piątek, 12 września 2014

25. I wear this crown of thorns upon my liar's chair.



I wear this crown of thorns upon my liar's chair *


Milena


- Dziwka! 
- Spierdalaj! Odezwała się ta, która z Maćkiem bzykała się na każdym kroku! Pieprzone króliki.
- Ha! To były czasy... I jak? Louis? Dobry chociaż był?
- Mmmm... I to jak... 
- Kurwa... 
- Ha! 
- A zabezpieczenie? 
- Um... 
- KORNELIA!
- Co? Dzisiaj dostałam okres!
- No to się, kurwa, ciesz!
- Proszę cię, tak łatwo mi dzieciaka nie zrobi. 
- No ja mam nadzieję. 

Nasza ambitna konwersacja skończyła się na przytykach, żartach i jeszcze większej ilości przekleństw. Siedziałyśmy w nowym salonie, napawając się pięknym widokiem za oknem, gdy Kornelia opowiedziała mi o tym, co zdarzyło się w mieszkaniu Lou. Nie było wątpliwości, że ich znajomość zmierzała w jednym kierunku. Prawdę mówiąc, domyślałam się tego już przy ich pierwszym spotkaniu. Ta dwójka pasuje do siebie jak ulał. Byłabym zdziwiona, gdyby w niedzielę do niczego nie doszło. Czy Kornelia myślała tak samo o mnie i Harrym?
Wstałam z kanapy, kierując się do kuchni i klepiąc po drodze przyjaciółkę po ramieniu. Parsknęła śmiechem, podążając za mną wzrokiem, a potem również podniosła się z fotela i ruszyła w tym samym kierunku. Umyłyśmy nasze kubki po kawie, a ja przeniosłam się do mojej sypialni w poszukiwaniu odpowiednich ciuchów. Choć była już końcówka czerwca, Londyńska pogoda nie rozpieszczała nas za bardzo. Narzuciłam na ramiona wiosenną kurteczkę, porwałam w dłonie botki, które nałożyłam na stopy w salonie, a potem, wrzeszcząc do Kornelii słowa pożegnania, trzasnęłam drzwiami i podbiegłam do windy. Stanęłam w środku ciasnego pomieszczenia, a widok na korytarz został zastąpiony moim rozweselonym odbiciem. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Ostatnie miesiące były dla mnie tak łaskawe, że czekałam tylko na to, kiedy coś zacznie się psuć. Nie, Milena! Myśl pozytywnie! Może już tak będzie zawsze...  Świadoma naiwności tych myśli, wzruszyłam ramionami i skierowałam się do stacji metra. Nowe mieszkanie było usytuowane o wiele dalej od Little Things, niż nasz hotelowy pokój, przez co musiałam wcześniej wychodzić do pracy, lecz była to niska cena, jaką płaciłyśmy za tak wspaniałe warunki.
Dzień w firmie mijał równie przyjemnie, jak poranek. Oddałam Edwardowi kilka projektów, które udało mi się skończyć w ekspresowym tempie, a on spojrzał na mnie zaskoczony i pokiwał głową z podziwem, oceniając efekty mojej pracy. Simon odwiedził mnie kilka razy w gabinecie, rzucając żarty dotyczące szefa, pytając co u mnie, a ja z chęcią oddawałam się jego nastrojowi i naszym rozmowom. Nim się obejrzałam, zostało już tylko pół godziny do zakończenia tego przyjemnego dnia pracy. I właśnie wtedy cała moja radość prysnęła jak mydlana bańka. 
- ZAYN! - głośny wrzask, sprawił, że podskoczyłam na swoim fotelu, nakreślając długą krzywą kreskę, rujnującą cały projekt, nad którym pracowałam od godziny. Nosz, kurwa!
       -Proszę pana, powinien pan opuścić nasz budynek. - głos Simona, dobiegający zza drzwi brzmiał wyjątkowo nerwowo.
- Odpierdol się ode mnie, młody i zawołaj Zayna! - zmarszczyłam brwi, przysłuchując się zamieszaniu na korytarzu. 
- Pan Malik rzadko przebywa w tym budynku, częściej można go znaleźć siedzibie firmy, usytuowanej przy Bury Street. - podniosłam się powoli i ruszyłam niepewnym krokiem w stronę korytarza. Wychyliłam głowę przez próg, a moim oczom ukazał się widok mężczyzny, próbującego wdrapać się na schody i Simona, tarasującego mu drogę. 
- Panie Payne, proszę opuścić budynek. - błagalny ton chłopaka, zatrzymał na chwilę intruza, który rozejrzał się tępo po pomieszczeniu. Dopiero wtedy rozpoznałam jego twarz, choć była bledsza od tej, którą widziałam przy naszym pierwszym spotkaniu. 
- Liam! - zawołałam, postanowiając pomóc Simonowi w tej dziwnej sytuacji. Przybysz odwrócił się w moją stronę i przymrużył oczy, przyglądając mi się przez chwilę. W końcu chyba przypomniał sobie kim jestem, bo ruszył szybkim krokiem przed siebie, a ja odruchowo cofnęłam się do swojego gabinetu. 
- Milena! - Simon wrzasnął za mną z obawą w głosie, lecz ja uniosłam tylko kciuk na znak, że wszystko w porządku. Wpuściłam Liama do środka i zamknęłam za nim drzwi. 
- Muszę zobaczyć się z Zaynem - powiedział, kręcąc się po pokoju, niczym nadpobudliwe dziecko. Kropelki potu spływały po jego bladym czole. Podążałam za nim wzrokiem, z jednym wielkim mętlikiem w głowie. 
- Zayn jest nieobecny. Tak, jak Simon powiedział, rzadko można go tu spotkać. Przyjaźnicie się, powinieneś o tym wiedzieć - powiedziałam, wskazując fotel. Odrzucił moją propozycję kręceniem głowy i kontynuował swoją nerwową wędrówkę. 
- Zawsze pomylę te pierdolone budynki. - warknął do siebie i ścisnął pięści. Przełknęłam ciężko ślinę i skrzyżowałam nerwowo ręce na piersi. 
- Liam, czy... Wszystko w porządku? Nie wyglądasz za dobrze... - zapytałam cicho, widząc, jak kolejne kropelki potu spływają mu za kołnierz koszuli. Potarł nerwowo szyję, a potem podwinął rękawy i wreszcie się zatrzymał, uderzając plecami o ścianę. Zjechał po niej powoli i usiadł na podłodze, opierając łokcie na drżących kolanach. 
- Potrzebuję Zayna... - szepnął, jakby zapominając, że wciąż znajdowałam się z nim w tym samym pomieszczeniu. 
- Zadzwonię do Harry’ego. On na pewno będzie wiedział gdzie go szukać - powiedziałam, postanawiając nie zadawać kolejnych pytań. Podeszłam do torebki i już wybierałam odpowiedni numer lecz powstrzymał mnie krzyk Liama. 
- Nie! Tylko nie do niego. Zajebie mnie, zabije. Nie dzwoń do Stylesa, proszę - próbował się podnieść, lecz brakowało mu sił. Skrzywił się jedynie i ponownie opadł bezwładnie na ścianę. Patrzyłam na niego przez chwilę w ciszy, z palcem wciąż zawieszonym nad przyciskiem zielonej słuchawki. Schował głowę między kolanami i oddychał ciężko. Czułam, że zdenerwowanie rosło we mnie coraz bardziej. Zostałam pozbawiona jedynego wyjścia, o którym mogłabym pomyśleć w tej osobliwej sytuacji. Wcześniej widziałam Liama tylko raz, a teraz siedział bezbronny w moim gabinecie, szukając pomocy, której nie potrafiłam mu udzielić. 
Podeszłam do niego powolnym krokiem i usiadłam przy jego boku. Podniosłam rękę, by pogłaskać go po ramieniu, lecz zawahałam się i odłożyłam ją na swoje kolano. Zamiast tego postanowiłam działać. 
- Daj mi swój telefon - zażądałam, a on wychylił nieco głowę ze swojej bezpiecznej mikroprzestrzeni. Jego oczy były przymglone. Nie byłam pewna czy w ogóle wiedział, gdzie się teraz znajdował.
- Po co... po co chcesz mój telefon? - zapytał słabym zachrypniętym głosem. Zacisnęłam wargi, czując, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię to zwariuję. 
- Nie mam numeru Zayna. Zadzwonię do niego z twojego telefonu i przyjedzie po ciebie - wyjaśniłam szybko i wyciągnęłam rękę w oczekiwaniu na jego reakcję. Wyprostował się powoli z sykiem i sięgnął do kieszeni spodni. 
- Sam mogę do niego zadzwonić - powiedział i wlepił ślepy wzrok w ekran komórki. 
- Jakoś nie wpadłeś na ten genialny pomysł wcześniej. Daj mi to. - odebranie mu aparatu nie było specjalnie trudnym zadaniem. Jego uchwyt był tak słaby, że telefon praktycznie sam się z niego wysunął. 
Spojrzałam w ekran smartphone’a, wyszukując listy kontaktów, a gdy wreszcie ją znalazłam, wystukałam na klawiaturze pierwsze litery imienia mojego szefa. Niestety pod „Z” nie znalazłam nic, co mogłoby odpowiadać „Zaynowi”, lub jakiejś jego wariacji. Spróbowałam pod „Malik”, lecz również spotkałam się z zawodem. 
- Kurwa mać! Jak masz go wpisanego? - warknęłam, czując, że nerwy zaczynają powoli brać nade mną górę. Liam uśmiechnął się słabo i wziął głęboki oddech. 
- E... Elegancik - wymamrotał i zamknął oczy. Nie mogłam powstrzymać złośliwego uśmieszku cisnącego się na moje usta, gdy wpisywałam podane mi słowo. Przyłożyłam słuchawkę do ucha i czekałam w napięciu, wsłuchując się w równomierny sygnał i obserwując, cierpiącego Liama, który teraz ponownie schował głowę między kolanami. 
- Malik. - wzdrygnęłam się, gdy usłyszałam rzeczowy ton po drugiej stronie linii. 
- Um... - zatkało mnie. Co miałam powiedzieć? Moje serce biło jak oszalałe - Dzień dobry... Tu Milena. Um... Mam pewien problem - zaczęłam nieskładnie, zaciskając z zażenowania powieki.
- Milena? - Ucichł na chwilę, zapewne sprawdzając numer rozmówcy - Dlaczego dzwonisz z numeru Liama? - próbował zatuszować napięcie w głosie, uprzejmą ciekawością. Elegancik... 
- W tym rzecz... Liam, wpadł do nas do biura. Szuka pa... ciebie. Dosyć desperacko. Wygląda kiepsko, wydaje mi się, że jest chory. Jest blady, osłabiony... Dziwnie się zachowuje... - Liam parsknął cicho na moje słowa i oparł głowę o ścianę. Spojrzałam na niego zdezorientowana, lecz jego oczy były wciąż zamknięte, więc nie doczekałam się wyjaśnienia. 
- Kurwa... Kurwa, kurwa... - zamrugałam szybko, słysząc w słuchawce salwę przekleństw. Przecież Zayn zawsze był idealnie ułożony i profesjonalny. Jego napięcie jeszcze bardziej wpłynęło na moje zdenerwowanie. Poczułam, jak moje dłonie robią się wilgotne od potu. Błagam... Chociaż jeden tydzień bez jakichś chorych sytuacji. Czy to zbyt wiele?
- Zayn? Przyjedziesz? - zapytałam, zniecierpliwiona. Westchnienie. 
- Tak. Nie martw się, on nie jest chory. Jest po prostu idiotą. Zatrzymaj go w swoim gabinecie do czasu mojego przybycia. Zajmie mi to chwilkę. - powiedział, a potem rozłączył się bez słowa pożegnania. Odłożyłam telefon na podłogę i wbiłam wzrok w Liama. 
- Co zrobiłeś? - zapytałam. Mężczyzna uniósł nieznacznie powieki i spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. - Zayn brzmiał na wkurzonego. O co chodzi? 
- Nie twoja sprawa, dziecino - odparł beznamiętnie. Zamrugałam kilka razy. 
Poczułam się jak idiotka. Miał rację, to nie była moja sprawa. Nie powinnam była pytać... Westchnęłam ciężko, przywołując się do porządku i wstałam z podłogi. 
- Cóż. Do jego przyjazdu masz się stąd nie ruszać, więc, jeśli ci to nie przeszkadza, wrócę do pracy. - warknęłam i ruszyłam w stronę biurka. Gdyby nie on, już szykowałabym się do wyjścia. Zagryzłam wargę i spojrzałam na zniszczony projekt. Oceniłam szybko wyrządzone szkody, a potem wściekła wyrzuciłam arkusz do kosza. 
- Przepraszam... - usłyszałam słaby głos, dochodzący spod ściany - To... Po prostu jestem zmęczony. Nie chciałem być nieuprzejmy - Liam masował palcami skroń, a dłonie drżały mu przeraźliwie. Jego twarz nie wyrażała nic innego poza bólem. Nie chciałam być dla niego brutalna. Widziałam, jak cierpiał, ale nie znałam go. Nie wiedziałam jak mu pomóc. Miałam go pocieszyć? Powiedzieć, że będzie dobrze? Przecież nawet nie wiedziałam co mu dolegało... „Nie był chory?” Jak dla mnie, wyglądał na idealnego kandydata do zajęcia szpitalnego łóżka. 
Wróciłam do niego z cichym westchnieniem i ponownie usadowiłam się pod ścianą. Lepiej, by nie przeżywał więcej nieprzyjemnych doznań niż dotychczas. Siedzieliśmy przez chwilę w ciszy, przerywanej czasami jego syknięciami i stęknięciami. Wykręcałam palce, zastanawiając się co powiedzieć, lecz do głowy nie przychodziła mi żadna odpowiednia rzecz. W pewnym momencie Liam oparł głowę o ścianę i położył wyprostowane ręce na kolanach, a ja oniemiałam. Wszystkie myśli gdzieś uleciały, starania o rozpoczęcie rozmowy przestały mieć znaczenie, bo właśnie dowiedziałam się, co dolegało naszemu intruzowi. 
Na zgięciach jego łokci znajdowało się kilka małych ranek, a cała skóra w tym miejscu była zaczerwieniona i podrażniona. Zacisnęłam zęby. 
- Liam... - szepnęłam. Spojrzał na mnie, a gdy zorientował się na co patrzę, powoli opuścił rękawy koszuli. Odchrząknął słabo i kiwnął głowa. 
- Cóż... Jak widzisz... Mam problem - powiedział cicho. Zdziwiłam się jego otwartością. Myślałam, że będzie się tłumaczył, że spróbuje wyjaśnić to w jakiś racjonalny sposób, lecz nie. Uśmiechnął się do mnie smutno i potarł jedno z poranionych miejsc. Skrzywiłam się nieznacznie, podejrzewając, że nie mogło to być zbyt komfortowe uczucie. 
- Potrzebujesz pomocy... - powiedziałam
- Właśnie do nas jedzie - odparł. Pokręciłam gwałtownie głową. 
- Potrzebujesz profesjonalnej pomocy - poprawiłam się, a on tyko zmierzył mnie oceniającym spojrzeniem. 
- Dam sobie radę, nie martw się. Zayn mi pomoże. - wątpiłam w prawdziwość jego słów. Kornelia pracowała już z kilkoma dzieciakami uzależnionymi od narkotyków. Żaden z nich nie był w stanie poradzić sobie sam, czy z pomocą kolegów. Ale Liam nie jest dzieciakiem....
-
Mam tylko jedną prośbę - powiedział cicho, zaciskając powieki. Albo mi się zdawało, albo jego dłonie zaczęły trząść się jeszcze bardziej. Jęknął cicho i chwycił się za głowę. Moje ciało odruchowo szarpnęło się w celu pomocy, lecz powstrzymałam tę potrzebę, zupełnie nie wiedząc, co mogłabym dla niego zrobić. 

- Jaką? - zapytałam, starając się brzmieć jak najspokojniej. 
- Nie mów nic Stylesowi. Wypierdoliłby mnie, gdyby się dowiedział, a ja potrzebuję kasy. - powiedział. Zaraz, zaraz... 
- Myślałam, że pracujesz z Louis’m? - tym razem to Liam spojrzał na mnie, jakby był zagubiony. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, a potem mężczyzna odwrócił wzrok i pokręcił powoli głową. 
- Ach, błoga nieświadomość... Nic dziwnego, że wciąż z nim jesteś... - mruknął bardziej do siebie niż do mnie. Już miałam zadać kolejne pytanie, lecz przerwał mi huk otwieranych drzwi. Wściekły wyraz na twarzy Zayna tak bardzo nie pasował do jej idealnych rysów. 
- A i oto jest. Elegancik, przybywający, by ratować damę w opresji - zażartował Liam, zwieszając bezwładnie głowę. Zayn warknął głośno i zatrzasnął za sobą drzwi z taką siłą, że poczułam na plecach drżenie ściany. 
- Wstawaj, idioto, jedziemy do Eda - prawdopodobnie tylko świadomość obecnych w firmie potencjalnych gapiów powstrzymywała go od wykrzyczenia tych słów. Podniosłam się szybko, jakby były one skierowane do mnie. Wściekły Zayn był przerażający. Zanotowałam sobie w myślach, by nigdy nie wkurzać go w pracy. Liam podjął nieudolną próbę powstania, a potem opadł ponownie na ścianę. Zayn zacisnął szczęki, wpatrując się bez słowa w, żałośnie wyglądającego przyjaciela. 
- Musiałeś. Musiałeś! Po prawie dwóch latach czystości. DWÓCH. LATACH! - wzdrygnęłam się na potężny ryk, który wydobył się z gardła mojego szefa. Czmychnęłam szybko za biurko, bojąc się, by nie dostać rykoszetem. Liam przestał się uśmiechać. Spojrzał wreszcie na Zayna, a w jego oczach pojawił się nieopisany smutek. 
- Ja... Potrzebowałem. Po ostatniej akcji. Musiałem... Nie mogłem - kilka łez popłynęło po jego policzkach. Ten widok ścisnął mi serce. Opadłam na fotel, patrząc jak Zayn klęka przy Liamie i chwyta go mocno za szyję. 
- Wszyscy ją ciężko przeżyliśmy. Ale przeżyliśmy. Nie musiałeś wracać do tego gówna. Szukałem cię przez tydzień. Liam, do cholery. Caroline odchodziła od zmysłów! - czułam się niezręcznie, wiedząc, że nie powinnam być świadkiem tej rozmowy. 
- Zayn... Louis... 
- Nic mu nie jest. A teraz zamknij się i chodź - Malik przerzucił sobie przez szyję ramię Liama i pomógł mu wstać. Dopiero wtedy spojrzał na mnie i uśmiechnął się przepraszająco. Odchrząknął nerwowo. 
- Milena... Wybacz, że musiałaś to widzieć i dziękuję, że nam pomogłaś. Jedna prośba... 
- Nie mówić Harry’emu? - przerwałam mu. Kiwnął tylko głową i, prowadząc ze sobą Liama, wyszedł z gabinetu. 
Nie mówić Harry’emu... 

Nie mówić Harry’emu, nie mówić Harry’emu... 
- Harry! - zawołałam wesoło, gdy świat przysłoniły mi szmaragdowe oczy Stylesa. Jak przy każdym naszym powitaniu, pochylił się, by złożyć na moich ustach krótki pocałunek. Uśmiechnął się do mnie podejrzliwie i zmierzył mnie przeszywającym spojrzeniem. 
- Widzę, że humor dzisiaj dopisuje - stwierdził, obejmując mnie w pasie i przyciągając blisko siebie. Wymusiłam w sobie chichot, który, o dziwo, zabrzmiał dość wiarygodnie i zarzuciłam Harry’emu ręce na szyi. 
- Miałam wspaniały tydzień, jest lato, Kornelia i Louis przeżyli swoją pierwszą noc przedślubną,  czemu miałabym się więc smucić - zażartowałam. Czułam się okropnie, okłamując go, lecz desperacja w oczach Liama nie pozwalała mi pisnąć nawet słówka o tym, co stało się dzisiaj w Little Things. 
- Ah tak. Louis nie może przestać o tym gadać... - Harry przewrócił oczami. 
- Hm. Czyżbyś był zazdrosny? - zapytałam, patrząc na niego z psotnym uśmieszkiem. Spojrzenie Harry’ego przyprawiło mnie o ciarki. Wtargnęło w najbardziej ukryte zakamarki moich pragnień
- Czyżbyś coś proponowała? - wymruczał mi do ucha, a jago dłoń zjechała nieznacznie w dół, dotykając mojego pośladka. Przyjemny dreszcz przebiegł po moim kręgosłupie. Przeczyściłam gardło, zaciskając palce na jego czarnej, luźnej koszuli i pociągnęłam za nią mocno, przybliżając Harry’ego do siebie. Wiedziałam, że gdyby chciał,  nie ruszyłby się nawet o milimetr. A jednak poddał się moim ruchom i złączył swoje wargi z moimi w głębokim pocałunku. 
Niesamowite jak po tylu dniach, pocałunkach i czułych gestach wciąż nie mogłam się do tego przyzwyczaić. W dotyku Harry’ego zawsze tkwiła ekscytująca nuta tajemniczości. Jakby usilnie próbował powstrzymać się od ruchów, których nawet nie potrafiłam sobie wyobrazić. Jakby za każdym razem chciał mnie wziąć tu i teraz, nieważne gdzie się w danym momencie znajdowaliśmy. Jakby miał mi coś do powiedzenia, choć słowa nie mogły przejść przez jego gardło. Jakby chciał mnie mieć na wieczność i na jedną noc. Tylko dla siebie i równocześnie chwalić się mną całemu światu. Sprzeczność goniła sprzeczność w każdym jego dotyku. Delikatny i gwałtowny. Zdystansowany i desperacki. Jak ten pocałunek, który złożył na moich ustach w samym środku naszego salonu. Jego usta były miękkie i delikatnie, jednocześnie ich ruchy stawały się coraz bardziej łapczywe, jakby było mnie za mało. Wiecznie nienasycony Harry Styles. Tylko czekał na moje słowo. Tylko czekał na jedno skinienie głowy, na krótkie „tak”. 
- Nie.  - szepnęłam i ugryzłam zaczepnie jego dolną wargę. Jego oczy zaszły mgłą podniecenia i nie od razu dotarł do niego sens moich słów. Gdy jednak to się stało, zawiedziony wydął zabawnie wargi i uszczypnął mnie w pośladek. Pisnęłam cicho i klepnęłam go w ramię. 
- Tak się bawisz, złotko? Pamiętaj, że ze mną się nie zadziera - warknął zmysłowo do mojego ucha. Ciepło budujące się w dole mojego brzucha osiągnęło właśnie szczyt. 
- Kiedyś w końcu mi się uda, a wtedy zrobię z tobą takie rzeczy, że przez tydzień jeszcze nie będziesz mogła skupić się na niczym innym, pragnąc to powtórzyć. Leżąc w łóżku będziesz marzyła o tym, żebym był obok. A kiedy tam będę, usłyszę swoje imię wypowiedziane przez ciebie w sposób, w który już zawsze będę pragnął je słyszeć. I postaram się, by odbywało się to jak najczęściej. - nie mogłam zapanować nad przyspieszonym oddechem. Prawdę mówiąc, nawet się nie starałam. Słowa Harry’ego zupełnie wytrąciły mnie z równowagi, obudziły w głowie obrazy, które doprowadzały mnie na skraj szaleństwa. Jakaś część mnie chciała, by spełniło się każde z nich, lecz przeciwna strona mojej świadomości skutecznie temu zapobiegała. Zbyt wiele tajemnic, zbyt wiele pytań bez odpowiedzi... Zbyt wiele myśli pędziło w tym momencie w mojej głowie. Otrząsnęłam się szybko i pospiesznie oddaliłam od Harry’ego. Uśmiechał się do mnie uwodzicielsko, a ja tylko rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. 
- Nie rób tego - warknęłam, poprawiając uniesioną przez niego bluzkę. 
- Hm? Nie wiem o czym mówisz - puścił mi oczko i wyciągnął rękę. Pochwyciłam jego dłoń i opuściliśmy mieszkanie, kierując się do Bobbles. 
To był pomysł Harry’ego. Mówił, że potrzebował rozluźnienia, ale nie chciał iść z nikim innym poza mną. Nie wiedziałam, co mogło być powodem jego napięcia, lecz przy wszystkich tajemnicach, które najwyraźniej musiał utrzymywać, mogło być ich wiele. Postanowiłam nie pytać. „Błoga nieświadomość”, jak to nazwał Liam. Czułam, że miał rację. Wolałam być nieświadoma, bo tak było wygodniej. Bo było mi dobrze, bo byłam szczęśliwa u boku Harry’ego. Jakkolwiek by nie nazwać naszej relacji, sprawiała ona, że chodziłam uśmiechnięta od ucha do ucha. Za maską okrutnego, chamskiego i zbyt pewnego siebie gnojka, odkryłam zabawnego, namiętnego i czułego faceta i podobało mi się to. Cieszyłam się, że byłam jedną z niewielu osób, które tę stronę Harry’ego widziały. Moje podejście było egoistyczne, złe, a ja przeczuwałam, że mogło się zakończyć z hukiem. Z wybuchem, który może dosięgnąć, nie tylko mnie i Harry’ego, ale i kilka innych osób, znajdujących się w naszym otoczeniu. 
- Pijesz coś? - zapytał Harry, gdy stanęliśmy pod metalowym barem Bobbles. Boks, który zwykle należał do niego i Louis’ego był zajęty przez jakąś grupkę młodych ludzi, nie mogących mieć więcej niż po dziewiętnaście lat. Uśmiechnęłam się pod nosem, wyobrażając sobie, że tak właśnie wyglądali Harry i Louis kilka lat temu. Nadęte nastolatki, dzieci bogatych rodziców, którzy mogli pozwolić sobie na wszystko, dzięki pieniądzom tatusiów. Koszulki polo i kluby golfowe były prawdopodobnie ich codziennością. Zagryzłam policzek, by nie wybuchnąć przed Harrym śmiechem i pokręciłam głową w odpowiedzi na jego pytanie. 
- Pracuję jutro - odpowiedziałam, nie potrafiąc powstrzymać wesołego tonu. 
- Nonsens, załatwię ci wolne - Harry machnął ręką i pokazał barmanowi jakieś dziwne znaki, które zapewne były naszym zamówieniem. 
- Harry... Nie możesz załatwiać mi wolnego za każdym razem, gdy masz na to ochotę. Muszę pracować! Zayn mnie znienawidzi - powiedziałam, załamując ręce. Dobry nastrój opuścił mnie błyskawicznie na wspomnienie Malika. 
- Mogę i będę. Zayn ma u mnie dług, taki rodzaj jego spłaty jest dla mnie jak najbardziej odpowiedni - odparł, obserwując uważnie barmana. 
- Pieprz się - warknęłam cicho i założyłam ręce na piersi. Zanotowałam w myślach, że będę musiała nauczyć go na przyszłość, by nie myślał, że może mieć nade mną władzę absolutną... Na przyszłość?
- Wolałbym pieprzyć ciebie - odrzekł, zwracając wreszcie wzrok w moją stronę, a ja poczułam jak na twarz wpływa mi rumieniec. - Wnioskując po twojej reakcji, ty również wolałabyś tę opcję - pogłaskał delikatnie mój zaczerwieniony policzek. 
- Nie wlewaj sobie - odparłam, starając się zapanować nad drżeniem głosu. Harry zaśmiał się cicho i odwrócił do barmana, który właśnie przyniósł nasze napoje. Podał mu pieniądze z załączonym sporym napiwkiem. 
- Nie muszę. - mruknął, wpatrując się w swoje odbicie w barze. Oparłam się wymownie o metal i uniosłam brwi. 
- A ten wciąż swoje... - pokręciłam z niedowierzaniem głową. Harry upił spory łyk whisky i wyprostował plecy, po czym strzelił dwa razy karkiem. Wzdrygnęłam się na ten nieprzyjemny dźwięk i spojrzałam na niego karcąco. Zignorował to, zakładając mi kosmyk włosów za ucho. 
- Po prostu znam prawdę - powiedział, pocałował mnie i wypił do końca swój trunek.   - A teraz wybacz, ale jestem zmuszony skorzystać z toalety - cmoknął mnie krótko i ominął zmierzając w stronę drzwi po drugiej stronie sali. Podążałam wzrokiem za burzą loków, aż zniknęła mi z oczu. Od razu poczułam się nieswojo, sama w tym bogato wyposażonym pubie, wśród ludzi, którzy, bez wątpienia, pochodzili z klasy wyższej niż moja. Zaczęłam bawić się słomką i przenosiłam ciężar ciała z nogi na nogę w niecierpliwym wyczekiwaniu aż powróci mój towarzysz. Z pewnym opóźnieniem dotarło do mnie, że jeden z grupki mężczyzn, stojących kilka metrów dalej, wpatruje się we mnie intensywnie. Miał jasne włosy i szeroką klatę. Musiał ciężko pracować na tak umięśnione ramiona. Ugh... Harry, wracaj szybko, pomyślałam i odwróciłam się przodem do baru, opierając łokcie na blacie. Nie zdążyłam nawet upić łyka drinka, gdy za moimi plecami rozległo się niskie „cześć”. Przewróciłam oczami i zaszczyciłam natręta jedynie przelotnym spojrzeniem. 
- Często tutaj bywasz? - zapytał i przeczesał dłonią swoją blond czuprynę. Nie był brzydki, lecz w sytuacji, w której aktualnie się znajdowałam - zadowolona u boku świetnego faceta, nie miałam ochoty na żaden flirt. Pokręciłam głową, nie odrywając wzroku od słomki. Miałam nadzieję, że mój brak zainteresowania rozmową da mu do myślenia, ale niestety nie poddawał się. 
- Jak Ci na imię? - zapytał, a ja z cichym westchnieniem odwróciłam się do niego z zamiarem spławienia. Skrzyżowałam ręce na piersi i wzięłam przygotowawczy oddech. Mężczyzna pogłaskał mnie delikatnie po ramieniu, a drugą rękę położył na moim biodrze. - Hej, piękna, zaniemówiłaś? - Zesztywniałam. Wiedziałam, że miałam mu nagadać, ale zaskakujący gest sprawił, że przez chwilę nie mogłam wydusić słowa. Po kilkunastu sekundach ocknęłam się z otępienia i zdjęłam jego rękę z biodra. 
- Słuchaj - zaczęłam, lecz przerwał mi zachrypnięty głos, którego dźwięk tak pragnęłam usłyszeć. 
- Tęskniłaś? - nawet nie zdążyłam obrócić się w kierunku, z którego dochodził, gdy poczułam na swoich wargach ciepłe znajome usta. Rozluźniłam się od razu, a serce zabiło mi szybciej. Harry wreszcie oderwał się ode mnie i odwrócił do mojego niedoszłego rozmówcy. Na jego twarzy zagościł szeroki uśmiech, czym zupełnie mnie zaskoczył. Przy jego porywczości i zazdrości, którą zdążyłam już poznać na lotnisku, ten gest wydawał mi się aż groteskowy. Harry uśmiechający się uprzejmie do faceta, który właśnie próbował mnie poderwać? 
Przybysz wydawał się równie zaskoczony, ale trudno było stwierdzić, czy to przez tę uprzejmość, czy może przez nasz pocałunek. Harry wyciągnął do niego rękę i spojrzał na nią wymownie, wciąż uśmiechając się wesoło. Oczy intruza powędrowały w jej kierunku, lecz zawahał się. Był nieco niższy od Harry’ego, lecz zdecydowanie szerszy. Mógł więc poczuć się pewnie, ponieważ po chwili, gdy opuścił go pierwszy szok, uniósł jedną brew i uśmiechnął się ironicznie. Błąd. 
- Harry - przedstawił się mój towarzysz i czekał cierpliwie na odpowiedź. Blondyn parsknął cicho i uścisnął jego rękę. W ułamku sekundy Harry ścisnął ją tak mocno, że skóra na jego palcach pobielała i przyciągnął do siebie mięśniaka. Jego usta praktycznie dotykały ucha przybysza. Zobaczyłam wyraz szoku na twarzy flirciarza, gdy zdał sobie sprawę jak silny jest ten szczupły chłopak, który właśnie mu się przedstawił. 
Uśmiech zniknął z twarzy Harry’ego całkowicie, a w jego spojrzeniu dostrzegłam największą wrogość i jad. Oczy pociemniały mu o kilka tonów, gdy przymrużył powieki i wysyczał groźbę. 
- Dotknij jej jeszcze raz, a gorzko tego pożałujesz. Nie chcę cię widzieć nawet na odległość piętnastu metrów od niej. - jego szept przeszywał mnie do kości. Sprawiał, że dreszcz strachu przebiegł mi po kręgosłupie, a na ramionach pojawiła się gęsia skórka. Czułam, jak moje serce przyspiesza, ale nie byłam w stanie zareagować. I tak nie mogłam nic zdziałać w tej sytuacji. Harry odsunął się wreszcie powoli od blondyna i spojrzał na wyjście - Ups... Chyba będziesz musiał opuścić ten pub - powiedział z kpiną w głosie. Jeśli rzeczywiście miał na myśli to, co przed chwilą powiedział, chłopak nie miał wyjścia. Nawet przeciwległe ściany nie były od siebie oddalone o piętnaście metrów. Nieznajomy ponownie zebrał w sobie odwagę, spojrzał na Harry’ego jak na wariata i naprężył mięśnie. 
- Chyba cię człowieczku pojebało - warknął i podszedł krok bliżej. Kolejna błyskawiczna reakcja sprawiła, że podskoczyłam w miejscu. Harry przygwoździł dłoń mężczyzny swoją, a wolną ręką sięgnął po spoczywającego na boku popielniczki, w połowie spalonego papierosa osoby stojącej za mną. Podpalony koniec zatrzymał dosłownie milimetry od skóry blondyna i wbił wzrok w jego przerażoną twarz. Mężczyzna błądził lękliwie oczami od Harry’ego, do papierosa zawieszonego nad swoją dłonią, nie wiedząc zapewne co w tej sytuacji zrobić. Chyba zdał sobie sprawę, że nie warto zadzierać z tym wysokim „chudzielcem”, bo napięcie jego mięśni jakby zelżało. Spróbował się wyrwać, ale to tylko sprawiło, że sam nadział się na niedopałek. Syknął głośno i wbił przestraszony wzrok w Harry’ego. 
- Wypierdalaj - cisnął przez zęby mój obrońca i po kilku sekundach trzymania mięśniaka w niepewności rozluźnił swój uścisk i, jak gdyby nigdy nic, wziął sporego bucha z użytego papierosa. Wiedziałam, że zrobił to tylko po to, by spotęgować wrażenie swojej przewagi, co oczywiście poskutkowało. Flirciarz chwycił za swój zraniony nadgarstek, rzucił Harry’emu ostatnie przestraszone spojrzenie i pospiesznie wyszedł z baru, nie dając nawet znać swoim znajomym. 
Cała scena odbyła się w szeptach i, poza osoba, która aktualnie rozglądała się za swoim zaginionym papierosem, nikt nie zareagował. Przyciemnione światła i głośna muzyka pomogły w zakamuflowaniu konfliktu. Dopiero teraz poczułam, że moje nerwy puszczają, przyprawiając mnie o ból mięśni. Zaczęłam szybko oddychać i chwyciłam się za serce. Harry błyskawicznie wziął mnie w swoje objęcia, totalnie zmieniając postawę z przerażającej na opiekuńczą. Wiedział, że mnie zdenerwował, widział w moich oczach, że byłam przestraszona. Pogładził mnie po głowie, po czym oddalił się nieco, by mógł spojrzeć mi w oczy. 
- Wszystko w porządku? - zapytał cicho, skanując moją twarz. Nie wiedziałam co powiedzieć. To nie była pierwsza sytuacja, w której Harry pokazał swoją brutalną naturę.  Obawiałam się, że nigdy nie przywyknę do tej mrocznej części jego osoby. Jakim cudem potrafił być tak bezwzględny w stosunku do innych a delikatny i czuły w stosunku do mnie? 
Czy to był kolejny z jego sekretów? Czy chciałam wiedzieć? 
- Wszystko ok. Harry, to nie było potrzebne. - powiedziałam cicho, wskazując podbródkiem na wyjście, za którym zniknął mięśniak. Harry położył wargi na moim czole i zaczął kołysać nami delikatnie. 
- Przyciągasz facetów jak piękny kwiat pszczoły. Muszę być szerszeniem i zadbać o ciebie. - powiedział cicho, a ja przekręciłam oczami. 
- Bronić swojego terytorium - rzuciłam, odsuwając się od niego, by móc spojrzeć mu w oczy. Zaśmiał się cicho i wzruszył ramionami. 
- Ty to powiedziałaś - odparł, przygryzając wargę. 
- Nie jestem twoja - szepnęłam, próbując uparcie przekonać o tym nas oboje. Nie wierzył mi. Nie byłam pewna czy ja sobie wierzyłam... 
Jeszcze przez około pół godziny nie został zwolniony żaden boks, co zmuszało nas do stania przy barze. Wypiłam wreszcie kupionego mi drinka, a Harry od razu zamówił następnego. Poprosiłam o preferowane piwo i rozejrzałam się po raz setny po pubie. Młodziaki z boksu Harry’ego byli już totalnie wstawieni. Patrzyłam, jak jeden z nich chwiejnym krokiem rusza w stronę toalety, zapewne w celu opróżnienia żołądka ze szkodzącego mu alkoholu. Wskazałam miejscówkę Harry’emu. 
- Czuję, że nasze świeżaki zaraz się wyniosą. - powiedziałam, patrząc jak młodziutka dziewczyna przewraca się przez oparcie, lądując boleśnie na pupie. Obnażyłam zęby, sycząc głośno, a Harry wybuchnął śmiechem
- Styles! - klepnęłam go karcąco w ramię. Mężczyzna zrobił minę niewiniątka i wzruszył ramionami. 
- No co? Sama jest sobie winna - wciąż nie mógł powstrzymać targającego nim chichotu. Jego wesołość szybko udzieliła się i mnie, i już po chwili śmialiśmy się z niczego, jak dwoje szczęśliwych idiotów. Dwoje idiotów, którym alkohol powoli zaczynał uderzać do głowy. 
- PATRZ - wrzask Harry’ego spowodował rozlanie mojego piwa i kilka zdziwionych spojrzeń rzuconych w naszą stronę. Ignorując te rzeczy Styles wskazał palcem na jego boks - Idą sobie! - zawołał entuzjastycznie i, czym prędzej, ruszył w jego kierunku. Wytarłam z westchnieniem rękę, która cuchnęła teraz chmielem i podążyłam za mężczyzną. 
Boks na szczęście okazał się w miarę czysty. Udało mu się uniknąć spotkania z wymiocinami młodych niedoświadczonych imprezowiczów i, jakimś cudem, nie została rozlana na nim nawet kropelka alkoholu. Tylko ślady butów, pozostawione po tańczących na stole dziewczynach, które prawdopodobnie próbowały wyglądać seksownie, zakłócały doskonałemu porządkowi tego miejsca. Uśmiechnęłam się z satysfakcją i usiadłam na wygodnej skórzanej sofie, a Harry błyskawicznie zajął miejsce obok i objął mnie ciasno w pasie. Byliśmy zsynchronizowani niczym dwa szwajcarskie zegarki, z przejściami w ruchach tak płynnymi, że mogłyby nam ich pozazdrościć taneczne pary.
Ujęłam jego dłoń w swoją, czując bezustanne łaskotanie w żołądku. Bawiłam się jego długimi palcami, dokładnie badając ich strukturę i kształt, a Harry obserwował uważnie to zachowanie. Już się nie śmialiśmy. Nie żartowaliśmy. Siedzieliśmy, wsłuchując się w rockową muzykę, napawając się swoją bliskością, raz po raz rzucając sobie niepewne spojrzenia niczym dwoje zakochanych nastolatków. Było w tej chwili coś o wiele bardziej intymnego niż wszystkie nasze wcześniejsze objęcia i pocałunki. Dotyk naszych dłoni wprawiał moje serce w nierówny rytm. Wbiłam wzrok w szmaragd przed sobą i nie chciałam przestać na niego patrzeć. Harry jednak miał inne plany. Pochylił się nieznacznie i złożył na moich ustach najdelikatniejszy pocałunek, jakim kiedykolwiek zostałam obdarzona. Odpowiedziałam natychmiastowo, wplatając palce w jego miękkie włosy i bawiąc się nimi powoli, leniwie. Łaskotanie w żołądku narastało, wraz z intensywnością ruchu warg Harry’ego. 
Przegapiłam moment, w którym Harry Styles obezwładnił moje zmysły. Przegapiłam moment, w którym nie potrafiłam już przestać o nim myśleć. W którym najważniejszą częścią dnia stało się spotkanie z nim. Czy było to w czasie, gdy wygłupialiśmy się, malując moją sypialnie podczas minionego tygodnia? Gdy wychodziłam z pokoju umazana farbą, której było pełno w moich włosach i na skórze. A może stało się to już na Tower Bridge? Co ty mi zrobiłeś, Harry? I kiedy to poskutkowało?
Poczułam dużą dłoń na nagiej skórze pleców, gdy Harry wtargnął nią pod moją bluzkę. Zadrżałam mimowolnie i przyciągnęłam go jeszcze bardziej do sobie. 
- Milena... - poczułam wibracje niskiego głosu na swoich wargach. - Wróć ze mną. Do mnie. Zostań u mnie na noc. - ta propozycja wydawała się dla mnie tak kusząca. Tak bardzo kusząca... 
„Błoga nieświadomość...” zamrugałam szybko i potrząsnęłam gwałtownie głową. Harry rzucił mi zdziwione spojrzenie i ujął w dłoń mój policzek. 
- Milena? - jego ton był pełen obawy. Pokręciłam głową i uśmiechnęłam się psotnie, by zatuszować, targające mną wątpliwości. 
- Nie będzie ze mną tak łatwo, kochanie - powiedziałam, kręcąc palcem przed jego nosem. Wstałam z kanapy i złapałam torebkę. - Idę po piwo. Może whisky? - zapytałam, a on zacisnął szczęki, wpatrując się we mnie z napięciem. 
- Jesteś niemożliwa - rzekł, kręcąc powoli głową. 
- Będziesz się musiał przyzwyczaić - odparłam, z opóźnieniem zdając sobie sprawę, co właśnie powiedziałam. Harry od razu to wyłapał i uśmiechnął się tajemniczo. Uniósł brwi w pełnym pewności siebie wyrazie i opadł niedbale na oparcie kanapy. 
- Myślę, że to nie będzie problemem - powiedział - I tak, chętnie napiję się whisky - dodał, kiwając głową w stronę baru. Prychnęłam ostentacyjnie i odwróciłam się na pięcie. Będąc pewną, że nie widział mojej twarzy, mogłam pozwolić sobie na kilka łez, które opadły bezdźwięcznie na moje policzki. Chcę cię poznać, Harry... Pozwól mi siebie poznać... Wytarłam się szybko rękawami i skinęłam na barmana. Zamówiłam piwo i whisky, i zaczęłam przypatrywać się pracy chłopaka. Nie chciałam się odwracać w obawie, że moje oczy mogą być wciąż zaczerwienione, co na pewno nie uszłoby uwadze Harry’ego. Barman, zasypany nalotem klientów, zrealizował moje zamówienie dopiero po kilku długich minutach. Przyjęłam to z ulgą, upewniając się w odbiciu blatu baru, że moja twarz wygląda już zupełnie normalnie. 
Odwróciłam się w stronę pubu i, tak szybko, jak to zrobiłam, tak zatrzymałam się gwałtownie, prawie wylewając na siebie cały alkohol. Przy Harrym siedziała jakaś cycata blondyna, w sukience, odsłaniającej zdecydowanie zbyt wiele niż było to potrzebne. Wodziła, uzbrojonym w długie szpony, palcem po jego ramieniu i szeptała mu coś do ucha. Uścisk w żołądku, który poczułam, sprawił, że miałam ochotę rozgnieść w dłoniach trzymane szkło. Nie, Milena. To nie czas i miejsce na pokaz zazdrości. Przyjrzałam się Harry’emu, oceniając jego reakcję. Słuchał tego, co mówiła dziewczyna, lecz kiwał automatycznie głową, jakby nie był tym zupełnie zainteresowany. Ha, suko! Pokręciłam głową, przywołując się do porządku, a potem ruszyłam w ich stronę. Budująca się we mnie wściekłość rosła z każdym pokonanym krokiem. 
- Słodziutka, myślę, że pomyliłaś stoliki. I penisy. Kiedy ostatnio sprawdzałam, ten nie należał do ciebie - powiedziałam, gdy stanęłam już przy boksie. Uśmiechałam się przy tym najsłodziej, jak potrafiłam i mrugałam wymownie. Harry zatuszował swoje zaskoczenie szerokim uśmiechem i wyrazem podziwu, jaki pojawił się na jego twarzy. 
- A ty kim, kurwa jesteś? - cycata zmierzyła mnie oceniającym spojrzeniem, a ja zacisnęłam w furii zęby. 
- Moją kobietą. I ma rację. Ten tutaj - Harry wskazał palcem między swoje nogi - na sto procent nie należy do ciebie. - blondyna otworzyła szeroko usta w oburzeniu i wstała gwałtownie, chwiejąc się na swoich kilkunastocentymetrowych szpilkach. Matko, możesz być jeszcze bardziej stereotypowa? pomyślałam i przekręciłam oczami. 
- Nieważne. I tak nie jesteś taki przystojny. I pewnie kiepski w łóżku - żachnęła się i porwała swoją złotą torebeczkę. 
- Jeszcze chwilę temu słyszałem nieco inne słowa - Harry nie mógł powstrzymać cisnącego się na jego usta uśmiechu. 
- Spierdalaj - inteligentna odpowiedź naszej nowej „koleżanki” zakończyła tę nieprzyjemną scenkę. Dziewczyna ruszyła prędko do stolika, przy którym siedziały jeszcze trzy podobne do niej blondynki. Prychnęłam pogardliwie i postawiłam z hukiem na stole szklanki. To cud, że się nie rozbiły. Harry wpatrywał się we mnie wesołym wzrokiem, nie wypowiadając przez dłuższą chwilę ani słowa. 
- Czego? - warknęłam, tracąc cierpliwość. Styles wyciągnął do mnie rękę i przywołał gestem do siebie. 
- Chodź do mnie, mój szerszeniu. 



*noszę tę koronę cierniową nad mym tronem kłamstw. 


Ogłoszenie parafialne NAMBER DWA! 

Zapraszamy do obejrzenia naszego świeżego jeszcze, jak zajebiste bułeczki z piekarni, teasera! Może się spodoba, może nie, ale na pewno będzie promował nasze fanfiction (ale nie no mamy nadzieję, że się spodoba... fajnie by było... ) 
NO! :D 



niedziela, 7 września 2014

24. You give me fever...*

Uwaga, uwaga! Pierwsza notka, która wymaga czerwonej czcionki! A pewnie wiecie co to oznacza :> No więc napiszemy tak dla formalności, że notka nie jest odpowiednia dla osób poniżej 18  r.ż. oraz tych wrażliwych. 
No, a teraz życzymy miłego czytania! <3       


Kornelia


      Wściekłość. Byłam wściekła. Na siebie, na Milenę, na Harry’ego, a przede wszystkim na Louis’ego. Czułam, że nie powinnam dawać ponosić się negatywnym emocjom, a jednak nie potrafiłam tego powstrzymać. Dlaczego byłam zła na Milenę? Nie wiedziałam. Może to całokształt zaistniałej sytuacji sprawił, że wszystko dookoła wydawało mi się wrogie i odległe. 
Siedziałam właśnie w naszym pokoju hotelowym, rozglądając się za rzeczami, o których mogłam zapomnieć podczas pakowania. Harry ofiarował Milenie klucze do swojego mieszkania i właśnie przygotowywałyśmy się do wielkich przenosin. Ile to potrwa? Relacja tej dwójki była tak bardzo niestabilna, że obawiałam się rychłego zakończenia znajomości, któremu towarzyszyłyby głośne wojny i niepotrzebnie rzucone słowa. Obserwowałam teraz moją przyjaciółkę, jak, ze zmarszczonymi brwiami, wpychała wściekle do walizki stos niedbale złożonych koszulek. Rzecz niepodobna do zwykle dokładnej i skrupulatnej kobiety, jaką była. Zagryzłam policzek, czując, że to ja byłam powodem jej złego humoru, ale idiotyczna duma wciąż nie pozwalała mi się odezwać. Mimowolnie odwróciłam wzrok w stronę kosza na śmieci, w którym nadal leżała zniszczona koszula „ozdobiona”, teraz już czarnymi, plamami krwi. Minęły dwa dni, lecz ja wciąż nie potrafiłam się uspokoić. Wpadł na pręt... Gówno prawda.
Poczułam, że do oczu zaczęły cisnąć mi się łzy, więc potrząsnęłam głową i szarpnęłam wściekle za zamek walizki. Jakiś materiał wdarł się między jego ząbki, przez co nie byłam w stanie ruszyć nim nawet o centymetr. Krzyknęłam sfrustrowana i uderzyłam w walizkę płaską dłonią. Milena zlustrowała mnie oceniającym wzrokiem, po czym parsknęła śmiechem. Spojrzałam na nią, ciskając z oczu błyskawice. Podeszła spokojnym krokiem do mnie i bez jakiegokolwiek wysiłku wyciągnęła z zamka złośliwy skrawek. 

- Biciem biednej walizeczki nic nie wskórasz - powiedziała i pociągnęła lekko za plastik. Walizka zamknęła się posłusznie. 
- Spadaj. - rzuciłam obrażonym tonem i usiadłam na łóżku. Milena westchnęła ciężko a potem usadowiła się na miejscu obok i bez słowa przyciągnęła mnie do siebie, zamykając w mocnym uścisku. W pierwszej chwili próbowałam się wyrwać, ale nie dawała za wygraną. 
- Ile masz lat? - zapytała, jak gdyby nigdy nic. 
- Dwadzieścia pięć - odpowiedziałam, głosem stłumionym przez materiał jej koszuli. 
- A zachowujesz się jakbyś miała? 
- Dwadzieścia pięć. 
- Nie - odsunęła mnie od siebie nieznacznie i, z uniesioną brwią, spojrzała mi w oczy. - Zachowujesz się, jakbyś miała sześć - oznajmiła i pogroziła przed moim nosem palcem, jakbym rzeczywiście była sześcioletnią dziewczynką. Patrzyłam na nią przez chwilę uważnym wzrokiem, a potem wszystkie moje mięśnie się rozluźniły i chwyciłam jej dłoń w swoją. 
- Przepraszam... - szepnęłam, a jedna z łez opadła na mój policzek. Milena pokręciła gwałtownie głową i starła ją kciukiem. 
- Za dużo ostatnio beczysz - rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie, a mnie dopadło nagłe poczucie winy. - Nie myśl, że nie słyszałam cię w nocy. - dodała. 
Domyślałam się, że nie spała, gdy w nocy zanosiłam się cichym szlochem. Jej oddech był mniej spokojny niż zwykle. Słuchała. Sama nie wiedziałam dlaczego płakałam. Wmawiałam sobie, że w ten sposób mój organizm dawał ujście nerwom, które czułam w czasie tej przerażającej nocy. Nie byłam osobą, która rzucała przedmiotami o ścianę. Wszelkie silniejsze emocje doprowadzały mnie do płaczu, którego nie potrafiłam powstrzymać. Czułam się słaba, niczym dziecko, które nie wie jak, w logiczny sposób, poradzić sobie z zaistniałym problemem. Może rzeczywiście mentalnie byłam na poziomie sześciolatki? 
Podskoczyłam nagle, bo drzwi pokoju hotelowego uderzyły z hukiem o ścianę. W progu stanęli Harry i Lou, uśmiechając się w ten sam idiotyczny sposób. Nagle cała moja wściekłość spłynęła ze mnie niczym woda z piór kaczki. Świat przysłoniły mi błękitne oczy.
- Gotowe?! - wykrzyknął Tomlinson i wszedł dziarskim krokiem do środka. 
- Co ty tutaj robisz? - zapytałam zmartwiona, podbiegając szybko do niego i dotykając nieświadomie miejsca,w którym znajdowała się jego rana. Pod cienkim materiałem koszuli poczułam miękką fakturę bandaża. 
- Przyszliśmy pomóc przewieźć wasze rzeczy - odpowiedział, cmokając mnie szybko w nos. Ścisnęłam w napięciu jego ramię i przyjrzałam mu się uważnie. 
- Nie powinieneś leżeć? - spojrzał na mnie uspokajającym wzrokiem, po czym pogłaskał delikatnie po policzku. Chwyciłam jego dłoń w swoją i ucałowałam jej wnętrze. 
- Nonsens. Czuję się świetnie - mrugnął do mnie i pochylił się nieco, by cmoknąć mnie w czubek głowy. Powątpiewanie widoczne w moich oczach wywołało jego głośne westchnienie. - Naprawdę... - szepnął i położył swoje wargi na moich, a ja odruchowo odpowiedziałam na ten czuły gest. Choć uczucie, które ogarnęło mnie, gdy moje ciało zareagowało na bliskość Louis’ego, było bardzo przyjemne, nie potrafiłam się na nim skupić. Nerwy wciąż wpływały znacząco na moje myśli. Przyłożyłam dłoń do policzka Louis’ego, próbując przekazać mu, że się martwię, a on zamknął oczy i pokręcił głową uśmiechnięty. 
- Ble... Znajdźcie se pokój - Harry zmarszczył nos w pełnym zdegustowaniu i machnął na nas ręką. 
- Tylko jeśli do nas dołączysz  - Lou uniósł uwodzicielsko brwi, co wywołało we mnie cień uśmiechu. Pierwszy od dwóch dni. - Hej, tego właśnie szukałem! Znajdzie się jeszcze trochę? - przyjrzał się mojej twarzy, jakby w niej czegoś szukał, a ja parsknęłam ironicznie, choć w głębi duszy była wdzięczna, że udało mu się mnie rozweselić. 
- Jeeest! - krzyknął niczym włoski komentator piłki nożnej. Harry przewrócił oczami i z cichym jękiem dźwignął na plecy moją torbę. Uderzył płaską dłonią rękę Louis’ego, która sięgała już po walizkę Mileny. Ten syknął i chwycił się za bolące miejsce. 
- No co? - zawołał z wyrzutem. 
       - Ty nic nie dźwigasz. Jeszcze nam tego brakowało, żeby te szwy ci drugi raz puściły - rzekł Styles i złapał za uchwyt uprzedniego celu Tomlinsona. 
- Więc co mam wnieść do samochodu? - Błękitnooki rozejrzał się wymownie po pomieszczeniu, załamując bezradnie ręce. Harry uśmiechnął się psotnie i podał Louis’emu moją malutką torebkę podręczną. Była tak drobna, że Styles trzymał uchwyt dwoma palcami. Milena parsknęła śmiechem, a Louis szarpnął za przedmiot, wbijając morderczy wzrok w swojego przyjaciela. 
- Trzeba się było słuchać poleceń doktora i nie wstawać z łóżka przed wyznaczonym terminem. Może byłbyś już dzisiaj zagojony - Harry wzruszył niedbale ramionami i wyszedł z pokoju z moją torbą na plecach, ciągnąc za sobą walizkę Mileny. Lou zwrócił swój wzrok ku mnie i uśmechnął się przebiegle. 
- Nie mogłem znieść perspektywy kolejnego dnia bez widoku tych boskich różowych włosów - puścił do mnie oczko, w wolną rękę porwał torebkę Mileny i ruszył za przyjacielem. 
Ponownie zostałyśmy w pokoju same, a Milena nie spuszczała ze mnie wzroku, uśmiechając się głupio. 
- Co? - warknęłam, czując co się zbliża. 
- Ledwo wszedł do środka, a ty rozpromieniałaś - powiedziała, mrużąc podejrzliwie oczy - jakbyś zupełnie zapomniała o ostatnich dwóch dniach. - dodała, krzyżując ręce na piersi. 
Prychnęłam pogardliwie, co wcale nie zabrzmiało przekonująco, i ruszyłam w stronę drzwi. 
       - Wciąż jestem na niego zła - oznajmiłam. 
       - Mmmhm - Milena poklepała mnie po ramieniu, wymijając w progu. Rzuciłam ostatnie spojrzenie na opustoszały i wysprzątany pokój, który był naszym domem przez ostatnie kilka tygodni, a potem zatrzasnęłam za sobą drzwi, wdzięczna, że nie będę musiała tu wracać. Przynajmniej przez jakiś czas...
       Zajęłyśmy z Mileną tylne siedzenie Maserati, obie rozglądając się nerwowo po okolicy, do której zabrał nas Harry. Louis pogwizdywał wesoło po jego lewej stronie, co jakiś czas przekręcając się w fotelu i puszczając mi oczko. Próbowałam pokazywać jak bardzo jestem zła, lecz za każdym razem nie mogłam powstrzymać cisnącego się na moje usta uśmiechu. Zacisnęłam zęby karcąc się w duchu za tę uległość, lecz nie zdążyłam wymyślić jej konsekwencji, bo Harry zatrzymał gwałtownie samochód. 
       Znaleźliśmy się pod bramą strzeżonego bogatego osiedla, którego apartamentowce posiadały kilkanaście pięter, a każde z nich było ozdobione długim balkonem, dzielonym nieprzezroczystymi szybami. Opuściłam pospiesznie pojazd i przyjrzałam się budynkom. Wyglądały na nowe. Zbudowane niedawno. Drogie. 
- Harry... Nie stać nas na takie osiedle - usłyszałam za sobą drżący głos Mileny. Przytaknęłam niechętnie i odwróciłam się do niej powoli. Patrzyła na Stylesa smutnym wzrokiem. Ten podszedł do niej i przyciągnął do siebie, pozbywając się pocałunkiem jej ponurego wyrazu twarzy. 
- Tysiąc funtów miesięcznie - powiedział cicho, a ja wybałuszyłam oczy. 
- Mieszkania w tym kompleksie są warte co najmniej dziesięć - wykrzyknęłam, wskazując kciukiem za siebie. Louis opuścił powoli Maserati, łapiąc się za bok z cichym syknięciem, a potem wskazał palcem na budynek przed nami. 
- Gówno. Tak naprawdę to te apartamentowce są chujowe, a my podaliśmy wam narkotyk, żeby się wam wydawało, że są drogie i zajebiste - powiedział, opierając łokcie o dach samochodu. Zacmokałam z dezaprobatą na ten kiepski żart i oparłam dłonie na biodrach.
- Rozumiem, że tysiąc od każdej z osobna? - Milena mówiła powoli, ostrożnie dobierając słowa, bo Harry wciąż trzymał ją w swoich objęciach, z ustami zawieszonymi niebezpiecznie blisko jej szyi. 
- Razem - odpowiedział za niego Louis i, nie dając nam nawet czasu na odpowiedź, ruszył do bramy, na której znajdowała się dotykowa numeryczna tarcza. Wystukał odpowiedni kod i drzwiczki otworzyły się przy akompaniamencie cichego bzyczenia. Harry puścił Milenę, wsiadł pospiesznie do Maserati i wprowadził je na teren osiedla. Louis natomiast skinął na mnie i przyjaciółkę, i poprowadził nas na piechotę do odpowiedniej klatki. Ponownie wystukał kod na tarczy przymocowanej do masywnych drzwi, a potem zaprosił nas gestem do przestronnego, wyłożonego błyszczącymi, szarymi płytkami, korytarza. Na wprost od wejścia znajdowały się schody, a po naszej prawej stronie, winda, do której od razu nas skierował. Gdy wcisnęliśmy się do małego pomieszczenia, mężczyzna nadusił przycisk z numerem 14, a drzwi z cichym szumem zablokowały nam widok na korytarz. 
- Ostatnie piętro? - zapytałam zdziwiona. Louis pokiwał entuzjastycznie głową. 
- Penthouse - odparł, a w jego oczach pojawił się bliżej nieokreślony błysk. Zatkało mnie. Chciałam zaprotestować, poprosić, by odwieźli nas do hotelu, że nie stać nas na to. Ale przecież było nas stać. Harry „zażądał” tysiąca funtów. Z naszymi obecnymi zarobkami byłyśmy w stanie pozwolić sobie na taki wydatek. Zaczęłam nerwowo potrząsać kolanem, a gdy drzwi windy się rozsunęły, ukazując króciutki korytarz, z jedną parą drzwi, prawie upadłam, potykając się o własne nogi. Szłam powolnym krokiem za Louis’m, który wyciągnął klucze i otworzył śnieżnobiałe drzwi, ukazując nam widok na przestronne, jasne pomieszczenie, za którego oknami prezentowało się majestatyczne Tower Bridge. Wstrzymałam oddech wpatrując się w salon, na którego środku znajdowała się kanapa, dwa fotele i stolik do kawy, a za nim duży aneks kuchenny. Za kuchnią, otwarte na oścież drzwi ukazywały przestronną toaletę, wyłożoną jasnymi płytkami. Wszystko utrzymane było w bielach i szarościach. Naprzeciwko głównego wejścia znajdował się taras widokowy, oddzielony od salonu oknami sięgającymi od podłogi do sufitu. Dwie pary białych drzwi usytuowane były naprzeciwko siebie, przy bocznych ścianach salonu. 

        - Sypialnia - Louis wskazał te po lewej - Pokój gościnny - prawa strona. 
       Mrugałam z prędkością światła, w obawie, że zaraz obudzę się w swoim starym łóżku w Polsce, a to wszystko okaże się tylko pięknym snem. Uszczypnęłam się dyskretnie dla pewności, a potem ruszyłam zautomatyzowanymi ruchami w stronę pokoju gościnnego. Otworzyłam ostrożnie drzwi, które nie wydały z siebie nawet najcichszego dźwięku i wsunęłam głowę do środka. Wow... To pomieszczenie było ogromne. Naprzeciwko mnie znajdowało się wielkie, dwuosobowe, proste łóżko, nad którym umieszczone zostało pojedyncze ogromne okno, podzielone czarnymi ramkami na kilkanaście mniejszych. Choć praktycznie puste, już teraz ukazywało pazur, którego natychmiast zostałam fanką. Po prawej stronie łóżka, znajdowały się drzwi, które najpewniej prowadziły do prywatnej łazienki. Spojrzałam przez ramię na Milenę i wskazałam palcem wnętrze pokoju.



       - Zaklepuję - szepnęłam, w nadziei, że Louis, który właśnie otwierał drzwi balkonowe, tego nie usłyszy. Milena zachichotała cicho i ruszyła w stronę sypialni. Popędziłam za nią, by zobaczyć czy czasami nie podjęłam złej decyzji, ale gdy tylko ukazał mi się widok na drugi pokój, utwierdziłam się w przekonaniu, że była ona słuszna. Łóżko w sypialni było jeszcze większe od tego w pokoju gościnnym. Miało okrągły kształt, a na wierzchu spoczywała ozdobna brązowo-biała pościel. Okna przypominały te w salonie, rozciągnięte na całą ścianę, wpuszczające do pomieszczenia dużą ilość światła. Tu również znajdowało się wejście do prywatnej łazienki, lecz, nim zdążyłyśmy się do niej dorwać, zostałyśmy wywołane do salonu przez niski głos Harry’ego. 

        - I jak? - zapytał, rozglądając się po mieszkaniu z uśmiechem. Nasz bagaż stał oparty o szarą kanapę. Milena zacisnęła wargi, co uwydatniło jej dołek w lewym policzku, a potem wypuściła ciężko powietrze z płuc. 
       - No a co mam ci kłamać. Jest chujowe - mruknęła, unosząc wymownie jedną brew. Kącik ust Harry’ego uniósł się nieznacznie. 
       - Wiedziałem, że ci się spodoba - powiedział i porwał ją w objęcia, a ja odwróciłam szybko wzrok. Z ulgą poczułam za sobą czyjeś ciepło, a potem długie ramiona oplotły mnie w pasie. Zadrżałam, gdy Lou przyłożył swoje usta do mojego ucha. 
       - Zadowolona? - szepnął, przygryzając delikatnie moją szyję. Poczułam dreszcz, przebiegający po moim kręgosłupie, lecz zdołałam zebrać w sobie resztki sił, by wyswobodzić się z tego rozkosznego uścisku. 
       - Mhm.. Tak - odpowiedziałam, pocierając nerwowo szyję. 
***
       Czym jest związek? W szkole podstawowej wystarczyło, że chłopiec zwrócił się do dziewczynki z pytaniem „będziesz ze mną chodzić?” i zostawali parą. Potem uderzały hormony, nie chcieliśmy być z nikim, kogo byśmy nie kochali, choć o miłości wiedzieliśmy tyle co nic. Myśleliśmy, że jeśli czujemy motyle w żołądku przy każdym spotkaniu z daną osobą, to jest ona „tą jedyną”. A potem nadeszły pierwsze seksualne przygody. W większości nieudane, lecz i tak je wychwalaliśmy, wznosiliśmy na piedestały doświadczeń, bo tak nakazywała nam społeczność. Nazywaliśmy partnerów swoimi kochankami, „chłopakiem”, „dziewczyną”. Gdy dwoje osób przyciągało się do siebie, związek był tego oczywistą konsekwencją. A co, jeśli dwoje osób nie może przestać o sobie myśleć, pragnie spędzać ze sobą każdą minutę, lecz w ogóle się nie zna. Jedna z nich chowa w sobie mroczny sekret, druga, za wszelką cenę stara się ignorować kolejne kłamstwa, którymi jest karmiona. Czy można wtedy mówić o związku? O związku dwóch osób, które nie wiedzą o sobie nic, a jednak czują się przy sobie swobodnie, jak najlepsi przyjaciele?
Jakie są granice, oddzielające związek od niezdrowej relacji. Och, gdybym wiedziała wcześniej... 

***

        Dostosowywanie mieszkania pod nasze standardy, przy jednoczesnej chęci pozostawienia jego oryginalnego kształtu, zabrało nam tydzień, w ciągu którego przestawialiśmy meble, kupowaliśmy te, których brakowało i oddawaliśmy te niepotrzebne. Harry i Louis byli niezawodnymi pomocnikami, choć tego drugiego wciąż ograniczała gojąca się rana. Od rana do godzin popołudniowych Milena musiała pracować, więc mieszkanie było pozostawione na pastwę moją i Tomlinsona. Choć zwykle uwijaliśmy się z wyznaczonymi zadaniami bez zarzutu, to jednak pozostawialiśmy po sobie okropny bałagan, który Harry z Mileną musieli sprzątać przez połowę swojego czasu, w którym my znajdowaliśmy się w Irresistible. Dekorowanie było zabawne, a w jego czasie przyzwyczaiłam się do niespodziewanych pocałunków i czułych gestów, którymi zaskakiwał mnie Lou. Zdziwiona złapałam się jednak na tym, że z każdym kolejnym dniem pragnęłam ich więcej i więcej, a pod koniec tygodnia sama aranżowałam niektóre intymne sytuacje. 
       Kornelia, Kornelia... Na łeb ci pada... Karciłam się w myślach po każdym takim zdarzeniu, lecz Louis Tomlinson był dla mnie jak narkotyk. Nie! Jak czekolada, którą uwielbiałam. Nigdy nie miałam go dość. Zawsze za mało. Bałam się jednak, że od nadmiernej ilości mogę się pochorować. Czy czekolada nie działa właśnie w ten sposób?
        W niedzielę miałam wolne, więc Lou zaprosił mnie do swojego mieszkania. Weszłam do salonu, patrząc nieufnie na kanapę, na której ostatnim razem widziałam wykrwawiającego się Tomlinsona. Na której po raz pierwszy go pocałowałaś... Przełknęłam ciężko ślinę, czując łaskotanie w dole brzucha. Jego intensywność się podwoiła, gdy Louis zatrzasnął za sobą drzwi i natychmiast objął mnie w pasie, całując tył mojej szyi. Nogi zaczęły drżeć mi niemiłosiernie, więc wyswobodziłam się delikatnie z rąk mężczyzny i odwróciłam do niego twarzą, napotykając psotny uśmiech. Wiedziałam, że jego intencje nie były zupełnie niewinne, gdy mnie tu zapraszał. A mimo to się zgodziłaś... Mierzyliśmy się przez chwilę spojrzeniami w pełnej napięcia ciszy, a potem, nie odwracając wzroku, pociągnęłam go w stronę sypialni. 
        Zaskoczyłam go. Wyraźnie widziałam zdziwienie budujące się na jego twarzy. Ruszył za mną posłusznie, a gdy stanęliśmy w sypialni, rozejrzałam się za czymś co mogłoby odwrócić jego uwagę od brudnych myśli. Nie będzie ze mną tak łatwo, Tomlinson... Mój wzrok zatrzymał się na stojącej w rogu pokoju gitarze akustycznej, której nie dostrzegłam tutaj nigdy wcześniej. Hm... 
        - Grasz? - zapytałam, wskazując ręką instrument, nim Louis zdążył ponownie położyć na mnie swoje łapczywe dłonie. Mężczyzna spojrzał ukradkiem w tamtym kierunku, a potem przytaknął z uśmiechem
        - Pogrywam - odparł, a ja pochwyciłam w dłonie gitarę i podałam mu ją, siadając na łóżku z wyczekującym wyrazem twarzy. Jęknął przeciągle, pocierając nerwowo kark. 
       - Proszę? - złożyłam dłonie jak do pacierza, próbując wywołać swój najbardziej uroczy wyraz twarzy. 
       - Wyszedłem z wprawy.... - powiedział powoli, siadając obok mnie. 
       - No dalej, zagraj coś... Dla mnie? - spróbowałam ponownie go przekonać, a on westchnął ciężko i wziął gitarę w rękę. Klasnęłam entuzjastycznie w dłonie i przysunęłam się bliżej niego. Położyłam podbródek na jego ramieniu, a on cmoknął mnie w nos i ułożył dłonie na strunach. W pokoju rozległy się znajome basowe dźwięki, a ja już wiedziałam co mój... towarzysz zamierza mi zagrać. Zaśmiałam się cicho na ten wybór i położyłam swoją dłoń na jego karku, głaszcząc go delikatnie po szyi. Uśmiechnął się, lecz nie spuścił wzroku z gryfu gitary. 
        - Never know how much I love you, never know how much I care...** - zaśpiewał, a ja otworzyłam oczy w zdziwieniu na piękny głos jaki wydobył się z jego gardła.  - When you put your arms around me, I get a fever that’s so hard to bear. *** - żartobliwie objęłam go w odpowiedzi na słowa piosenki, a on przerwał na chwilę grę i wytarł czoło jakby było mu niezwykle gorąco... Jakby dostał gorączki. Zachichotałam i wskazałam wzrokiem gitarę, by kontynuował swój mały występ. Nigdy nie mówił, że śpiewa. Nigdy nawet nie zasugerował, że łączy go coś z muzyką, a teraz siedziałam w jego sypialni wsłuchując się w piękny wokal i obserwując zręczne palce na strunach gitary. Mogłabym siedzieć tak przez wieczność, zachwycając się dźwiękami, tworzonymi tylko dla mnie. 
         Zaśpiewał cicho refren, patrząc mi w oczy, a przy słowach „when you kiss me”**** znów pocałował mnie w nos. Zamknęłam oczy i dałam się ponieść muzyce, kołysząc delikatnie i wciąż muskając jego szyję. Gdy zaśpiewał „I light up when you call my name” *****wyszeptałam z uczuciem jego imię, łaskocząc go językiem po uchu. Poczułam jak zadrżał i przekręcił głowę w moim kierunku. Pocałowałam go czule w policzek, lecz potem znów wróciłam do pieszczenia językiem jego ucha i szyi. Na ustach pojawił mu się zmysłowy uśmiech, spojrzał na mnie przez ramię, a jego palce się zatrzymały. W pokoju nastała ogłuszająca cisza. Przez chwilę Louis siedział bez ruchu, oddając się moim pieszczotom, a następnie odstawił gitarę na stojak i odwrócił się do mnie całym swoim ciałem.
        -  „You give me fever” - kontynuował swój śpiew acapella, napierając na mnie w taki sposób, że powoli kładłam się plecami na jego łóżku. - „when you kiss me” - połączył swoje usta z moimi, coraz bardziej nachylając się nade mną, aż moja głowa spoczęła na miękkim materacu. Jego język wdarł mi się między wargi i zaczął poruszać się zmysłowo wokół mojego. Poczułam ciepło, rosnące poniżej brzucha, oddech przyspieszył mi nieznacznie. Ten pocałunek był zupełnie inny od poprzednich. Bardziej intymny, pełen zaufania i powolny, lecz skończył się zbyt wcześnie, gdy Louis delikatnie odsunął się ode mnie i potarł swoim nosem o mój. 

        -  „Fever in the morning, fever all through the night” ******- tym razem był to bardziej szept niż śpiew, a ja doskonale zrozumiałam co miał tym na myśli. Położyłam dłoń na jego karku i przyciągnęłam go do siebie, desperacko pragnąć znów poczuć jego usta na swoich. Sięgnęłam wolną ręką w dół, by poczuć ciepło jego skóry pod koszulką. Pociągnęłam materiał i już po chwili tors Louis’ego był nagi. Poczułam pod palcami zgrubienie blizny po gojącej się ranie. Jego oddech nieznacznie przyspieszył, gdy obsypywał moją szyję pocałunkami. Z każdym dotykiem jego warg czułam przechodzące przez skórę parzące iskry, przyprawiające mnie o uczucie, o istnieniu którego nie miałam pojęcia. 
       Rozpalone pragnienie, które czułam, musiało zostać zaspokojone. Wiedziałam o tym już od czasu naszej pierwszej randki. Wiedziałam, że nic i nikt inny nie byłby w stanie sprawić, że ta rozdzierająca mnie od środka potrzeba zostanie spełniona. Tylko on, tylko Louis mógł tego dokonać. Wiedziałam o tym w głębi duszy i choć obiecałam sobie przy naszym pierwszym spotkaniu, że do tego nie dojdzie, w tym momencie nie pragnęłam bardziej niczego innego na świecie. Przypomniałam sobie jak żałośnie próbowałam sobie wmówić, że Louis mnie nie pociąga, jak odsuwałam się od niego i od tej przyciągającej energii jaką w sobie miał. Zachichotałam cicho, na co mężczyzna przestał całować moją szyję i spojrzał na mnie z delikatnym uśmiechem pełnym zaciekawienia. Pokręciłam głową, ponownie chichocząc. 
       - Przypomniało mi się tylko, jak sobie obiecałam, że nie dałbyś rady zaciągnąć mnie do łóżka, gdybyś nawet próbował przez rok. - powiedziałam, a jego uśmiech rozszerzył się jeszcze bardziej. 
       - Och, czyli zaciągnąłem cię właśnie do łóżka? - zapytał, a jego dłoń wdarła się pod moją bluzkę. Poczułam na skórze elektryzujące ciepło jego dotyku i wciągnęłam gwałtownie powietrze. Wszechogarniająca namiętność prawie odebrała mi zdolność trzeźwego myślenia. Wysiliłam się jednak, by nie odpłynąć zbyt daleko.
       -  Leżymy na łóżku w niedwuznacznej pozycji, a jedyną rzeczą, o której aktualnie myślę jest to, jak cię pragnę, więc chyba ci się udało - powiedziałam cicho, zdając sobie sprawę z tego jak bardzo drżał mój głos. Oczy Louis’ego zaszły mgłą, gdy usłyszał te słowa, a uśmiech znikał powoli z twarzy, ustępując miejsca wyrazowi czystej namiętności. Zobaczyłam, że na jego ramionach pojawiła się gęsia skórka i byłam pewna, że nie była temu winna temperatura. Pochylił się i złożył na moich ustach głęboki, pełen desperackiego pragnienia, pocałunek. Poczułam chłód na swoim brzuchu, gdy uniósł materiał mojej bluzki i przeciągnął mi ją przez głowę. Opadłam z powrotem na materac, w samym staniku, czując ze zdwojoną siłą każdy dotyk Louis’ego. Jego usta ponownie wylądowały na mojej szyi. Przycisnął do mnie brzuch, jakby bał się, że w każdej sekundzie mogę uciec, zniknąć... Mruknęłam cicho, jak kotka i wplotłam palce w jego brązowe włosy. Zacisnęłam pięść, pociągając lekko aż z jego ust dobyło się rozkoszne warknięcie. Jego usta, język były czułe, delikatne... Każde muśnięcie łaskotało w najbardziej przyjemny sposób. Jego ruchy były niespieszne, leniwe, a ja delektowałam się każdym z nich, nagradzając go cichymi jękami, gdy trafił w szczególnie wrażliwe miejsce. 
        Zjeżdżał powoli językim, pozostawiając mokre ślady na mojej skórze. Ujął dłońmi moje piersi, uwięzione w różowym staniku, lecz nie zatrzymał się, a jego usta wciąż wędrowały w dół brzucha. Czułam jak ciarki ogarniają całe moje ciało, fale gorąca przedzierają się od pępka po czubki palców i głowy. Lou puścił moje piersi i uniósł nieznacznie głowę. Spojrzał na mnie tajemniczym wzrokiem, a potem włożył opuszki palców pod materiał mojej spódniczki. Wciągnęłam głośno powietrze i ścisnęłam w pięściach pościel. Louis włożył jedną dłoń pod moje plecy i zmusił mnie delikatnie do uniesienia bioder. Poddałam mu się bez wahania i poczułam jak powoli zaczyna zsuwać ze mnie spódniczkę. Materiał pieścił moje uda, kolana, łydki, aż w końcu opadł bezdźwięcznie na ziemię obok bluzki. 
       Leżałam teraz półnaga, w różowej koronkowej bieliźnie, na łóżku Louis’ego, oddając mu się bez reszty, pewna tego, co za chwilę ma się wydarzyć, pewna, że pragnę tego całym sercem. Louis pochylił się i zaczął pieścić ustami wnętrze mojego uda. Jego język wił się leniwie, przyprawiając mnie o doznania, którego nigdy nie doświadczałam z żadnym innym facetem. Syknęłam przez zaciśnięte zęby, gdy poczułam ciepły wilgotny dotyk tuż przy skraju majtek. Coraz ciężej przychodziło mi kontrolowanie własnych ruchów i nim się zorientowałam, co robię, moja ręka ponownie spoczęła we włosach Louis’ego. Mężczyzna włożył opuszki palców pod moją bieliznę i zaczął ściągać ją tym samym, powolnym ruchem, co spódniczkę. Dreszcz rozkoszy i ekscytacji przebiegł po moim kręgosłupie. Czułam adrenalinę, która przelewała się przez moje żyły, sprawiając, że wszystkie zmysły wyostrzyły się o pięćdziesiąt procent. 
       Gdy leżałam już zupełnie naga od pasa w dół, Louis ułożył dłonie pod moimi udami i uniósł je bez wysiłku, sprawiając, że położyłam stopy na materacu, zginając nogi w kolanach. Rozszerzył je nieco i zniżył głowę. Gwiazdy zabłyszczały pod moimi powiekami, gdy poczułam pierwsze muśnięcie jego ciepłego języka na swojej łechtaczce. Łyknęłam spazmatycznie powietrze i wygięłam plecy w łuk. Nie przestając pieścić tego wrażliwego miejsca, Louis wyciągnął rękę i przytrzymał mnie w brzuchu, unieruchamiając nieco. Jego władczość spotęgowała tylko moje podniecenie, a przez skrępowanie, nie mogłam mu dać ujść w ruchach, więc z moich ust wydobyły się głośne, pełne rozkoszy jęki. Czułam jak z każdym manewrem języka Louis’ego uczucie spełnienia kumulowało się w dole mojego brzucha. Odchyliłam głowę i zacisnęłam powieki, nie będąc w stanie powstrzymać napięcia mięśni. 
       - Louis! - krzyknęłam, gdy byłam już tak blisko spełnienia, że wszystkie moje zmysły zostały przez niego przytępione i zaczęło mi ciemnieć przed oczami. Słysząc mój pełen desperacji głos, Louis zwiększył intensywność ruchów, doprowadzając mnie do jednego z największych i najbardziej intensywnych orgazmów w moim życiu. Dłoń Louis’ego nie była już w stanie powstrzymać mnie od wygięcia pleców, poczułam napięcie we wszystkich mięśniach, a palce u stóp zacisnęły się mocno, gdy przez całe moje ciało przechodziły fale nieopisanej elektryzującej ekstazy. Słyszałam swój niekontrolowany jęk jakby z oddali, aż do momentu,w którym opadłam z powrotem na materac, dysząc ciężko. 
       Louis uśmiechnął się pod nosem i powoli zbliżył do mnie, jak przyczajony kot. Spojrzałam w jego oczy przez mgłę rozkoszy, która jeszcze zapełniała mój umysł. Wziął między zęby moją dolną wargę i pociągnął ją delikatnie, a następnie musnął to miejsce językiem. 
        - Gdybym wiedział, że tak pięknie będziesz wykrzykiwać moje imię postarałbym się „zaciągnąć ciebie do łóżka” o wiele wcześniej. - szepnął dotykając ustami mojego ucha. Poczułam ciarki przechodzące przez moje ciało. Zaśmiałam się słabo. 
        - Nie dałabym się wcześniej - mruknęłam psotnie i ugryzłam go w ramię. 
        - Więc warto było czekać - odpowiedział i wbił się w moje usta swoimi. Od razu oddałam pocałunek i, czując jak moje siły powracają, popchnęłam jego klatkę piersiową tak, że już po chwili znalazł się pode mną. Usadowiłam się wygodnie na jego biodrach, czując pod udami duże wybrzuszenie. Sięgnęłam dłońmi za plecy i zręcznie odpięłam stanik, który pospiesznie rzuciłam na ziemię. Louis mruknął zadowolony i podniósł się szybko, obejmując moją prawą pierś dłonią. Westchnęłam zaskoczona, gdy zaczął całować drugą. Podniecenie powoli do mnie powracało. Pisnęłam, czując jak delikatnie przygryza mój sutek. Bezwiednie zaczęłam poruszać się na nim w przód i w tył. Ruchy te były ograniczone, lecz miały natychmiastowy efekt. Wybrzuszenie w jeansach szybko się powiększyło, a ja nie mogłam się doczekać aż oswobodzę je z tego nieznośnego materiału. Oddech Louis’ego przyspieszył nieco i nie odrywając ust od mojej piersi położył dłonie na moich pośladkach, wprawiając je w głębsze, szybsze ruchy. Jęknęłam cicho. Musiałam przed sobą przyznać, że bardzo podobały mi się te chwilę, w których nie był w stanie powstrzymać potrzeby władzy nade mną. Nie zamierzałam jednak dojść po raz drugi, ocierając się o jego spodnie. Wszystkimi więc siłami oderwałam jego dłonie od swojego ciała i pchnęłam go na materac. Posłał mi podniecający uśmiech i poddał się moim ruchom. 
         Uniosłam się na kolana i zabrałam za rozpinanie jego spodni. Niecierpliwym ruchem ściągnęłam je razem z bokserkami, a moim oczom ukazał się naprężony, sporych rozmiarów członek. Ochoczo wzięłam go w dłonie, co sprawiło, że Louis syknął i zacisnął powieki. Wziął spazmatycznie oddech, gdy wykonałam pierwszy ruch w górę i w dół, ściskając go nieznacznie. Z kolejnym moim ruchem z jego gardła dobył się niskie warknięcie, przyprawiające mnie o zawrót głowy. Poruszałam powoli dłonią, wsłuchując się w jego rozkosznie przyspieszony oddech, pełna satysfakcji, że potrafię sprawić mu taką przyjemność. 
        - Tak maleńka - szepnął, kładąc ręce na moich udach i ściskając je lekko. Spojrzałam na jego piękną twarz, a potem pochyliłam się i musnęłam językiem główkę jego penisa, obserwując reakcję mężczyzny. - Co... - otworzył szeroko oczy, które napotkały moje. Coś w spojrzeniu, które mu posłałam sprawiło, że zanim zacisnął ponownie powieki, kolor jego tęczówek przybrał barwę bezgwiezdnego nocnego nieba. Uznałam to za dobry znak i wzięłam w usta jego członek, pomagając sobie ręką u nasady. Poczułam słonawy smak, który w przeciwieństwie do innych mężczyzn, z którymi to robiłam był niezwykle przyjemny. Ssałam, poruszając głową w górę i w dół, rozkoszując się dźwiękami jakie wydobywały się z ust Louis’ego. Choć wydawało się to niemożliwe, stwardniał jeszcze bardziej, a ja, czując to, przyspieszyłam. 
         - Kurwa - usłyszałam nad sobą cichy głos i poczułam dłoń na swoim policzku, powstrzymującą mnie przed kolejnym ruchem. Podniosłam głowę i spojrzałam zdziwiona na Louis’ego. Jego twarz nie wyrażała nic poza wszechogarniającym podnieceniem. Wpatrywał się we mnie intensywnie, praktycznie pożerając mnie wzrokiem. Nic nie mówiąc, uniósł plecy i złożył na moich ustach gwałtowny pocałunek. Otoczył mnie ramieniem w talii i podniósł na kilka centymetrów, a następnie opuścił na nakierowanego, drugą ręką członka. Poczułam, jak wsuwa się we mnie powoli, a z każdym centymetrem ogarniała mnie eksplozja zmysłów. Jęknęłam, gdy był już we mnie cały, ciepły, rozpychający przyjemnie moje wnętrze. Siedzieliśmy tak przez chwilę, rozkoszując się swoimi ciałami, połączonymi w jedno, nie odrywając od siebie wzroku. Czerń błądziła po mojej twarzy, na chwilę zatrzymując się na ustach, by ponownie spojrzeć prosto w moje oczy. Intensywność z jaką się we mnie wpatrywał, była niemożliwa do opisania. Poczułam dreszcz, przechodzący przez całe moje ciało.
        - Jesteś cudowna - szepnął, a mnie uderzyła szczerość, z jaką to powiedział. Westchnęłam głośno i pocałowałam go pospiesznie, w irracjonalnej obawie, że zaraz ode mnie ucieknie. Przygryzł delikatnie moją dolną wargę i musnął swoim nosem mój. - Tak niesamowicie cudowna - powiedział już nieco głośniej i poruszył się pode mną, wysuwając się ze mnie i ponownie wsuwając. Pisnęłam cichutko i oparłam swoje czoło o jego, oddychając coraz ciężej. 
        - Ty... Ty...  - zachrypnięty głos jaki wydobył się z mojego gardła był pełen napięcia. Nie zdążyłam wypowiedzieć całego zdania, bo Louis uciszył mnie pocałunkiem. Wplotłam palce w jego włosy i tym razem sama odepchnęłam się lekko kolanami od materaca, wprawiając w ruch biodra, kołysząc nimi i sprawiając, że fale nieopisanej przyjemności zaczęły zalewać nas obojga. Louis zacisnął powieki i otworzył lekko usta, wypuszczając z nich głośno powietrze. Ręką spoczywającą na moich plecach przyciągnął mnie bliżej siebie i zaczął obsypywać pocałunkami zagięcie między szyją i ramieniem. Wydałam z siebie westchnienie pełne rozkoszy i kontynuowałam swoje powolne ruchy. 




* Sprawiasz, że mam gorączkę
** Nigdy się nie dowiesz jak bardzo cię kocham. Nigdy się nie dowiesz, jak bardzo mi zależy... 
*** Kiedy obejmujesz mnie ramionami dostaję gorączki, którą ledwo znoszę
**** Gdy mnie całujesz
***** Rozpalam się, gdy wołasz moje imię
****** Gorączka rankiem, gorączka przez całą noc... 


OGŁOSZENIE PARAFIALNE

KOCHANE, KORNELIA I LUJ NIE MYŚLELI I TYLKO SZCZĘŚLIWYM TRAFEM BZYKNĘLI SIĘ W DNI NIEPŁODNE BOHATERKI. NIE TRAĆCIE GŁOWY, KUPUJCIE GUMKI! 
 Z poważaniem A. <3 i M. xx 

:D XD