Pokazywanie postów oznaczonych etykietą through the dark. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą through the dark. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 sierpnia 2015

74. And we could run away before the light of day

      And we could run away before the light of day



      Kornelia

      - Przez kogo? - zapytałam po chwili milczenia. Szczęka Caluma tańczyła w rytm nerwów, które nim targały. Pokręcił głową i wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał moją kurtkę. 
      - Nie wiemy. Wszystkie ślady w jego mieszkaniu zostały zatarte. - mruknął
      - “My”? - w jego oczach pojawił się błysk zdziwienia, kiedy zapytałam o formę, jakiej użył w swojej odpowiedzi. Przeczyścił gardło i przytulił kurtkę do siebie, zaczynając bawić się jej kołnierzem. 
      - Ja i kilku chłopaków z gangu Michaela - powiedział pod nosem. Przełknęłam ciężko i powolnym krokiem ruszyłam w jego kierunku. 
      - Trzymasz się z nimi? - szepnęłam, dotykając materiału swojego ubrania i unikając wzroku Caluma. Zamarłam, gdy poczułam dłoń na swoim policzku. 
      - To temat, który nie będzie już dla nikogo problemem. - odparł, składając czuły pocałunek na moim czole. Zacisnęłam powieki i kiwnęłam głową. Czułam, że nie było sensu w protestowaniu. Calum postanowił nas opuścić i nic nie miało zmienić jego decyzji. Nic, co mogłam zrobić. 
      - Będę za tobą tęsknił - wyznał cicho i skierował moją twarz ku swojej. W jednej chwili jego wargi dotykały moich, przyspieszając bicie mojego serca, w drugiej stałam w swoim apartamencie, opierając się o drzwi wejściowe z zamkniętymi oczami i próbowałam powstrzymać łzy. 
      Wzięłam kilka głębszych oddechów, gdy usłyszałam na piętrze ruch i przykleiłam na twarz sztuczny uśmiech w momencie, w którym Louis pojawił się na schodach. Przepraszam… pomyślałam, widząc jak rozpromienił się na mój widok. Zbiegł, przeskakując po dwa stopnie i podszedł do mnie szybkim krokiem, składając na ustach gorący pocałunek. 
      - Jak było w pracy? - zapytał, odbierając ode mnie kurtkę. Zaśmiałam się smutno i pokręciłam głową. W pracy nie byłam od kilku godzin, przekonując Nialla, by znalazł dla mnie zastępstwo. Nie chciałam zdradzić mu powodu swojego wcześniejszego wyjścia, ale Niall nie pytał. Bycie kobietą szefa miało swoje zalety. 
      - Nuda, wszystko po staremu - mruknęłam od niechcenia i ruszyłam w stronę kuchni, by zająć czymś ręce. Otworzyłam lodówkę, oceniając jej zawartość, po czym zamknęłam ją bez wyjmowania choćby jednego produktu. 
      - Chcesz zjeść kolację? - zapytałam, unikając śledzącego mnie wzroku Louis’ego, siedzącego na stołku przy wyspie. Położył łokcie na blacie i przycisnął kciuki do ust, złożywszy dłonie jak do pacierza. Widziałam go kątem oka i to mi wystarczyło, by wiedzieć, że  zauważył we mnie zmianę. 
      - Coś się stało? - zapytał w końcu, kładąc dłonie przed sobą. Pokręciłam pospiesznie głową i wyjęłam z szafki garnek. 
      - Może być makaron? Chyba mam ochotę na coś prostego - rzuciłam, włączając panel elektrycznej kuchenki. Zacisnęłam zęby, bo łzy już cisnęły się do moich oczu, zdradzając wypełniające mnie emocje. 
      - Kocie… 
      - Lou? - uśmiechnęłam się, próbując ratować ostatnią szansę uniknięcia tematu. 
      - Co się stało? - na marne… Zdjęłam okulary i rzuciłam je na blat, bo łzy nie czekały dłużej na moje pozwolenie. Wylały się strumieniami na moje policzki, rujnując jakąkolwiek możliwość wykręcenia się z tej rozmowy. Louis wstał pospiesznie, okrążył wyspę i wziął mnie w swoje objęcia. Położywszy palec na moim podbródku, zmusił mnie bym na niego spojrzała. Jego twarz była teraz zniekształcona w moich oczach. 
      - Powiedz mi - szepnął, marszcząc brwi. Pokręciłam ponownie głową, bo moje gardło było zbyt ściśnięte, bym mogła się odezwać. 
      - Powinienem się martwić? - zapytał. Oplotłam go ramionami w brzuchu. 
      - Nie - zdołałam z siebie wydusić. 
      - Mówisz tak tylko, żebym był spokojniejszy? - zaśmiałam się cicho, zanurzając twarz w fałdach jego koszuli. 
      - Nie. 
      Louis nie musiał się martwić, bo Caluma niedługo miało nie być w Londynie. Może nawet w Anglii. Wszystkie moje skomplikowane emocje, które do niego czułam nie miały już znaczenia. To nie moje decyzje a te Caluma oczyściły wreszcie sytuację z niejasności. Nie… Louis nie miał się czym martwić, bo został tylko on. Co do mojego serca? Było zbyt zachłanne. Chciało kochać zbyt wiele osób na raz. To mogła być dla niego dobra kara. Może terapia szokowa była dla mnie jedynym wyjściem. 
      - Teraz wszystko będzie łatwiejsze - szepnęłam, ze zdziwieniem łapiąc się na tym, że po raz pierwszy w pełni wierzyłam we własne słowa. 

      I było. Wieść o śmierci Ashtona szybko rozeszła się po grupie Louis’ego. Wraz z nią podejrzenia o ucieczce Caluma. Nikt nie mógł go znaleźć, wszyscy zaczęli wierzyć w jego udział w morderstwie. 
      - To głupie. Dlaczego miałby uciekać skoro wiedział, że Ashton był naszym wrogiem. Jeśli go zabił, dlaczego nie został, by zebrać gratulacje? - Phoebe wzruszyła ramionami, a Niall, na którego kolanach trzymała nogi, pogłaskał ją po stopie i kiwnął głową. Minął niecały tydzień od mojej rozmowy z Calumem. Wszyscy snuli swoje podejrzenia co do osobliwej sytuacji, jaka nastała i tylko ja, Milena i Harry zdawaliśmy się nie snuć wybiegających w dal teorii. 
      - Dzieciak się przestraszył i spierdolił. Wątpię, żeby zabił Ashtona. Może to Michael? Może Calum bał się zemsty za zdradę? - rzucił Louis, leżący na mniejszej kanapie. Jego nogi zwisały luźno z bocznego oparcia. Ja ułożyłam się wygodnie na jego ciele, moje stopy ledwie sięgające ramienia kanapy. Położyłam głowę na klatce piersiowej Louis’ego i zamknęłam oczy, przysłuchując się wszystkim domysłom. Milena i Harry już dawno postanowili wybrać się do domu, widząc, że nasza mała narada w apartamencie Lou do niczego nie prowadziła. 
      Sylvia siedziała na fotelu, odziana w swoją firmową czerń, trzymająca nogę na nodze i pocierająca palcami jednej dłoni usta. Wlepiała wzrok w ścianę, jakby myślała intensywnie nad argumentami swoich znajomych. Gdy otworzyłam oczy, uderzyło mnie to, jak pusto było w salonie. Niall, Louis, Phoebe, Sylvia i ja. Nawet przed wyjściem Mileny i Harry’ego, osób w naradzie było zdecydowanie zbyt mało. Zacisnęłam ponownie powieki, czego szybko pożałowałam, bo przed moimi oczami pojawiły się twarze Liama, Zayna i Caroline. Ta ostatnia dała wreszcie się namówić na odwyk. Wszystko dzięki Phoebe i Sylvii, które przemówiły jej do rozumu. 
      Liam… Gdy o nim pomyślałam ze strachem zdałam sobie sprawę, że powoli zapominałam jak wyglądał. Kiedy to było, gdy na imprezie Harry’ego prosił Caroline o rękę? Gdy zadowolony szeptał jej do ucha czułości pod irresistible, w wieczór swojej śmierci? Teraz leżał martwy, kilka metrów pod ziemią. Nie widział załamania swojej narzeczonej, pokonania tych, którzy go zabili, zemsty na swoim mordercy. Zayn? Ten, który postradał nieco zmysły po śmierci Liama. Ten, który zemstę za niego przypłacił własnym życiem. Jego dziewczyna siedziała obok nas silna i pewna siebie, zawsze chętna do pomocy. Byłam pełna podziwu dla postawy Sylvii. Nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić, jak mogła być silna.  
      Obaj, Zayn i Liam byli zbyt młodzi, by umrzeć. Obaj przewidywali, że tak mogła się skończyć ich kariera, ale każdy miał nadzieję na litość losu. Zacisnęłam pięść na koszulce Louis’ego, chcąc odgonić od siebie ponure myśli. Życie toczyło się dalej. Bez względu na to ilu naszych członków umarło, grupa wciąż mocno się trzymała. Bez względu na to ilu przyjaciół straciliśmy, wciąż mieliśmy siebie. Wciąż mieliśmy siłę, by działać dalej. 
      - Nieważne dlaczego Calum uciekł. Zrobił to, bo jest żałosnym tchórzem. Jeśli więzi w grupie Clifforda były podobne do naszych, mógł przejąć się śmiercią przyjaciela. To już nie nasze zmartwienie - rzuciłam, otwierając oczy i opierając podbródek na klatce Louis’ego. - Co jest ważne to to, że my wciąż tu stoimy. Wciąż mamy biznes i siebie. Wreszcie jest spokój - rzekłam, patrząc mu w oczy. Zamrugał szybko i wplótł palce w moje włosy, przeczesując je powoli.
      - Masz rację… Wreszcie jest spokój - uśmiechnął się do mnie, na co podciągnęłam się lekko i cmoknęłam go w szczękę. 

      - Jesteś dziwnie spokojna - szepnął Louis w ciemności sypialni, gdy usiadłam na brzegu łóżka, by splątać włosy w luźnego warkocza. Wzruszyłam ramionami, czując uścisk w żołądku. To prawda. Nieobecność Caluma pozwoliła mi skupić się na moim związku, na rzeczach, które wcześniej zaniedbywałam. Tęsknota wciąż targała mną niemiłosiernie, lecz czas, który wypełniałam pracą i towarzystwem Louis’ego, przelatywał szybko, lecząc tę ranę. 
      - Dlaczego miałabym nie być? - zapytałam, uśmiechając się do niego przez ramię. Długie palce dotknęły skóry przy ramiączku mojej nocnej koszulki, wywołując dreszcze. 
      - Wiem, że Calum nie był ci obojętny. W zeszłym tygodniu, gdy płakałaś w kuchni… Wiedziałaś, prawda? - zamarłam, a ręce zastygły mi w połowie długości włosów. - Nie jestem głupi. Nie jestem też ślepy. Calum nie był tylko przyjacielem. - Louis usiadł za mną, kładąc dłonie na moich ramionach. 
      - Calum nie był też moim facetem - odparłam, kończąc pospiesznie warkocza i związując go frotką. Znajome ciepło zaczęło znaczyć płonące szlaki na mojej szyi. 
      - Cieszysz się, że uciekł? - głos Louis’ego był cichy, zachrypnięty. 
      - Cieszę się, że to nie ty uciekłeś - odchyliłam nieco głowę, by bardziej wyeksponować miejsce, na którym spoczęły jego usta.
      - Nigdy bym ci tego nie zrobił - dłoń spoczywająca na moim ramieniu została przeniesiona na moją pierś. Wzięłam głęboki oddech, sięgając w tył i wbijając paznokcie w udo Louis’ego. 
      - Wiem. - wydusiłam. Moja głowa opadła na jego ramię.
      Wiedziałam co Louis miał na myśli. To był jeden z powodów, dla których wybrałam go, nie Caluma. Louis nigdy by mnie nie opuścił. Nigdy nie zraniłby mnie w ten sposób, bo sam nie byłby w stanie wytrzymać rozłąki. Dlaczego nie szalał z zazdrości, skoro wiedział o mojej rozmowie z Hoodem? Dlaczego nie krzyczał teraz na mnie, a zamiast tego dawał coraz intensywniejsze fale przyjemności? 
      - Calum już nie wróci - właśnie dlatego, pomyślałam, gdy mruknął te słowa w moją szyję. Miał mnie całą dla siebie i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że oboje o tym wiedzieliśmy. Obróciłam głowę, odnajdując jego usta i zamykając je w głodnym pocałunku. Syknęłam cicho, gdy jego dłoń odnalazła drogę pod moją koszulkę, ujmując ponownie pierś i otaczając ją przyjemnym ciepłem. 
      - Nie jesteś zły? - zdołałam z siebie wyciągnąć, gdy odwróciłam się do niego przodem, siadając okrakiem na jego udach. Palce Louis’ego wbiły się w moje plecy, gdy zmusił moje ciało, by otarło się o niego sugestywnie. 
      - Jestem wściekły - wyznał, unosząc nieco biodra, bym ponownie poczuła jaki był twardy pod bokserkami. Jęknęłam cicho i pociągnęłam go za włosy, w które wcześniej wplotłam palce. 
      - Więc dlaczego… - nie zdążyłam dokończyć pytania, bo zamknął mi usta namiętnym pocałunkiem. Chwycił mnie w pasie i z niezwykłą łatwością przeniósł na poduszki, układając się od razu nade mną. 
      - Bo jestem bardziej szczęśliwy, że nie uciekłaś z nim - powiedział, wkładając rękę w moje majtki. Jęknęłam w reakcji na sprawne ruchy jego palców. 
      - Lou… - tylko tyle zdołałam powiedzieć, zanim moje rzeczy znalazły się na podłodze, a nagi Louis między moimi nogami. 
      - Nigdy bym ci tego nie zrobiła - wyznałam, gdy jego język odnalazł mój sutek, wywołując niekontrolowane dreszcze. 
      - Wiem - ciepłe dłonie na wewnętrznej części moich ud, doprowadzały mnie do szaleństwa. Louis bezlitośnie przeciągał moment, w którym miałam go w sobie poczuć, a ja nie byłam pewna, czy nie traktował tego jako formy kary za kłamstwo. 
      - Louis - jęknęłam błagalnym tonem, gdy wziął między zęby płatek mojego ucha. 
      - Powiedz, że mnie kochasz - szepnął z determinacją, pieszcząc mnie niemiłosiernie palcem. Przygryzłam wargę i zdusiłam jęk, nim mogłam odpowiedzieć. 
      - Kocham. Najmocniej na… ach! - dłoń zniknęła, ustępując miejsca jego twardości, którą wbił się we mnie powoli i głęboko. - Kurwa - zaklęłam, wciskając głowę w poduszkę. Czułam jak Louis znaczył moją szyję siniakami, ssąc rozkosznie delikatną skórę. 
      Nie wiedziałam na czym miałam się skupić. Ilość doznań, które wybuchały płomieniami rozkoszy oślepiała mnie bezlitośnie. Nie byłam pewna, ale prawdopodobnie nawet sąsiedzi z dołu słyszeli moje krzyki i jęki, gdy Louis przyspieszył ruchy swoich bioder, wbijając się przy tym w moją szyję zębami. 


      Drugi tydzień nieobecności Caluma zdawał się być jeszcze łatwiejszy. Louis nie mógł oderwać ode mnie dłoni każdego wieczora, a ja niekoniecznie na to narzekałam. Nasza relacja coraz bardziej przypominała tę z początków znajomości. Wtedy, gdy wreszcie pozwoliłam mu się zaciągnąć do łóżka, a on nie mógł się mną nacieszyć. Nie wiedziałam czy było to możliwe, ale miałam wrażenie, że powoli wracaliśmy do przeszłości. Powoli odnawialiśmy nasze, nadszarpnięte przez ostatnie wydarzenia, uczucie. 
      - Tęskniłem za tobą - szepnął w trzecim tygodniu po ucieczce Caluma, gdy leżeliśmy spoceni obok siebie w naszym łóżku. Otoczył mnie ramieniem, głaszcząc bok moich żeber opuszkami palców. Spojrzałam w jego błękitne oczy, którym dawno już nie przyglądałam się dokładniej i podciągnęłam się nieco, by pocałować Louis’ego w nos. 
      - Bałem się, że cię straciłem - dodał, przyciągając mnie mocniej do siebie. Zamknęłam na chwilę oczy i pokręciłam głową. 
      - Nigdy… - mruknęłam, ujmując dłonią jego szczękę. Uśmiechnął się smutno. 
      - Obiecujesz? - ledwie szept musnął moje ucho. Zacisnęłam wargi
      - Tylko jeśli ty obiecasz, że nigdy mnie nie opuścisz - odparłam
      - Nigdy - rzekł, chwytając moje usta w powolnym czułym pocałunku. Nigdy nie byłam bardziej pewna słowa “Nigdy”, jak w tamtym momencie. 

      Na początku czwartego tygodnia mój świat obrócił się do góry nogami. 
      - O kurwa… - wbiłam wzrok w dwie mocne czerwone kreski na panelu plastikowego białego kijka. - O kurwa, kurwa, kurwa!
      W szoku wyrzuciłam pozytywny test ciążowy do kosza i zakryłam usta dłonią, opadając bezsilnie na brzeg wanny. Dopiero po kilku minutach zdałam sobie sprawę z szerokiego uśmiechu, jaki dostrzegłam na swojej twarzy w lustrze. 


Milena

      Nie było łatwo. Nikt nie obiecywał, że będzie. Choć nie miałam widocznej krwi na rękach wciąż myłam je nienaturalnie długo pod gorącym strumieniem wody. Nie płakałam, ale raz po raz słona łza zmieszała się z mydłem, niknąc w białej pianie. Nikt nie mógł wiedzieć. 

      - Wszystkie ślady zniknęły. Zupełnie jakby zrobił to ktoś z naszych - zacisnęłam zęby, gdy usłyszałam komentarz Nialla. Siedziałam na kolanach Harry’ego w wygodnym fotelu w salonie Tomlinsonów. Harry wzmocnił uścisk na mojej dłoni i uśmiechnął się do mnie pocieszająco. Niall miał rację. To był ktoś z naszych. To byłam ja, to był Harry. Spędziliśmy cały dzień na pozbywaniu się jakichkolwiek śladów naszej obecności w mieszkaniu Ashtona. 
      - Po prostu cieszmy się, że ktoś sprzątnął tego psychopatę. - mruknął Styles, zerkając na mnie z troską. 
      - No tak, ale uważam, że to dziwne. Ashton zostaje zabity, Calum nagle znika, nie pozostawiając nam żadnej wiadomości, po Michaelu słuch zaginął… - Niall zaczął tworzyć palcem małe okręgi na stopie Phoebe, którą trzymał na swoich kolanach. 
      - Nie taki był nasz cel? Pozbyć się całej ich grupy? Wreszcie możemy rozwinąć skrzydła, mamy pełne pole do popisu. - naciskał Harry. Louis pokręcił głową i spuścił wzrok, patrząc na leżącą na jego klatce piersiowej Kornelię. 
      - Nie wiem czy zauważyłeś, ale naszym skrzydłom brakuje kilku piór - rzucił pod nosem, a Sylvia poruszyła się niespokojnie na fotelu obok nas. Mięśnie szczęki Harry’ego uwydatniły się się wyraźnie, gdy zamilkł, nie będąc w stanie odpowiedzieć na tę uwagę. 
      - Tak, potknęliśmy się kilka razy, ale nikt nie dotarł na szczyt bez szkód. - Niall, ku uldze mojego chłopaka, przerwał przeciągającą się ciszę. Westchnęłam głośno i przeciągnęłam się dramatycznie, udając zmęczenie. 
      - Wybaczcie, ale chyba zmyję się do domu. Jestem wykończona po pracy - skłamałam, na co Harry kiwnął głową i oboje wstaliśmy na równe nogi. 
      Pożegnaliśmy się w pośpiechu ze wszystkimi. Poczułam w żołądku stado igieł, gdy zauważyłam jak Kornelia unika mojego wzroku. Nasza przyjaźń mocno ucierpiała w ostatnich tygodniach, ale wciąż nie miałam ochoty dzielić się z nią swoimi niedawnymi przeżyciami. Widziałam, że ona również coś ukrywała, o czym przekonało mnie jej uparte milczenie podczas całego tego spotkania. Zastanawiałam się, czy moja przyjaciółka wiedziała, gdzie podziewał się Calum. Byłam w osiemdziesięciu procentach przekonana, że tak. 

      Stanęłam w holu willi i schowałam twarz w dłoniach, nabierając głośno powietrza. 
      - Wszystko w porządku? - od czasu, gdy Harry dowiedział się o tym, co zrobił mi Ashton, traktował mnie jak najdelikatniejszą rzecz. Nie chciałam, by myślał, że byłam słaba, ale czasem potrzebowałam jego łagodnej strony natury, bo wciąż miałam problem z zaadaptowaniem się do rzeczywistości. Nie zdziwiłam się więc, że padło to pytanie, kiedy tylko weszliśmy do naszego domu i poczułam na swojej talii lekki dotyk jego dłoni. 
      - Tak, wszystko ok - odparłam, odsłaniając twarz i zarzucając mu ramiona na szyi. Wtuliłam się w jego pierś i stałam tak chwilę, pozwalając sobie przyzwyczaić się do bezpiecznej przestrzeni. Minęło tyle dni, tyle czasu, a ja wciąż miałam problemy z pozytywnym odbieraniem jakichkolwiek czułości. Moje postępy były powolne, a Harry cierpliwie znosił moje ataki paniki i niekontrolowane odtrącania jego rąk. To w tamtym czasie przekonałam się jakim był aniołem. Wreszcie wiedziałam, że niepotrzebnie obawiałam się obdarzyć go miłością, gdy rozpoczynaliśmy ten związek. Zrozumiałam, że nie mogłam trafić lepiej. 
      - Kocham cię - nie wiedziałam ile razy wypowiedziałam te słowa w ciągu ostatnich tygodni, ale nigdy wcześniej nie przechodziły one przez moje usta tak łatwo. 
      - Ja ciebie też, dziecino - szepnął w moje włosy, co przyjęłam z westchnieniem. - Będzie dobrze - dodał, niemal niesłyszalnie, jakby chciał upewnić o tym samego siebie. 
      Byłam zła, że doprowadziłam go do stanu, w którym musiał się hamować i martwić o mnie. Nie byłam słaba. Nie byłam beznadziejną damą w opresji, a jednak spotkały mnie rzeczy, których nie mogłam pokonać swoją zimną logiką. Moje ciało się buntowało, podświadomość sugerowała, że nie było ze mną dobrze, ale znajdowałam się na drodze ku poprawie. 
      Noce były najgorsze. Nie potrafiłam przyjąć objęć Harry’ego bez nerwowego napięcia ciała. O seksie nawet nie byłam w stanie myśleć, a gdy zamykałam oczy, widziałam w głowie obraz butelkowych tęczówek, z których znikało życie, gdy kula przebijała czoło Ashtona. Nie żałowałam swojej zemsty. Nie odczuwałam współczucia, ani wyrzutów sumienia. Irwin zasługiwał na śmierć i nie chciałabym, by o jego losie zdecydował ktoś inny, jednak odebranie czyjegoś życia pozostawiało rysę. Bliznę na duszy, która goiła się w zastraszająco wolnym tempie. Może nawet nigdy nie miałam dojść do siebie, a może czekało mnie więcej morderstw, po których zapomnę o tym pierwszym. Może już nigdy nie będę w stanie nacisnąć na spust? 
      Tydzień za tygodniem próbowałam dokonywać małych kroczków, które pomogłyby mi wrócić do siebie. Czy to lekki pocałunek na dobranoc, próba spojrzenia w lustro bez myśli o tym, że moje ciało zdawało się brudne, umycie rąk bez wyobrażenia sobie na nich czerwonych plam. Harry cierpliwie pomagał mi w ponownym zaakceptowaniu siebie, udowadniał mi, że w żadnym wypadku nie byłam winna temu, co zrobił mi Ashton, dzielił się emocjami dotyczącymi jego pierwszych odebranych żyć. Próbował pokazać mi, że nie byłam małym, brudnym potworem, którego obraz miałam w głowie. 
      - Myślałeś kiedyś, że kogoś zabijesz? - zapytałam raz, na co on pokręcił głową. 
      - Pierwszy raz, gdy to zrobiłem działałem w afekcie. To była bezmyślna decyzja. Nie… To nawet nie była decyzja. Po prostu spanikowałem i strzeliłem. Nie mogłem dojść do siebie przez długi czas. 
      - Jak długi? - odsunęłam się instynktownie, gdy on zrobił krok w moją stronę. Szybko się zreflektowałam, mając nadzieję, że tego nie zauważył. Jeśli tak było, nic nie powiedział. Objął mnie w pasie, jakby dla potwierdzenia, że jego dotyk był bezpieczny
      - Do kolejnego mordu - szepnął, pochylając się nade mną. Pocałował mnie w czubek głowy, a ja zacisnęłam powieki. 
      - Ile ich było? - nie mogłam się zdobyć, by podnieść wzrok. 
      - Osobiste? Trzy. Zlecenia natomiast… 
      - Myślisz, że zabijemy jeszcze kogoś? - przerwałam jego wypowiedź. 
      - W najbliższym czasie skończyli nam się wrogowie do wybicia. - zaśmiałam się mimo świadomości niestosowności tego żartu. Nie dbałam o to. Każda forma humoru mogła mi pomóc. Nawet ta mroczna. 

      Trzeci tydzień po śmierci Ashtona i ucieczce Caluma poczułam przełom. Przypływ odwagi nawiedził mnie późnym wieczorem, gdy patrzyłam na miarowo poruszającą się klatkę piersiową Harry’ego, jego zamknięte oczy i spokojną twarz, zatopioną we śnie. Opuszkiem palca zaczęłam znaczyć szlaki na jego ramieniu i szyi, po cichu licząc, że się obudzi. Mała zmarszczka pojawiła się między jego brwiami, ale wciąż tkwił w głębokim śnie. Wtedy palec zastąpiłam ustami. Obsypałam jego skórę lekkimi jak piórko pocałunkami aż nie zamruczał cicho i jego ręka nie znalazła się na moich plecach. Musiał to być nieświadomy ruch, bo po chwili wzdrygnął się gwałtownie i spojrzał na mnie ze zdziwieniem przez mgłę nieodgonionego jeszcze snu. 
      - Dzieci… - nie dałam mu skończyć, połączywszy nasze usta w głębokim pocałunku. Jego ruchy były początkowo sztywne, usta otworzyły się niechętnie, jakby bał się, że zaraz ucieknę, wyszarpnę się z tego uścisku z okrzykiem przerażenia. Ale ja nie miałam zamiaru tego robić. Nie zamierzałam zmarnować chwili odwagi, która mnie wypełniała. Mogła przecież szybko zniknąć i nie wracać do mnie przez długi czas. 
      Zarzuciłam sobie ramiona Harry’ego na swoją talię, gdy ułożyłam się nad nim, wciąż uparcie go całując. Jego obronne mury opadały stopniowo. Najpierw usta zaczęły odpowiadać na ruchy moich warg, synchronizując się z nimi rozkosznie. Język nieśmiało dotknął mojego. Potem dłonie złożone w pięści rozluźniły się powoli i wdarły pod jego koszulkę, którą miałam na sobie. Wreszcie przytrzymał mnie silnymi ramionami w pasie i obrócił nas tak, by moja głowa spoczęła na poduszkach, podczas gdy on przyciskał mnie do materaca, górując nade mną tak, jak tego chciałam. 
      Westchnęłam, gdy poczułam jego zęby na swojej szyi, dotyk tak znajomy i tak inny od tego, który pamiętałam z okropnej nocy kilka tygodni temu. Tego potrzebowałam. Przypomnienia, że bliskość Harry’ego była bezpieczna, znajoma i zupełnie przeciwna brutalnemu dotykowi Ashtona. Wplotłam palce w długie loki, odchylając głowę, by dać Harry’emu większy dostęp do swojej szyi. Przyjął to z zadowolonym pomrukiem, ściskając delikatnie w dłoni mój bok. Niecierpliwie uniosłam sugestywnie biodra, ale Harry zdawał się nie odczytywać odpowiednio moich ruchów. Choć całował mnie zachłannie, jego dłoń balansowała na krawędzi koszulki, jakby zastanawiał się czy ją ze mnie ściągnąć. Ciało, choć blisko mojego, nie przyciskało mnie do materaca, jak kiedyś. 
      Wziąwszy swoją dolną wargę między zęby, próbowałam powstrzymać rosnącą we mnie irytację. To moje reakcje doprowadziły do tego, że Harry bał się przejąć kontrolę w łóżku jak kiedyś. Był przesadnie ostrożny, a ja próbowałam się na niego nie denerwować, świadoma, że miał poważne ku temu powody. Jednak moje podniecenie, chwilowa odwaga i zamglony umysł nie pozwalały myśleć racjonalnie. 
      - Harry - szepnęłam na wydechu, a on mruknął gardłowo w odpowiedzi. Jego usta ssały teraz mój obojczyk, wysyłając dreszcze wzdłuż mojego ciała. - Dotknij mnie - desperacka prośba ledwo przeszła mi przez gardło. Byłam zażenowana i przestraszona. Zdawało mi się, że nasze ciała były tykającą bombą, czekającą na niewłaściwy ruch, któregoś z nich. 
      Harry oderwał się ode mnie i spojrzał mi w oczy, wahanie tak wyraźnie wypisane na jego twarzy, że byłam w stanie dostrzec je bez problemu nawet w skąpanym w mroku pokoju. 
      - Milena, nie wiem… Nie jestem pewien, czy… 
      - Proszę. Chcę… Potrzebuję cię - mogłam się zbesztać za żałosne błagania jutrzejszego dnia. W tym momencie całe moje ciało żądało bliskości. Harry patrzył na mnie przez chwilę w milczeniu, a potem pochylił się i pocałował mnie długo i rozkosznie, choć zbyt delikatnie. Pociągnęłam go lekko za włosy, gdy długie palce wreszcie uniosły krawędź mojej koszulki. To było przyjemne, ale zupełnie obce. Harry postawił sobie granice, których ja nie chciałam. To był ten dzień. Dzień przełomu. Potrzebowałam dawnego Harry’ego. Harry’ego, który w łóżku był panem, który brał mnie na szalone przejażdżki rollercoasterem doznań. 
      - Nie - zaprotestowałam, wyplątując jedną rękę z jego włosów i chwytając jego, zbyt delikatną dłoń. Harry musiał źle to odczytać, bo odsunął się ode mnie pospiesznie. Powstrzymałam go przed ostateczną ucieczką, mocnym uściskiem. 
      - Nie - powtórzyłam szeptem - Zrób to, jak kiedyś. - Harry przełknął ciężko. Widziałam walkę, która odgrywała się w jego głowie. Podniecenie walczące z troską. 
      - Milena, to nie jest dobry pomysł - wyrzucił wreszcie z siebie, wyrzuty sumienia wyraźnie słyszalne w jego głosie. Zacisnęłam zęby i popchnęłam go na poduszki, siadając okrakiem na jego biodrach. Poczułam pod sobą jego podniecenie, które tak bardzo starał się kontrolować. 
      - Potrafię dostrzec różnicę między twoim dotykiem a… - zamilkłam na chwilę - Znam cię, znam twój dotyk. Tęsknię za nim - poruszyłam biodrami w przód i tył, na co Harry syknął cicho, a jego dłonie nieświadomie spoczęły na mojej talii. 
      - Chcę, żebyś był sobą. - pochyliłam się nad nim i znów pociągnęłam go za włosy. Warknął cicho i bez ostrzeżenia chwycił mnie w pasie i drugi raz tej nocy położył na plecach. Nie… Rzucił mnie na materac, ku mojemu zadowoleniu. Koszulka w mgnieniu oka znalazła się na podłodze, podobnie jak moja koronkowa bielizna i bokserki Harry’ego. 
      Moje wargi spuchły lekko od mocnych pocałunków i zębów, dyszałam głośno, gdy Harry zniżył się nieco, by wziąć w swoje usta moją pierś, wolną ręką masując powoli wewnętrzną część mojego uda. Zepchnęłam w tył świadomości znajomą reakcję strachu i usilne porównanie tych pieszczot do brutalnego dotyku Ashtona. 
      - Błagam - jęknęłam, oplatając nogi wokół bioder Harry’ego i przyciągając go do siebie. 
      - Dziecino… - szepnął mi do ucha i wziął jego płatek między zęby. Zadrżałam. 
      - Błagam… - powtórzyłam słabiej, ledwie odnajdując to słowo w mgle podniecenia. Harry posłusznie odpowiedział na moje prośby, a ja szczęśliwa zrozumiałam, że wrażenie było tak samo pozytywne i przejmujące jak przed moją koszmarną nocą. Może nie miałam być tak odważna co noc. Może czekało mnie jeszcze kilka ataków paniki, ale to był dobry start. 

      - Milena, błagam. Wiem, że nie jest ostatnio dobrze między nami, ale błagam. Musimy się zobaczyć - zmarszczyłam brwi, słysząc zdesperowany głos Kornelii w słuchawce. 
      - Wszystko dobrze? Coś się stało? Lou? - zaczęłam wypytywać, ale przyjaciółka szybko mnie uciszyła. 
      - Nie. Wszystko jest ok. Po prostu… Proszę spotkajmy się - w szoku poleciłam jej, by wpadła do willi, co zrobiła już po godzinie od rozmowy telefonicznej. 
      Wpadła do jadalni jak różowa burza, siadając przy długim stole i stukając w niego palcami, na których paznokciach tkwiły resztki czarnego lakieru. Chwyciłam dwie filiżanki z kawą i postawiłam jedną z nich przed nią. Podziękowała kiwnięciem głową i wbiła wzrok w ścianę. Milczała przez czas, w którym zdążyłam usiąść obok niej i upić połowę zawartości naczynia. Wreszcie straciłam cierpliwość i westchnęłam głęboko. 
      - Przyszłaś tutaj podziwiać tapetę Harry’ego? Bo jeśli tak, to…
      - Jestem w ciąży - zachłysnęłam się kawą i zakasłałam kilka razy, by przeczyścić gardło. Kornelia nie zwróciła na to w ogóle uwagi, dalej patrząc w nieokreślony punkt w ścianie. Musiałam się przesłyszeć albo Kornelia robiła sobie żarty. Nie było szansy, by to, co powiedziała było prawdziwe. 
      - Ha, ha, wybacz, ale prima aprilis było kilka dni temu - powiedziałam, wycierając usta. Kornelia pokręciła głową i schowała twarz w dłoniach. 
      - Nie rozmawiałyśmy tak długo… - szepnęła, a jej słowa zostały lekko zniekształcone. - Planowaliśmy to. Rozumiesz? Dałam się namówić na bachora, a teraz on siedzi tam na dole. W moim brzuchu. Mały zarodek, który ma być za dziewięć miesięcy człowiekiem. - mówiła, a ja mogłam tylko na nią patrzeć z coraz szerzej  otwartymi oczami. Kornelia i dziecko? PLANOWANE? To się nie trzymało kupy. Kornelia BYŁA dzieckiem! Dzieckiem, które nienawidziło niemowlaków. 
      - I co? Chcesz usunąć? Dlatego chciałaś pogadać? - zapytałam, bo tylko takie wyjaśnienie przychodziło mi do głowy. Ona ze śmiechem pokręciła głową i położyła dłonie na blacie przed sobą. 
      - Nie. Chcę tego - rzekła
      - Co?
      - Chcę tego dzieciaka. Cholera, byś widziała twarz Lou. Jak się rozpromienił, gdy w ogóle zgodziłam się na taką ewentualność. Chcę mu zrobić niespodziankę. Nie powiem mu jeszcze teraz, ale musiałam to z siebie wyrzucić. No i… To zawsze dobry pretekst, by się do ciebie odezwać - mruknęła, mieszając nerwowo łyżeczką w swojej kawie. 
      - I to jaki?! Chcesz tego dziecka?! Przecież ty nienawidzisz dzieciaków! - mój głos podniósł się o kilka tonów. Kornelia zaśmiała się bez wesołości, patrząc na wirujący napój. 
      - Jesteś już drugą osobą, która coś takiego mówi - wzruszyła ramionami i pogłaskała nagle swój brzuch w geście, który tak do niej nie pasował. Zmrużyłam oczy.
      - Kto był pierwszą? - uniesione brwi i litościwe spojrzenie odpowiedziały mi na to pytanie - Calum… - mruknęłam, a ona ledwo zauważalnie kiwnęła głową. - Powiedziałaś mu wcześniej ode mnie? - zagryzłam wnętrze policzka, czując budującą się we mnie zazdrość. Czy nasza przyjaźń została tak bardzo zaniedbana?
      - Nie… Sam się domyślił. W zeszłym miesiącu przyłapał mnie na kupowaniu testu… Wtedy jeszcze nie byłam w ciąży, ale… 
      - Zaraz…- przerwałam jej nagle - W zeszłym miesiącu Calum zniknął. Wiesz gdzie jest? - Kornelia pokręciła głową i pociągnęła nosem. 
      - Nie. Ale wiem dlaczego uciekł. To - wskazała na swój brzuch - I Irwin - dodała, a łzy stanęły w jej oczach. Nagle wybuchnęła płaczem, ponownie chowając się za swoimi dłońmi. Napięłam się cała, niepewna jak powinnam zareagować. 
      - Milena, zdradziłam Louis’ego - wydukała, a po moich plecach przeszedł zimny dreszcz. Spojrzałam na jej brzuch, tak samo płaski jak zawsze, jakbym spodziewała się, że nagle urośnie do rozmiarów piłki do kosza. 
      - Z Calumem? Ale to chyba nie jest jego… - zaczęłam, a ona pospiesznie pokręciła głową. 
      - Nie, o boże, nie. Nie uprawialiśmy seksu, po prostu go pocałowałam. 
      - Nic nowego… - mruknęłam. 
      - Powiedziałam mu, że go kocham… - łzy lały się strumieniami po jej policzkach. 
      - Ok, to jest nowe - powiedziałam powoli, choć nie byłam zdziwiona wyznaniem Kornelii. Jej uczucie do Caluma było zbyt oczywiste. 
      - Louis wie… Po części. I mi wybaczył i teraz to dziecko, i zniknięcie Caluma. Znaczy. Trochę się cieszę, że go tu nie ma. Nigdy nie było lepiej między mną i Lou, naprawdę. Wreszcie mogę się na nim skupić, ale - podniosłam ręce i powstrzymałam dalszą część słowotoku, jaki mógłby wydostać się z jej ust. 
      - Dobra! Stało się, ale teraz już jesteś pewna! Jesteś z Lou i, cholera, nie wierzę, że to mówię, nosisz jego dziecko - pokręciłam powoli głową i zaśmiałam się cicho. - Skoro Louis wie o twojej sytuacji z Calumem nie rozumiem twojej paniki - dodałam. Kornelia uśmiechnęła się przez łzy. 
      - Po prostu mówienie o tym jest ciężkie. Ale chciałam, żeby nasza przyjaźń była taka jak dawniej, byś wiedziała co ostatnio się u mnie działo…
      - Więc zasypujesz mnie nagle rozbrajającymi wiadomościami? - zażartowałam i obie zachichotałyśmy wesoło. 
      - Kurwa, Kornelia… dziecko… Co ci odjebało? - opadłam plecami na oparcie krzesła, uśmiechając się szeroko do przyjaciółki. 
      - Nie wiem. Chyba miłość… Może się starzeję. Już nie mogę się doczekać aż powiem Louis’emu. Ale chcę, żeby to było wyjątkowe. Muszę jakoś to zaplanować…
      - Co zaplanować? - do jadalni weszli nagle Harry i Louis, a my zamilkłyśmy nagle. Kornelia poczerwieniała na twarzy i wstała z krzesła podchodząc do swojego chłopaka i cmokając go w policzek. 
      - Setlistę na ważną kolację, którą organizujemy w Irresistible - odparła, na poczekaniu wymyślając kłamstwo. Louis zmrużył podejrzliwie oczy, ale odpuścił, widząc jej szeroki uśmiech. 

      Postanowiliśmy spędzić czas we czwórkę. Coś, czego dawno nie robiliśmy. Harry przyrządził drinki i wszyscy usiedliśmy wokół stołu w jadalni, gawędząc beztrosko. Kornelia i ja czasem posyłałyśmy sobie porozumiewawcze spojrzenia, których chłopacy nie byli w stanie zauważyć. Widziałam, jak moja przyjaciółka promieniała szczęściem. Wpatrywała się w Louis’ego jak w obrazek, śmiała się głośno z jego żartów i mogłam przysiąc, że zobaczyłam w niej zakochaną dziewczynę sprzed roku. Dziecko… Miałam zostać ciocią. To była ostatnia rzecz, jakiej się po niej spodziewałam, a mimo to widziałam, jak ta świadomość ją rozpierała. Kornelia chciała mieć dziecko. Świat się kończył.
      Zaśmiałam się do swoich myśli w momencie, w którym z dołu dobiegł nas głos Nialla. 
      - Styles! - brzmiał nerwowo, co postawiło nas wszystkich w stan gotowości. 
      - W jadalni! - odkrzyknął Harry, gdy nasza rozmowa ucichła. Dźwięk kroków na schodach, pospieszne ich tempo w korytarzu i Niall znalazł się w progu, dysząc ciężko, jakby biegł do willi. Przebiegł wzrokiem po naszych twarzach, aż zatrzymał się na Kornelii. W jego oczach błysnęła furia, a w dłoni nagle pojawiła się broń. 
      - Ty mała, różowowłosa suko - warknął, wymierzając lufę prosto w czoło mojej przyjaciółki. Reakcja była natychmiastowa. Wszyscy wstali gwałtownie, Louis zakrył swoim ciałem Kornelię, ja krzyknęłam coś w szoku, a Harry uniósł uspokajająco ręce. 
      - Pojebało cię?! - ryknął Tomlinson, nie pozwalając przerażonej Kornelii wychylić nawet włoska zza jego pleców. 
      - Horan, co do cholery?! - Harry podszedł kilka kroków do Nialla, ostrożnie unikając linii ewentualnego ognia. 
      - Ta pierdolona zdrajczyni ma tupet z wami tutaj siedzieć i popijać drineczki - krople potu ozdobiły czoło blondyna. 
      - Niall, ja nic nie…
      - Och, zamknij mordę! Możesz łgać ile chcesz, mnie nie zwiedziesz. Widziałem nagrania! - Niall przerwał tłumaczenia Kornelii. Byłam w szoku. Nigdy nie widziałam go tak wściekłego. Moje serce biło szaleńczo, gdy widziałam broń wycelowaną tam gdzie powinna znajdować się głowa mojej przyjaciółki, chroniona teraz przez pierś Louis’ego. 
      - Nagrania? Kurwa, Niall o czym ty mówisz! - krzyknął Harry. Niall wreszcie na niego spojrzał i napiął szczękę. 
      - Mała suka romansowała z Calumem, razem planowali nas wydać. 
      - Co?! To nieprawda! Nic takiego nie zrobiłam! - głos Kornelii załamał się od płaczu. Niall wydał z siebie maniakalny śmiech
      - Wszystko jest na taśmach, dziwko! Widziałem je przed chwilą. Sylvia się do nich dokopała! Louis, odsuń się, wiesz co robimy ze zdrajcami. Ta mała suka jest już martwa
      - NIE! - ryk Louis’ego zatrzymał na moment mój oddech - Schowaj tę jebaną pukawkę! Nie zabijesz mojej dziewczyny! - jego oczy zalały się czernią. Nawet ze swojego miejsca widziałam jak drżał na całym ciele.
      - Świetnie, więc ty to zrób. - mimo tych słów, drżąca ręka Nialla wciąż była wyciągnięta. 
      - Bredzisz, naćpałeś się?! - Louis zrobił krok w przód. 
      - Nie. Po prostu postępuje według kodu. 
      - Póki co nikt nie rozumie co masz na myśli. - powiedział spokojnie Harry. 
      - Mam na myśli to, że Kornelia wydała nas MI5 - warknął Niall, na co w jadalni nastała cisza, przerywana tylko cichym szlochem mojej przyjaciółki. MI5? To nie była zwykła policja, nad którą Harry miał kontrolę. Zimny pot zalał moje plecy. 
      Louis przełknął ciężko i spojrzał za siebie przez ramię. Zanim zdążył coś powiedzieć, Kornelia wydusiła z siebie:
      - Kłamstwa! Ktoś cię wrobił, Niall!
      - Tak! Ty. Wrobiłaś nas wszystkich. Tommo najbardziej! Musiało być ciężko udawać, że go kochasz, co? - Kornelia zaczęła kręcić gwałtownie głową, obejmując się ramionami. Zacisnęłam szczękę, patrząc na jej skuloną postawę. Kornelia nie była tak dobrą aktorką. Słowa Nialla musiały być kłamstwem. Ktoś musiał wrobić Caluma i ją. 
      - Michael… Michael na pewno wszystko zaaranżował - wtrąciłam, podchodząc o krok do Nialla. Louis kiwnął głową, wciąż nie odsuwając się od swojej dziewczyny. Niall opuścił wreszcie broń i potarł nerwowo czoło, wzdychając ciężko. 
      - Nie tym razem, Milena. Widziałem to wszystko na własne oczy. Twoja przyjaciółeczka miała czelność bzykać się z Hoodem za plecami Lou, miała czelność spiskować przeciwko nam i teraz jej się to udało. MI5 jest na naszych dupach. Musimy uciekać - wyjaśnił zrezygnowanym tonem. 
      - Kłamstwa. Kłamstwa, wszystko kłamstwa! - Kornelia odsunęła Louis’ego od siebie i ruszyła szybkim krokiem w stronę Nialla. Chwyciła w pięści jego koszulę, choć ledwo sięgała mu do ramion. - Bzdury! Może to ty wydałeś nas MI5, co?! Może to ty jesteś wielkim zdrajcą! - łzy płynęły po jej policzkach, gdy szarpała za materiał, ale Niall zaśmiał się tylko zrezygnowany. Spojrzał ponad jej głową na Louis’ego i zwilżył wargi. 
      - Wystarczy, że pojedziesz do Sylvii, stary. Wszystko stanie się jasne - powiedział o wiele bardziej spokojnym tonem niż wcześniej. 
      W jadalni nastała nagle cisza. Kornelia puściła koszulę Nialla i opadła na kolana, popłakując cicho, Louis patrzył na nią z bólem wypisanym na twarzy, a Harry i ja obserwowaliśmy jego reakcje. 
      - Nie wierzę ci, Niall - mruknął wreszcie, podchodząc do Kornelii i oplatając ją ramionami - Chodź - szepnął, ujmując jej twarz w dłonie. Gdy się nie ruszyła, chwycił ją w pasie i pod nogami, i uniósł w górę, jakby nic nie ważyła. 
      - Louis, ty i Harry musicie to zobaczyć, musicie jechać ze mną do Sylvii… To, co…
      - POJADĘ DO JEBANEJ SYLVII! - ryknął Louis, a Kornelia skuliła się w jego ramionach, chowając twarz w kołnierzu jego koszuli. - A teraz spierdalaj! Zanim stracę nad sobą panowanie! - po jego tonie wniosłam, że Louis nie był od tego daleki. Niall przełknął ciężko i kiwnął głową, wycofując się z jadalni. 
      - Ja też jadę - postanowiłam, na co Harry rzucił mi ostre spojrzenie. Zignorowałam je - Nie pozwolę, by rzucano tak straszne oskarżenia w stronę mojej przyjaciółki. Muszę przekonać się, że to wszystko jest ściemą. - wyjaśniłam. Louis przytaknął mi powoli i szepnął coś do Kornelii na co ona zaprotestowała głośno.
      - Nie! Jadę z wami! Muszę wiedzieć co się dzieję! - powiedziała, wyrywając się z objęć swojego chłopaka. Nie pozwolił jej na to, trzymając ją z łatwością w ramionach. 
      - Miałaś dość stresów na dzisiaj. Wiemy, że to ściema. Po prostu musimy to udowodnić. Położysz się, zamkniesz drzwi na klucz i poczekasz na mój powrót. Kocie… - spojrzał Kornelii głęboko w oczy - Wierzę ci i nieważne co pamiętaj, że cię kocham. - szepnął, zanim złożył na jej ustach delikatny pocałunek. 

      - A ja ciebie - odparła, trzymając jego twarz w dłoniach. 



#TTDff

piątek, 8 maja 2015

66. Odrobina szaleństwa

Potrzebny Edit: Uwaga! Rozdział może być nieodpowiedni dla wrażliwych osób!
Eee... no to.. Miłego (...?) czytania! :D
Kochamy!

A. <3 & M. xx

Odrobina szaleńtwa


Kornelia

       Zostałam wepchnięta do pokoju hotelowego z taką siłą, że zatrzymałam się dopiero na dwuosobowym łóżku, w które uderzyłam kolanami. Łzy nieprzerwanie znaczyły szlaki na moich policzkach, skutecznie pozbawiając ich lekkiego makijażu. Głośny trzask zamykanych drzwi sprawił, że zgarbiłam się ze szlochem. 
       - “Nie, Louis, nie”, “nie zabijaj Caluma”, “nie zabijaj MOJEGO UKOCHANEGO”! - gardło Louis’ego miało na następny dzień boleśnie poczuć konsekwencje jego wrzasków. Zacisnęłam dłoń na swoim ramieniu, spuszczając głowę, bo bałam się spojrzeć w, opanowane furią, oczy. 
       - To nie tak… - szepnęłam i skuliłam się, gdy nocna lampka roztrzaskała się na ścianie, zasypując podłogę ostrymi odłamkami. Louis oddychał szybko i rozglądał się po pokoju, jakby szukał kolejnej rzeczy, na której mógłby się wyżyć. 
       - Nie chodziło o Cal…
       - Nie pierdol, Kornelia! Nie wciskaj mi kłamstw, nie jestem głupi! - krzyczał głośno, powodując, że czułam się jeszcze mniejsza niż byłam. Płakałam cichutko, próbując zdobyć się na odwagę i przebić głosem Louis’ego, ale zdawało się to nie możliwe. Byłam pewna, że Phoebe i Niall słyszeli nas doskonale (a raczej Louis’ego), mimo że ich sypialnia znajdywała się trzy pokoje dalej. 
       - A teraz twój zdradziecki kochanek porwał Hazzę i Milenę. Kto wie co będą im robić, czy ich nie zabiją! TWOJĄ PRZYJACIÓŁKĘ, KORNELIA. - objęłam się ramionami, choć w pokoju było ciepło, zbyt ciepło. 
       - Wiem… - moje usta uformowały to słowo, lecz z gardła nie wydobył się żaden dźwięk
       - Co? - ostry ton Louis’ego wycinał długie szramy w moim sercu. Nie patrzyłam na niego, bo nie mogłam sobie wybaczyć tchórzostwa, jakim popisałam się kilkadziesiąt minut temu.
       - Wiem. - powtórzyłam nieco głośniej i przeczyściłam gardło. Louis zaklął, a w pokoju ponownie rozległ się huk tłuczonego szkła. Podniosłam nieznacznie wzrok, by zobaczyć co tym razem padło ofiarą wściekłości mojego chłopaka. Na szczęście były to tylko puste lampki i butelka po szampanie, jakim raczyliśmy się poprzedniego dnia.
       Nagle Louis podszedł do mnie szybkim krokiem, a ja pisnęłam mimowolnie i cofnęłam się gwałtownie, ponownie uderzając nogami w ramę łóżka. 
       - Gdybym wiedział, że przez ciebie wszystko pójdzie się jebać… - pochylił się groźnie nade mną i wyszeptał te słowa do ucha. 
       - Przepraszam… Ale nie uważam, żeby to była moja wina - zrobiłam to. Postawiłam mu się. Wiedziałam, że byliśmy w beznadziejnej sytuacji, że musieliśmy jak najszybciej ratować Milenę i Harry’ego, przewieźć ciało Zayna do Anglii, ale nie mogłam pozwolić, by Louis tak bezkarnie się na mnie wyżywał. 
       - Co? - był zdziwiony. Nie spodziewał się odważnej odpowiedzi. Wyprostował się, oddając mi nieco przestrzeni osobistej i patrzył na mnie z góry nienawistnym spojrzeniem, od którego miałam ochotę skoczyć z okna. Tak wiele rzeczy rozumiał opacznie. Tak wiele domysłów, którymi zaprzątał sobie głowę było nieprawdziwych. 
       Wzięłam kilka głębszych oddechów i spojrzałam na niego przez łzy
       - To nie moja wina, że akcja nie wypaliła. - powiedziałam zachrypniętym głosem
       - Gdybyś mnie nie powstrzymała…
       - Michael zabiłby Milenę. 
       - GÓWNO PRAWDA! Chodziło ci tylko o tego skurwiela! - zaciskał pięści, które drżały przeraźliwie. Nie dałam się strachowi. Musiałam przywrócić Louis’emu zdrowy rozsądek
       - Gdybyś zabił Caluma Michael nie miałby już nic do stracenia. Wiedziałby, że tak czy tak umrze…
       - Cudownie to sobie usprawiedliwiasz. Pięknie - Louis zaśmiał się w najbardziej przerażający sposób, po czym chwycił mnie za ramię i ponownie się pochylił, zatrzymując milimetry od mojej twarzy.
       - Powiedz mi, “KOCIE”… Gdybym go zabił dalej byś ze mną była? - szaleństwo w jego oczach napawało mnie strachem. Opanowany furią i żalem zupełnie stracił kontrolę - A może dołączyłabyś do Michaela i wpakowała mi kulkę w plecy, gdy nikt by nie patrzył…
       - Co? Louis, posłuchaj siebie. - próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale był zbyt silny.
       - A może oni tak łatwo poradzili sobie z sytuacją, bo za bardzo spoufalałaś się z Calumkiem, hm? Kto wie jak blisko jesteście… - jego źrenice były tak rozszerzone, że niemal zasłaniały cały błękit tęczówek, który tak uwielbiałam. 
       - Proszę cię - błagałam, ponownie zalewając się łzami. Był niewzruszony
       - Powiedz. Ile razy w tobie był, hm?
       - Co…
       - Ile razy wciągał cię do łóżka i pieprzył, jak najłatwiejszą dziw… - zamilkł, gdy, z głośnym plaskiem uderzyłam go płaską dłonią w policzek. Zapiekło, ale to zignorowałam, strzepując tylko rękę. Skóra na twarzy Louis’ego zaczęła coraz bardziej się rumienić, a rozmiar zaczerwienienia odpowiadał mojej dłoni. Zamrugał szybko, patrząc na mnie w szoku, ale jego widok zasłoniła mi kolejna porcja łez. Moje ramię zostało uwolnione, lecz mimo to nie odsunęłam się. Staliśmy tak przez chwilę wpatrując się w siebie i oddychając ciężko, aż nie przerwało nam pukanie do drzwi.
       - Wszystko w porządku? Sąsiedzi słyszeli krzyki! - przytłumiony głos z mocnym szwedzkim akcentem rozwiał otaczającą nas ciszę. Kręcąc głową z zaciśniętymi powiekami, nieco zbyt brutalnie, odepchnęłam Louis’ego od siebie i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, moim oczom ukazała się niska przysadzista kobieta o blond włosach, której twarz wyrażała ogromne zmartwienie.
       - Tak. Znaleźliśmy mysz i trochę przesadziliśmy z reakcją - skłamałam, a pokojówka nawet nie udawała, że mi uwierzyła. Skanowała z uwagą moją zapłakaną twarz, po czym zerknęła do wnętrza pokoju zatrzymując wzrok na rozbitych odłamkach, leżących na ziemi, a następnie Louis’m. 
       - Na pewno? - zapytała, sięgając po moją dłoń. Uśmiechała się dobrodusznie, więc to odwzajemniłam
       - Tak. Nie ma się czym martwić. Przepraszamy, że narobiliśmy hałasu. - zapewniłam i, nim kobieta zdążyła coś jeszcze dodać, zamknęłam drzwi. Nie odwróciłam się od razu do wnętrza pokoju. Spuściłam głowę oparłam rękę o drzwi, drugą ściskając swój brzuch.
       - Przepraszam… - gdybym oddychała nieco głośniej, nie usłyszałabym słów Lou. Ciche, pełne poczucia winy przeprosiny. 
       - Nie spałam z Calumem - powiedziałam, wciąż pozostając w tej samej pozycji. - Sprzeciwiłam się temu, żebyś go zabił ze względu na bezpieczeństwo Mileny. Caluma miało tam nie być. Mówił, że Michael wywalił go z grupy. Calum jest pieprzonym kłamcą i nic nie miałabym przeciwko jego śmierci. - wyjaśniłam i zamilkłam, czekając na reakcję Louis’ego. Ze zdziwieniem przywitałam ciszę. Spojrzałam przez ramię i zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam, że stał wciąż w tym samym miejscu, w którym przed chwilą wymierzyłam mu policzek. Odwróciłam się przodem do niego, prostując plecy. 
       - Może dla ciebie życie Mileny niewiele znaczy, ale dla mnie jest ona równie ważna jak ty. Może pokonalibyśmy Michaela, może wreszcie byłby spokój, ale za jaką cenę? Już i tak straciliśmy dwóch ludzi. Cholera, ten gnojek bez wahania zabił Zayna. Wbił w jego serce nóż, jakby był zwykłą kukłą. - ścisnęło mnie w gardle, ale zdołałam kontynuować swój monolog - Nazywaj mnie jak chcesz. Dziwka, suka, kurwa, co ci się żywnie podoba. Ale jestem pewna, że skoro Michael nie zabił Mileny teraz to nie zrobi tego później. Poza tym dał nam czas na przemyślenie sytuacji, na odbicie tej dwójki. Gdybyś zabił Caluma Milena już by nie żyła. Kto wie, może Harry też leżałby martwy. Jeśli przez to mam być oskarżana o zdradę, o kłamanie w żywe oczy niech i tak będzie. Zrobiłam jedyną słuszną rzecz. Milena wydała na siebie wyrok, gdy postanowiła działać sama. Ja tylko pomogłam go złagodzić. - oparłam się plecami o drzwi, przecierając dłońmi twarz. Louis odwrócił się wreszcie, ukazując wciąż czerwony policzek. Na powrót przybrał łagodnego wyrazu, a błękit skierowany w moją stronę błyszczał od łez. Louis, jakby nieświadomie, zrobił krok do przodu, potem następny, aż wreszcie znalazł się centymetry ode mnie i wziął mnie w swoje objęcia, przyciskając mocno do siebie. Zaciskając szczękę odwzajemniłam gest, oplatając go ramionami wokół talii. Usłyszałam jak pociąga nosem i zatopiłam twarz w jego czarnej koszulce. Wziąwszy głęboki oddech, przycisnął usta do czubka mojej głowy.
       - Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam… - szeptał, a ja mogłam tylko przytaknąć, płacząc w jego ubranie. 
       Nie mogło pójść gorzej. Chociaż pozbyliśmy się Hemmingsa i porządnie uszkodziliśmy Irwina, nie mogło się to równać skali strat, jakie ponieśliśmy. Zayna nie było już z nami, Harry i Milena zostali porwani, możliwe, że również mieli zostać zabici… Nie mogło pójść gorzej…


Milena

       Nie wiedziałam ile czasu minęło, ile dni, godzin i minut… Dzień za dniem upływały tak samo. Zamknięta w jednym pokoju z marnym jedzeniem i ewentualnym wyjściem do toalety, związywana pod wieczór przez nieznanego mi chłopaka byłam prowadzona do najgorszego pomieszczenia, w jakim było dane mi przebywać. 
       Było piękne. Białe ściany, futurystyczne meble, wielki plazmowy telewizor, wiszący za mną i  metalowe krzesło, stojące naprzeciw mojego. A na krześle Harry. Jego, związane z tyłu nadgarstki krwawiły od zbyt ciasnego splotu, z ust sączyła się krew, nawet jego oczy zdawały się ronić krwawe łzy, choć wiedziałam, że to konsekwencja pękniętych łuków brwiowych. Fiolet wokół oczu zdawał się nie goić. Nic dziwnego, nie miał kiedy. Wzdłuż mostka jego nosa raziła ciemna, niemal czarna, szrama. To od uderzenia, które złamało kość. Zapadnięte policzki nadawały mu trupiego wyglądu. Wciąż miał na sobie te same rzeczy, które założył w tamtym okropnym dniu. Brudne od krwi i piachu piwnicy, w której kazali mu spać, nawet z tej odległości trąciły ohydnym zapachem. Rozciętą koszula ukazywała wystające żebra. Choć nie mogły minąć więcej niż dwa tygodnie, Harry wydawał się chudy. Za chudy. Jakby zupełnie odstawili mu jedzenie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam traktowana jak królowa. 
       Tego dnia nie spojrzał na mnie, gdy zostałam przywiązana do takiego samego krzesła co on. Zwiesił głowę, a jego zbyt długie włosy zasłoniły poobijaną twarz. Oddychał, ale płytko, cicho, jakby jego płuca również się poddały. Nie odezwałam się. Wiedziałam, że każdy mój protest to kolejna rana na jego ciele. Siedziałam więc i patrzyłam, jak młody chłopak, który mnie tutaj przyprowadził, wylewa na niego wiadro lodowatej wody. Harry nawet nie drgnął.
       ***

       - Ty skurwielu, puszczaj mnie! - krzyczałam do Clifforda, gdy wepchnął mnie do jasnej sypialni. Rzuciłam się na niego, lecz nadal osłabiona po postrzale, nie byłam w stanie nawet go ruszyć.
       - Cicho bądź, panienko i daj się zająć Kaiowi - Michael wskazał ręką na stojącego za nim, niezwykle wysokiego bruneta w okrągłych okularach. Miał na sobie czarny garnitur, a w ręce trzymał apteczkę. 
       - Mam w dupie twojego lokaja, wypuść mnie stąd! Gdzie jest Harry?! - wrzeszczałam, szarpiąc się w jego ramionach. Nawet nie wiedziałam kiedy, przełożył mnie przez swoje ramię tak, jak zrobił to w budynku, z którego właśnie wróciliśmy, i położył delikatnie na łóżku.
       - Chcemy cię żywą i zdrową - powiedział łagodnie, na co kopnęłam go w kolano. Szkoda, celowałam wyżej. Michael syknął cicho i pokręcił głową z dezaprobatą, po czym odwrócił się do Kaia. 
       - Opatrz ją - rzucił tylko i zatrzasnął za sobą drzwi. 
       Walczyłam. Choć wiedziałam, że moja rana powinna zostać zdezynfekowana i opatrzona, walczyłam. Niestety osłabiona, wreszcie dałam za wygraną, pozwalając sobie zmienić bandaż. 
       Dzień pierwszy minął spokojnie. Krążyłam po ładnie wystrojonym pokoju, szukając z niego wyjścia, myśląc gdzie mógł znajdować się Harry. Drugi dzień był podobny, z tym że do pokoju wkroczyła wysoka rudowłosa dziewczyna, która rzuciła we mnie rzeczami na przebranie.
       - Gdzie jest Harry? - zapytałam, ciągnąc ją za ramię. Spojrzała na mnie z góry i wyszarpnęła się brutalnie z mojego uścisku.
       - Tam, gdzie powinien. Zachowuj się - warknęła i wyszła, a ja usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. 
       Trzeci dzień i to samo. Dostałam ohydne jedzenie, świeże ubranie, a z opaską na oczach i związanymi rękami pozwolono mi skorzystać z toalety. Byłam zdezorientowana. Dlaczego Michael nas porwał? Dlaczego trzymał mnie jak jakąś własność? Dlaczego nie mogłam z nikim porozmawiać? Krzyczenie, kopanie w ścianę i rozwalanie przedmiotów w pokoju nic nie dawało. Zawsze o tych samych godzinach otrzymywałam jedzenie, nowe rzeczy i szłam do toalety. Dostawałam na łeb. To był scenariusz jak z jakiegoś chorego filmy. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się czy w moim pokoju nie było zainstalowanych kamer. Może znalazłam się w jakimś, dziwnego rodzaju, tv-show?
       Piąty dzień zaczął się podobnie, ale zmiana nastąpiła wieczorem. 
       Dźwięk klucza w zamku przerwał mój proces tworzenia liny z prześcieradła i pościeli. Wrzuciłam swój twór pospiesznie pod łóżko i wyprostowałam się nerwowo. Moim oczom ukazał się nieznajomy blondyn średniego wzrostu, który, niewiele mówiąc unieruchomił moje ręce i pociągnął za wiązanie, z niecierpliwym warknięciem. Wstałam posłusznie zaintrygowana zmianą w tej dziwnej rutynie. Przeszliśmy długi korytarz, zeszliśmy schodami w dół i przecięliśmy pomieszczenie, które wyglądało jak kuchnia. Trzy kolejne stopnie w dół i nieznajomy otworzył przede mną drzwi do pokoju, za którego oknami widziałam długi parking i posadzone wokół niego drzewa. Ale to nie wolność na zewnątrz, nie nowoczesny wystrój pomieszczenia, do którego weszliśmy, a dwa krzesła na środku zwróciły moją uwagę. Metalowe, przytwierdzone śrubami do podłogi, jedno puste, na drugim siedział Harry. Miał podbite oko, rozciętą wargę, a na sobie wciąż te same rzeczy, które założył w dzień akcji, ale poza tym wydawał się być cały i zdrowy
       - Boże! - krzyknęłam i wyprzedziłam nieznajomego, by dotrzeć do swojego chłopaka. Zaskoczony blondyn puścił plastikowe linki, a ja opadłam na kolana i położyłam głowę na udach Harry’ego.
       - Milena! - chciał mnie przytulić, ale związane z tyłu ręce brutalnie go zatrzymały. Niewiele myśląc, podniosłam głowę i go pocałowałam, nie pragnąć bardziej na świecie niczego innego, jak móc go dotknąć. 
       - Pobili cię - szepnęłam przez zaciśnięte gardło
       - To nic. To nic… Jesteś cała? - zapytał, obserwując mnie uważnie. Kiwnęłam głową i ponownie pochyliłam się do pocałunku, ale jakaś gwałtowna siła odciągnęła mnie do tyłu. Harry wrzasnął wściekle, szarpiąc uwięzionymi rękami. Wtedy zauważyłam, że nogi również miał przywiązane do krzesła. 
       - Nie próbuj jej tknąć! - brzmiał jak opętany. Jego głos był niski, przesiąknięty groźbą. Nieznajomy, który mnie tu przyprowadził zaśmiał się tylko i pchnął mnie na krzesło, naprzeciwko tego, na którym siedział Harry. Przywiązał mi ręce do oparcia, kostki do nóg krzesła i, niemal łagodnie, pogłaskał mnie po policzku. Wtedy do pomieszczenia wszedł Calum. Wyrwałam się instynktownie i splunęłam w jego kierunku. 
       - Pierdolony zdrajca! - rzuciłam, a on tylko uniósł brwi i podszedł do blondyna. Szepnął mu coś na ucho, na co ten skinął głową, a wtedy Calum stanął za Harrym i pociągnął go nagle za włosy. Warknęłam gardłowo, gdy i jemu powiedział cicho coś, co nie mogło dotrzeć do moich uszu. Harry przełknął ciężko i zacisnął powieki, a mięśnie jego szczęki zaczęły tańczyć szaleńczo. Co ten skurwiel mu powiedział? Chciałam zawołać za Calumem, gdy ten wychodził na zewnątrz, ale przerwał mi nieznajomy.
       - Czas zacząć show - mruknął pod nosem. Zdezorientowana, spojrzałam na niego w momencie, gdy wziął z komody pod ścianą małe kombinerki i zbliżył się do Harry’ego. Napięłam się cała, gdy Harry zaczął szybciej oddychać, jakby spodziewał się czegoś okropnego. Śledził wzorkiem w milczeniu nieznajomego, dopóki ten nie zniknął mu z oczu za jego plecami. Wtedy spojrzał na mnie pełnym poczucia winy wzrokiem. 
       - Harry… - zaczęłam, ale nie było mi dane skończyć, bo Harry nagle krzyknął w agonii, gdy nieznajomy z wystawionym językiem, skupiał wzrok gdzieś za jego plecami, prawdopodobnie na jego związanych dłoniach. 
       - Harry! - krzyknęłam, gdy mój chłopak skierował twarz do sufitu obnażając zęby i tłumiąc krzyki bólu. Czułam rosnącą w sobie panikę, na widok ogromnego cierpienia, jakie przeżywał. Nie wiedziałam co ten pieprzony gnojek mu robił, ale coś mi podpowiadało, że miało to związek z łamaniem kości.
       - Przestań! Do cholery, przestań! - krzyknęłam, gdy po twarzy Harry’ego pociekły łzy. Blondyn spojrzał na mnie z cwaniackim uśmieszkiem i Harry nagle przestał krzyczeć. Spuścił głowę, oddychając szybko i pojękując ciężko. 
       Nieznajomy wyszedł przed Harry’ego i podszedł do tej samej komody, z której wyciągnął kombinerki. Wziął w rękę metalowy talerz, który leżał na jej wierzchu i zbliżył się z nim do mnie. Przystawił naczynie niemalże do mojego nosa i wyciągnął zza pleców kombinerki, na których końcu znajdowała się krew. Nie do końca widziałam co jeszcze, póki nieznajomy nie otworzył ich nad talerzem, a na srebrną powierzchnię spadł cały zakrwawiony paznokieć. Wpatrywałam się w niego z przerażeniem, czując jak w płucach brakowało mi powietrza. 
       - Raz - zaśpiewał wesoło blondyn, patrząc na mnie szaleńczym wzrokiem i, po chwili, odstawił talerz na komodzie. 
       - Ty skurwielu! - krzyknęłam, ocknąwszy się z, ogarniającego mnie, szoku. - Ty popierdoleńcu! Puść go, zostaw! Nie zbliżaj się do niego! - z przerażeniem patrzyłam jak nieznajomy, pogwizdując beztrosko, znów ustawił się za plecami Harry’ego, a ten napiął wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na kolejną falę bólu. Blondyn przekrzywiał głowę w lewo i w prawo w akompaniamencie krzyków Harry’ego, podrygując rytmicznie, jakby były one muzyką. 
       - Dwa…
       Pot spływał po czole i szyi mojego chłopaka, gdy przy piątym paznokciu jego gardło postanowiło sprzeciwić się wysiłkowi i Harry stracił głos. Oddychał ciężko przez zaciśnięte zęby, jego ciałem targały niekontrolowane drżenia, a ja musiałam w tej ciszy przysłuchiwać się okropnym, mokrym odgłosom twardej tkanki odrywane od długich palców Stylesa. Moje sprzeciwy i krzyki zdawały się tylko motywować blondyna do dalszych działań, więc wreszcie zamilkłam, płacząc cicho, z głową pełną przerażających dźwięków. 
       Nieznajomy wepchnął mnie do pokoju i rozciął plastikowe paski, po czym zatrzasnął za sobą drzwi. Bez sił, opadłam na kolana przed drzwiami i zaniosłam się szlochem. Krzyki Harry’ego miały mi się przyśnić jeszcze nie raz. Skurwiel pozbawił go wszystkich paznokci u rąk. Wszystkich! Wrzasnęłam do pustych ścian i oplotłam się ramionami, próbując wybić sobie obraz cierpiącego Harry’ego z głowy. 
       Nie chciałam wieczora. Nie chciałam znów usiąść w tym krześle i patrzeć na męki mojego ukochanego, ale nieznajomy nie miał litości. Wytargał mnie z sypialni za włosy, gdy wyraziłam swój sprzeciw. Razem z Kaiem, który pojawił się znikąd, przywiązali mnie do krzesła, skutecznie parując moje ciosy i nie zwracając uwagi na moje krzyki. Wreszcie siedziałam, wbrew swej woli, naprzeciwko drżącego Harry’ego, który uśmiechnął się do mnie blado. 
       - Przepraszam - szepnęłam, a on pokręcił lekko głową. 
       - Ważne, że ty jesteś cała. To nie twoja wina - odparł zachrypniętym głosem. 
       Nagle w pokoju rozbrzmiała klasyczna muzyka, jakiś fortepianowy walc, do którego rytmu zaczął nagle podrygiwać blondyn. Ten człowiek jest chory. Bardzo chory. Nucił pod nosem melodię i uderzał palcami w niewidzialną klawiaturę, pląsając między naszymi krzesłami. Wreszcie, przy którymś głośniejszym dźwięku uderzył pięścią Harry’ego w twarz, a posadzka została opryskana kropelkami krwi. 
       - Gnojku - warknęłam, próbując uwolnić nadgarstki z wiązania. Kolejne rytmiczne uderzenie klawiszy i blada pięść wylądowała na drugim policzku Harry’ego. - GNOJKU! - ryknęłam, ale blondyn zdawał się mnie nie słyszeć, zaabsorbowany muzyką. Krew zalała całą twarz Harry’ego, gdy oba jego łuki brwiowe zostały uszkodzone. Cały czas trwania utworu nieznajomy katował jego twarz w rytm wesołej melodii. Krzyczałam, prosiłam, ale nic na niego nie działało. Gdy usłyszałam, że walc zbliżał się ku kulminacji, blondyn przydreptał tanecznym krokiem do komody i wyciągnął z niej nóż myśliwski. 
       - Nie! - wrzasnęłam, a nieznajomy przyłożył palec do ust i uciszył mnie łagodnie. Wspinające się na wyżyny utworu dźwięki poniosły go do Harry’ego i przy ostatnim z nich nóż został wbity głęboko w udo mojego chłopaka, który krzyknął zatrważająco, po czym nagle zaczął się szaleńczo śmiać. Krew wpływała mu do ust, ale on wciąż śmiał się i śmiał, wywołując moje przerażenie. Nie wytrzymał… Stracił rozum…
       - Z pozdrowieniami od Michaela - rzucił blondyn, wyraźnie poirytowany rozbawieniem Harry’ego. 
       - Kiedyś musiał się za to zemścić - odparł Harry, opuszczając z ciężkim oddechem głowę. Nieznajomy uśmiechnął się tylko ironicznie i podszedł do mnie. 
       Kolejny dzień i kolejna tortura. Choć Harry bardzo się starał, każdego następnego wieczora wyglądał coraz gorzej. Jednego dnia blondyn podtapiał go w wiadrze pełnym wody z lodem, innego rozbił młotkiem jego kolana. Wtedy zemdlałam przez siłę jaką wkładałam w desperacki sprzeciw. Dzień po tym Harry został przytargany do pokoju tortur przez dwóch napakowanych facetów. Nieśli go pod ramię, a jego stopy sunęły bezwładne po podłodze. 
       - Proszę… Proszę, zostaw go, dość - błagałam z płaczem, ale blondyn tylko spojrzał na mnie leniwie i kopnął od niechcenia Harry’ego w jedno z niesprawnych kolan. Harry stłumił jęknięcie bólu i zagryzł kołnierz swojej koszuli. 
       - Dlaczego to robisz? - zapytałam cicho, ale odpowiedzią był drugi kopniak w drugie kolano. Nabrałam powietrza, by zaprotestować, ale zamarłam nagle, widząc, że nieznajomy patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Ach tak… Każde moje kolejne słowo było chwilą dodatkowego bólu dla Harry’ego. 
       Nie było wątpliwości, że Harry miał być jeszcze torturowany, ale domyśliłam się, że moje reakcje tylko zwiększały intensywność krzywd. Wtedy zamilkłam i przez kolejne dni patrzyłam, jak blondyn tnie, kopie, bije i upokarza Harry’ego, a ten chudł w oczach. Plamy krwi nigdy nie zostawały z niego zmywane, jego włosy rosły szybko, zasłaniając zmaltretowaną twarz, a ja mogłam tylko siedzieć i na to patrzeć, z każdym dniem tracąc nadzieję na jakikolwiek ratunek. 

       ***

       Wtedy nadszedł wieczór, gdy Harry zdawał się być żywym trupem, nie reagującym na nic co wokół niego się działo. Siedział pochylony na swoim krześle, zupełnie ignorując fakt, że właśnie wylano na niego wiadro lodowatej wody.
       Zimne krople opadały z końcówek jego włosów, a przez jego ciało przechodziły ledwo zauważalne dreszcze, ale on wciąż zdawał się być obojętny na zadane mu cierpienie. Siedział w tej samej pozycji, wciąż pochylony, wciąż ledwo oddychający. 
       Niespodziewanie nieznajomy zaśmiał się cicho i spojrzał na mnie pewnym siebie wzrokiem. Dojrzałam w tym spojrzeniu coś groźnego. Coś, co mogło zwiastować tylko niebezpieczeństwo. Poklepał Harry’ego po plecach, jakby dodawał mu otuchy, a potem podszedł do mnie. Zrobił kilka okrążeń wokół mojego krzesła i zniknął gdzieś przy telewizorze. Zaciskałam zęby, niepewna co miało się teraz stać. To był pierwszy raz, by Harry w ogóle nie zareagował. Pierwszy raz, by nieznajomy kat zwrócił na mnie swoją uwagę. 
       Nagle mój policzek dotknęło coś chłodnego o dziwnej gumowej strukturze. Spojrzałam na przedmiot i zobaczyłam, że nieznajomy dzierżył w dłoni czarny długi i gruby kabel. Na jego końcu wystawały rdzawe cienkie druciki. Nie zdążyłam nawet dobrze przeanalizować znaczenia tej sytuacji, gdy usłyszałam w powietrzu głośny świst i nagle materiał bluzki na moich plecach został rozdarty przez ostre uderzenie. Krzyknęłam z bólu, gdy poczułam jak kabel wyrzyna mi w skórze głębokie szramy. Chciałam zerwać się z krzesła, ale wiązania skutecznie mi to uniemożliwiły. Oddychałam szybko i ciężko, czując pulsujący ból na plecach. Zwiesiłam głowę tak samo, jak Harry, zaciskając przy tym powieki. 
       - Hm… Nie zareagujesz, rycerzyku? - usłyszałam nad sobą cichy głos, a zaraz po nim kolejny świst i kolejne uderzenie, tym razem w mój policzek. Zbielało mi przed oczami, odchyliłam głowę do tyłu, próbując powstrzymać łzy. Krew zaczęła powoli spływać gorącymi strugami po mojej twarz. Z każdym wydechem wydawałam z siebie cichy jęk. Ból był nie do zniesienia.
       - H…Hej, gn-gnoj-u - zachrypnięty, długo nieużywany głos powstrzymał kolejny z ciosów. Nieznajomy zamarł z kablem uniesionym nad głową. Odwrócił się powoli w stronę Harry’ego, a ja podążyłam za jego wzrokiem. 
       Choć wciąż zgarbiony, Styles uniósł głowę, wpatrując się z nienawiścią w nieznajomego. 
       - Mama… cię nie n-nau… czyła, ż-że kobiet się nie b…ije? - zapytał, z trudem wyduszając słowa. 
       Nieznajomy wyszczerzył zęby i podszedł do Harry’ego. Pociągnowszy za włosy, odchylił jego głowę do tyłu, zrównując ich spojrzenia. Harry przełknął ciężko, wprawiając w ruch swoje jabłko Adama i czekając na kolejny ruch chłopaka. Ten rozwinął kabel i owinął go wokół długiej szyi Stylesa. 
       - Nie. Ale za to byłem harcerzem i wiem jak założyć dobry węzeł - odparł i owinął końcówki kabla wokół swojego przedramienia, ściągając przy tym mocniej pętlę na szyi Harry’ego i zmuszając go do mocniejszego odchylenia głowy. Mój chłopak miał zdeterminowane spojrzenie, jakby bez względy na konsekwencje swojego sprzeciwu, wierzył, że postąpił słusznie. 
       Obserwowałam jak kabel wpija się coraz mocniej w posiniaczoną skórę i zaszlochałam. Nic nie mówiłam, wiedząc, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Mężczyźni patrzyli na siebie uparcie, gdy nieznajomy wciąż nawijał na ramię kabel. W pewnym momencie Harry zakaszlał niekontrolowanie, a nieznajomy nadstawił ucha.
       - Co takiego? Chyba cię nie zrozumiałem - zakpił i jeszcze bardziej zacieśnił pętlę. Harry obnażył zęby, próbując nabrać powietrza. Białka jego oczu zalały się czerwienią, żyły na szyi i czole uwydatniły wyraźnie. Zacisnęłam powieki, nie mogąc patrzeć na to jak cierpiał.
       Przestań, przestań, przestań, powtarzałam w myślach, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie dbałam o ból na policzku i plecach. Chciałam tylko, by Harry mógł wreszcie nabrać powietrza, by poczuł ulgę. Zamiast tego, ku swojemu przerażeniu, usłyszałam, że zaczął się krztusić. Otworzyłam gwałtownie oczy, ale od razu tego pożałowałam. 
       Harry zaciskał powieki, jego zaczerwieniona twarz przybierała powoli fioletowego odcienia, jego usta poruszały się, jak u wyrzuconej na brzeg ryby, ale nieznajomy zdawał się nie zatrzymywać, naciągając kabel coraz wyżej wzdłuż swojego ramienia. Harry szarpnął się w drgawkach, a z jego gardła wydobył się makabryczny, charczący odgłos.
       Rozpłakałam się. To miał być koniec? Tak mieliśmy zakończyć te beznadziejne dwa tygodnie? Nie! Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam patrzeć, jak umiera miłość mojego życia. Tym razem mogę coś temu zaradzić. Nabrałam powietrza w płuca.
       - DOŚĆ! - podskoczyłam na krześle, słysząc za sobą głośny wrzask. Przekręciłam głowę i zamarłam, gdy zobaczyłam Caluma z wymierzonym w nieznajomego pistoletem. Blondyn puścił pospiesznie kabel i uniósł w górę obie dłonie.
       - Hood, no co ty? Przecież… - wystrzał rozdarł moje uszy. Z przerażeniem patrzyłam jak sadysta upada na podłogę z oczami wciąż szeroko otwartymi, choć życie uciekło z nich w chwili wbicia się kuli w jego czoło. 
       Calum zerwał się do biegu i zatrzymał przy Harrym, który opadł na oparcie krzesła, z głową zwisającą bezwładnie. Na jego wyeksponowanej szyi widniały świeże rany po wżynającym się kablu. 
       - Styles. Ej, Styles! - Calum poklepał go po policzku, ale nie spotkał się z żadną reakcją. 
       - Żyje? - zapytałam słabym głosem - Hood, powiedz, że on żyje! - krzyknęłam, wyrywając się do przodu. Plastikowe paski raniły mi skórę na nadgarstkach. Calum pochylił się nad ustami Harry’ego, przystawiając do nich ucho. Zapadła długa cisza, której bałam się przerywać. Moje serce waliło jak młotem, czułam potrzebę wykrzyczenia wszystkich przemilczanych, w ciągu ostatnich dni, próśb i protestów.
       Wystarczyło nieznaczne kiwnięcie głową Caluma, bym rozpłakała się na dobre. Żył. Harry żył i to było najważniejsze. 
       - Harry - Hood szarpnął za jego ubranie. Harry mruknął coś cicho, a jego głowa opadła na klatkę piersiową, więc Calum zostawił go w tej pozycji i podbiegł do mnie. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni wielki nóż w skórzanej pochwie i okrążył moje krzesło, by przeciąć, więżący mnie, plastik. Gdy zobaczył moje plecy syknął boleśnie i przejechał palcem nad, pulsującą wciąż bólem, raną. 
       - Wybacz, że nie zdążyłem wcześniej - szepnął, a ja zmarszczyłam brwi
       - Co ty robisz? - zapytałam, odwracając się do niego, czego szybko pożałowałam, bo ledwie wysuszona rana, otwarła się na nowo, piekąc niemiłosiernie. 
       - Wyciągam was z tego gówna. - odparł i jednym sprawnym ruchem, uwolnił moje ręce. Z ulgą potarłam nadgarstki, gdy Calum klęknął przede mną, by oswobodzić moje nogi. 
       - Michael cię zabije - powiedziałam, patrząc jak uwalnia Harry’ego.
       - Mam to w dupie. Tym razem posunął się za daleko. Idzie na dno i doskonale o tym wie. Porwał was tylko dlatego, że chciał osłabić resztę. - wzruszył ramionami i uklęknął przed Harrym.
       - Styles! Ej, Styles - ponownie poklepał go po policzku
       - Hood, je…szcze r-raz mni…e dotknij - gardłowe warknięcie wywołało u mnie pół szloch-pół chichot. Na zdrętwiałych nogach podbiegłam do Harry’ego i ujęłam jego twarz w dłonie, nieświadomie odpychając od nas Caluma. 
       - Harry. Harry… Boże, boże, co oni ci robili? - zapytałam, obsypując jego poranioną twarz pocałunkami. Mimo braku sił, uniósł jeden kącik ust.
       - W…tedy, gdy pat. patrzyłaś czy, gdy by-byłem w swo…jej celi? - zapytał ironicznie, a ja przycisnęłam do piersi jego głowę i ponownie się rozpłakałam.
       - Tak mi przykro, przepraszam. Przepraszam. - czułam się winna tego, że to ja byłam tym dobrze traktowanym więźniem. “Jedyne”. co musiałam robić to patrzeć na to, jak katują mojego ukochanego. Choć kiepsko, byłam karmiona; choć niewygodne, przydzielili mi łóżko; choć w zamknięciu, miałam dostęp do światła dziennego. Harry najprawdopodobniej nie miał żadnej z tych rzeczy. 
       - Musimy się spieszyć, ktoś może się tu za chwilę zjawić - popędził nas Calum, więc odsunęłam Harry’ego od siebie, a Calum bez problemu wziął go na ręce. Miałam wrażenie, że był lekki jak piórko, jak szmaciana lalka, wypełniona słomą. Był taki chudy. Jego głowa opadła luźno w połowie wypowiadania komentarza, jak to Calum wreszcie spełnił swoje marzenia o niesieniu kogoś, jak pannę młodą. Hood odetchnął z ulgą i wskazał podbródkiem wyjście z pomieszczenia na parking.
       - Nieprzytomny nie będzie wrzodem na tyłku - rzucił, zanim wybiegliśmy na zewnątrz. W moją twarz uderzył chłodny deszcz, ale nie dbałam o to. Obserwowałam Caluma, który teraz odwrócił się do mnie tyłem i wskazał na kieszeń w spodniach.
       - Klucze do samochodu - wyjaśnił, więc szybko je wyciągnęłam i kliknęłam przycisk na pilocie, a światła białego Jaguara rozjaśniły mrok wieczoru. Otworzyłam szeroko usta, widząc znajome auto. Louis jeździł nim rzadko, ostatni raz widziałam je podczas kolacji, na którą Kornelia została zmuszona pójść z Kaitō. Ścisnęłam rękaw Caluma, a on zaśmiał się cicho.
       - Tak, to jest auto Louis’ego.
       - Ale…
       - Jesteśmy w Anglii…
       - Co?!
       - Prywatne jety potrafią szybko przemieścić nieprzytomną dziewczynę z jednego kraju do drugiego. A teraz nie gadaj tylko wsiadaj, musisz mi pomóc. - zarządził i, gdy wsiadłam na tylne siedzenie Jaguara, Calum położył Harry’ego obok mnie. Jego brudne, długie włosy opadły na moje kolana, gdy ułożyłam na nich jego głowę. Wciąż bił od niego smród celi, w której był zamknięty i zaschniętej krwi. Głaskałam go delikatnie, obserwując jego ciało. 
       Rozwalona koszula ukazywała niezliczoną ilość siniaków i zadrapań, żebra były tak widoczne pod skórą, że mogłam je swobodnie policzyć, a na zakrwawionych palcach rosły nowe, jeszcze miękkie paznokcie. Jedna łza opadła na zakrwawione czoło, tworząc pojedynczą czystą ścieżkę. 
       - Co oni ci zrobili… - szepnęłam. 
       Calum ruszył gwałtownie i wyjechał na drogę ekspresową, po której pędził grubo ponad dozwolony limit prędkości. Trzymałam Harry’ego, by nie zsunął się z fotela, gdy brunet wyprzedzał samochody jadące zbyt wolno. 
       - Musimy zadzwonić do Eda - powiedziałam, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, a Calum spojrzał we wsteczne lusterko i puścił mi oczko.
       - Już czeka na nas w domu - odparł. Rozejrzałam się po okolicy, próbując przypomnieć sobie budynki i pola, które mijaliśmy
       - Jesteśmy jakieś 500 mil od Londynu - wyjaśnił, gdy dostrzegł moją zdezorientowaną minę. Och… Wróciłam wzrokiem do ledwo żywego Harry’ego i zacisnęłam wargi, powstrzymując łzy. 
       - Calum… - szepnęłam tak cicho, że mógł mnie nie usłyszeć.
       - Hm? - usłyszał.
       - Dlaczego? - zapytałam, ozdabiając czoło Harry’ego większą ilością łez
       - Co dlaczego?
       - Dlaczego on to robił? - spojrzałam na kolana Harry’ego, które prawdopodobnie były już w połowie zagojone. Calum milczał, patrząc uparcie na drogę. - Nie zadawali nam żadnych pytań, nie wymagali informacji… - wyliczałam, głaszcząc coraz szybciej brudne włosy. 
       - Nie wiem… - odpowiedź Caluma zbiła mnie z pantałyku. - Michael po prostu wydał rozkazy, a my nie pytaliśmy.
       - Nawet ty?
       - Nie chciałem wzbudzić podejrzeń - wyjaśnił, na co kiwnęłam głową. 
       - Musiał mieć w tym jakiś cel - zauważyłam. Moje gardło było coraz bardziej zaciśnięte
       - Na pewno miał. I jestem pewny, że dowiemy się o nim wkrótce - Calum obniżył głos o kilka tonów - Michael nigdy nie zostawia nierozwiązanych spraw - dodał.




#TTDff