sobota, 11 października 2014

30. Come inside, don't be afraid. I'll keep you safe

Hey there, little girl
Come inside, don't be afraid. I'll keep you safe*



Kornelia

       Nie mogłam uwierzyć swojemu szczęściu. Pojawili się w chwili, gdy zaczęłam tracić ostatnią nadzieję na zmianę decyzji Mileny. Czy byłam złym człowiekiem przez to, że chciałam wrócić do Anglii, chciałam ponownie znaleźć się w objęciach Louis’ego i nie martwić się o pieniądze? Czy byłam złym człowiekiem, bo wszystkie moje marzenia łączyły się ze wsparciem zorganizowanej grupy przestępczej? Większość powiedziałaby, że tak, ale nie dbałam o to. Nie mogłam przecież zapanować nad własnymi uczuciami. Miałam dwa wybory. Z jednej strony - leczenie tęsknoty, walka o mierne miejsce pracy, które zapewni mi, co najwyżej, średnie zarobki, pozostanie w szarej nudnej Polsce. Z drugiej - powrót do faceta moich marzeń, świetnie płatna praca (piętnaście tysięcy funtów!)  i boski Londyn wokół mnie. Rozumiałam oczywiście argumenty Mileny, rozumiałam dlaczego nie chciała się zgodzić na tę opcję, ale ja nie mogłam przestać o tym myśleć. O NIM. 

       Zakryłam usta dłonią, wpatrując się przez łzy w mężczyzn przede mną. Mój świat zawirował, gdy zobaczyłam te błękitne roześmiane oczy. Na zmiękłych nogach przywitałam objęcia Louis’ego i zarzuciłam mu ręce na szyi. Wtuliłam się w niego mocno, a łzy popłynęły po moich policzkach ciągłym strumieniem. 
       - Ty mała psotnico, myślałaś, że tak łatwo mi uciekniesz? - szepnął mi do ucha. Zaśmiałam się cicho, a owy chichot przerodził się po chwili w słaby szloch. Pokręciłam głową i odsunęłam się od Louis’ego, chwytając w dłonie jego twarz. Uśmiechał się szeroko, a ja zawtórowałam mu tym samym, po czym zbliżyłam się szybko i złożyłam tęskny pocałunek na jego ustach. Nie mogąc powstrzymać podekscytowania, z wargami wciąż przyklejonymi do jego, podskoczyłam i owinęłam swoje nogi wokół jego bioder. Zareagował natychmiastowo, łapiąc mnie pewnie w pasie i przytrzymując, bym się nie zsunęła. 
       Wreszcie oddaliłam od niego nieco twarz i spojrzałam w głębię jego błękitnych oczu. W ich kącikach pojawiły się delikatne zmarszczki, gdy oblizywał ze smakiem usta. 
       - Mmm... jak ja za tym tęskniłem - powiedział, przymykając z błogością powieki. Zaśmiałam się i ponownie pochyliłam, by znów go pocałować. Polizałam delikatnie jego dolną wargę, a potem zassałam ją nieco. Louis mruknął z satysfakcją i przycisnął mnie bardziej do siebie. Przerywając pocałunek, pochyliłam się do jego ucha, przygryzając delikatnie płatek. 
       - Nie myśl, że nie czeka nas rozmowa - szepnęłam, próbując wygenerować w swoim tonie groźbę, lecz marnie mi to wychodziło. 
       - Dostanę wpierdol? - zażartował, na co zaśmiałam się cicho. 
       - Gorzej - odparłam, a on nabrał ze świstem powietrza, imitując na swojej twarzy wyraz szoku. Zaśmialiśmy się razem, a potem zrzedły nam miny, gdy odezwała się Milena. 
       Poczułam się okropnie, gdy wypomniała mi rzekomą naiwność. Nie zgadzałam się z nią. Nie byłam naiwna. Poczynania Harry’ego i Lou od początku były podejrzane, a my udawałyśmy, że nic nie widziałyśmy, bo tak było wygodniej. Wiedziałam, że podświadomie nie chciałyśmy się dowiedzieć, bo życie przy ich boku było niezwykle przyjemne. Nie wspominając już o uczuciach, które do nich żywiłyśmy. Jeśli ktoś tu był naiwny to Milena, udająca przed sobą, że wcale nie chce tego, co chłopaki nam zaproponowali. Ja przynajmniej nie walczyłam z moimi pragnieniami. 
       Chciałam powiedzieć jej to wszystko w twarz, lecz nie zdążyłam, powstrzymana przez Louis’ego, a potem przez niespodziewaną ucieczkę przyjaciółki z kawiarni. Harry wybiegł za nią, gdy tylko zorientował się co się dzieje, a ja i Louis zostaliśmy sami, otoczeni wpatrującymi się w nas klientami. Mężczyzna machnął do nich ręką w niezręcznym geście, po czym pociągnął mnie pospiesznie za sobą do wyjścia. Zalała nas fala poznańskiego upału, na którą jęknęłam z dezaprobatą. Rozejrzałam się po ulicy w poszukiwaniu przyjaciółki i parsknęłam śmiechem na widok, który zastał mnie po mojej prawej stronie. 
       Harry niósł na rękach Milenę, w której oczach nie można było dostrzec nic innego poza żądzą mordu. Jej naburmuszona mina kontrastowała z posłuszną postawą, która wprawiła mnie w osłupienie. Dlaczego nie walczyła o uwolnienie się z mocnego uścisku Stylesa? 
       - Tommo, w tylnej kieszeni mam kluczyki, wyjmij je - odezwał się Harry do Louis’ego i odwrócił do nas plecami. Błękitnooki westchnął zniecierpliwiony i sięgnął niechętnie do wskazanego miejsca. Grzebał w kieszeni przez pewien czas, jakby nie mógł w niej nic znaleźć. 
       - Serio, stary, jeśli chcesz sobie pomacać, to powiedz, umówimy się na prywatne spotkanie. - zakpił Harry, a Milena podskoczyła w jego ramionach, gdy szarpnął się by poprawić uchwyt. Louis parsknął śmiechem i, wyjmując wreszcie klucze z kieszeni, klepnął Stylesa zaczepnie w pupę. 
       - Nie moja wina, że nosisz spodnie, które równie dobrze mogłyby robić za twoją drugą skórę. Gdzie ty mieścisz małego w tych ciasnych rureczkach? - uniósł brwi, przypatrując się wymownie kroczu przyjaciela. Harry przekręcił oczami i wskazał podbródkiem na czarne Maserati. 
       - Już ty się o niego nie martw, on ma tam sporo miejsca - żachnął się, obchodząc od tyłu auto. Louis spojrzał na mnie z pełnym zwątpienia wyrazem i wydął wargi 
       - Pewnie zbyt wiele go nie potrzebuje - mrugnął do mnie, a ja wybuchnęłam niepewnym śmiechem. Styles, otworzył jedne z tylnych drzwi i, delikatnymi ruchami, posadził Milenę na fotelu pasażera. Dziewczyna wciąż się nie odzywała. Założyła tylko ręce na piersi i wbiła wzrok w przestrzeń przed sobą
       - Co tam mamroczesz? - warknął Harry, gdy jego głowa pojawiła się ponad dachem Maserati. Louis machnął na niego ręką i zaśmiał się cicho. 
       - Nic, skarbie, jedźmy - posłał przyjacielowi buziaka, którego ten skwitował kręceniem głowy i zajął z przodu miejsce pasażera, otwierając mi uprzednio drzwi i zapraszając do środka. Usiadłam za Louis’m, po lewej stronie Mileny i spojrzałam na nią z napięciem. Nie odwzajemniła tego, wciąż przyglądając się tępo przedniej szybie. 
       - Milena... - zaczęłam, co przywołało też Harry’ego, który przekręcił się nieznacznie w fotelu, by na mnie spojrzeć. Zauważyłam w jego spojrzeniu nadzieję. Prawdopodobnie wierzył, że ja będę w stanie przekonać naszą buntowniczkę do powrotu do Anglii. Wątpiłam w to. Milena wyglądała na wściekłą i, choć jeszcze chwilę temu czułam to samo, teraz chciałabym, by było jak wcześniej, by uśmiechnęła się do mnie z ufnością. 
       Odpowiedziała na mój głos kręceniem głowy. Spojrzała na mnie, a w jej oczach nie pojawiło się nic. Były zupełnie puste. Wytrzymałam to spojrzenie, przypatrując się dokładnie niebieskiej barwie tęczówek Mileny. Gdzieś w ich głębi czaiła się nutka zawodu. Zawiodłam ją. Serce przeszył mi sztylet, który teraz powoli okręcał się, torturując mnie bez wytchnienia. Wyciągnęłam rękę, by dotknąć dłoni Mileny, która spoczywała między nami, lecz przyjaciółka odsunęła ją pospiesznie ode mnie, kładąc sobie na kolanach. Zacisnęłam wargi, próbując powstrzymać natłok pesymistycznych myśli, które zaczęły nawiedzać moją głowę. Porozmawiamy w hotelu, przekazałam jej spojrzeniem, a potem wyjrzałam przez szybę na ulice Poznania. Harry ruszył powoli, manewrując ostrożnie po ciasnych drogach, a Louis pomagał mu w tym czasie przy wyprzedzaniu, informując o nadjeżdżających, z naprzeciwka, pojazdach. Ruch prawostronny wyraźnie nie pasował Harry’emu i, gdyby nie sytuacja w jakiej teraz się znajdowałam, zachichotałabym na jego, okropnie wolne, tempo jazdy i przesadną ostrożność. Niestety przez postawę Mileny, nie było mi do śmiechu. 
       Wjechaliśmy w ruchliwszą część miasta, a  potem skierowaliśmy w stronę najbardziej luksusowego centrum handlowego, znajdującego się w naszym mieście. Przekręciłam oczami, domyślając się już, w jakim hotelu zatrzymali się nasi mężczyźni. Milena również musiała o tym pomyśleć, bo, mimo całej swej złości, spojrzała na mnie wymownie i uniosła jedną brew. Zarechotałam, zadowolona, że postanowiła podjąć się jakiejkolwiek próby komunikacji ze mną i spojrzałam na ogromny ceglany budynek, rosnący z każdą chwilą w naszych oczach. Harry kierował się ku podziemnemu, płatnemu parkingowi. 
       - Oczywiście musieliście wybrać najdroższy hotel w Poznaniu, prawda? - usłyszałam przyciszony głos przyjaciółki, ociekający teraz sarkazmem. Parsknęłam głośno, gdy samochód znalazł się pod centrum handlowym i ogarnęła nas chwilowa ciemność. Usłyszałam śmiech Louis’ego i westchnienie Harry’ego, a potem światła parkingu ukazały mi ich uśmiechnięte twarze. 
       - Wybacz, skarbie, ale wasz kraj nie obfituje w bogactwa. Ten hotel był jedynym miejscem, który sprostał naszym wymaganiom - Harry spojrzał na Milenę przez ramię i puścił jej zalotnie oczko. Dziewczyna uniosła pogardliwie brwi i odwróciła ostentacyjnie wzrok. 
       - Nie jestem twoim skarbem - warknęła, krzyżując na piersi ręce. 
       - Nie tobie to oceniać - odgryzł się Styles i zatrzymał auto na jakimś wolnym miejscu. Kręcąc głową, na ich dziecinną sprzeczkę, zabrałam się za odpinanie pasów. Louis zdążył już w tym czasie otworzyć mi drzwi. Uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością i przyjęłam ofiarowaną mi dłoń. Milena była już na zewnątrz. Nie czekała, by Harry uraczył ją podobną dawką kultury. 
       - Nie widziałam nigdzie żyłek - syknęła do niego, a ja zmarszczyłam zdezorientowana brwi, nie bardzo wiedząc, o czym mówiła. Styles zaśmiał się cicho i zmysłowo, co nawet mnie przyprawiło o delikatne ciarki. 
       - Ej! - żachnął się Louis, który musiał to zauważyć. Uniosłam brwi, udając, że nie wiem, o co mu chodzi. Zmrużył powieki i pokręcił karcąco głową. 
       - Są w bagażniku. Pokazać ci? - odezwał się Harry, odpowiadając na zagadkową dla mnie, wypowiedź Mileny. Moja przyjaciółka zamrugała szybko w wyrazie zaskoczenia, a potem pokręciła energicznie głową. 
       - Nie dzięki. Możemy? Chcę już mieć to za sobą - rzuciła i, wymijając ostentacyjnie Harry’ego, ruszyła w stronę jednych z drzwi wyjściowych parkingu. Mężczyzna stał cały czas w tym samym miejscu, patrząc na nią z rozbawionym wyrazem twarzy. 
       - Jasne, możemy. Ale idziesz w złym kierunku - zawołał i wskazał kciukiem na drzwi za sobą, które prowadziły prosto do hotelu Blow Up Hall 50 50… Serio, Ci faceci mają za dużo kasy… 
       Milena uniosła dumnie brodę i bez słowa zawróciła, ruszając we wskazanym kierunku. Harry dogonił ją, dotrzymując kroku. Spojrzałam na Louis’ego, który wciąż patrzył na mnie z przymrużonymi oczami. Westchnęłam zniecierpliwiona. 
       - Czego? - rzuciłam ostro. Przekrzywił nieco głowę i wycelował we mnie palec wskazujący. 
       - Nie myśl, że tego nie widziałem - warknął głosem niższym, niż kiedykolwiek dane było mi słyszeć. Otworzyłam szeroko oczy, zapominając zupełnie, o co mogło mu chodzić. Zamiast tego, skupiłam się na tej seksownej, nieodkrytej jeszcze dla mnie, barwie. Kornelia, to nie czas i miejsce, by myśleć o takich rzeczach, próbowałam przywrócić się do porządku. 
       - C.. Co? O czym ty mówisz? - zapytałam nieco zdezorientowana. Jedna z brwi Louis’ego wystrzeliła w górę. 
       - O tym jak ugięły ci się kolana, na tę starą, oklepaną sztuczkę Stylesa z obniżonym głosem - warknął, pochylając się teraz nade mną niebezpiecznie. Nie odsunęłam się. Zacmokałam jedynie i spojrzałam w jego błękitne oczy, oceniającym wzrokiem. Oparłam dłonie na biodrach i uśmiechnęłam się psotnie. 
       - Czy ty też teraz wykorzystujesz starą oklepaną sztuczkę Stylesa z obniżonym głosem? Bo muszę ci powiedzieć, że w twoim wykonaniu jest ona milion razy skuteczniejsza - oznajmiłam, zagryzając uwodzicielsko wargę. Jego napięty wyraz twarzy znikł momentalnie, ustępując miejsca zaskoczeniu. Milisekundy dzieliły go od tej zmiany do pochwycenia mnie w swoje objęcia i złożenia na moich wargach głębokiego pocałunku. Zaśmiałam się w jego usta i poddałam temu bez protestów. Powolne mocne ruchy wysyłały mnie w miejsca umysłu i doznań, które nieczęsto odwiedzałam. Pociągnęłam Louis’ego lekko za włosy, na co odpowiedział nieco bardziej łapczywym ruchami. Naparł na mnie, przyciskając do samochodu Harry’ego i ujął w dłoń moją pierś. Jęknęłam cichutko, gdy uwolnił moje usta, by obsypać pocałunkami skórę szyi. Kręciło mi się w głowie, nie mogłam racjonalnie myśleć. Wszystkie wspomnienia, marzenia o ponownym dotyku ust Louis’ego, nawet w najmniejszym stopniu, nie mogły się równać z ich rzeczywistym pierwowzorem. Uderzyło mnie to, jak bardzo za nim tęskniłam. Emocje wykrzyczane w kawiarni, były niewielkim ułamkiem tego, co wybuchło w mojej głowie w tej chwili. Tęsknota była tak nie do zniesienia, że, dotykiem swych małych dłoni, zmusiłam Louis’ego do ponownego pocałowania mnie w usta. Przystał na to chętnie, jednocześnie badając dokładnie dłońmi moje nagie, pod ubraniami, ciało. Zaczęłam oddychać nierówno, gdy jego palce znalazły się po wewnętrznej stronie mego uda. 
       - EJ! - podskoczyłam gwałtownie na głośny ryk, roznoszący się echem po parkingu. Spojrzeliśmy w kierunku jego źródła. W progu drzwi wejściowych do hotelu stał rozeźlony Harry, wskazujący na nas palcem - ŻADNEGO SEKSU NA MASERATI! - wrzasnął, a, mimo wyraźnej złości, w jego głosie słyszalna była opiekuńcza nuta, jakby mówił o swoim kilkuletnim dziecku. Wybuchnęliśmy z Louis’m śmiechem, oddalając się od siebie nieznacznie. Poprawiłam pogniecione rzeczy i przekręconą spódniczkę, i ruszyłam za mężczyzną w stronę Harry’ego. Ten czekał, uważnie nas obserwując, jakby w obawie, że ponownie “zbezcześcimy” jego ukochane auto. Mijając go, Louis poklepał jego ramię i wspiął się w górę schodów.
       Milena czekała na nas w pokoju hotelowym Harry’ego, który, swoją drogą, wyglądał wspaniale. Wielkie małżeńskie łoże, białe ściany i czarno-białe podłogi. Marmury, drogie meble i ogólnie panująca atmosfera krzycząca “zapłacisz za mnie krocie”, biły po oczach. Usiadłam na miękkim materacu, obok przyjaciółki i spojrzałam w górę na dwóch, stojących przed nami mężczyzn. Cała wesołość, zaistniałej na parkingu, sytuacji ulotniła się gdzieś bezpowrotnie. Jej miejsce zajęło zdenerwowanie. Czas zmierzyć się z rzeczywistością. Potarłam o siebie dłonie i wcisnęłam je między uda, zaciskając nerwowo wargi. Nikt się nie odzywał. Cztery pary oczu przerzucały się z jednej osoby na drugą, w pełnej napięcia ciszy.
       - Więc? - jako pierwsza, postanowiła odezwać się Milena. Patrzyła rozeźlona na Harry’ego, który potarł powoli swój kark i odetchnął ciężko. 
       - To chyba oczywiste, prawda? - powiedział za niego Louis. Tylko on wydawał się być rozluźniony. Uśmiechał się szeroko i opierał niedbale o czarną komodę, stojącą naprzeciwko łóżka. Rzuciłam mu karcące spojrzenie, na co zmarszczył brwi w wyrazie zdezorientowania. 
       - Caroline przedstawiła wam sytuację, prawda? - zapytał Harry, zajmując miejsce obok Louis’ego. Kiwnęłam głową, a Milena skrzyżowała ręce na piersi. 
       - To miało nas przekonać? Kasa w zamian za życie z przestępcami? - zakpiła. Harry wcisnął powoli ręce w kieszenie swoich czarnych spodni, obserwując ją uważnie. 
       - Bez przesady. Policja Londynu jest po naszej stronie - odparł, wykrzywiając usta w lekkim uśmiechu. Milena prychnęła pogardliwie. 
       - I jak to się stało? - warknęła. Louis zaśmiał się, a w jego śmiechu usłyszałam dziwną nutę. Naturalny sarkazm zmienił się w jego mroczniejszą wersję. 
       - Policja to też ludzie. A od nas dostają broń w bardzo niskich cenach. Oczywiście, dla zachowania pozorów, zaopatrują się również u legalnych dostawców, ale u nas mają o wiele korzystniejsze warunki transakcji - wzruszył od niechcenia ramionami i przełożył ciężar ciała z jednej nogi na drugą. 
       - Co by się stało, gdyby was złapali? - zapytałam, uderzona nagle ciekawością. Harry i Louis wymienili tajemnicze spojrzenia. 
       - Policja starałaby się, jak najskuteczniej, wszystko zatuszować - odpowiedział Harry. Pokręciłam szybko głową, pochylając się do przodu. 
       - Ale co jeśli by się jej nie udało? 
       - Kilkadziesiąt lat w więzieniu, może dożywocie. Ale do gry musiałyby się włączyć nieco wyższe jednostki władzy niż nasza policja, co raczej się nie zdarzy. Jesteśmy bardzo ostrożni - głos Louis’ego był bez wyrazu, jakby perspektywa tak długie odsiadki, nie robiła na nim żadnego wrażenia. Za to mnie zmroziła. Warto było tak ryzykować? Głupia! Widziałaś, jak żyją, oczywiście, że warto! 
       Ponownie otoczyła nas nieznośna cisza. Słyszałam tylko dźwięki samochodów za oknem i nasze niezsynchronizowane oddechy. Milena przygryzała nerwowo paznokieć kciuka, wpatrując się w podłogę. Czułam, że chciała się odezwać, lecz coś wciąż ją od tego powstrzymywało. Oddaliła palec od ust i spojrzała na Harry’ego wzrokiem, w którym dostrzegłam nutę zmartwienia. 
       - Dlaczego to robicie? Od czego to się zaczęło? - wyrzuciła wreszcie z siebie, a ja czułam, jakby wyciągnęła te pytania z tyłów mojej podświadomości. Spojrzałam z wyczekiwaniem na mężczyzn. Louis westchnął głośno i pokręcił głową, odpychając się od komody. Zrobił kilka kroków w naszą stronę i przerzucił wzrok z ziemi na mnie. Wtedy też przestał się uśmiechać. 
       - Są rzeczy, o których wolelibyśmy teraz nie rozmawiać. Do czasu aż nie będziemy pewni, że z nami wrócicie - odparł przyciszonym głosem. Miałam wrażenie, że byłam w stanie dostrzec malutki nerw w jego wnętrzu, który naruszyło pytanie Mileny. Coś sprawiło, że mała dawka cierpienia ogarnęła teraz tego pięknego posiadacza błękitnych oczu. Nim zorientowałam się, co robię, wstałam z łóżka i zbliżyłam do Louis’ego. Dotknęłam dłonią jego policzka i zmusiłam go, by na mnie spojrzał. Uśmiechnął się nieznacznie, a w jego oczach błysnęła wdzięczność. Nie zdążyłam jednak go pocałować, bo Harry przerwał nasze spojrzenia, swym obniżonym głosem. 
       - Powiedzmy, że byliśmy w kiepskim punkcie naszego życia. Louis wyczaił okazję i ją pochwyciliśmy. Poprzedzając wasze pytanie. Dzięki prowadzeniu kilku legalnych działalności, ta najważniejsza, nielegalna, jest doskonale kryta. Choć na początku musieliśmy się nieźle nagimnastykować. Założyliśmy mizernie prosperującą firmę, która, jako jedyna, była naszą przykrywką. “Irresistible”, “Little Things”, moja firma prawnicza i Louis’ego handlowa, zostały już wykupione za kasę z pukawek. - wyjaśnił, a mnie wszystko zaczęło układać się w wyraźną całość. Spojrzałam w błękitne oczy, które teraz były tak blisko, tak wyraźne i pogłaskałam palcem policzek Louis’ego. Chciałam przekazać mu tym spojrzeniem swój żal, swoją złość i smutek, tęsknotę i swoją… Swoje uczucie do niego. To, jak w ciągu kilku miesięcy potrafił wgryźć się w moją podświadomość. Jak nie mogłam przestać o nim myśleć w ciągu tych dwóch tygodni rozłąki. Zła na niego, zła na siebie, ale też z nadzieją na ponowne spotkanie. Błękitne tęczówki, wydawały się próbować przekazać mi podobne emocje. 
       - Dlaczego po nas wróciliście? - pytanie samo wyrwało się z moich ust. Na ułamek sekundy, w oczach Louis’ego, pojawiło się zaskoczenie. Chyba nie spodziewał się, że nigdy nie padnie to pytanie? Odsunął się ode mnie i przeczesał rękami swoje włosy. Dłoń Harry’ego powędrowała do jego ust, spojrzenie utkwiło w nicości. 
       - Z Londynu będzie was łatwiej chronić - rzekł Louis. Co? 
       - Co? - odezwała się Milena. Była tak samo skołowana jak ja. Chronić przed czym? 
       - Clifford… Zauważył, że jesteście… - Harry zaciął się w połowie, jakby nie potrafił wydusić z siebie kolejnego słowa. 
       - Jesteście dla nas ważne - dokończył za niego Louis, patrząc na przyjaciela z politowaniem. Dziwne ciepło rozlało się po moim sercu. To nie była najlepsza chwila na sentymentalne uniesienia, lecz to jedno zdanie wywołało na moich ustach niewielki uśmiech. 
       - I? Clifford nie może nas ruszyć, prawda? Ta wasza dziwna męska solidarność wam na to zabrania - prychnęła Milena, jakby słowa Louis’ego nie zrobiły na niej żadnego wrażenia. Domyślałam się, że było inaczej. Milena po prostu wciąż nie chciała pokazać swoich emocji. Uparta jak osioł, dumna jak paw. Miałam ochotę przekręcić oczami, lecz w porę się powstrzymałam. Nie chciałam rozpoczynać kolejnego konfliktu. 
       - Cóż… Teoretycznie. Nie jesteście już nasze. - mruknął Harry. Milena spojrzała na niego, jak na ostatniego wariata. 
       - Więc co? Tak po prostu mogą sobie wlecieć do Polski, zgwałcić nas i co tam jeszcze - zabić, przebiegła mi przez głowę myśl - Bo nie jesteśmy oficjalnie waszymi dziewczynami? - żachnęła się z wściekłością, wstając gwałtownie. O, o… Harry zaczął kręcić pospiesznie głową i podszedł do niej, ujmując rozgniewaną twarz w dłonie. 
       - Oczywiście, że nie! Zginęliby, gdyby to zrobili - powiedział przybierając groźny ton. Uderzyła mnie treść tych słów, a po plecach przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Miał na myśli, że zginęliby w przenośni? Dosłownie? Cholera, już nic nie wiem! Zaczęłam nerwowo wykręcać palce. W pokoju rozlegał się teraz trzask za trzaskiem. Milena brutalnie zrzuciła z siebie ręce Harry’ego, a potem uderzyła go z całej siły płaską dłonią w policzek. Stanęłam osłupiała, patrząc na zszokowaną twarz mężczyzny i furię w oczach mojej przyjaciółki. Eee, co się właśnie stało? 
       - DOŚĆ TEGO! - wrzasnęła, oddalając się od niego kilka kroków. - Przestańcie nami manipulować, do cholery! A ty! - jej palec wskazujący wystrzelił w moją stronę - Dajesz omamiać się tym kłamliwym namowom! Mam tego dość! Chcę wrócić do domu! NIE ZBLIŻAJ SIĘ DO MNIE - byłam pewna, że jej głos słyszały osoby zajmujące pokoje sąsiadujące z tym Harry’ego. Styles stanął w pół-kroku, zatrzymany przez jej krzyk. Łzy stanęły w jej oczach, błyszcząc nieznacznie w, padającym zza okna, świetle zachodzącego słońca. Jak długo już trwa ten dzień? To nie była wściekłość na Harry’ego i Louis’ego. Ściany Mileny właśnie zostały zburzone. Coś w spojrzeniu Harry’ego dotknęło najbardziej bezbronnej części muru, za którym chowała całą tęsknotę i żal. Milena nie lubiła pokazywać emocji, nie lubiła wpuszczać kogoś poza granicę tej stalowej ochrony. Wrzaski, które rozległy się w pokoju hotelowym były skierowane do niej samej. Moja przyjaciółka była wściekła na siebie. Nie była nawet w stanie powstrzymać szlochu, który wyrwał się z jej ust. Zacisnęła powieki, a dwie łzy opadły szybko na podłogę. Harry wykorzystał ten moment i, mimo jej zakazu, podszedł do niej powoli. Nie czekając, aż Milena ponownie otworzy oczy, zamknął ją w mocnym uścisku, głaszcząc powoli jej włosy.
       - Nie! - krzyknęła, lecz jej głos stracił na sile. Wyrwała się Harry’emu i zaczęła okładać go pięściami, nie powstrzymując przy tym płaczu. Harry zniósł cierpliwie jej próbę wyładowania złości, a potem złapał pewnie za drobne nadgarstki i raz jeszcze przyciągnął ją do siebie. Tym razem nie zaprotestowała. Szlochała rzewnie w jego koszulę, zaciskając między palcami jej materiał. Ten widok sprawił, że i mnie ścisnęło się nieznacznie w gardle. Nawał emocji, tych pozytywnych, jak i negatywnych, odcisnął znaczące piętno na naszych nerwach. To była tylko kwestia czasu aż któraś zbuntuje się przeciwko obezwładniającej nas bezradności. 
       Poczułam jak Louis chwyta powoli i delikatnie moją dłoń i ściska ją nieznacznie. Odpowiedziałam tym samym i spojrzałam na niego przez łzy. Uśmiechnął się do mnie uspokajająco. 
       - Milena - odwrócił głowę w stronę przytulonej pary. Milena przestała szlochać na chwilę i wytarła pospiesznie mokre policzki, spoglądając na Lou zza ramiona Harry’ego. - Ochrona to ten formalny powód. Tęsknimy za wami. Harry się do tego nie przyzna, ale przez całe dwa tygodnie chodził jak jakieś dziecko emo, naburmuszone i smutne. - oczywiście, nawet w tak emocjonalną wypowiedź, Louis musiał wtrącić jakiś żart. Harry, którego ręce spoczywały na plecach Mileny, pokazał dyskretnie przyjacielowi środkowy palec. - To jest biznes. Biznes jak każdy inny! Znajdź mi choćby jedną korporację, firmę czy inną instytucję, która, w dzisiejszych czasach, działa całkowicie legalnie. - mówił, patrząc na Milenę z, pełnym nadziei, wyrazem twarzy. 
       - Wasza jest jednak o wiele bardziej nielegalna. I bardziej niebezpieczna. - szepnęłam, nie wierząc, że te słowa wychodzą ode mnie, a nie od Mileny. Louis zwrócił swoją głowę ku mnie, a w jego oczach dojrzałam, blaknący teraz, ślad zawodu. Ruszył w stronę łóżka, ciągnąć mnie za sobą i usiadł na materacu, wciąż trzymając mnie za rękę. Byłam teraz nieco wyższa od niego. Spojrzał na mnie z dołu i przyłożył sobie moją dłoń do ust. 
       - Tak. Ten sposób zarabiania… Jest niebezpieczny. Bardzo. Ale tylko dla nas. Wam nic nie będzie groziło. Macie na to moje słowo. Moje i Harry’ego. - szepnął, a Harry kiwnął powoli głową. 
       - Nie możesz tego wiedzieć - powiedziała Milena, która dopiero teraz odzyskała głos. Odsunęła się ostrożnie od Harry’ego, rzucając mu uspokajające spojrzenie, jakby zapewniając, że już nie będzie histeryzować. 
       - Nikt nie będzie miał prawa was dotknąć. - warknął Styles, jakby samo wyobrażenie takiej sytuacji, wywoływało u niego potrzebę stłumienia jakiejś furii. Zaśmiałam się bez wesołości. 
       - Wy nie macie prawa sprzedawać tej broni i narkotyków - zauważyłam i wzruszyłam ramionami zrezygnowana, zmęczona już tym wszystkim. Poczułam silny uścisk na swojej dłoni. Louis patrzył na mnie z napięciem. Jego chyba też nawiedziły niechciane myśli. 
       - Nigdzie nie jest się stuprocentowo bezpiecznym - powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Miał rację. W każdej chwili mogłam zostać napadnięta przez rabusia, zgwałcona przez jakiegoś psychopatę czy okradziona we własnym domu przez włamywacza. Żadne miejsce nie było stuprocentowo bezpieczne. Ale czy mieszkanie chronione przez szefów zorganizowanej grupy przestępczej mogło należeć do miejsca równie bezpiecznego jak ulice Poznania. Bardziej bezpiecznego? 
       - Co, jeśli… Jeśli się pokłócimy? Jeśli już nie będziemy… Razem? - zapytałam cicho.
       - To niemożliwe - odparł, kręcąc szybko głową
       - Co jeśli? - naciskałam
       - Dotrzymujemy słowa - odezwał się Harry - Jeśli tak się stanie, wciąż utrzymacie swoje posady. - dodał
       - To się nie trzyma kupy - Milena osunęła się po ścianie na podłogę i oparła czoło na dłoniach. - Przecież my tam zupełnie nie pasujemy. Dwie biedne kobiety z Polski, miałyby związać swoją przyszłość z niebezpiecznymi przestępcami? Dlaczego? Co wy będziecie z tego mieli? - zapytała, opierając głowę na zimnym kamieniu. Przytaknęłam jej w duchu. 
       - Was - szepnął Harry, nie patrząc teraz na nikogo. Milena zawiesiła na nim wzrok bez mrugnięcia. Atmosfera w pokoju zgęstniała momentalnie.
       - No i Niall bardzo potrzebuje wokalistki. Odkąd odeszłaś stracił połowę klientów! W tym mnie - Louis mrugnął do mnie psotnie, próbując przerwać zaistniałe napięcie, ale nie uśmiechnęłam się do niego. Puściłam jego dłoń i skrzyżowałam ręce na piersi. Nerwy ponownie brały górę. Ten dzień był totalną huśtawką emocji, a ja bardzo chciałam z niej już zejść. 
       - W porządku - zamarłam, gdy w pokoju rozbrzmiał cichy głos Mileny. Musiałam się przesłyszeć. Odwróciłam się w jej stronę. Wciąż opierała głowę o ścianę, a jej oczy skupione były na Harrym. 
       - Co? - zapytałam, osłupiała. Zamknęła na chwilę oczy i zaczęła masować palcami wskazującymi skronie. 
       - Powiedziałam: “w porządku”. - mruknęła cicho zniecierpliwiona. Mój żołądek wywrócił koziołka. Czy to się właśnie działo? Uśmiech Louis’ego rozszerzał się z każdą kolejną sekundą. Ja nie byłam w stanie poruszyć nawet jednym mięśniem. 
       - Milena… - zaczął Harry, pełnym niedowierzania tonem. Podniosła rękę, by go uciszyć, a jej powieki uniosły się powoli. 
       - Ale pod jednym warunkiem. - odepchnęła się od ściany i stanęła ponownie na nogach. Wszyscy skupiliśmy na niej swoją uwagę. Spojrzała po każdym po kolei, a potem zatrzymała oczy na, obserwującym ją uważnie, szmaragdzie. - Nie będziemy wciągnięte w żadne sprawy waszego… cóż… biznesu - wykonała palcami gest cudzysłowu. - ŻADNE - podkreśliła, jakby chciała upewnić się, że Harry i Louis zrozumieli ją dobrze. Harry zagryzł nerwowo wargę.
       - Wiesz, że to będzie trudne do zrealizowania - szepnął. 
       - Skoro tak bardzo chcecie, żebyśmy wróciły, znajdziecie sposób - choć słowa Mileny były ostre, jej ton nie mógł być mniej nieuprzejmy. Jakby kłóciły się w niej dwie osoby. Jedna chcąca wciąż sprzeciwiać się temu całemu pomysłowi z powrotem do Anglii, druga nie pragnąca bardziej niczego innego. 
       Znacie to uczucie, gdy bardzo chcecie, czegoś, co jest nieosiągalne. Czegoś, co nie do końca zgadza się z waszymi zasadami moralnymi lub nie podoba się osobom w waszym otoczeniu? Taki zakazany owoc, o którym sekretnie marzycie, bo przecież i tak go nie dostaniecie. Za marzenia nie karzą, prawda? A co, jeśli zakazany owoc nagle spadł z drzewa i jest na wyciągnięcie waszej dłoni? Sięgacie po niego i uświadamiacie sobie, że, choć bardzo go pragnęliście, możliwe, że popełniacie błąd. Czy zakazany owoc nie będzie zatruty? Jeśli go ugryzę, czy będzie tak samo słodki, jak w mojej wyobraźni? Może wręcz przeciwnie? Może okaże się kwaśny i zgniły w środku, choć skórka wyglądała kusząco i apetycznie. Wraz ze słowami Mileny, mój owoc spadł z drzewa, a ja na, zwiotczałych nogach kroczyłam, w jego stronę, by pochwycić go i ugryźć. Zakazane owoce nigdy nie powinny zostać zjedzone…
       Harry kiwnął głową i, z lekkim wahaniem, wyciągnął do Mileny rękę. Spojrzała na nią, a potem pochwyciła ostrożnie. Wyraz jej twarzy był dla mnie zupełnie nieodgadniony, lecz na pewno nie było w nim nienawiści, która jeszcze kilka chwil temu tak sprawnie kierowała jej zachowaniem. 
       - Jedziemy do Anglii - szepnęłam do siebie, tracąc z oczu tę dwójkę. Patrzyłam w nicość, mając w głowę tę jedną myśl. 
       - Lecimy - poprawił mnie Louis, którego głos trząsł się nieznacznie. Przytaknęłam i przeniosłam na niego nieobecny wzrok. Szczerzył się do mnie, jak wariat. Mrugałam powoli, czując, że ta informacja nie dotarła jeszcze do mnie w stu procentach. 
       - Kocie - szepnął Louis, wstając z łóżka i ujmując moją twarz w dłonie. - Zostajesz ze mną - powiedział, nim przycisnął swoje usta do moich. I wtedy mnie uderzyło. Świadomość tego, co właśnie postanowiłyśmy. Oddając się pocałunkom mężczyzny, odczuwałam w żołądku narastające nieprzyjemne łaskotanie. Gdzieś w tyłach mojej świadomości ekscytacja, walczyła zacięcie o wolność. Dziewczyna gangstera. Co to oznaczało? Co mnie czekało? Zwykła szara myszka miała związać się teraz z przestępcą. Zwykła szara myszka chciała związać się z przestępcą. Zwykła szara myszka nie pragnęła bardziej niczego innego, niż związać się z przestępcą. Choć, jakiś cichutki głosik rozsądku i moralności, wciąż próbował przebić się przez ryczącą na całe gardło satysfakcję, wiedziałam, że nie ma szansy na wygraną. Decyzja została podjęta, a ja nie odczuwałam zbyt wielkich, związanych z nią, wyrzutów sumienia. 
       - Louis - szepnęłam, przerywając przyjemny dotyk jego warg na swoich. Mruknął cicho, z zamkniętymi oczami, na znak, że mnie słucha. - Żadnych tajemnic… Proszę… - podniósł powieki i pokręcił głową. 
       - Żadnych - powiedział przyciszonym głosem, zakładając mi kilka różowych kosmyków za ucho. - Ale… Skoro nie mogę mieć przed tobą żadnych tajemnic…Muszę ci wyznać, że… - urwał i spojrzał na mnie z obawą. Cholera… Co znowu?  Zaczęłam zastanawiać się, czy może nie wolałabym, by Louis ukrywał jednak przede mną niektóre rzeczy. - Cholera, nie wiem jak to powiedzieć…
       - Louis! - popędziłam go, czując, jak zaczynają drżeć mi nogi. 
       - Ech… No dobra… Musisz wiedzieć, że…  Harry… On…  Ma małego penisa… Wiem, wiem, że to straszne, bo przy takim wzroście i niskim głosie jak jego, na pewno wyobrażałaś go sobie jako… całkiem sporego gościa. Ale nie. Ten facet to krasnal tam na dole. Nie musisz więc już podniecać się jego trickami - mówił to wszystko z pełną bezradności miną, a ja o mało nie zemdlałam z ulgi i nie zabiłam go za to, że tak mnie wkręcił. Jakiś przedmiot przeleciał przez cały pokój i trafił Louis’ego w potylicę. Mężczyzna skrzywił się i potarł bolące miejsce, a ja spojrzałam w dół, by ujrzeć czarny skórzany portfel. Wyglądał na wypełniony dużą ilością monet. 
       - Chciałbyś mieć tak “małego” penisa, jak ja - warknął Harry, który patrzył teraz na Louis’ego z morderczym błyskiem w oczach. Ten parsknął śmiechem i odrzucił narzędzie zbrodni. Milena, która stała za Harrym odchyliła się, by uniknąć trafienia. 
       - Nienawidzę cię - warknęłam do Tomlinsona, opadając bezwładnie na łóżko. 
       - Wręcz przeciwnie - szepnął, siadając obok mnie. Zamarłam na chwilę, czując gdzieś w środku rosnącą panikę. Nie może wiedzieć. Nawet ja nie wiem…

       Karolina została wysłana do Anglii dwa dni wcześniej, niż zaplanowany był nasz wylot. W pewien sposób bawiło mnie to, że wzięli ją ze sobą tylko po to, by przedstawiła nam ich propozycję. Biedna dziewczyna. Teraz, cała nasza czwórka. stała na lotnisku, czekając na swój lot. Pakowanie nie było dla mnie zbyt trudne. Podczas naszego pospiesznego opuszczenia kraju, wzięłyśmy z Anglii tylko ubrania i głównie ubrania przewoziłyśmy teraz. Poza tym Louis był bardziej niż chętny do pomocy, przez co poznała go cała moja rodzina. Nie mogłam powstrzymać histerycznego śmiechu, gdy chował się za mną, przed szczekającym na niego, wiernym kompanem mojej mamy. 
       - Mamo… To jest Louis - przedstawiłam wtedy mężczyznę, lecz poza pojedynczym “hi”, ta dwójka nie wymieniła ze sobą, żadnych innych słów, ze względu na nieznajomość języka angielskiego u mamy. To jednak nie przeszkadzało jej skomentować wyglądu tego “przystojnego chłopca, który na pewno jest dobry w łóżku” 
       - MAMO! - skarciłam ją, gdy zachichotała, niczym psotne dziecko i skierowała się do kuchni. Roześmiałam się w duchu, podążając za nią wzrokiem. Trafiłaś w dziesiątkę, mamuśka!
       Potem przyszedł czas na brata i na siostrę, a na końcu na tatę, który zmierzył Louis’ego podejrzliwym spojrzeniem i sięgnął do swojego schowka z bronią. Jako myśliwy miał jej imponującą kolekcję. Sprawdził ostentacyjnie lufę strzelby, a potem wycelował ją w nos Tomlinsona. 
       - TATO! - wrzasnęłam na niego, obniżając pospiesznie broń. 
       - Więc… Zabierasz moją córkę do Anglii? - zapytał groźnie z ostrym polskim akcentem. 
       - Tak, proszę pana - odpowiedział Louis, nie wykazując nawet odrobiny zdenerwowania. Jego ton był uprzejmy i nieco wesoły. Tato musiał uznać to za pozytywną cechę, bo postawił strzelbę na podłodze.
       - Masz o nią dbać - rzucił tylko i minął Louis’ego, nie czekając na odpowiedź. Ten odwrócił się za nim
       - Proszę się nie martwić. Nie ma dla mnie nikogo ważniejszego od pańskiej córki, będzie bezpieczna - zawołał, a tata odwrócił się do nas i posłał nam wdzięczny uśmiech. Mogłabym przysiąc, że, w tym momencie moje serce stopiło się, niczym masło wystawione na słońce. Mężczyźni wymienili jeszcze spojrzenia, a potem tato wyszedł z domu, by załatwić jakąś kolejną biznesową sprawę. 

       Harry i Louis załatwili bilety w klasie VIP, gdzie każdy fotel, był niczym tron, a drogi szampan lał się litrami. Usiedliśmy z Tomlinsonem obok siebie i chwyciliśmy się za dłonie. Patrzyłam przez okno na harujących bez wytchnienia pracowników lotniska. Właśnie odłączano od nas tunel, którym weszliśmy na pokład samolotu. 
       Wspomnienie rodziców reagujących na spotkanie z Louis’m wywołało uśmiech na mojej twarzy. Nie wiedziałam kiedy zobaczę ich po raz kolejny, nie wiedziałam, czy kiedykolwiek poznają prawdę, ale wiedziałam, że zasługiwali na lepszą córkę. Córkę, która ich nie okłamie. Córkę, która nie wyjedzie do innego kraju za przestępcą. Która nie dołączy do grupy gangsterów. 
       Nagle do moich oczu zaczęły cisnąć się łzy, więc odciągnęłam myśli od domu, który właśnie opuszczałam. Samolot ruszył, nabrał prędkości i już po chwili znajdowaliśmy się w powietrzu. Żegnaj Polsko, żegnaj rutyno… Witaj Anglio, witaj życie na krawędzi.
       Poczułam ciepły dotyk warg na swoim ramieniu i odwróciłam się do Louis’ego, który prostował się właśnie, by na mnie spojrzeć. 
       - O czym tak myślisz? - zapytał, głaszcząc mnie delikatnie wzdłuż przedramienia. 
       - O domu - odpowiedziałam szczerze. Uśmiechnął się delikatnie i położył na moim policzku dłoń.  
       - Będziemy ich odwiedzać - powiedział, uspokajająco i pocałował mnie czule. Kiwnęłam głową i wyszczerzyłam się do niego. 
       - Dobrze, że mój tata cię nie rozstrzelił - zachichotałam, a Louis wybuchnął śmiechem i pokiwał głową. 
       - Miły ten twój staruszek, nie powiem - zażartował. Śmialiśmy się jeszcze przez chwilę, a potem, uciszeni przez Harry’ego, zamilkliśmy, wpatrując się w siebie z uczuciem. Wreszcie Louis zbliżył się do mnie i zaczął całować delikatnie. Powolne, ostrożne ruchy były pełne tęsknoty i uczucia. Zadrżałam i przyciągnęłam go bliżej siebie. W co ja się pakuję? 
       - Nawet nie wiesz, jak się cieszę - szepnął mi do ucha, łaskocząc oddechem moją skórę. 
       
     Nawet nie wiesz, jak się boję… 




Podobało się? Byłoby miło! :D A teraz zwracamy się do Was z wielką, wielką prośbą, która raczej niezbyt często będzie występowała na naszym blogu (może jest to jedyny raz, gdy się pojawia, kto wie :O ) Z okazji 30. rozdziału chciałybyśmy zrobić taką małą statystykę. Jako, że nie do końca idzie sprawdzić ile osób, tak naprawdę, czyta TTD, chciałybyśmy zwrócić się do Was z prośbą o skomentowanie tego rozdziału. Nie musi to być jakiś konstruktywny komentarz, może nawet być jedna literka :D Po prostu miło byłoby zobaczyć, ile, mniej więcej, czytelników TTD mamy. 

A! I jeszcze jedna sprawa. Jeśli jesteście użytkownikami Twittera i macie ochotę podzielić się wrażeniami, emocjami i uczuciami dotyczącymi TTD to zapraszamy do używania tagu #TTDff :) Zauważyłyśmy malutką aktywność czytelników na tt i już od jakiegoś czasu myślałyśmy o jej ułatwieniu :) 

No! To teraz koniec żebrania, koniec proszenia, DZIĘKUJEMY, ŻE JESTEŚCIE Z NAMI! Zbliżamy się do 20 000 wyświetleń, co przechodzi nasze najśmielsze oczekiwania. Jesteście wspaniałe, kochamy i jeszcze raz dziękujemy! :* 


A. <3 i M. xx


*Hej, mała dziewczynko. Chodź do środka, nie bój się. Ochronię cię.

niedziela, 5 października 2014

29. When you fell, you fell towards me

       When you fell, you fell towards me*



Milena

      Jakim cudem się tutaj znalazłam? Nie, nie miałam na myśli kawiarni, w której jeszcze kilkanaście minut temu pokłóciłam się z Kornelią. Miałam na myśli to, co się w niej działo. Zmuszona przez przyjaciółkę, wepchnięta na siłę z powrotem do środka, siedziałam teraz naprzeciwko posiadaczki burzy blond loczków. Karolina zdawała się czuć tak samo nie na miejscu, jak ja, co chwilę rozglądając się na boki, przygryzając wargę, czy naciągając nadmiernie dół swojej koszulki i wykładając nam to, co zapewne zostało jej polecone, przez Louis’ego i Harry’ego. Jakim cudem dałam się namówić na wysłuchanie tych bzdur? Ugh, Kornelia, ty i twoja naiwność... 
        Patrzyłam na blondynkę wzrokiem pełnym wrogości. Nie chciałam, żeby pomyślała, że siedzę tu dobrowolnie. Nie. Przekonały mnie do tego tylko zaszklone oczy Kornelii, jej nadzieja na spełnienie prośby, o którą się wcześniej pokłóciłyśmy. Wiedziałam, że to się nie stanie, ale nie chciałam pozbawiać jej jakiejkolwiek szansy. Nie chciałam, by była smutna, bo widziałam błysk w jej oczach, gdy Karolina wypowiedziała te cholerne słowa. Przylecieli do Polski. Jak oni śmieli, do cholery? 
        - Tak więc... Jest propozycja - zaczęła niepewnie Karolina. Patrzyła gdzieś w przestrzeń między mną, a Kornelią, a drżenie w jej głosie zdradzało to, jak bardzo była zestresowana. Niechętnie przywitałam w sobie uderzające mnie współczucie. Próbowałam je zwalczyć logicznymi argumentami, jednak nerwowa postawa Karoliny skutecznie mi w tym przeszkadzała. Przekręciłam oczami na swoją słabość. Kornelia, która siedziała teraz po mojej lewej stronie, kiwnęła żywo głową. 
        - Jaka? - zapytała, troszkę zbyt entuzjastycznie, na co ja rzuciłam jej karcące spojrzenie. Wzruszyła ramionami i wróciła wzrokiem do Karoliny, wyczekując na dalszy ciąg jej wypowiedzi. 
- Um... Chłopcy chcieliby, żebyście wróciły do Anglii... - powiedziała cicho, chwytając w palce jeden ze swych kręconych kosmyków i bawiąc się nim nerwowo. 
- Nie gadaj... - mruknęłam, krzyżując na piersi ręce. Kornelia pokręciła głową i spojrzała na mnie z wyrzutem. 
- Daj jej skończyć - skarciła mnie, na co ja przewróciłam oczami. 
- Milena... Wiem... wiem, że sposób, w jaki dowiedziałaś się o tym, co robią chłopcy nie był najlepszy. Osobiście namawiałam ich, by przedstawili wam sytuację o wiele wcześniej. - brwi Karoliny powędrowały ku górze w nieco błagalnym wyrazie. Westchnęłam ciężko, próbując nie oceniać jej zbyt surowo. Zacisnęła zęby i umilkła na chwilę, jakby zastanawiała się nad tym, co ma teraz powiedzieć. 
- Um... - typowe angielskie „yyy”, przedzierało się przez jej słowa zdecydowanie zbyt często. Nie wiedziałam, czy to z powodu tego, że była zdenerwowana, czy może był to jej nawyk, ale nie pozwalało mi to przestać myśleć o Anglii i Harrym. Poczułam, jak gardło ściska mi się nieznacznie, więc odkaszlnęłam lekko. - Skoro już tu jesteśmy - Karolina kontynuowała swoją wypowiedź - To chciałam ci podziękować za to, że nie powiedziałaś Harry’emu... No wiesz. O Liamie - ostatnie słowa musiałam wyczytać z ruchu jej warg, bo głos drżał jej niemiłosiernie. 
Wspomnienie żałośnie wyglądającego Liama, zrozpaczonego jakąś rzeczą, na temat której nie miałam pojęcia (choć teraz już byłam prawie pewna, że miało to jakiś związek z jego „zawodem”), uderzyło mnie niczym silny kopniak w żołądek. Zmarszczyłam brwi, patrząc na kulącą się w sobie Karolinę, a Kornelia przerzucała wzrok z jednej na drugą, w, pełnym zdezorientowania, wyrazie. Kiwnęłam głową, czując, jak negatywne emocje nieco opuszczają mój system. Nie mogłam być okrutna dla osoby, która na wspomnienie swojego zaćpanego faceta jawnie cierpiała. Karolina nie patrzyła mi w oczy, gdy wypowiadała te słowa. Błądziła gdzieś wzrokiem, zawstydzona, jakby to ona znalazła się wtedy w moim gabinecie, ledwo trzymająca się świadomości. 
- Jasne... Nie ma sprawy - powiedziałam cicho. Usłyszałam w swoim tonie troskę. - Jak on się czuje? - zapytałam, nie mogąc się powstrzymać. Nie znałam Liama, ale jakaś część mnie chciała wiedzieć, czy mu się polepszyło. 
- Wzloty i upadki... Próbujemy ukrywać go przed Harrym i Lou, gdy ma nawroty, ale myślę, że chłopaki zaczynają coś podejrzewać... - odpowiedziała dziewczyna i ponownie naciągnęła materiał swojej koszulki. Spuściła wzrok, lecz zdążyłam dojrzeć błysk łez w jej oczach. Zacisnęłam szczękę, czując do Karoliny coraz większą sympatię. Ta dziewczyna wydawała się być tak niewinna, tak odpowiedzialna. Dlaczego była w związku z kryminalistą? Dlaczego męczyła się z ćpunem? 
- Kocham go. - szepnęła, jakby usłyszała moje myśli. Milczałam, dając jej swobodę wypowiedzi. - Jesteś odpowiedzialna, wiesz co jest dobre, co złe. Domyślam się, że pewnie uważasz, że jestem głupia, będąc z nim w związku, czy zadając się z chłopakami. Ale prawda jest taka, że ta grupa to o wiele więcej niż handel... - przerwała na chwilę i rozejrzała się z obawą wokół siebie - ...tym i owym... Ci faceci. Oni są naprawdę wspaniali. Zaopiekowali się mną, gdy byłam w najgorszym momencie życia. Oni mają... Swój pewien kod. Honor. Liam... Liam jest najwspanialszym człowiekiem na ziemi. A wszyscy wiemy, że nikt nie jest bez wad. Niestety odziedziczył po ojcu tendencję do uzależnienia, ale jestem pewna, że z tego wyjdzie. Jestem pewna, że mu się uda. Zrozumcie... On... Oni ocalili mi życie - ściśnięte pięści Karoliny spoczęły na blacie stolika. Patrzyła na nas z taką determinacja, jakby chciała mentalnie przekazać nam chęć powrotu do Anglii. 
Westchnęłam ciężko, kiwając powoli głową, bynajmniej nie w odpowiedzi na jej prośbę. Raz w życiu byłam zakochana. Wiedziałam, co znaczy wielka miłość, więc w pewnym stopniu rozumiałam tę roztrzęsioną, bogu ducha winną, dziewczynę. Wyciągnęłam rękę i ujęłam jej drżącą dłoń. Uśmiechnęła się do mnie słabo, a ja wyczytałam w wyrazie jej twarzy wdzięczność. 
- Dobra. Do cholery, ktoś może mi wyjaśnić o czym wy gadacie? Co się stało z Liamem? - Kornelia patrzyła na nas z załamanymi rękami. Zamrugałam szybko, przypominając sobie prośbę Liama i spojrzałam pytająco na Karolinę. 
- Jeśli ci powiemy... Musisz obiecać, że nie wygadasz się Louis’emu - rzekła, patrząc uważnie na moją przyjaciółkę. 
- Nie będzie to trudne, skoro prawdopodobnie już go nigdy w życiu nie zobaczę - mruknęła Kornela i przewróciła oczami, a potem rzuciła mi obwiniające spojrzenie. Otwarłam usta w oburzeniu, ale się nie odezwałam, bo z równowagi wytrącił mnie rozlegający się przytłumiony dźwięk wibracji. 
- Wybaczcie - Karolina wyjęła z kieszeni telefon i wystukała na nim odpowiedź na smsa, a potem westchnęła ciężko i wróciła do nas wzrokiem, odpowiadając na pytania Kornelii.  
- Liam... Ma problem. Z narkotykami, co pewnie zdążyłaś już wyciągnąć z naszej rozmowy - wskazała na mnie - Pewnego dnia odwiedził Milenę w jej pracy
- Totalnie zaćpany - dodałam, zagryzając wargę. 
- Tak... Tak czy inaczej. Zażywanie nie jest mile widziane w tej grupie. Więcej. Jest zakazane. Liam... Mógłby spotkać się z poważnymi konsekwencjami, gdyby prawda wyszła na jaw - Karolina skrzywiła się mimowolnie, a ja domyśliłam się, że w jej głowie pokazały się różne scenariusze, obrazujące owe „konsekwencje”. Poruszyłam się nerwowo w swoim fotelu, zastanawiając, czy chciałabym się dowiedzieć, co one oznaczają. Kornelia zmarszczyła brwi. 
- Nie rozumiem. Przecież zajmujecie się handlem tych gówien, dlaczego więc jest to tak zakazane? - zapytała, ściszając głos i pochylając się nad stolikiem, by ograniczyć ilość potencjalnych słuchaczy. - I co oznacza to, że mają swój „honor”? Jakim cudem kryminaliści mogą odznaczać się czymś takim? Bez obrazy... - spojrzała na Karolinę z obawą, jakby dopiero teraz zorientowała się, że mogła ją obrazić swoimi słowami. 
- Nie ma sprawy. Jeśli chodzi o zażywanie... Uzależniony staje się słabym ogniwem, łatwym celem dla konkurencji. Łatwo kimś takim manipulować, wyciągnąć od niego informacje. Po drugie... były przypadki kradzieży towaru. Uzależniony ma coś sprzedać, ale bierze sobie jakąś działkę, a potem próbuje zatuszować straty finansowe jakimiś kłamstwami. Umysł uzależnionego jest nastawiony na branie. Czasami postawią się w niebezpieczeństwie tylko po to, by się naćpać... 
- Wiem, jak podyktowane są działania uzależnionego, pracowałam z wieloma narkomanami. Rozumiem twój punkt. - Kornelia przerwała pospiesznie wypowiedź Karoliny. Spojrzałam na blondynkę w oczekiwaniu na reakcję, ale ona zdawała się w ogóle nie przejmować niegrzecznym zachowaniem mojej przyjaciółki. 
- Towar Stylesa jest jednym z najlepszych na rynku... - zamarłam. Teraz to ja jej przerwałam, podnosząc rękę w uciszającym geście. 
- Stylesa? - zapytałam, patrząc na dziewczynę uważnie. 
- Tak. Harry jest... Można go nazwać przywódcą, szefem... jakkolwiek byś chciała. Louis to jego prawa ręka, choć praktycznie dzielą się władzą. Jednak ostatnie słowo zawsze należy do Harry’ego - poczułam, jak zdenerwowanie atakuje mój żołądek. Ale dlaczego? Przecież już z nim nie byłam. Nie powinno mnie to obejść bardziej, niż technika budowania torów, a jednak poczułam ponowne ukłucie, jakby Harry wbił kolejny sztylet w moje plecy. Skrzywiłam się nieco i kiwnęłam tylko głową z niewidzącym wzrokiem, pozwalając Karolinie kontynuować swe wyjaśnienie. Odchrząknęła nerwowo, widząc zmianę w mojej postawie, a potem wzięła głęboki oddech. 
- Honor... Kod... Tych kilku facetów łączy więź silniejsza, niż rodzinna. To nie tylko zawód. Ci faceci są prawdziwymi przyjaciółmi. Wszyscy odnaleźli się w dołku życia, myślę, że dlatego też Liam chciał pomóc mi. Teraz są milionerami, bogaczami, mają pod sobą miasto, cholera, nawet policja tańczy, jak oni jej zagrają. Wiem, że brzmi to okropnie. Materializm itp. Gdzie moralność? Ale... Oni... oni mają swoją moralność. Na przykład kobiety... Jeżeli wybrałaś, że będziesz z jednym z nich, żaden z pozostałych nie może cię ruszyć, jeśli ty na to nie pozwolisz. Jeśli któryś spróbuje cię skrzywdzić i reszta się o tym dowie... No cóż... Jest powód, dlaczego żaden z nich jeszcze się na to nie zdobył. Kod nie obowiązuje tylko naszych chłopców. Grupa Clifforda również się go trzyma. 
       -Grupa Clifforda? - zapytała Kornelia
       - Um... Pamiętacie imprezę u Lou? Był tam konflikt między Niallem a...
       - Hemmingsem - skończyłam za nią, ociekającym jadem tonem. Karolina kiwnęła głową. 
       - Och, więc masz na myśli też Hooda? - Kornelia przyłożyła do ust palce. Gest niezwykle podobny do tego, który wykonywał Harry. Skuliłam się nieco w fotelu. 
       - I Irwina. To są najważniejsi ludzie Clifforda, jego pupilki. Najwięksi rywale chłopców i największe dupki, jakich znała matka ziemia - Karolina przekręciła oczami, co tak odbiegało od jej, zwykle nieśmiałej i wyciszonej postawy. - Poznałyście Phoebe. Ona jest doskonałym przykładem tego, jak działał kod - przypomniałam sobie drobną, ciemnowłosą kobietkę o silnym głosie i asertywnej postawie, która ustawiła do pionu Nialla i Luke’a. Mimowolnie uśmiechnęłam się na to wspomnienie. Czułam, że w innym życiu mogłybyśmy zostać dobrymi koleżankami. 
        - Była z Niallem - zauważyła Kornelia, na co Karolina kiwnęła głową. 
        - A teraz jest z Luke’iem. Swego czasu się przyjaźniłyśmy, ale... Stała się jedna rzecz, która zmusiła ją do zerwania z Horanem. Nie mogę o tym mówić, to zresztą nie moja sprawa, ale chodzi o to, że... Pheebs znalazła ukojenie w ramionach Hemmingsa, co dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe, zważywszy na to, jakim skurwysynem jest ten facet. Ale to jej życie i jej szczęście. Chodzi mi o to, że... Niall musi z tym żyć. Nie może nagle odbić jej Luke’owi, nie może zrobić czegoś, czego nie życzyłaby sobie Pheebs. Inaczej spotkałby się z gniewem Stylesa, a co ważniejsze Clifforda... - Karolina spojrzała niewidzącym wzrokiem w nicość. Kornelia zmrużyła oczy i podparła brodę dłonią. 
        - Co wtedy? - zadała pytanie, które obijało się o ściany mojej głowy. 
        - Nie wiem, ale nie byłoby przyjemnie. - coś mi mówiło, że kłamała - Kobieta dla nich jest kimś, kto decyduje w sprawach damsko-męskich. A oni są... Jej ochroną. Wszyscy. 
        - To troszkę seksistowskie - stwierdziłam, unosząc brwi. 
        - Na pierwszy rzut oka owszem, ale ten system działa niezwykle sprawnie i póki co incydentów związanych z zazdrością, czy przestępstwami seksualnymi było niezwykle mało. 
        - Ale były. - mruknęłam
        - Tak, jak w każdym miejscu pracy - usłyszałam nutkę irytacji w głosie Karoliny. Traciła cierpliwość, a ja nie mogłam odeprzeć myśli, że niepotrzebnie. Przecież ją uprzedziłam, że i tak nie przekona nas do powrotu.
       - Tak, czy inaczej... Propozycja - Karolina wypuściła ciężko powietrze z płuc i poprawiła się na swoim fotelu. Miałam ochotę jej przerwać, nie chcąc słyszeć o żadnych argumentach, które miałyby mnie przekonać do ponownego podjęcia pracy w Little Things,  a tym bardziej spotkania z Harrym, ale Kornelia skutecznie mi w tym przeszkodziła. Dyskretnie uszczypnęła mnie w udo, przewidując moje zamiary. 
        - Słuchamy - powiedziała z naciskiem, patrząc na mnie wymownie. Karolina uśmiechnęła się do niej. 
        - Podwyżka w waszych starych miejscach pracy. Milena 17 tysięcy miesięcznie. - powiedziała, jakby mówiła o dwóch funtach. Zachłysnęłam się własną śliną i zrobiłam wielkie oczy. - Kornelia, siłą rzeczy dostaniesz nieco mniej, jako że pozycja Mileny jest nieco bardziej wymagająca. Niall zaproponował 15 tysięcy, ale jeśli zechcesz, możesz z nim negocjować, choć myślę, że już Lou zadba, byś dostała tyle, ile sobie zażyczysz. Zgadzacie się? - dodała, nie zwracając uwagi na moją minę. Usta Korneli rozszerzały się powoli w uśmiechu, aż wreszcie ukazała w całej okazałości swoje zęby. Przeczuwałam, co miało nastąpić. 
        - Tak! 
        - Nie! - krzyknęłam zaraz za nią, chwytając ją mocno za nadgarstek. Skrzywiła się nieznacznie i wyrwała rękę z mojego uścisku. - Nie bądź głupia! Wciąż mówimy o pracy z...- przerwałam szybko, by nie wykrzyczeć w tłumie czegoś niepotrzebnego - Z kryminalistami - wyszeptałam, patrząc na przyjaciółkę morderczym wzrokiem. 
        Siedemnaście tysięcy miesięcznie. FUNTÓW. Potrafiłam zrozumieć entuzjazm Kornelii, ale racjonalna część mnie wciąż tu była i nie pozwalała na lekkomyślne decyzje. Zabolało, gdy przyjaciółka spojrzała na mnie pełnym wyrzutu wzrokiem. Wiedziałam, że nieprędko mi to wybaczy. Musiałam zdusić w sobie to nieprzyjemne uczucie i po raz kolejny być odpowiedzialną częścią naszej dwójki. 
       - Wybacz Karolina. Wiem, że zadałaś sobie dużo trudu, wiem, że Harry i Louis na ciebie liczą, ale odpowiedź brzmi nie. - powiedziałam oficjalnym tonem. Dopiłam do końca swoją kawę i położyłam na stole pieniądze. Wstając, rzuciłam Kornelii wyczekujące spojrzenie, ale ona nie ruszała się z miejsca. Zacisnęłam zęby
        - Kornelia, do cholery, chyba tego nie rozważasz? - zapytałam, załamując ręce. Miałam ochotę rozpłakać się z wściekłości. Dlaczego ona tak to utrudniała? Powoli odwróciła wzrok w moją stronę. Jej oczy wyrażały niewypowiedziany żal. 
        - Milena, sama przyznałaś, że tęsknisz za Harrym. Wiem, że chciałabyś znów go zobaczyć. To jedyny sposób, by znów z nim być. Nie chcesz tego? - zapytała, a ja poczułam się zdradzona. Czy ona właśnie stawała po ich stronie? 
        - Nie myl mnie ze sobą. Ja poradzę sobie z tą tęsknotą. Przejdzie po jakimś czasie - odparłam, wiedząc, że nie ma sensu zaprzeczać jej słowom, skoro jeszcze jakiś czas temu wyznałam jej, co czułam.  - Ale jeżeli ty tego chcesz, wracaj z nimi do Anglii. Widzę, jak ci na tym zależy, więc idź. Zostań dziewczyną przestępcy, co ja mam tu do gadania? - moja cierpliwość skończyła się w chwili, gdy smutek i ból ścisnęły serce. Głos drżał mi mocno, gdy wypowiadałam te słowa, ale postanowiłam nie być miękką. Kim byłam, żeby stawać między Kornelią, a jej szczęściem? Jeśli chciała dla niego poświęcić naszą przyjaźń... Cóż... jej życie, jej decyzje... 
        Napięcie na twarzy Kornelii zelżało, pokręciła szybko głową, a potem wstała i przyłożyła sobie dłoń do czoła, drapiąc je nerwowo.
          - Nie, nie, nie... Jeśli ty nie jedziesz, ja też. Ja tylko... - zacięła się w połowie i wypuściła z rezygnacją powietrze z płuc. Nienawidziłam tego. Sprawiłam, że było jej źle. Ale przecież mnie też było źle. Cała zaistniała sytuacja to zupełnie niepotrzebny problem. Nie chciałam się kłócić z Kornelą, była najbliższą mi osobą. Nie mogłam jej stracić i wiem, że ona myślała podobnie. Warknęłam przeciągle i zacisnęłam pięści. Karolina wciąż patrzyła na nas z wyczekiwaniem. 
       - Przepraszamy cię. Możesz przekazać chłopakom, że jest nam bardzo miło, ale nie przyjmujemy propozycji - powiedziałam, chwytając za rękę Kornelię, która wpatrywała się tępo w podłogę. Dzwonek za nami ogłosił nowych klientów, wchodzących do kawiarni. Karolina spojrzała ponad moim ramieniem i uśmiechnęła się blado, po czym wstała powoli. 
       - Myślę, że możecie im to same przekazać - odparła, wskazując podbródkiem w stronę drzwi wejściowych. Nie musiała nic więcej mówić. Wiedziałam, co miała na myśli.
         Tylko kilka razy w życiu dopadło mnie uczucie panicznej bezradności. Raz, gdy jechałyśmy lasem i Kornelia prawie zabiła jelenia, bo jej miłość do szaleńczej prędkości była zbyt wielka, raz, gdy mój były oznajmił mi, że bzyka swoją ex; no i oczywiście wtedy, gdy skonfrontowałam się z prawdziwym zawodem Harry’ego. W tych momentach sztywnieją nogi, choć każdy mięsień jakby błagał o bieg, o ucieczkę, dłonie stają się zimne i wilgotne, a serce... Ten mały gnojek próbuje chyba pokonać rekord uderzeń na sekundę. I właśnie tak moje ciało zareagowało, gdy uświadomiłam sobie, kto stał za mną i Kornelią. W żołądku czułam łaskotanie, jakby o jego ściany obijało się tysiące motyli, lecz odbiór tego doznania bynajmniej nie był przyjemny. To zabawne, jak, pozornie podobne, reakcje ciała mogą oznaczać coś zupełnie przeciwnego. 
       - Hej, kocie - to nie niski, zachrypnięty głos usłyszałam jako pierwszy, lecz znajoma barwa i akcent wypowiedzianych po angielsku słów, zadziałały równie efektownie. Wszystkie doznania potroiły swoją moc, dodając do całości nierówny przyspieszony oddech. Kornelia odwróciła się powoli, a gdy tylko jej oczy napotkały osobę za nami, pojawiły się w nich łzy. Zakryła usta dłonią i, choć widziałam, że próbowała się powstrzymać, zaszlochała cichutko. Kurwa... kurwa, kurwa, kurwa... Nie potrafiłam myśleć logicznie, nie wiedziałam, co zrobić. Odwrócić się? Cholera! Za dużo wrażeń, jak na jeden dzień, zdecydowanie za dużo! 
       - Louis... - szept Kornelii ukłuł mnie nieznacznie. Stała wciąż w tym samym miejscu, zapewne walcząc z podobnymi myślami, co ja, a po chwili ujrzałam sylwetkę Tomlinsona, który zamknął moją przyjaciółkę w desperackim uścisku, chowając twarz w jej różowych włosach. Dziewczyna rozpłakała się na dobre i zarzuciła mu ręce na szyi. 
      Podskoczyłam nagle, gdy poczułam dotyk w okolicy mojego pasa. Zacisnęłam powieki, powstrzymując cisnące się do oczu łzy, a gdy ponownie je otworzyłam, Karoliny nie było już w polu mojego widzenia. Jedynie dzwonek nad drzwiami obwieścił, że prawdopodobnie wyszła. Całe moje ciało drżało przeraźliwie. Miałam wrażenie, że kawiarnia zniknęła. Nie widziałam Kornelii i Louis’ego, nie widziałam stolików, foteli. Jedyne, na czym potrafiłam się skupić to ten palący ciężar dużej dłoni, która teraz spoczęła na moim brzuchu. Tracąc zupełnie resztki racjonalnego myślenia, zaczęłam badać powoli opuszkami palców jej fakturę. Ciepła, miękka skóra była tak znajoma, przywracała tyle wspomnień. Lekki nacisk na moim brzuchu zmusił mnie, bym zbliżyła się do mężczyzny stojącego za mną. Szybko napotkałam jego ciało, o które oparłam się mimowolnie, a druga duża dłoń spoczęła na moim ramieniu, na którym po chwili poczułam nacisk ciepłych, miękkich warg. Westchnęłam, próbując powstrzymać płacz. W miejscu pocałunku czułam bezlitosne mrowienie. 
        Wreszcie zadecydowałam. Kiwnęłam głowa, dodając sobie otuchy i odwróciłam się w stronę intruza. Stał tam, tak samo przystojny i tajemniczy jak zawsze. Szmaragdowe oczy skanowały moją twarz z uczuciem i zapisanym w nich pytaniem, którego treści nie znałam. Wyglądał tak samo, jak dwa tygodnie temu, choć, nie wiedzieć dlaczego, spodziewałam się wielkich zmian, jakby nagle miał stać się wcielonym demonem. Tyle razy próbowałam sobie wmówić, że jest czarnym charakterem, kimś niegodnym zaufania, że owe negatywne myśli wpłynęły na moje wyobrażenie o jego wyglądzie. A jednak, duże zielone oczy wciąż były tak samo hipnotyzujące, jego dołki w policzku wciąż dodawały mu dziecięcego uroku niewinności. O ironio...  Tylko włosy urosły nieznacznie, wyostrzając jeszcze bardziej rysy jego twarzy. 
       Wpatrywaliśmy się w siebie przez chwilę, a żadne z nas się nie uśmiechało. Oczy Harry’ego były pełne bólu, w moich zapewne czaił się szok. 
       - Milena... - gdy ostatnim razem wypowiedział moje imię w taki sposób, stałam w ukrytym pokoju pełnym niebezpiecznej broni i narkotyków. Zacisnęłam szczęki, a świat przysłoniły mi łzy. Harry starł delikatnie palcem tę, której udało się uciec. Zatrzymałam jego dłoń na policzku, ujmując ją w swoją i zacisnęłam powieki. Chciałam być twarda, chciałam obrazić go w jakiś infantylny sposób i uciec z tej przeklętej kawiarni, ale nie potrafiłam. Jego widok, jego twarz, uczucie w jego oczach, skutecznie odprawiały całą moją nienawiść, którą w sobie budowałam przez ostatnie dwa tygodnie. Opamiętaj się! Opamiętaj! krzyczał jakiś denerwujący głosik w mojej głowie, ale tęsknota za Harrym wygrywała, zagłuszając go uparcie. Wspięłam się na palce i przycisnęłam swoje usta do ust Harry’ego, czując kolejne dwie łzy spływające po moich policzkach. Harry przycisnął mnie do siebie mocno i pochylił się nieznacznie. Oddał pocałunek i, delikatnymi ruchami, spijał uczucie z moich warg. Moje serce galopowało teraz bez wytchnienia. Gdy oderwaliśmy się od siebie, oboje mieliśmy nieco przyspieszone oddechy. Harry uśmiechnął się do mnie słabo. 
       -Tęskniłem za tobą - powiedział cicho, a ja zadrżałam. Ja za tobą też, miałam odpowiedzieć, lecz żadne słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Kiwnęłam więc głową i odsunęłam się od niego zakłopotana, rozglądając się na boki. Kornelia owinęła nogi wokół bioder Louis’ego, który podtrzymywał ją silnymi ramionami, i wtulała się w niego, bawiąc jego włosami. Szeptali sobie słowa, które nie docierały do moich uszu i chichotali czasami, co mnie wydawało się zupełnie nie na miejscu. Zmarszczyłam brwi. Bardzo nie na miejscu. Nie, nie, nie... To nie tak miało być. 
       Nagła świadomość wszystkiego, co zdarzyło się dwa tygodnie temu uderzyła mnie ze zdwojoną siłą. Kornelia już była przygotowana na powrót do Anglii. Zachowywali się z Louis’m tak, jakby nic się nie stało. A przecież się stało. Dużo. 
       Cofnęłam się kilka kroków, kręcąc głową i wytarłam dyskretnie usta, na których wciąż jeszcze czułam wargi Harry’ego. 
      - Milena? - obawa w głosie Harry’ego była tak wyraźna, jak poczucie winy, które właśnie mnie dopadło. Poprawiłam torebkę na ramieniu. 
       - Nie, Harry - to były pierwsze słowa, jakie do niego wypowiedziałam. Mój głos był zachrypnięty, drżący. Mięśnie szczęki Harry’ego zatańczyły szaleńczo. 
       - Nie... - powtórzył za mną jak zahipnotyzowany. 
       - Wiesz, że to niemożliwe. 
       - Porozmawiajmy - jego błagalny ton, dotarł do samego centrum mojego serca. 
       - Nie mamy o czym - powiedziałam cicho i ruszyłam przed siebie, zwracając tym samym uwagę Kornelii i Louis’ego. Gdy wymijałam Harry’ego ten chwycił mnie nagle za rękę i zatrzymał gwałtownie. 
       - Nie podejmuj decyzji tak pochopnie, proszę... - był taki smutny. To dziwne, ale wydawał się bezbronny. Nie rozumiałam tego. Przecież prowadził zorganizowaną grupę przestępczą. Ostatnią rzeczą, o jaką mogłam go podejrzewać to bezbronność. Wyszarpnęłam się z jego uścisku, rzucając mu wściekłe spojrzenie. Czułam, budującą się we mnie złość. Dość tych gierek!
       - Pochopnie?! Póki co jestem w tej grupie najbardziej odpowiedzialną osobą! - prawie wykrzyknęłam te słowa i wskazałam na Kornelię, która już stała na własnych nogach. Zamrugała szybko, w pełnym szoku wyrazie, a potem skrzywiła się w oburzeniu. 
       - Co masz niby na myśli?! - warknęła, mijając Lou, który próbował zatrzymać ją, chwytając w pasie, lecz zrzuciła z siebie jego rękę. Zacisnęłam pięści, czując nadchodzący ból głowy. Dzień jeszcze się nie skończył, a ja już miałam ochotę wrócić do domu i uciec od tej huśtawki emocji, która spotkała mnie w nieszczęsnej kawiarni. 
       - Właśnie to! Zachowujecie się, jakby nic się nie stało! Kornelia, po raz kolejny pokazujesz, jak jesteś naiwna! - nie mogłam powstrzymać przykrych słów, które cisnęły się we mnie zbyt długo. Kilka głów odwróciło się w naszym kierunku. Kornelia zmrużyła oczy, patrząc na mnie z nienawiścią. 
        - Dobra, dobra, dobra! Robicie widowisko. Uciszcie się obie, jedziemy do hotelu! Wszystko tam sobie wyjaśnimy - Louis stanął między nami, nie mogąc powstrzymać cisnącego się na usta uśmiechu. Czy on tak na serio?  Pierdolony żartowniś. 
       - Nigdzie z wami nie jadę - syknęłam, obniżając głos i odwróciłam się pospiesznie. Miałam nadzieję, że nikt mnie nie zatrzyma, jeśli zareaguję natychmiastowo, więc wybiegłam z kawiarni i ruszyłam chodnikiem szybkim krokiem. Jakie było moje zdziwienie, gdy nagle moje nogi zostały oderwane od ziemi, a ja znalazłam się w ramionach Harry’ego. 
        - A właśnie, że jedziesz. Musimy porozmawiać. - powiedział, umacniając swój uchwyt i odwracając się w przeciwną stronę. 
        - Puść mnie, Styles! - warknęłam, próbując oderwać od siebie jego dłonie. Był zbyt silny, więc zaczęłam desperacko uderzać pięściami w jego ramiona. Zacisnął wargi i spojrzał na mnie groźnym wzrokiem, który obudził dawno nieodczuwane lęki. 
        - Uspokój się, albo zrobimy to w mniej przyjemny sposób - powiedział, obniżając głos o kilka tonów. Prychnęłam, próbując ukryć swoje obawy, i uniosłam brwi. 
         - To niby jest przyjemny sposób? - zapytałam sarkastycznie. Harry zaśmiał się tajemniczo i wskazał podbródkiem czarne, znajome Maserati. Nawet w Polsce nie możesz się z nim rozstać, co? 
       - W samochodzie mam żyłki, do unieruchomienia tych, nad wyraz aktywnych, kończyn i taśmy do kneblowania. Związanie lub dobrowolna współpraca... Chcesz się przekonać, co jest bardziej przyjemne? - znieruchomiałam na chwilę w strachu. Patrzył na mnie długo, a potem jakiś błysk w jego oczach, dodał mi pewności siebie. Żartował. Żerował na moim lęku i niewiedzy o jego „zawodzie”. To podwoiło moją wściekłość, ale już się nie wyrywałam. W jednym wygrywał. Nie wiedziałam, jak daleko mógł się posunąć. Nie wiedziałam co było żartem, a co nie. Wolałam nie poznać zimnego dotyku żyłek na swoich nadgarstkach... 



*gdy upadłaś, upadłaś w mą stronę

czwartek, 25 września 2014

28. I just can't stop thinking of you...

      I just can't stop thinking of you, wherever you are...  *


Kornelia

     Śnieżnobiałe wysokie ściany salonu w domu moich rodziców wydawały się nijakie i odpychające w porównaniu do tych, w naszym byłym mieszkaniu w Londynie. Siedziałam na fotelu z laptopem, przeglądając w internecie oferty pracy, a moja mama, poczciwa kobieta po pięćdziesiątce leżała na kanapie naprzeciwko mnie, czytając gazetę i wolną ręką głaszcząc jej wiernego psa. Minęły dwa tygodnie odkąd wróciłyśmy do Polski, a ja wciąż czułam się, jakby to było wczoraj. Wspomnienie desperacji w głosie Louis’ego, gdy postanowiłam skonfrontować się z nim, by potwierdzić przyniesione przez Milenę wieści, było jedną z rzeczy, które nawiedzały mój zmęczony umysł zdecydowanie zbyt często. 
       Wybiegłam wtedy z mieszkania, cała w nerwach, dzwoniąc bez ustanku do mojego, byłego już, chłopaka. Sygnał urywał się krótko, a po kilkunastu minutach telefon Louis’ego zupełnie przestał być dostępny. Zawołałam taksówkę i poleciłam kierowcy pojechać pod adres Tomlinsona. Nie byłam w stanie dostać się do środka bez kluczy, ale nic mnie to nie obchodziło. Louis musiał przecież w końcu wrócić z tego „ważnego” spotkania. Usiadłam więc pod jego drzwiami, raz po raz wybierając jego numer. Wciąż jednak odpowiadał mi komunikat o jego niedostępności. Poddałam się po kilkunastu próbach i zaczęłam bawić nerwowo nitką wystającą z mojej bluzki. 
        - Handlują bronią i narkotykami, cholera, Kornelia, oni są pieprzonymi przestępcami. - wspominałam załamany głos Mileny - Myślę, że łączą się z tym inne rzeczy, ale nie jestem pewna. Harry groził, że bez nich jesteśmy bez szans, że coś nam grozi... - mówiła, ciągnąc się nieświadomie za włosy. Kręciłam wtedy głową ze łzami w oczach. 
        - Nie wierzę ci - powtarzałam po każdej podanej mi informacji. - Może ich biznes nie został zbudowany całkiem legalnie, ale nie może być aż tak źle!
        - Kornelia, nie bądź idiotką! Myślisz, że żartowałabym w takiej sprawie?! - krzyk Mileny był na tyle histeryczny, bym uwierzyła w prawdziwość jej słów. 
        - Muszę porozmawiać z Louis’m - odpowiedziałam jej i zabrałam się za zakładanie butów. 
        - I powiedzieć mu co?! Najlepiej od razu się spakuj, nie będziemy częścią jakichś mafijnych gierek! 
        - Nie! Nie wyjadę stąd dopóki nie porozmawiam z Louis’m! - byłam pewna, że mój krzyk był doskonale słyszalny u sąsiadów. Milena spojrzała wtedy na mnie zbolałym wzrokiem i podeszła powoli. 
       - Nie możemy z nimi być. Nie możemy zostać - powiedziała cicho, jakby próbując wytłumaczyć mi, że problem był większy niż myślałam. Cholera, znałam wagę problemu. Ale wiedziałam też jak bardzo zależało mi na tym błękitnookim mężczyźnie. 
        - Jadę - warknęłam tylko i wyszarpnęłam się z jej uścisku, wybiegając z mieszkania. 

        Oparłam głowę na rozwartych palcach, próbując powstrzymać łzy. Nie zamierzałam płakać, póki nie usłyszę prawdy od Louis’ego. Podskoczyłam gwałtownie, gdy telefon rozdzwonił się głośno w kieszeni moich spodni. Serce zabiło mi mocniej, gdy na wyświetlaczu ukazało się imię Tomlinsona. 
        - Louis - odebrałam z przeraźliwie drżącym głosem. Łzy uparcie zbierały się w kącikach moich oczu, a gardło zacisnęło nieznośnie. 
        - Kocie, przecież wiesz, że miałem spotkanie. Przepraszam, że wyłączyłem telefon, ale patrzyli na mnie dziwnie - w słuchawce odezwał się jego zachrypnięty głos. Mimo wyraźnego poirytowania, słyszałam, że wymawiał te słowa, uśmiechając się, jakby nie chciał, bym poczuła się źle, że mnie skarcił. To wystarczyło. Jego piękny głos, ton pełen uczucia. Łzy odnalazły sobie drogę w dół mojej twarzy, a mnie zaatakował rozpaczliwy szloch. 
       - Kocie? Kornelia, co się stało? - wesołość zupełnie zniknęła, ustępując miejsca trosce. Podjęłam kilka prób wypowiedzenia słów, które zaplanowałam sobie wcześniej w głowie, lecz żadna się nie powiodła. Zamiast tego płakałam jeszcze w ciszy przez chwilę, a potem wzięłam głęboki oddech i otarłam łzy, próbując opanować nerwy. 
        - Wiem... - szepnęłam do słuchawki
        - Co? Kocie, nie słyszę - otoczenie wokół jego głosu ucichło. Domyśliłam się, że wsiadł do swojego auta. Odchrząknęłam nieco, by oczyścić gardło. 
        - Wiem - powiedziałam nieco głośniej
        - Co wiesz? - Louis zabrzmiał na jeszcze bardziej zmartwionego, niż chwilę temu. Wzięłam głęboki oddech i kiwnęłam głową, dając sobie pozwolenie na wypowiedzenie kolejnych słów. 
        - O broni. O narkotykach. O tobie i Harrym. Wiem o wszystkim - cisza po drugiej stronie sprawiła, że załkałam ponownie. To była prawda. To wszystko. Nie musiałam widzieć jego twarzy, by poprawnie rozczytać reakcję. Usłyszałam w słuchawce warknięcie sportowego silnika Audi. 
        - Gdzie jesteś? - zimny ton Louis’ego wywołał niewyobrażalny ból w mojej klatce piersiowej. Jakby jakaś niewidzialna siła naciskała na nią, zamykając serce w malutkim pudełeczku, zbyt ciasnym, by mogło ono poprawnie bić. Zaczęłam dusić się powietrzem wokół mnie, brałam krótkie oddechy, próbując odpowiednio wypełnić płuca, lecz one również wydawały się być zamknięte. 
        - Louis... Dlaczego? - szepnęłam, przyciskając dłoń do mostka. 
        - Cholera, gdzie jesteś? - zapytał pełnym desperacji tonem. Spojrzałam na drzwi, o które właśnie się opierałam, po czym zacisnęłam powieki. 
        - U ciebie - odpowiedziałam, wciąż nie mogąc wyjść ponad szept. 
        - Jadę tam, poczekaj na mnie - rzucił pospiesznie, ale ja pokręciłam gwałtownie głowa. 
        - Wracamy do Polski 
        - Nie! Zaczekaj, wyjaśnię ci wszystko! 
        - Będę za tobą tęsknić - przy tych słowach moje ciche łkanie zamieniło się w głośny szloch. Tak bardzo, chciałam dodać, lecz nie mogło mi to przejść przez gardło. 
        - Kornelia, wierz mi, że będzie lepiej jak mnie wysł... - rozłączyłam się, a telefon wyleciał mi z rąk, uderzając z trzaskiem o podłogę. Schowałam twarz w dłoniach, oddając się rozpaczy. Klatka piersiowa paliła niemiłosiernie, każdy mięsień drżał, jakby rwąc się do ucieczki. Lecz przed czym tu uciekać? Przed niespełnionym uczuciem? Przed grupą przestępców, która, z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu, postanowiła „przygarnąć” mnie i Milenę? Od Louis’ego, który był najwspanialszym facetem, jakiego kiedykolwiek poznałam? 
       Telefon zadzwonił ponownie, a ja spojrzałam na niego przez łzy. Zamazany napis „Louis” zatańczył w moich oczach. Chwyciłam aparat, a potem ścisnęłam go mocno i rzuciłam z całej siły. Szkło rozbiło się o drzwi windy, lecz telefon wciąż dzwonił, wygrywając swoją irytującą melodyjkę. Wstałam wreszcie i podeszłam do niego, podnosząc go z podłogi. Ekran był teraz naznaczony dziesiątkami szram i pęknięć, lecz niechciany napis wciąż wyświetlał się na nim wyraźnie. Nadusiłam czerwoną słuchawkę i wyrzuciłam telefon do, stojącego przy windzie, kosza na śmieci. "Podsłuchy", tak powiedziała Milena. Pchnęłam z całej siły drzwi prowadzące na klatkę schodową i zbiegłam w dół, nie kontaktując się już więcej z Louis’m. 

      A teraz siedziałam w naszej szarej Polsce, przeglądając oferty pracy, które nie były ani trochę tak ekscytujące lub dobrze płatne, jak ta w Irresistible, próbując nie myśleć o tym okropnym ostatnim dniu, jaki spędziłyśmy w mieszkaniu Harry’ego. Na szczęście udało nam się wtedy znaleźć jakiś wolny lot już dzień później, więc po spakowaniu rzeczy, skierowałyśmy się od razu na lotnisko, na którym spędziłyśmy noc. Klucz do mieszkania zostawiłyśmy w skrzynce, a Milena, podobnie jak ja, pozbyła się telefonu, kładąc go na stole w salonie i już więcej po niego nie sięgając.
      Wytłumaczyłyśmy rodzinom, zdziwionym naszym powrotem, że Londyński sen okazał się zawodem, a praca nie satysfakcjonowała nas tak bardzo, jakbyśmy tego chciały. O dziwo wszyscy połknęli te kłamstwa dość łatwo, choć moja mama, z którą zawsze miałam bliski kontakt, patrzyła na mnie czasami, jakby odczytując cierpienie, które próbowałam przed nią ukryć. 
      Tęskniłam za Louis’m. Tęskniłam za naszymi głupimi żartami, za wspólnie spędzonymi nocami, mimo że nie było ich tak wiele, jakbym chciała. Tęskniłam za jego spojrzeniami, które sugerowały, że widział najwspanialszą istotę we wszechświecie. Tęskniłam za moim Błękitnookim, a dwa tygodnie to na pewno za mało, by zapomnieć. Przez pierwszych kilka dni sprawdzałyśmy z Mileną sieć w poszukiwaniu jakichś raportów policyjnych czy wiadomości dotyczących handlu bronią czy narkotykami w okolicach Londynu. Zdarzało się, że wpisywałyśmy w wyszukiwarkę imiona i nazwiska naszych przestępców, lecz żadne hasło im nie odpowiadało. Tylko Harry, wpisany na listę studentów prawa, górował w sieci, jako niewinny mężczyzna, który na pewno nie stał za poczynaniami życia przestępczego Londynu. 
       
      - Znalazłaś coś? - podskoczyłam, zapominając, że nie byłam w salonie sama. Pokręciłam z rezygnacją głową i zatrzasnęłam komputer. - A mieszkanie? - no tak, byłam pewna, że w końcu padnie to pytanie. Zajmowałam pokój w domu rodziców, udając, że szukam jakiegoś kąta dla siebie, lecz tak naprawdę nie miałam na to ochoty. Coś mnie powstrzymywało. Coś nie pozwalało mi zakotwiczyć się w Polsce. Nie chciałam myśleć, że to tutaj miałam się zestarzeć i umrzeć. Ostatnie trzy miesiące były tak nierealne, tak bajkowe, że odzwyczaiły mnie od zwykłego, szaraczkowego życia ludzi z klasy średniej, którzy każdego dnia musieli walczyć o godny byt w nudnej, zwykłej pracy, otoczeni nudnymi, zwykłymi ludźmi, nie tak interesującymi, jak Louis i Harry.
        „Interesujący”. Czy właśnie nazwałam przestępców osobami interesującymi? Życie na krawędzi, w wiecznym zagrożeniu. Od kilku dni byłam prawie pewna, że rana Louis’ego, która musiała zostać zaszyta dwa razy, nie była skutkiem durnego upadku mężczyzny. Teraz domyślałam się, że mogła ona zostać zadana przez znacznie bardziej niebezpieczny przedmiot, niż wystający z chodnika pręt. Przedmiot dzierżony przez wroga mojego Louis’ego. Zaśmiałam się smutno. „Mojego”. 
        - Jeszcze nie znalazłam. Czynsz w tym mieście przekracza granice przyzwoitości. - odpowiedziałam na pytanie mamy i rozciągnęłam się w fotelu, ziewając szeroko. - Pójdę już do łóżka. Dobranoc, mamo - dodałam. Wstałam i, całując wcześniej mamę w policzek, wspięłam się po schodach do pokoju, w którym spędziłam pierwsze 19 lat swojego życia.
       Nazajutrz, po południu, miałam zaplanowane spotkanie z Mileną, więc, jak tylko wróciłam z zakupów z mamą, nałożyłam wyjściowy makijaż, uczesałam włosy i, pożyczając auto ojca, podjechałam pod wyznaczoną wcześniej kawiarnię. Milena już tam była. Uśmiechnęła się do mnie, gdy parkowałam auto, a potem przywitała mnie buziakiem w policzek. Weszłyśmy do środka i zajęłyśmy jedyny wolny stolik. Wnętrze było przyjemne dla oka, okraszone brązami i bielą. Wzięłam do ręki papierowe menu, choć i tak wiedziałam już, co chciałam zamówić. Milena nawet nie zajrzała do swojej karty. 
        - Jak tam poszukiwania? - zapytała, rozsiadając się wygodnie w niskim, czekoladowym fotelu. Pokręciłam głową zrezygnowana i rzuciłam niedbale menu, które opadło płasko na blat stołu. Wzruszyłam ramionami. 
        - Beznadziejnie. Wszystko za minimalną krajową, wszystko nudne - potarłam ręką czoło i spojrzałam za okno. Słoneczny dzień zmusił przechodniów do przywdziania lekkich ubrań. Po moim czole spłynęła kropelka potu. Nienawidziłam lata. Ludzie stawali się agresywni, nie szło oddychać, a moja głowa co roku próbowała mi udowodnić, że jest przenośnym prysznicem. Nie... Ja wolałam zimę, swetry i gorącą czekoladę. W przeciwieństwie do Mileny, która zamarzała już przy temperaturach w okolicy zera. Jej porą było lato, jej katalizatorem upał. Tyle nas różniło, a jednak wciąż wytrzymywałyśmy w tym swoim popieprzonym towarzystwie. 
        Zaśmiałam się cicho do swoich myśli i skrzyżowałam ręce na piersi. Milena spojrzała na mnie zdezorientowana, ale pokręciłam tylko głową. 
        - A u ciebie? Znalazłaś już coś? - zapytałam, wracając na odpowiedni tor naszej rozmowy. 
        - Nie. Widocznie Poznań jest zbyt małym miastem na jeszcze jednego projektanta. - przekręciła oczami i westchnęła ciężko. W tym momencie do naszego stolika podeszła duża kelnerka w średnim wieku. Złożyłyśmy zamówienia, po czym zamilkłyśmy obie na chwilę. Zagłębiłam się w swoich myślach, przypominając sobie, dlaczego chciałam spotkać się z Mileną. Nie... Tak naprawdę wcale sobie nie przypomniałam. Pamiętałam o tym od samego rana, przez co nie mogłam skupić się na codziennych czynnościach.
       Zaczęłam potrząsać nerwowo jedną nogą i zacisnęłam wargi. Była pewna myśl, która zaprzątała moją głowę od jakiegoś czasu. Myśl, którą musiałam się podzielić z Mileną, ale obawiałam się jej reakcji. Myśl, która mnie przerażała. Rozejrzałam się w napięciu po zatłoczonej kawiarni, sprawdzając czy nikt nam się nie przysłuchuje, a potem wzięłam głęboki oddech i... I zrezygnowałam. Nie mogłam, nie potrafiłam wypowiedzieć tych słów. Milena zmarszczyła podejrzliwie brwi, widząc moje dziwne zachowanie. 
       - Gadaj - rzuciła bez ogródek i założyła nogę na nogę. Zaśmiałam się histerycznie i machnęłam ręką, jakby odpędzając się od muchy. 
       - O czym? Nic się nie dzieje. Nic. Zupełnie. Nic, nic. Nie martw się, nic nie ma, nic. - zaczęłam paplać bezmyślnie, ze sztucznym uśmiechem na ustach. 
       - Powtórz „nic” jeszcze raz, to może ci uwierzę - zakpiła  - O co chodzi? - dodała już poważnie, wpatrując się we mnie przeszywającym wzrokiem. 
       Jęknęłam przeciągle i podrapałam się po szyi. Od czego zacząć? Najlepiej od początku. Ha! To by było dobre. Zniecierpliwione westchnienie Mileny sprowadziło mnie ponownie na ziemię. Odetchnęłam głęboko i zacisnęłam powieki. 
        - Wiesz... Jest pewna możliwość... Jeśli chodzi o pracę... - mruknęłam najciszej, jak potrafiłam, patrząc na przyjaciółkę spod jednej powieki. Przekrzywiła głowę, niczym zaintrygowany szczeniak, lecz jej wyraz twarzy był daleki od przyjaznego. Przeczuwała co się szykuje. 
        - Co masz na myśli? - zapytała ostro. Nie odpowiedziałam. Uniosłam tylko wymownie brwi i zacisnęłam szczęki. Och, czemu to musiało być tak trudne? Wiesz czemu, Kornelia, nie oszukuj się. Właśnie próbujesz namówić swoją przyjaciółkę na... 
         - Nie. - ton Mileny ociekał jadem, sprawił, że cała moja pewność siebie czmychnęła gdzieś w róg kawiarni, chowając się przed morderczymi spojrzeniami przyjaciółki. Potarłam dłonie o kolana, a potem znieruchomiałam na chwilę, gdy przysadzista kelnerka przyniosła nasze kawy. Podziękowałam jej, próbując nie brzmieć nerwowo, lecz z marnym skutkiem. 
       - Dlaczego nie? - szepnęłam, pochylając się nad stolikiem, gdy kobieta już oddaliła się od nas. Podekscytowanie, które rosło we mnie z każdą kolejną sekundą było tak bardzo nie na miejscu, jak Bill Gates na zebraniu członków Apple. A mimo to nie potrafiłam go powstrzymać. Gdzieś w środku tliła się we mnie nadzieja, że Milena podzieli mój entuzjazm, że mój pomysł nie okaże się ostatnim szaleństwem. Ale mina mojej przyjaciółki powoli gasiła te żarzące się jeszcze emocje. 
        - Doszczętnie cię popierdoliło, tak? - warknęła, starając się nie podnosić głosu. Poczułam, jak nerwy przejmują kontrolę nad moimi mięśniami, a dłonie stają się wilgotne. 
        - Milena, żyłybyśmy jak królowe, miałybyśmy gdzieś resztę świata. - mówiłam, zapominając o tym, by ugryźć się w język. Odraza w oczach przyjaciółki zabolała, niczym wielki nóż wsuwający się powoli między moje łopatki. Nie mogłam jej winić, to ona była racjonalną częścią tej dwójki, to ona miała rację. A jednak coś wciąż nie pozwalało mi dać za wygraną.
        - Od kiedy kasa stała się dla ciebie ważniejsza niż moralność, hm? Za dobrze ci było w dupie w ciągu tych kilku miesięcy, prawda? - syknęła, również pochylając się nad blatem stołu. Nasze twarze były teraz tak blisko siebie, że czułam miętowy zapach gumy, którą Milena właśnie żuła. Skrzywiłam się na jej słowa, czując, jak zaciska mi się gardło. Oddaliłam się nieco od niej i otarłam szybko opadające łzy. Wyraz twarzy Mileny nie zmieniał się, będąc tak samo surowym, jak kilka sekund temu. Nie stopniała na widok mojego smutku. 
        - Nie o to chodzi. - Powiedziałam, wstając i rzucając na stół kwotę odpowiadającą cenie, nietkniętej nawet, kawy. Milena chwyciła mój nadgarstek i pociągnęła mnie mocno w dół. 
       - Siadaj - warknęła, wskazując fotel naprzeciwko siebie. Wyrwałam się z jej uścisku i pokręciłam głową. 
       - Nie. Nie mam ochoty już z tobą rozmawiać - odparłam i ruszyłam szybkim krokiem w stronę wyjścia.
        Na zewnątrz zostałam zalana nieprzyjemną falą upału. Zdjęłam swoje okulary korekcyjne i założyłam przeciwsłoneczne, chroniące moje oczy przed jaskrawym słońcem. Muszę zainwestować w soczewki, szybka i niedorzeczna myśl przemknęła mi przez głowę. Odetchnęłam głęboko i rozpoczęłam poszukiwanie kluczyków auta w torebce. 
        - Kornelia! - zacisnęłam zęby na głos za moimi plecami. Odwróciłam się na pięcie i spojrzałam z przymrużonymi oczami na Milenę. 
        - Czego? 
        - Do cholery, nie bądź zła! Nie rozumiesz, że to, co próbujesz właśnie zaproponować jest po prostu głupie? - wyrzuciła z siebie, nie bawiąc się w uprzejmości. Oczywiście miała rację. Jak zwykle miała rację, ona i jej pierdolony logiczny umysł, zawsze wygrywały z moimi emocjami. Miałam ochotę się rozpłakać. Głupia, Kornelia, przecież wiedziałaś, że to nie wypali. Chciałam się obronić, rzucić jakimś dobrym kontrargumentem, który choć na chwilę pozostawi ją w konsternacji, lecz nic nie przychodziło mi do głowy. Wzięłam głęboki oddech. 
        - Tęsknię za nim - te słowa, zamiast docinek, tłumaczeń czy przeprosin, właśnie te słowa przedarły się przez moje gardło. Ciche, ledwie słyszalne w ogólnym gwarze tętniącej życiem ulicy. W ciągu ostatnich dwóch tygodni ani razu nie wypowiedziałam tego na głos. Udawałam, że wszystko jest w porządku, dusząc w sobie nieprzyjemne uczucie i dopiero teraz, w momencie pierwszej, od niepamiętnych czasów, kłótni z Mileną musiałam to z siebie wyrzucić. Łzy popłynęły wartkim strumieniem po moich policzkach, prawdopodobnie rozmazując starannie zrobiony makijaż. Nie dbałam o to. Wreszcie wyznałam komuś, jak się czułam i była to ulga i udręka w jednym. 
      Ramiona Mileny opadły bezwładnie, jakby nie spodziewała się takiego obrotu sprawy, przygotowując się na wybuch z mojej strony. Wsadziłam palce pod okulary, ocierając wilgotne policzki i pociągnęłam nosem. 
       - Możesz sobie żyć ze swoimi logicznymi argumentami. Tak, handlują tym i owym, tak są przestępcami, ale nie mogę zaprzeczyć swoim uczuciom, rozumiesz? To były trzy najlepsze miesiące mojego życia. Nazwij mnie głupią, Smyk, zrób to! - mówiłam zaskakująco spokojnym głosem. Milena patrzyła na mnie ze zbolałą miną, słuchając uważnie każdego uronionego słowa. Gdy zrozumiała, że nie miałam już nic więcej do powiedzenia, podeszła do mnie wolnym krokiem, a potem położyła ręce na mojej szyi i pociągnęła mocno, wtulając się we mnie. Zaszlochałam w jej ramię, obejmując ją ciasno w pasie. 
       - Nie jesteś głupia. Znaczy no jesteś, ale to zupełnie inna bajka - zażartowała, głaszcząc mnie po włosach. Zaśmiałam się przez łzy i szturchnęłam ją nieznacznie. - Ja też tęsknię... Za Harrym. - zamarłam, gdy wyszeptała mi do ucha te słowa. Oddaliłam się od niej nieznacznie. Jej oczy wyrażały cierpienie. Były zaczerwienione, jakby usilnie próbowała powstrzymać się od płaczu. 
        - Nie patrz tak na mnie, nie jestem pierdolonym robotem - powiedziała, przewracając oczami. 
        - Serio? Bo już chciałam szukać śrubek i zasilacza - pokazałam jej język i wyplątałam się z naszego uścisku. Milena zachichotała, lecz zaraz po tym spoważniała. 
        - Wiem co czujesz. Ale nie możemy dawać ponosić się emocjom. Związki się rozpadają, uczucia wypalają. Wracanie do ich chorego biznesu tylko dlatego, że za nimi tęsknimy mogłoby skończyć się bardzo źle. BARDZO źle - patrzyła na mnie uważnie, jakby upewniając się, czy dotarł do mnie sens tych słów. Pokiwałam powoli głową, ze wzrokiem wbitym w chodnik. 
        - Poza tym, to nie miłość. Szybko nam przejdzie. - dodała, poklepując mnie po ramieniu i uśmiechając się pocieszająco. Przełknęłam ciężko ślinę. Miłość. To brzmiało tak poważnie. Tak poetycko. Miłość nie mogła przecież rozwinąć się w tak krótkim czasie, prawda? Te wszystkie teksty o miłości od pierwszego wejrzenia to bujdy. Oczywiście, że tak. 
        - Kornelia... To nie jest miłość... Prawda? - Milena ścisnęła mocno moją dłoń, patrząc na mnie wyraźnie zmartwiona. Nie odzywałam się jeszcze przez chwilę, unikając jej oceniającego wzroku, a potem potrząsnęłam gwałtownie głową, przywołując się do porządku. 
        - Nie. Oczywiście, że nie - wymusiłam w sobie uśmiech. Milena zmarszczyła brwi, ale przytaknęła niepewnie, zgadzając się na moje oczywiste kłamstwo. Po co rozdrapywać coś, co mogło się w swoim tempie zagoić. 
        - Przepraszam, że tak na ciebie napadłam - powiedziała cicho, zbaczając nieco z tego trudnego tematu. Machnęłam ręką. 
        - Nic się nie stało. Zachowałam się jak idiotka, miałaś pełne prawo ustawić mnie do pionu - wzruszyłam ramionami i wskazałam na auto - duże czarne Audi q7 (upierdliwa sprawa mieć dzianych rodziców, gdy samą jest się spłukaną) - Zabrać cię do domu? - zapytałam, ale Milena już mnie nie słuchała. Wpatrywała się z napięciem w jakiś punkt po drugiej stronie ulicy. Spojrzałam w tamtym kierunku. 

        Są takie dni, gdy myślisz, że wszystko wokół ciebie się wali. Są też takie tygodnie, miesiące. Najpierw sprawy idą w dobrym kierunku. Ba! Najlepszym, a potem wszystko szlag trafia. Znalazłam idealnego mężczyznę, pieprzonego księcia z bajki, który po jakimś czasie wyznał mi, że jest członkiem wpływowej organizacji przestępczej. Mogłabym powiedzieć: „zdarza się”, choć nigdy wcześniej nie słyszałam o podobnej historii. Nie wśród takich szaraczków, jak ja, czy Milena. Byłam więc rozdarta między racjonalnym podejściem przyjaciółki, a swoimi natrętnymi uczuciami, które władały mną o wiele skuteczniej, niż jakakolwiek logika. Zwykle uczymy się na błędach. Trudne sytuacje ofiarują nam okazje, dzięki którym możemy lepiej zrozumieć życie, swoje postępowanie, dzięki którym możemy wyciągnąć konsekwencje lekkomyślnie podjętych decyzji. Czasami los zsyła nam strażników, takich, jak Milena, którzy spróbują wytłumaczyć, dlaczego nasze działania są złe. I wtedy cię olśni, prawda? Nie... Nie w moim przypadku...
        

        Uśmiechnęłam się idiotycznie, gdy zobaczyłam burzę blond loczków, które wcześniej widziałam tylko raz w życiu. Rozpychające uczucie podekscytowania, praktycznie pociągnęło mnie na pasy, by wyjść na spotkanie ich właścicielce. Milena podążyła za mną, stawiając ostrożnie kroki, jakby ziemia pod nią miała zapaść się w każdej chwili. Znajome oczy wpatrywały się we mnie z wesołym wyczekiwaniem, drobna ręka machała do nas, jakbyśmy były starymi znajomymi. Ostatnie kilka metrów pokonałam truchtem. 
        - Caroline! - wykrzyknęłam i rzuciłam się na szyję dziewczyny. Zachwiała się lekko pod moim ciężarem i zaśmiała z entuzjazmem. 
        - Proszę cię, jesteśmy w Polsce, mów mi Karolina - powiedziała ze swoim ostrym angielskim akcentem, gdy odsunęłam się od niej na odległość ramion. Zachowywałam się irracjonalnie, pchana uczuciem tęsknoty za cząstką tego, co straciłam dwa tygodnie temu. Gdyby była to jakaś inna dziewczyna, którą widziałam wcześniej tylko raz, zignorowałabym ją, udając, że jej nie widzę. Ale nie w tym przypadku, to spotkanie niosło ze sobą nadzieję. Coś, co mogło skończyć się tylko po mojej myśli. 
        - Co tu robisz? - zapytała Milena, która dołączyła do nas z lekkim opóźnieniem. Próbowała brzmieć uprzejmie, lecz doskonale wyczuwałam napięcie w jej głosie. Karolina również musiała być go świadoma, bo kiwnęła nieznacznie głową, spoglądając na moją przyjaciółkę z obawą. Wzięła kilka głębszych oddechów. 
        - Przyleciałam do was. - powiedziała, a ja miałam wrażenie, że każde słowo sprawiało jej ogromną trudność. Czuła się niezręcznie, było to widoczne, jak na dłoni. Patrzyłyśmy na nią z Mileną, wyczekując na dalszą część wypowiedzi. - Mam dla was ofertę. Oczywiście nie swoją. ICH - Karolina zacisnęła szczęki, w momencie, w którym moje serce wywinęło fikołka i zaczęło skakać po klatce piersiowej, niczym podekscytowana kózka. Milena wzięła spazmatyczny oddech, ale wciąż stała, dzielnie walcząc z, wpływającymi uparcie na jej twarz, emocjami. 
- Nie interesują nas ich sprawy. Możesz wracać do Londynu - powiedziała drżącym głosem. 
- Niestety to, gdzie ja będę nie ma znaczenia. - Karolina wciąż wyglądała na zmartwioną. Rzuciła Milenie przepraszające spojrzenie, a gdy odezwała się ponownie cały mój świat zawirował szaleńczo. 
       - Harry i Louis są w Polsce. 

Pamiętam dwie słone łzy, wpływające na wargi moich otwartych ust. 


*Nie mogę przestać o tobie myśleć, gdziekolwiek jesteś...