mną. Wykrzywił twarz, jakby moje słowa sprawiały mu fizyczny ból. 
        - Nie zgrywaj świętej! Wykorzystałaś moje uczucie, żeby mnie od siebie odsunąć! Pocałowałaś mnie, a potem zostawiłaś, jak ostatniego idiotę! - odkrzyknął, gdy wzięłam głęboki oddech przed kolejną salwą wyrzutów. Przekrzywiłam lekko głowę, po czym zaśmiałam się bez wesołości. 
        - Oh, oh, straszne! Straszne, jak chciałam chronić nas obojga, podczas, gdy ty mordujesz członka mojej grupy! 
        - Nie bądź idiotką! Nigdy, bym ci tego nie zrobił! Przysięgam, że nie miałem żadnego głosu w podejmowaniu tej decyzji! Każdy mój argument przeciw był ignorowany! 
        - Mogłeś zrobić cokolwiek! 
        - I dać się zabić?! - ryknął nagle, uderzając mnie falą wściekłości większą, niż kiedykolwiek od niego odebrałam. Stanęłam, jak wryta, patrząc na niego, dyszącego ciężko i myśląc o możliwościach, które mógł mieć przed sobą, gdy Michael podejmował decyzję o zabiciu Liama. Jakbym zareagowała, gdyby Calum zginął, broniąc Payne’a dla mnie? Boże…
        - Kocham cię, ale nie dam się zabić za Payne’a! Wtedy nie miałby cię kto chronić! - wrzasnął, wywołując u mnie kolejną falę łez. Mówił to z taką łatwością, jakby niczego innego nie był bardziej pewny niż tego pieprzonego uczucia do mnie. 
        - Louis mnie chroni - szepnęłam, spuszczając oczy. 
        - A kto ochroni cię przed nim?! - pięść powędrowała na ścianę obok Caluma i wydrążyła w niej kilka pęknięć. Zadrżałam. 
        - Jak myślisz?! Kto stanie się celem Michaela, kiedy zacznie planować zemstę na Stylesie i Tomlinsonie, co?! Wraz z jego głupim morderstwem wszystkie granice zostały przekroczone i ani on, ani ci dwaj nie cofną się przed niczym, byle tylko wygrać! - krzyczał na całe gardło, a przez wysiłek, jaki w to wkładał, na jego szyi i czole uwydatniły się pulsujące żyły. 
        - Mówisz tak tylko, by mnie do siebie przekonać - wyrzuciłam z siebie i usiadłam na łóżku, chowając ręce między udami i wbijając wzrok w podłogę. 
        - Może… A może mam rację i już niedługo będziesz na celowniku Clifforda - Calum ściszył wreszcie głos i uklęknął przede mną, kładąc dłonie na moich kolanach. 
        - Poradzimy sobie - warknęłam, pewna, że jego groźby były tylko strategią, by mnie zdobyć. Zacisnął pięści.
        - Nie bądź głupia! - krzyknął, ale nagle zacisnął powieki, przywołując się do porządku. - Ucieknij ze mną, proszę. - duże dłonie przesunęły się w górę moich ud. - Mam pieniądze. Zaszyjemy się w kraju, w którym nas nie znajdą. Mówiłaś, że kochasz Islandię, prawda? Dlaczego nie tam? Kupimy dom, zaczniemy własny, niewinny biznes… 
        - Calum… 
        - Dlaczego mamy siedzieć tutaj, ryzykować własnym życiem? Dlaczego nie możemy zacząć żyć bez, wiszącego nad nami, wiecznego niebezpieczeństwa?
        Łaskotał mnie przez jeansy, drżenie jego głosu wywoływało uścisk w moim gardle. Co stałoby się, gdybym przyjęła jego propozycję? Nie mogłabym być z Louis’m. Musiałabym pożegnać się z Mileną i rodziną. Odizolować się od wszystkich, których kochałam, dla zapewnienia bezpieczeństwa. Dla życia z Calumem? 
        - Wiem, że mnie kochasz. Może nie jest to uczucie tak silne jak do Tomlinsona, ale czujesz je. Gdyby tego nie było, właśnie leżałbym martwy w twoim salonie. Nie musisz tego mówić. Rozważ tylko moją propozycję, proszę… - odsunęłam go od siebie i wstałam z łóżka, podchodząc do przeciwległej ściany. Oparłam się o nią plecami i spojrzałam na, stojącego już, Caluma, którego twarz zastygła w wyrazie oczekiwania. 
        - Ja… - zawahałam się, co wywołało szok na jego twarzy. Jakby nie spodziewał się, że spełnię jego prośbę i zastanowię się nad tą propozycją. Wykorzystał tę chwilę niepewności i podszedł szybko do mnie. W znajomym już geście, ujął moją twarz w dłonie i oparł swoje czoło o moje. 
        - Zrób to, zrób to dla mnie, dla siebie. Możemy żyć beztroskim życiem, być ze sobą bez obaw o zemstę twojego chłopaka, bez zmartwień o czyjeś uczucia. Bez Michaela grożącego każdemu z nas i Stylesa opanowanego żądzą zemsty. Moglibyśmy… Moglibyśmy spędzić ze sobą całe życie, dożyć starości, mieć dzieci… - zawahał się, jakby bał się, że mógł mnie tym przestraszyć. Zaśmiałam się cicho i spojrzałam w jego oczy, gdy odchylił się nieco, by móc mi się przyjrzeć. Ujęłam jego dłoń w swoją i przycisnęłam do niej policzek. 
        - Nie chcę mieć dzieci… - szepnęłam, a on wyszczerzył zęby i pokręcił szybko głową. 
        - Ok, żadnych dzieci. Możemy mieć koty. Tysiące, jeśli chcesz. Jakoś zniosę towarzystwo tych diabłów - odparł pospiesznie, uśmiechając się szeroko. Uniosłam lekko kącik ust, a potem spuściłam wzrok, a moje policzki ponownie zalśniły od łez. 
        - Nie mogę… Louis… - zaczęłam.
        - Nie, nie, nie… Zaczęłaś to rozważać, chcesz to zrobić! - stwierdził desperacko, wplątując palce w moje włosy. Pokręciłam głową i spojrzałam na niego przez łzy. 
        - Nie chcę. Kocham go. - oznajmiłam, czując, że po raz kolejny wbiłam mu nóż w plecy. Calum pochylił się nagle nade mną, przyciskając mnie mocniej do ściany. 
        - Nie! - zatrzymałam go, zanim jego usta zdążyły dotknąć moich. Zawisnął kilka centymetrów od nich i pozostał w tej pozycji, przejeżdżając kciukiem po moich wargach. 
        - Powiedz, że tego nie chcesz. - mruknął, a jego nos otarł się lekko o mój.
Chcę
        - Nie chcę tego. - szepnęłam z wysiłkiem
        - Nie chcesz być bezpieczna? 
Chcę
        - Jestem bezpieczna. Ufam mu. 
        - Więc wcale nie chcesz, żebym cię teraz pocałował? - czułam na wargach jego miętowy oddech, czułam drżenie jego ciała, to z jaką siłą powstrzymywał się przed wykonaniem kolejnego ruchu. Jego bliskość nie pozwalała mi myśleć trzeźwo. Byłam pewna swojej decyzji. Choć perspektywa życia bez stresu wydawała się piękna, była też usłana cierpieniem. Nie mogłabym rozstać się z Louis’m. Za bardzo go kochałam, mimo sprzeczek, mimo jego zawodu i mojego dziwnego uczucia do Caluma to Louis był na pierwszym miejscu. To on zajmował największą część mojego serca. Człowiek potrafi kochać kilka osób naraz i jeśli w moim przypadku miałam wybierać, bo moje niesforne serce postanowiło oddać uczucie dwóm, wrogim sobie, mężczyznom, decyzja była jasna. Nie powstrzymywało to jednak przyspieszonego jego bicia, które czułam, gdy Calum trzymał mnie w swoich objęciach, nie powstrzymywało chęci sięgnięcia jego pełnych warg. Wzięłam głęboki oddech i wyszeptałam cicho:
        - Nie 
        - Zawahałaś się - odparł i, nim zdążyłam go powstrzymać, przycisnął swoje usta do moich. Krótko, delikatnie, pocałował mnie tak, jakby chciał przekazać, że jest to tylko dla niego, że tego potrzebował. Nie odepchnęłam go, nie stałam jak kołek. Po prostu oddałam ten lekki pocałunek, starając się myśleć o tym, jak ostatnim razem okropnie go potraktowałam. Byłam mu to winna. 
        Gdy się ode mnie oddalił, otarł kciukiem moje mokre policzki i uśmiechnął się smutno. 
        - Dziękuję - szepnął, doskonale rozczytując moje myśli. 
        - Ucieknij beze mnie. - powiedziałam, a on zmarszczył lekko brwi - Twoje uczucie do mnie tylko wpędzi cię w kłopoty. Wystarczyłoby, żeby Louis wpadł teraz do mieszkania i już padłbyś martwy. Proszę, Calum, jeśli chcesz być bezpieczny, zrób to beze mnie. - błagałam. 
        Calum pokręcił głową i przyciągnął moją dłoń do swoich ust. 
        - Jeśli ty zostajesz, to ja też. - powiedział. Skrzywiłam się z żalu i przytuliłam nagle do niego, ciągnąc nieświadomie za jego włosy. 
        - Wiesz, że nigdy nie będę w stanie odwzajemnić tego, co do mnie czujesz! Nie rób tego dla mnie, błagam! - koszulka na jego piersi była już zupełnie przemoczona przez moje łzy. Calum zaśmiał się cicho, smutno i pogłaskał mnie po plecach. 
        - Gdy będę miał pewność, ze jesteś już bezpieczna, odejdę. - zapewnił i odsunął mnie lekko od siebie. Nie mogłam powstrzymać rozpaczliwego płaczu, który uniemożliwił mi mowę. Wydarzenia ostatnich dni otworzyły nowe, niebezpieczne perspektywy i ta, w której Calum umiera, utkwiła mi nieproszona w głowie, wywołując wyrzuty sumienia za to, że tak okrutnie traktowałam go ostatnimi czasy. Śmierć stała się nagle czymś realnym, czymś co mogło przyjść w każdej chwili. Wreszcie zrozumiałam nagłe decyzje, które tu zapadały, intensywność uczuć, z jaką oni nas obdarzali. 
        Dźwięk otwieranych drzwi salonu sprawił, że Calum odskoczył gwałtownie ode mnie, skradając uprzednio jeszcze drugi, krótki pocałunek. Ku mojemu przerażeniu do sypialni wszedł Louis, który wbił ponury wzrok w Caluma. 
        - Tomlinson - Calum kiwnął głową na powitanie, nie zwracając nawet uwagi na jego zaciśniętą pięść. 
        - Hood - odpowiedział mój chłopak, a ja stanęłam jak wryta. Louis był wściekły, widziałam to na pierwszy rzut oka, a jednak nie zamachnął się, by uderzyć Caluma, nie wrzasnął na niego, nawet nie próbował mnie od niego odsunąć. Po prostu, mimo ociekania wrogością, się z nim przywitał. 
        - Myślałem, że już cię nie będzie - mruknął, a mnie zakręciło się w głowie. Co?! Calum pokiwał wolno głową ze smutnym wyrazem. Spojrzał na mnie przepraszająco i pogłaskał po policzku. Byłam pewna, że równie dobrze mógł sobie przyłożyć naładowaną broń do skroni i przekazać spust Louis’emu. Mój chłopak zacisnął szczękę i zrobił krok w naszą stronę
        - Coś mnie zatrzymało. Właściwie dopiero przyszedłem - oznajmił Hood i zatrzymał nagle Louis’ego, kładąc dłoń na jego piersi, gdy ten był dostatecznie blisko, by sięgnąć pięścią jego szczęki. Z tej odległości zauważyłam przyspieszony, nerwowy oddech swojego chłopaka. 
        - Mam nadzieję, że zdążyłeś powiedzieć co chciałeś. Twój czas się skończył - syknął, odtrącając rękę Caluma i wpatrując się w niego w napięciu. Calum spojrzał na mnie, potem na niego i kiwnął głową. 
        - Tak. Tak. Dzięki za tę szansę. - wycofał się do wyjścia z sypialni, ale nim z niej wyszedł odwrócił się jeszcze w naszą stronę. 
        - Moja propozycja jest ciągle aktualna. Jak tylko zmienisz zdanie… - urwał, gdy Louis uderzył pięścią w ścianę, w podobnym ruchu, jaki on wykonał kilkanaście minut temu. 
        - Spierdalaj - warknął cicho, a Calum zniknął w salonie i już po chwili usłyszeliśmy szczęk zamykanych drzwi wyjściowych. 
        Nawet wtedy napięcie nie opuściło mojego ciała. Kręciło mi się w głowie, a na nogach trzymała mnie tylko adrenalina. Spojrzałam w szoku na Louis’ego, gdy ten opadł wyczerpany na łóżko i zgarbił się, chowając twarz w cieniu. 
        - Co to miało być? - zapytałam, a on wzruszył ramionami i oparł czoło na swoich dłoniach, zagarniając w palce włosy. 
        - Chciał cię odbić, prawda? - szepnął, a ja parsknęłam nagle, nie wiedząc dlaczego budowała się we mnie wściekłość. Coś było nie tak, a pointa całej sytuacji omijała mnie szerokim łukiem. 
        - Ale zostałaś… - odpowiedział sam sobie
        - Nie jesteś zły? - palnęłam. Wyprostował nagle plecy i spojrzał na mnie czarnymi oczami. Wyglądał jakby się naćpał i postarzał o dziesięć lat. Jego oczy były podkrążone, źrenice rozszerzone do tego stopnia, że błękit niemal za nimi zniknął. Miałam wrażenie, że kilka włosów na jego głowie posiwiało, a na czole wydrążyły się zmarszczki, ale mogła to być wina kiepskiego oświetlenia. Przełknął ślinę i szarpnął się, jakby chciał coś uderzyć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. 
        - Oczywiście, że jestem zły - warknął, zaciskając pięści na krawędzi materaca. - Jestem wściekły. Najchętniej wyprułbym temu dzieciakowi flaki - syknął. 
        Nic nie rozumiałam. Skonsternowana patrzyłam, jak wściekłość wzdryga nim raz po raz, jakby decyzja o oszczędzeniu Caluma odebrała mu możliwość wyładowania tej całej negatywnej energii. 
        - Więc dlaczego…
        - Calum zrobił coś dla mnie, więc ja zrobiłem coś dla niego, dobrze? Nie zasypuj mnie pytaniami, nie mam na nie siły. - rzucił, a jego głos zadrżał na końcu zdania i Louis pochylił ponownie głowę, chowając, wykrzywioną w cierpieniu, twarz. Zaczął oddychać głęboko i wreszcie wydusił z siebie:
        - Powiedział nam gdzie mogliśmy znaleźć Michaela, ale tylko w zamian za jedną rozmowę z tobą - wyjaśnił cicho, garbiąc się jeszcze bardziej. Zakryłam usta dłonią i podeszłam do niego powolnym krokiem. 
        - Zdradził Michaela w zamian za jedną głupią rozmowę ze mną? - zapytałam cicho, myśląc o konsekwencjach jego nieodpowiedzialnego zachowania. Idiota! Jeśli ta umowa wyjdzie na jaw zostanie zabity! Zaklęłam głośno, a Louis wzruszył ramionami. 
        - Widocznie nie doceniłaś siły jego uczucia - mruknął
        - Widocznie nie doceniłam siły jego głupoty! Równie dobrze mógł wskoczyć do basenu pełnego rekinów! - krzyknęłam, czując kolejne łzy na swoich policzkach. - Pierdolony kretyn! 
        Louis zaśmiał się bez wesołości i podniósł wreszcie głowę, patrząc na mnie z największą rozpaczą, jaką u niego widziałam. Powolnym ruchem chwycił moją dłoń i przyciągnął do ust.
        - Dzięki niemu dostaliśmy możliwość zemsty - powiedział cicho z wyrzutem. 
        - Ja… Wiem, to dobrze, ale tak bardzo ryzykował. Jeśli Michael się dowie…
        - Skończ - przerwał mi szeptem i zacisnął powieki. - Za dużo ostatnio się działo, jeśli będę musiał jeszcze słuchać o twoich zmartwieniach na temat żałosnego żywota Caluma chyba skoczę z pierdolonego wieżowca. - warknął, a ja zamilkłam natychmiast, uświadamiając sobie jaką popełniłam gafę. 
        - Przepraszam - wyszeptałam 
        - Dlaczego zostałaś? - zapytał, muskając wargami opuszki moich palców. - Czuje na tobie jego wodę kolońską, więc jestem pewny, że wykorzystał najróżniejsze sposoby przekonania cię do siebie - dodał, doskonale odgadując to, co Calum zrobił kilka chwil temu. Nic nie mówiąc, popchnęłam go lekko, by się wyprostował i usiadłam okrakiem na jego kolanach, zrównując ze sobą nasze twarze. 
        - Nie zostawię cię. Nigdy - szepnęłam, ujmując swoją małą dłonią jego policzek. Nie patrzył na mnie i zaciskał wargi, oddychając głęboko. 
        - Nie obchodzi mnie jak bardzo jesteś na mnie wściekły. Nie obchodzi mnie jak bardzo chcesz teraz zamordować Caluma. Wiem, że gdyby nie ostatnie okropne wydarzenia do niczego podobnego by nie doszło i nie musiałbyś cierpieć podwójnie. Rozumiem twoją wściekłość. Louis! - zmusiłam go, by na mnie spojrzał - Zostałam, bo cię kocham. Zostałam, bo na samo wyobrażenie życia bez ciebie dostawałam mdłości. Zostałam, bo mnie teraz potrzebujesz i zostałam, bo ja nikogo nie potrzebuję bardziej niż ciebie. - wyjaśniłam, starając się przekazać w moim spojrzeniu jak najwięcej miłości. Jego oczy zaszkliły się niespodziewanie, a twarz poczerwieniała, jakby silił się na to, by się nie rozpłakać. 
        - Próbowałem… Chciałem cię odesłać, żebyś była bezpieczna - szepnął, przyciągając mnie bliżej siebie. - Powinnaś być z rodziną, ale… - położyłam palec na jego ustach i uśmiechnęłam się pogodnie, choć moje serce pękało na widok jego rozpaczy. 
        - Nie chcę wracać. Już ci powiedziałam, że nie dałbyś rady się mnie pozbyć - oznajmiłam - To jest moja decyzja, rozumiesz? - dodałam, by nie zadręczał się swoim egoizmem. Nie chciał, żebym wracała, chociaż wiedział, że tak byłoby rozsądniej. Zaczęła się wojna i każdy z jego grupy był w niebezpieczeństwie. Miałam uciekać od przyjaciół, bo tak mi wygodniej? Nie. Zamierzałam być z nimi do końca. 


*dam ci ostatnią szansę, byś mnie objął

#TTDff