niedziela, 16 listopada 2014

36. There were cold winds bringing storms together

      There were cold winds bringing storms together

CZERWONY CZCIONEK! 
Kornelia

      Byłam w rozsypce. W zupełnej rozsypce. Widok zimnego, bezlitosnego błysku w oczach Louis’ego, gdy pociągał za spust. Huk wystrzału i krew, tryskająca na wszystkie strony ze zranionego uda Evana. To wszystko było dla mnie młotem niszczącym ścianę odwagi, która powstrzymywała mnie przed wpadnięciem w panikę przez ostatnie cztery tygodnie. Louis, tam na lotnisku, nie był tym samym Louis’m, który jeszcze zeszłej nocy dotykał mnie czule i delikatnie, upewniając się, że wszystkie jego ruchy sprawiają mi nieopisaną przyjemność. Louis na lotnisku był człowiekiem okrutnym, bezwzględnym. Nie dałam rady wytrzymać ciężaru tych emocji. Opadłam na kolana, wyrzucając w powietrze drobinki kurzu i piasku. Nie płakałam. Byłam w szoku. Świat wokół mnie zatrzymał się na chwilę, a potem ruszył. Powoli, przerywając co jakiś czas, jakbym odtwarzała zniszczoną taśmę.
       Poczułam na sobie zmartwiony wzrok Caluma. Rzuciłam mu ukradkowe spojrzenie, lecz nie byłam w stanie wysilić się na jakąkolwiek reakcję, by go uspokoić. Wiedziałam, że odczuwał ból. Wiedziałam, że pluł sobie w brodę, że nie był w stanie jednak mnie zatrzymać. W końcu ostrzegał mnie przed tym spotkaniem. Jakimś cudem wiedział, jak na nie zareaguję. Ale postanowiłam go nie słuchać. Postanowiłam się uprzeć, idąc za radą Louis’ego, by nie ufać mu do końca. Może jednak Calum nie miał złych zamiarów. Może nasza znajomość nie była wielkim, wyreżyserowanym kłamstwem Clifforda? 
       Spojrzałam ponownie na Louis’ego, który teraz odwracał się w moją stronę. Gdy zobaczył, w jakim stanie się znajdowałam, podbiegł do mnie pospiesznie i zrównał się ze mną, również opadając na kolana. Mówił coś, lecz nie byłam w stanie zarejestrować pojedynczych słów. Przytulił mnie, a ja wydusiłam z siebie jakiś niewyraźny bełkot. Miałam nadzieję, że miał uspokajającą treść, lecz mogło to być równie dobrze żałosne jęknięcie. Dopiero po chwili zarejestrowałam, że Louis niesie mnie na swoich rękach, a ja oplotłam ręce wokół jego szyi. Pełną świadomość odzyskałam, gdy siedzieliśmy w pędzącym po ulicach Londynu Audi. Słońce zniknęło już za horyzontem, a miasto rozjaśniały teraz sztuczne pomarańczowe światła latarni ulicznych. Opuściłam głowę na zagłówek fotela i wbiłam wzrok w boczną szybę. Louis nie odzywał się cała drogę, prowadząc w skupieniu. Jego zaciśnięta szczęka wskazywała poziom stresu, jaki przeżywał, lecz poza tym zdawał się być zupełnie spokojny. Pozornie. 
       Gdy zobaczyłam, że na kluczowej krzyżówce skręca w stronę swojego mieszkania, postanowiłam się odezwać. 
       - Chcę wrócić do domu. - szepnęłam, nie odwracając wzroku. Reflektory, przejeżdżającego obok samochodu, oślepiły mnie na krótką chwilę. Odpowiedziała mi cisza, ale Audi zwolniło, po czym zawróciło, kierując się w stronę dzielnicy, na której mieszkałam z Mileną. Kiwnęłam niezauważalnie głową i opuściłam powieki. Postanowiłam ograniczyć swoje gesty i słowa, obawiając się niekontrolowanego wybuchu. Lepiej nie dawać emocjom zbyt wielkiego pola do popisu. 
       Gdy samochód zatrzymał się na prywatnym parkingu, wyszłam na zewnątrz, nie czekając na reakcję Louis’ego. Chłodny powiew końca lata otulił mi twarz, orzeźwiając nieznacznie. Wzięłam głęboki oddech, a potem ruszyłam w stronę drzwi. Wystukałam na tarczy odpowiedni kod i weszłam do środka, nie czekając nawet na Tomlinsona. Nie byłam pewna czy za mną szedł, czy wyszedł z samochodu. Mógł po prostu poczekać aż zniknę za drzwiami i odjechać. Ale tak się nie stało. Po sekundzie bzyczący dźwięk oznajmił, że Louis postanowił podążyć za mną. Niemal równocześnie wkroczyliśmy do windy, a Louis nacisnął czarną czternastkę. Stałam bez ruchu, wpatrując się w swoje zniekształcone odbicie, w metalowych drzwiach, czując na sobie wzrok Louis’ego. Nie chciałam go ignorować. Czułam, rosnącą we mnie, potrzebę, by coś powiedzieć, by zapewnić go, że wszystko w porządku. Ale nie było w porządku. Obawiałam się słów, jakie mogłyby ode mnie wyjść. 
       Dzwonek ogłosił odpowiednie piętro i metal rozsunął się z cichym szumem. Ruszyłam do drzwi mieszkania i otworzyłam je, celując na ślepo kluczem do zamka. Salon przywitał mnie świeżym zapachem deszczu. Okno balkonowe było otwarte na oścież, a za nimi niebo rozbłysnęło srebrnym światłem błyskawicy. Grzmot zagłuszył trzask zamykanych drzwi, gdy Louis wszedł do środka. Niewiele myśląc podeszłam do okna i zamknęłam je szybko, ratując salon przed skutkami wzbierającej burzy. 
       - Kornelia… - podskoczyłam, gdy Louis odezwał się cichym łagodnym głosem. Odwróciłam się do niego, rzucając uprzednio na ziemię swoją czarna skórzaną torebkę. Spojrzałam na niego wyczekująco. 
       - Powiedz coś… Niepokoisz mnie - szepnął, a ja przełknęłam ciężko ślinę. Nie chciałam sprawiać mu przykrości. Nie chciałam, by czuł się przeze mnie źle, by było mu smutno, ale nie potrafiłam pozbierać się w sobie. 
       - Jest w porządku… - mruknęłam, rzucając sztuczny uśmiech, z nadzieją, że wypadłam w swojej grze dość przekonująco, by go uspokoić. Nic z tego. Zmarszczka między jego brwiami podkreślała jak zabolały go moje słowa. 
       - Nie jest w porządku. Nie jestem ślepy. Proszę, powiedz o co chodzi - nalegał, podchodząc do mnie ostrożnie, jakbym była płochliwą sarną. Zacisnęłam szczękę i zamrugałam szybko, myśląc gorączkowo nad tym, co miałam mu powiedzieć. Nic nie przychodziło mi do głowy. O co chodzi? O to, że widziałam zupełnie nową twarz Louis’ego. O to, że przez moment bałam się o jego życie? O to, że za trzy dni będę musiała go puścić w nieznane mi miejsce w towarzystwie okropnego typa, jakim był Michael Clifford? O co mi chodzi? 
       - Ja… Nie wiem… To wszystko. To wszystko jest takie… - zaczęłam, gubiąc gdzieś za sobą składnię. Nie byłam w stanie sklecić porządnego zdania. Każde słowo przechodziło mi przez gardło niczym gigantyczna sucha kula, którą musiałam wykrztusić. Louis nic dalej nie mówił. Zrobił jeszcze jeden krok w moją stronę, eliminując jakąkolwiek wolną przestrzeń, jaka została między nami i przycisnął mnie mocno do swojej piersi. Czułam, że tymi objęciami przekazywał mi całkowite zrozumienie, wsparcie i swoje uczucie. Dopiero wtedy… Dopiero, gdy ściskałam w pięściach jego koszulę, dopiero, gdy czułam jego usta na swojej głowie... Dopiero wtedy wybuchnęłam głośnym płaczem, mocząc łzami jedwabisty materiał, brudząc go spływającym z rzęs tuszem. Trzęsłam się w jego ramionach, szlochając, wyrzucając z siebie wszystkie, przeżyte tego dnia, emocje. 
       Po raz drugi dzisiaj moje nogi oderwały się od ziemi i Louis zaniósł mnie na rękach do mojej sypialni, gdzie położył ostrożnie na łóżku. 
       - Nie - zaprotestowałam i usiadłam pospiesznie. Nie mogłam być słaba. Nie mogłam pokazać, że moja decyzja o przeprowadzce tutaj była błędem. Nie była. Na pewno nie była. Po prostu potrzebowałam chwili, by przyzwyczaić się do tej nowej rzeczywistości. Stanęłam na wyprostowanych nogach, naprzeciwko, siedzącego na łóżku, Louis’ego, a on położył dłonie na moich biodrach i przyciągnął mnie do siebie. Znalazłam się między jego udami. Jego twarz nie wyrażała nic poza zmartwieniem. Wysiliłam się na uśmiech i pogłaskałam szorstki policzek. 
       - Przepraszam, że cię wystraszyłem - szepnął, przykładając swoją głowę do mojego brzucha. Wplotłam dłonie w jego włosy, wpatrując się w okno za nim. 
       - Chciałeś go zabić? - wypaliłam, czując, że to pytanie obijało się o ściany mojej podświadomości od momentu, gdy znaleźliśmy się w Audi. Louis odchylił się nieco, by spojrzeć mi w oczy, a potem, ledwie zauważalnie, kiwnął głowa, ze wzrokiem pełnym napięcia. Wypuściłam głośno powietrze z ust, a moje oczy zaszkliły się od łez. Teraz albo nigdy… 
       - Nie pytaj o to… - powiedział cicho, nim zdążyłam się odezwać. Pokręciłam głową i otarłam szybko swoje wilgotne policzki. - Proszę… - dodał szeptem, ale ja już zdecydowałam. Choć odpowiedź była tak wyeksponowana i nie potrzeba było słów Louis’ego, musiałam to usłyszeć. Musiałam zabić naiwne resztki nadziei, które wpływały na mój osąd. 
       - Zabiłeś już kogoś? - zapytałam, drżącym głosem, nieświadomie pociągając go mocniej za włosy. Zacisnął powieki i pokręcił powoli głową. Nie w odpowiedzi a w dezaprobacie na mój upór. Milczał długo, potęgując, kłębiące się we mnie, nerwy. Z moich ust wydarł się niekontrolowany, pojedynczy szloch, lecz przywołałam się do porządku, nim zamieniłby się w kolejny wybuch płaczu. 
       - Zabiłeś już kogoś? - powtórzyłam, tym razem szeptem, bo głos uwiązł mi w gardle. Moja koszulka została zgnieciona w jego dłoniach. Uniósł wzrok, patrząc mi prosto w oczy, a potem przeczyścił gardło i mnie puścił. Sięgnął po moje dłonie i opuścił je luźno wzdłuż mojego ciała. Poczułam nieprzyjemną pustkę, lecz nie sięgnęłam ponownie, by go dotknąć. Nie, gdy miałam to usłyszeć.
       - Tak… - rzekł cicho, lecz pewnie. Spodziewałam się tej odpowiedzi. Była oczywista. Machał mi nią przed oczami w ciągu ostatnich kilku godzin, a jednak wypowiedziana na głos sprawiła, że zachwiałam się na własnych nogach. Tylko doskonały refleks Louis’ego, powstrzymał mnie od upadku. Łapiąc mnie szybko w pasie, pociągnął do siebie i usadowił na swoich kolanach. Przeraźliwie drżącą dłonią zakryłam usta, powstrzymując się od płaczu. Louis przyciskał swoje usta do mojego czoła i kołysał mną powoli w milczeniu, jakby usypiał małe dziecko. Cholera, nie byłam małym dzieckiem! Dlaczego więc łkałam jak takie? Och… Może dlatego, że mój chłopak okazał się mordercą? 
       Wbrew temu, co powinnam zrobić, zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam się w niego mocno, prawie pozbawiając go dostępu do tlenu. Płakałam rzewnymi łzami, trzymając się go kurczowo. Czułam ostrożne dłonie na swoich plecach, chłód przyspieszonego oddechu na ramieniu.
       - Ilu? - wydukałam. Pokręcił głową i ścisnął mnie mocniej w pasie. 
       - Nie rozmawiajmy o tym, nie dzisiaj… - szepnął, wciąż brzmiąc tak samo pewnie, jak przed chwilą. Jakimś cudem temat osób, które pozbawił życia, był dla niego lżejszy niż widok mnie w rozsypce. Poczułam przeszywający ból głowy. Ten dzień był tak długi… 
       Mój płacz cichł z każdą kolejną minutą, aż wreszcie pozostał tylko ciężki oddech i ciche pociąganie nosem. Louis wciąż kołysał mnie na swoich kolanach, głaszcząc uspokajająco po plecach. Zamknęłam oczy, czując ulgę, że atak paniki umyka gdzieś powoli. Miałam nadzieję, że już nigdy nie wróci. A potem zasnęłam… 

       Obudził mnie stłumiony głos mężczyzny. Rozejrzałam się po pokoju. Zaczynało już powoli świtać. Słyszałam za drzwiami Louis’ego, który rozmawiał z kimś żywiołowo. Wspomnienia minionego wieczora uderzyły mnie z niewyobrażalną siłą. Usiadłam gwałtownie na łóżku i zakryłam twarz w dłoniach. Nie płakałam. Nie widziałam w tym sensu. To, czego dowiedziałam się kilka godzin temu. To, co zobaczyłam na lotnisku… O to prosiłam Milenę… Tego chciałam. Pierwszy cień został rzucony na nasze łatwe i idealne życie z Louis’m i Harrym. Pierwszy, czarny, nieprzenikniony cień, którego nie jest w stanie rozjaśnić żadne światło.
       Wstałam z łóżka i, na miękkich nogach, powędrowałam do łazienki. Umyłam twarz i zęby, po czym przebrałam się w zbyt duży, męski t-shirt, który robił za moją piżamę, i wróciłam do sypialni. Louis już tam był. Siedział na łóżku, trzymając w ręku telefon i patrząc na mnie z uwagą. 
       - Jak się czujesz? - zapytał. Zaśmiałam się ironicznie. Nie mogłam tego powstrzymać. To pytanie wydawało się tak sztuczne, tak wymuszone. Jak się czułam? Oczywiście okropnie. Ale przecież sama sobie byłam winna. Winna tego, co poczułam do Louis’ego. Winna swojej tęsknoty za nim. Winna tego, że teraz, gdy patrzyłam na niego, miałam ochotę usiąść obok niego i go przytulić. Pocałować. Poprosić, byśmy zapomnieli o tym, co zdarzyło się na lotnisku i kochać się z nim na zgodę. Jakbyśmy przeżyli, nic nie znaczącą, sprzeczkę. Ale to było niemożliwe… To nie była drobna sprzeczka. Przecież to w ogóle nie była sprzeczka. 
       Moja wyobraźnia podsuwała mi makabryczne obrazy Louis’ego z krwią na rękach. Louis’ego, patrzącego na swoje ofiary tym zimnym wzrokiem, którego widok tak mnie zszokował na lotnisku. Kim były jego ofiary? 
       - Musisz o czymś wiedzieć - powiedział, wyciągając do mnie rękę. Potrząsnęłam głową, stojąc uparcie w progu łazienki. 
       - Nie chcę - odparłam, wykręcając palce. 
       - Musisz, jeśli nie zamierzasz ode mnie odejść - oznajmił, a w jego głosie usłyszałam obawę. Zamarłam, patrząc na niego z szeroko otwartymi oczami. Przecież mogłam. Mogłam od niego odejść. Skoro okazałam się być zbyt słaba na ten świat, czy nie to powinnam zrobić? Przełknęłam ślinę i zagryzłam wnętrze policzka. 
       - Ja… Nie wiem… Nie wiem, Louis - łza naznaczyła błyszczącą ścieżkę na moim policzku. Która to już dzisiaj? 
       - Nie wiesz? - zapytał, marszcząc czoło. W ciemności dojrzałam, że jego oczy również się zaszkliły. Wzięłam głęboki oddech i wbiłam wzrok w ziemię. Dałam sobie chwilę na zebranie myśli, a potem wyjaśniłam. 
       - Zabiłeś kogoś. Kto wie ile osób. Kto wie, jak bardzo niewinnych… 
       - Wiedziałaś, że to zrobiłem. - wstał z łóżka - wiedziałaś, ale nie chciałaś dopuścić do siebie tej myśli - powiedział cicho, załamującym się głosem. Pokręciłam głową, zaprzeczając jego słowom, choć w głębi duszy wiedziałam, że miał rację. Spodziewałam się tej informacji, ale udawałam przed sobą, że Louis jest całkiem niewinny. Że jest tylko handlarzem. Ale przecież sam został postrzelony. Wiedziałaś, Kornelia… 
       - Nie zabiłem nikogo, kto by na to nie zasługiwał. Jedynie ścierwa, gorsze nawet od Petersa - syknął, zaciskając pięść. To było tak groteskowe. Mówił o tym, jak gdyby nigdy nic, jakby była to tylko praca, codzienność. 
       - Ilu? - powtórzyłam swoje pytanie sprzed kilku godzin. Zacisnął szczękę. 
       - Nie tak wielu, jak byś się obawiała - odparł
       - Ilu? - naciskałam, czując, że ściany, które zdążyłam ulepić w czasie snu, powoli zaczynają się topić. 
       - Dwóch - odpowiedział wreszcie, a ja, po raz pierwszy od dłuższego czasu, spojrzałam mu w oczy. Ogarnęło mnie dziwne uczucie ulgi, jakbym spodziewała się, że usłyszę liczbę o wiele wyższą, bardziej przerażającą. Evan Peters był gnojkiem, który nawet mnie działał na nerwy. Oczywiście nie wpakowałabym w niego kulki, ale rozumiałam kodeks tych grup. Rozumiałam skalę jego zdrady. 
       Może to była ich codzienność… Jesteś śmieszna Kornelia, słaba. Wpakowałaś się w to tak chętnie. Konsekwencje tej decyzji były ci bardziej niż znane. 
       - Potrzebuję chwili - szepnęłam i podeszłam do łóżka. Louis obserwował mnie przenikliwym wzrokiem. Nie potrafiłam odczytać jego emocji. Był niczym zamknięta skrzynia, skrywająca w sobie nieznane sekrety. Usiadłam powoli na materacu i wbiłam wzrok w ścianę. Louis poruszył się nagle, jakby miał zamiar coś zrobić, lecz zaraz potem znieruchomiał. Trwaliśmy tak chwilę, aż ciszę przerwało jego westchnienie. 
       - Posłuchaj - uklęknął przede mną i chwycił moją twarz w dłonie. Jego oczy wciąż szkliły się od łez, ale wzrok był pełen determinacji. - Posłuchaj - powtórzył zbliżając swoją twarz do mojej. Jego oddech otulił moje usta. Oparł swoje czoło na moim, a jedną dłoń przesunął na kark, chwytając mnie pewnie. 
       - To był biznes. Nie jestem mordercą. Nie takim, za jakiego mnie masz. Te osoby… Cholera. Zrobiłem to, bo byli złymi ludźmi, rozumiesz? Nie jestem pierdolonym Ashtonem Irwinem, który wymachuje pukawką na wszystko, co go obrazi. Kornelia, posłuchaj - jego uchwyt umocnił się nieco, a ja położyłam swoją dłoń na jego. Łzy spływały po mojej twarzy niekontrolowanym strumieniem. Wierzyłam mu. Jak mogłam mu nie wierzyć? Odkąd go poznałam, Louis na każdym kroku udowadniał mi, że miał dobre serce. Czy na ramieniu anioła może siedzieć diabełek, który czasami popycha go do strasznych czynów? Nikt nie jest idealny… 
       - Nie zostawiaj mnie, proszę. Nie odchodź. - po tej desperackiej prośbie, przycisnął swoje usta do moich, a ja automatycznie oddałam pocałunek, rozchylając wargi i wpuszczając jego język. Nie zamierzałam odejść. Pieprzyć tych dwóch gnojków, pieprzyć moją niekontrolowaną emocjonalność, pieprzyć Clifforda i pieprzyć Hooda. Moje miejsce było tutaj, w objęciach Louis’ego. 
       Pociągnęłam za kołnierz jego koszuli, zmuszając go, by wdrapał się na łóżko. Naparł na mnie swoim ciałem, zamykając w potrzasku między sobą a materacem. Całował mnie powoli i głęboko, z dziwną nieopisaną tęsknotą. Błądziłam dłońmi po jego torsie, szyi i włosach, nie mogąc zrozumieć dlaczego tak bardzo mi na nim zależało. Dlaczego potrafiłam przymknąć oko na wszystkie moje morale, byleby tylko z nim być. Nie byłam już grzeczną, szarą myszką z Polski. Ten tytuł został zdarty ze mnie w momencie, w którym zobaczyłam Louis’ego w kawiarni w Poznaniu. Cała moja niewinność polegała na desperackim chwytaniu się urojeń, faktów wymyślonych przeze mnie. 
       Byłam kobietą przestępcy, kobietą niebezpiecznego człowieka. Byłam częścią tego świata i nie istniał sposób by to zmienić. Nie chciałam tego zmienić. Postanowiłam odsunąć na bok wszystkie moje obawy, wszystkie lęki. Czas przejść na tę stronę. Czas przyznać przed sobą, że ten świat istnieje, a ja zaczęłam grać w nim dość istotną rolę. 
       Wzięłam gwałtownie oddech, gdy Louis uniósł mój szeroki t-shirt, by pochwycić ustami obnażony sutek. Jego ruchy były powolne i ostrożne, jakby wciąż bał się, że odepchnę go od siebie i ucieknę. Zupełnie nieświadomy tego, co właśnie działo się w mojej głowie, postanowił pozostać w gotowości. Czy byłam szalona? Chyba tak. Chyba oszalałam. Oszalałam, tak, jak powiedział mi to Calum. Oszalałam na punkcie Louis’ego. 
       Pociągnęłam go za włosy, by ponownie złączyć swoje usta z jego. Potrzebowałam rozładowania tych wszystkich emocji. Byłam świadoma, że taki sposób radzenia sobie z problemami nie należy do najlepszych, ale była to jedyna rzecz, która w tym momencie przychodziła mi do głowy. Zabrałam się za rozpinanie guzików koszuli Louis’ego, a gdy już uwolniłam jego tors z przeszkadzającego materiału, wgryzłam się w jego, ozdobione tuszem, ramię. Zauważyłam gęsią skórkę, która podniosła nieznacznie włoski na jego ręce. Moje serce próbowało właśnie pokonać swój rekord prędkości. Gorąco, budujące się w dole brzucha było nie do wytrzymania. Potrzebowałam Louis’ego. Tu i teraz. 
       Jakby czytając mi w myślach, Louis chwycił brzeg mojej koszulki, i przeciągnął ją szybko przez głowę, pozostawiając mnie na łóżku w samych majtkach. Obsypywał moją szyję zmysłowymi, ciepłymi pocałunkami, gdy zsuwał powoli po moich nogach koronkowy materiał. Oddychałam głęboko, próbując nabrać w płuca dość powietrza, lecz go wciąż wydawało się być za mało. Upał wokół nas wywołał na naszych czołach lśniące kropelki potu. Gdy leżałam już naga na łóżku, Louis uporał się szybko ze swoimi spodniami, a potem położył się na mnie, przyciskając swoją nabrzmiałą męskość do mojego uda. Przełknęłam ciężko ślinę, patrząc w jego bystre błękitne oczy, ozdobione długimi rzęsami. 
       - Przepraszam - szepnął w moje usta. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam… - powtarzał te słowa, jak mantrę, całując mnie po każdym z nich. Zaczął rozchylać dłońmi moje nogi, a potem, przy piątych czy szóstych przeprosinach, wsunął się we mnie powoli, głęboko. Czułam wyraźnie jego każdy kolejny centymetr, rozpychający mnie bardziej i bardziej. Zacisnęłam zęby, tłumiąc ciche jęknięcie, które próbowało wydostać się na zewnątrz. Przycisnęłam uda, do jego bioder, zatrzymując go w sobie nieco dłużej niż zamierzał. Przygryzłam jego wargę, gdy wysunął się ze mnie, by zaraz potem wykonać ponowne pchnięcie. Westchnęłam głośno, czując nieopisaną przyjemność, zasłaniającą sobą wszystkie problemy. Louis włożył rękę pod moje plecy i oderwał je od materaca, przyciągając bardziej do siebie, zwiększając intensywność przeżywanych przeze mnie doznań. Pisnęłam cicho jego imię, zaciskając powieki. Całował moją szyję, poruszając się powoli i ostrożnie. Czułam, że przyjemne dreszcze zaczęły ogarniać całe moje ciało, mięśnie napinały się coraz bardziej. Louis warknął cicho i powrócił do zajmowania się moimi ustami. Raz po raz mruczał słowa przeprosin, prośby o wybaczenie, a ja mogłam odpowiadać tylko pojękiwaniami, niezdolna do sklecenia choćby jednego konkretnego zdania. Wreszcie przyspieszył swoje ruchy, chowając głowę w zgięciu między moją głową a ramieniem. Już nic nie mówił, oddychał szybko, dając mi fale przyjemności, zalewające ciało, przyćmiewające umysł. Spazmatyczny oddech obwieścił mój oślepiający orgazm, a zaraz po nim poczułam, że Louis napina się w ogarniającym go spełnieniu. Opadliśmy bezwładnie na łóżko, niezdolni do wykonania choćby jednego ruchu.
       Klatka piersiowa Louis’ego unosiła się szybko, gdy leżał jeszcze przez chwilę na mnie, skupiając siły po tym wyczerpującym doznaniu. Głaskałam go po włosach, czując cudowną pustkę w swojej głowie. Wszystkie myśli uleciały gdzieś, dając mi czas na regenerację. 
       - Kornelia… - zaczął cichym głosem, a ja westchnęłam ciężko i zepchnęłam go ostrożnie z siebie. 
       - Nie teraz, proszę - powiedziałam i ruszyłam do łazienki. Nie zamierzałam rozmyślać w tym momencie. Chciałam oddawać się błogiej beztrosce jeszcze przez jakiś czas. Wzięłam krótki zimny prysznic, nie mocząc włosów, a potem podeszłam do lusterka i wyciągnęłam z kosmetyczki okrągłe opakowanie i połknęłam małą tabletkę. Brałam je od trzech tygodni, gdy moje nocne życie okazało się nieco bardziej “aktywne” niż zwykle. Rozpoczęłam codzienną rutynę o wiele wcześniej niż normalnie, lecz nie przeszkadzało mi to. Ten dzień był od początku zupełnie inny od wszystkich. 
       Ciche kliknięcie ogłosiło Louis’ego wchodzącego do łazienki. Spojrzałam na niego, lecz mój obraz był zamazany, więc sięgnęłam po parę okularów, leżących na umywalce. Miał zmartwioną minę, nie mówił nic, a tylko wstąpił do prysznica i puścił wodę. Zacisnęłam zęby. Cudowna chwila minęła. Czas skonfrontować się z lękami. Nie czekając aż skończy, weszłam do sypialni. Dochodziła piąta rano, więc narzuciłam na siebie, zdjętą  wcześniej ze mnie, przez Louis’ego, koszulkę i opadłam na łóżko. Jakie to szczęście, że pracowałam wieczorami. Mogłam odespać te godziny. Ale gdy zamknęłam oczy, powieki, jakby zmuszały mnie bym je uniosła. Emocje powstrzymywały mnie przed jakąkolwiek próbą zaśnięcia. Do tego jeszcze mój telefon zabrzęczał, ogłaszając SMS. 
       Spojrzałam na ekran i zobaczyłam wiadomość od Caluma. 
       Spotkajmy się dzisiaj, proszę… 
       Spoglądając lękliwie na drzwi łazienki, za którymi ucichł już szum wody, odpisałam szybko: 
   Gdzie? 
       Miałam nadzieję, że Calum odpisze, zanim Louis wyjdzie z toalety. Nasza znajomość była trudna. W zasadzie nie powinna już istnieć, zakończona przy ostatnim spotkaniu. 

*** 

       - Szykuje się coś dużego, powinnaś uważać - powiedział Calum, gdy siedzieliśmy w jego mieszkaniu, grając w nową grę, którą przywiózł ze sobą z transakcji poza Londynem. Opuścił kontroler i spojrzał na mnie przenikliwym wzrokiem. Zmarszczyłam brwi i wcisnęłam przycisk pauzy. 
       - Nie powinieneś mi mówić o takich rzeczach. Ustaliliśmy to. - powiedziałam, wstając powoli i sięgając po torebkę. 
       - Cholera, nie obchodzi mnie to. Kornelia, Clifford kombinuje coś, co może być niebezpieczne również dla was, jeśli się nie oddalicie - mówił, mając na myśli mnie i Milenę. Pokręciłam głową i ruszyłam do wyjścia, mijając imponującą kolekcje gitar basowych. 
       - Jeżeli będę potrzebna Louis’emu, zostanę z nim. Nie będę uciekać tylko dlatego, że wokoło robi się gorąco - warknęłam, czując, że nie powinnam być dla niego tak chłodna. Jest jeszcze tyle rzeczy, o których musiał wiedzieć. Lepiej przeprowadzić tę rozmowę spokojnie.
       Calum również wstał i podszedł do mnie. Był taki wysoki. Przełknęłam ciężko ślinę, gdy jego tors zasłonił mi widok na pokój. Chwycił moje ramiona i potrząsnął nimi delikatnie.  Uśmiechnęłam się mimowolnie. 
       - To nie jest zabawne - szepnął, nie zmieniając swojej poważnej miny. Zacisnęłam zęby i wyrwałam się z jego uścisku. - Louis jest w niebezpieczeństwie. Ty też możesz być - dodał, chowając dłonie pod pachy i pochylając się nieco. 
       - Jeżeli Louis jest w niebezpieczeństwie tym bardziej z nim zostanę. - odparłam. Biła ode mnie pewność siebie, którą przywitałam z dumą. Nie zamierzałam zostawić Louis’ego w takim momencie. Domyślałam się co Calum próbował zrobić. Może chciał się ze mną “kolegowac”, może rozmawiało nam się świetnie, ale nigdy nie usuniemy z przeszłości słów, które powiedział wcześniej, w Harrodsie. Minęły od tego czasu trzy intensywne tygodnie, ale ja wciąż ostrożnie obchodziłam się z tym chłopakiem.  Poza tym, musiałam przekazać komunikat, który miał go zaboleć.
       Nasza znajomość rozwinęła się tydzień po przedziwnym spotkaniu, na którym poznałam też Clifforda. Calum wpadł na mnie ponownie na mieście, z grą w ręku, o której kupnie marzyłam od dłuższego czasu. Sama nie wiedząc co popchnęło mnie do tego, zagaiłam go o nią. Rozpoczęliśmy rozmowę, która szybko przerodziła się w dyskusję na temat najlepszych gatunków gier, potem muzyki, aż nagle wylądowaliśmy w restauracji nieopodal, śmiejąc się i przekomarzając przy lunchu. Nie czułam się winna, bo nie uważałam tego spotkania za nic złego. Ok, Calum był z grupy, której Louis nienawidził. Calum był osobą, której Louis nienawidził, ale Calum był też kimś, z kim rozmawiało mi się bardzo łatwo. Nie tak łatwo, jak z Louis’m, ale wprowadzał dziwny, niewinny rodzaj dziecinnej energii, która odciągała mnie od zbyt intensywnego myślenia nad swoim życiem, które, swoją drogą, ostatnio nawiedzało mnie dość często. 
       W końcu doszło do kilku kolejnych spotkań. Niewielu. To, w którym Calum ostrzegł mnie przed planami Clifforda było w zasadzie naszym trzecim zaplanowanym. Na pierwszym ustaliliśmy, że ta relacja nie będzie niczym, co mogłoby sprawić kłopoty Louis’emu. Drugie zostało przerwane brutalnie przez Tomlinsona, który wyrzucił Caluma z mojego osiedla, gdy zobaczył jego samochód na parkingu. I to trzecie, o którym Louis doskonale wiedział. 
***

       - Nie chcę cię oszukiwać, nie pójdę, jeśli tego nie chcesz - powiedziałam do Louis’ego, trzymając w dłoni telefon, na którym wyświetlała się wiadomość od Caluma z zaproszeniem na “konsolową” potyczkę. Louis patrzył wtedy na mnie z bólem w oczach, ale pokręcił głową. Podszedł do mnie i przytulił mocno. 
       - Ufam ci. Cholera, nie jesteś moją własnością. - mruknął w moje włosy. Zaśmiałam się cicho i pokręciłam głową, po czym zadarłam ją i spojrzałam w błękitne oczy. 
       - Jestem. - powiedziałam cicho. Wyglądał na zagubionego, marszcząc czoło i patrząc na mnie z zaciekawieniem.  - Jestem cała twoja.  A ty mój - wyjaśniłam, przyciągając go do pocałunku. Oddał go niepewnie i przerwał zbyt szybko. Był cały napięty, zaciskał szybko szczękę.
       - Jesteś pewna? - zapytał, a ja zaśmiałam się, odnajdując w jego słowach infantylność naszego dialogu.  Kiwnęłam głową, rumieniąc się lekko.  - Skoro tak… Wiesz, że nie mogę na to pozwalać. Wiesz, że to będzie musiało się skończyć. Jeśli to - wskazał palcem na mnie i siebie - Jeśli rzeczywiście tak sądzisz. Hood nie może być częścią naszej relacji. - wyjaśnił, a ja zamarłam. Och… Lubiłam Caluma. Był naprawdę zabawny, troszkę zadziorny, ale przede wszystkim dobry. Zupełnie nie pasował do dziwnego towarzystwa Clifforda. Ale to z Louis’m byłam. To on wypełniał moje myśli w dzień i w nocy, to on sprawiał, że motyle zaczynały szaleć w moim żołądku, za każdym razem, gdy go widziałam. 
       - Więc powiem mu to na dzisiejszym spotkaniu. - powiedziałam cicho, wysyłając Louis’emu zapewniający uśmiech. Skrzyżował ręce na piersi i pokręcił głową. 
       - Nie chcesz tego, prawda? - zapytał, a ja wzruszyłam ramionami. 
       - Nie znam go dobrze. Rozumiem, że nasza znajomość mogłaby mieć poważne konsekwencje, a ja nie będę źródłem komplikacji. - powiedziałam, a on uśmiechnął się mimowolnie. 
       - Moja mądra dziewczynka - szepnął i pociągnął mnie do sypialni. 

***

       - Szalejesz na jego punkcie - Calum spojrzał na mnie z wyrzutem, załamując ręce. Zignorowałam ten komentarz i zacisnęłam pięści. Musiałam to powiedzieć
       - Calum, nie możemy kontynuować tej znajomości - wypaliłam prosto z mostu, czując, że był to najbardziej nieodpowiedni moment, by rozpocząć ten temat. 
       - Co? - potrząsnął głową, a na jego twarzy wymalowany był wyraz czystego szoku. Westchnęłam ciężko i rzuciłam mu przepraszające spojrzenie. 
       - Wybacz. Jesteś w porządku, dogadujemy się świetnie, ale ja… Jestem z Louis’m, nie mogę sprawiać mu kłopotów. - wyjaśniłam, a Calum zmrużył wściekle oczy. 
       - Pewnie ci to powiedział, prawda? Wmówił, że to jest niebezpieczne, bo widział nas razem. - syknął, a ja poczułam, jak wściekłość zaczyna przeciekać przez moje bariery. 
       - Nas razem?! Calum nie ma “nas razem”! - warknęłam
       - Nie miałem TEGO na myśli! - wrzasnął, wyrzucając w górę ręce, w geście bezradności. 
       - Nieważne. Nie możemy kontynuować tego… Tego… Cokolwiek to jest, bo jestem z nim, rozumiesz? I nie! Nie namówił mnie do tego! Wręcz przeciwnie, dał mi wolną rękę 
       - Wybór… - głos Caluma stracił na sile, a ja osłupiałam, widząc jego smutną twarz. 
       - Co?
       - “Albo ja, albo Calum, nie ma innej możliwości” - powiedział, imitując silny akcent Louis’ego. Nie odzywałam się przez chwilę, analizując to, co mi przekazał. Zacisnęłam wargi i położyłam dłoń na klamce drzwi wyjściowych. 
       - Wiesz, że w naszej sytuacji nie ma innej możliwości. To nie jest kwestia tolerancyjnego chłopaka, który będzie znosił towarzystwo jakiegoś kumpla swojej kobiety. - powiedziałam cicho, czując całą sobą, że właśnie przytoczyłam argument nie do złamania. W pomieszczeniu przez chwilę było tylko słychać nasze ciężkie oddechy, a potem Calum uniósł jedną brew i wzruszył ramionami. Machnął na mnie ręką, po czym odwrócił się plecami i ruszył wolnym krokiem w kierunku kanapy. 
       - Idź już - powiedział cicho. Rzuciłam mu ostatnie, wściekłe spojrzenie, a potem wyszłam z jego mieszkania, trzaskając teatralnie drzwiami. 


***

       Umówiliśmy się w tej samej restauracji, w której rozpoczęła się nasza dziwna przygoda z tą pokręconą znajomością. Siedziałam przy stoliku, czekając na ciemnowłosego mężczyznę, stukając nerwowo palcami w drewno. 
       - Hej - usłyszałam za sobą niski głos i odwróciłam się gwałtownie. Patrzył na mnie swoimi szczenięcymi, czekoladowymi oczami. 
       - Hej - odpowiedziałam cicho i wstałam, tuląc go na powitanie. Zamarł na chwilę, ale potem objął mnie w pasie i westchnął w moje włosy. Gdy go puściłam, usiadł na krześle naprzeciw mojego i położył ręce na stole. 
       - Jak się czujesz? - zapytał, gdy kelnerka odeszła z naszymi skromnymi zamówieniami. Zacisnęłam wargi, patrząc na niego w napięciu, a potem pokręciłam głową bez słowa. Nie chciałam znów płakać. Nie w miejscu publicznym. Mięśnie jego, ostro zaznaczonej, szczęki podskoczyły kilka razy. 
       - Kurwa, Kornelia, ostrzegałem cię - syknął, odpychając się od stolika i opadając na oparcie krzesła. Napięłam się cała i rzuciłam mu wściekłe spojrzenie. 
       - Chcesz jakąś nagrodę? - warknęłam, starając się nie podnosić głosu. Wydawało się przez chwilę, że miał zamiar się odszczeknąć, lecz potem wyraz jego twarzy złagodniał niespodziewanie i położył dłoń na mojej zaciśniętej pieści. Spojrzał na mnie z bólem. 
       - Nie. Przepraszam. - powiedział cicho, a ja odsunęłam się od niego tak, by nie był w stanie mnie dosięgnąć. 
       - Czego chcesz? - zapytałam, nie panując nad swoimi emocjami. Zacisnęłam ręce na brzuchu, próbując doprowadzić się do porządku. Na tle ostatnich zdarzeń, kłótnia z Calumem wydawała się fatalnym pomysłem. Westchnął ciężko, ale nie próbował już mnie dotykać. Położył łokcie na stole i zakrył usta dłońmi. Patrzył przez chwilę na mnie, analizując w głowie to,co miał powiedzieć, a potem wziął głęboki oddech. 
       - Chciałem zapytać czy Louis zabiera cię do Irlandii - powiedział, a ja przekrzywiłam głowę, zaintrygowana. Irlandii? 
       - Nie… Nie rozumiem… Dlaczego miałby mnie zabierać do Irlandii? - zapytałam, mrugając szybko. Czy to właśnie tam miał spotkać się z Cliffordem? Ale dlaczego tak daleko?
       - Wybacz. Po prostu.. Gdyby próbował to zrobić… - Calum zmrużył oczy i spojrzał gdzieś w bok. Zamarłam. Coś było nie tak. 
       - Co się stanie w Irlandii? - zapytałam, zdając sobie sprawę, że nie wiedziałam nic o tym, co miało czekać Louis’ego. A potem Calum wszystko mi wyjaśnił.

***

       Spojrzenie, jakie posłał mi Louis było pełne bólu. Pochylał się nieco nade mną, a gdy jego dłoń uniosła się, by dotknąć mojego policzka, odtrąciłam ją z całej siły. 
       - Nie! - warknęłam i spojrzałam na niego przez łzy. Moje całe ciało drżało, gdy próbowałam powstrzymać szloch. Byłam wściekła, ale też niewyobrażalnie smutna. Teraz, gdy wiedziałam co mogło zdarzyć się za dwa dni, przebiegał mnie strach przy każdym wspomnieniu o tym spotkaniu. Wystarczyło spojrzeć na Ashtona, który bez skrupułów mógłby pociągnąć za spust.
       - Kornelia... - szept Louis’ego przepełniony był cierpieniem. Zacisnęłam powieki i poczułam jak po policzkach spływają mi łzy. 
       - Nie chcę, żebyś to robił. - zaczęłam, zachrypniętym głosem. Pokręcił głową i otworzył usta, by mi przerwać, lecz na to nie pozwoliłam - Rozumiesz?! - krzyknęłam, zaciskając pięści i robiąc krok w jego stronę. 
       - Kocie... 
       - Nie! Nie skończysz martwy, nie chcę zostać sama, nie będę patrzeć na twoje pieprzone zwłoki! - straciłam kompletnie panowanie nad sobą. Całe moje ciało trzęsło się przeraźliwie, gdy szlochałam. Objęłam mocno swój brzuch i zgarbiłam się, starając powstrzymać atak paniki. 
       - Wiesz, że nie mogę tak po prostu zrezygnować. - szepnął, patrząc na mnie uważnie, zapewne oceniając, czy zaraz nie wybuchnę. Płytki oddech był niewystarczający, by zebrać odpowiednią ilość powietrza. Zakręciło mi się w głowie, ale stałam uparcie na nogach, drapiąc się nerwowo po łokciach. 
       - Proszę cię, nie rób tego. Nie rób tego. - mówiłam, wpatrując się w podłogę. Opanowała mnie nieznośna bezradność. Miałam ochotę coś zniszczyć, ale wiedziałam, że nic nie zmieniłoby mojego stanu.Tylko decyzja Louis’ego. Tylko zapewnienie, że będzie bezpieczny. Nie mogłam go stracić. Nie mogłam. Ostatnie dwa dni były tak intensywne, pełne kłótni i wątpliwości, ale jednego byłam pewna. Nie przeżyję bez Louis’ego. Nie chciałam nawet dopuścić do myśli sytuacji, w której zadzwonię do niego, a on nie odbierze, a tylko odezwie się jego poczta głosowa. Zabawny komunikat, wkręcający dzwoniącego, że Louis jednak odebrał, a potem informacja o sygnale. Ale on już nigdy by nie odebrał. Nie. Zbyt wiele poświęciłam dla tego człowieka, żeby teraz tak mnie opuszczał. Nie pozwolę mu na to. 
       Louis podszedł do mnie i położył rękę na moich plecach, przyciągając do siebie. Zagarnęłam w pięści jego koszulę i wybuchnęłam płaczem, odbierającym mi oddech. Zawroty głowy przybierały na sile, gdy atak paniki ogarnął już cały świat wokół mnie. 
       - Proszę cię, proszę, nie rób tego… - Stałam przy nim, próbując uspokoić się nieco, lecz emocje wciąż nie dawały za wygraną. Łkałam cicho, czując jak wszystkie siły opadają ze mnie falami. 
       - Ćśśś... Uspokój się - szepnął łagodnie i pocałował mnie w czubek głowy. Ścisnęłam go jeszcze mocniej w pasie, czując się, jak dziecko, przywierające do dorosłego, gdy czegoś się bało. 
       - Nie mogę Cię stracić - powiedziałam tak cicho, że nie byłam pewna czy mnie słyszał. Milczał przez chwilę, trzymając mnie mocno w swoich objęciach. 
       - Nigdy... - usłyszałam jego szept. Kolejna porcja łez przysłoniła mi widok na salon. Nie puszczałam Louis’ego, bojąc się, że zaraz zniknie. Odejdzie ode mnie, by wylecieć do Irlandii. Nie mogłam go puścić, nie mogłam pozwolić, by wystawił się na takie ryzyko. Gdy chciał odsunąć się nieco ode mnie, nie pozwoliłam mu. Trzymałam się kurczowo jego koszulki. Położył więc delikatnie swoje dłonie na moich i wyplątał palce z materiału. Spojrzałam na niego z wyrazem cierpienia, ze łzami wciąż tkwiącymi w kącikach oczu. Starł jedną z nich kciukiem i pocałował obie moje powieki. 
       - Nie płacz - powiedział cicho, gdy się wyprostował. Pociągnął mnie delikatnie i usiadł na fotelu, sadowiąc mnie na swoich kolanach. Od razu położyłam mu ręce na ramionach i wtuliłam twarz w jego szyję. Gładził moje udo uspokajająco, delikatnie, czekając aż moje emocje opadną nieco i będę w stanie się odezwać. Ogarniała nas przejmująca cisza, przerywana jedynie szeptem Louis’ego oraz moim głębokim oddechem. Po kilku minutach mężczyzna westchnął ciężko i odchylił nieco głowę, patrząc w moje oczy. Błękit przeszywał mnie na wylot, a w jego wnętrzu dostrzegłam niemą walkę i napięcie. Zmarszczył brwi i zamrugał kilka razy, nie spuszczając ze mnie wzroku. 
       - Nie zrobię tego... - powiedział cicho. Wstrzymałam oddech. To nie mogła być prawda. Nie zrobiłby tego tylko ze względu na mnie…  
       - Co? - zapytałam nieco oszołomiona. 
       - Nie zrobię tego... - powtórzył, a potem ucichł na chwilkę i spuścił wzrok. Wpatrując się w swoją dłoń na moim udzie, powiedział - Jeżeli tego nie chcesz, zrezygnuję.
       - Ale… zaczęłam, lecz uniósł rękę, by mnie uciszyć. 
       - Mam ochotę zabić i ucałować Hooda za to, że ci powiedział. Sam mógłbym nie być w stanie. Nie mógłbym tak zranić osoby, którą kocham. Nie chcę widzieć jak cierpisz… -  zamarłam. Wszystkie moje zmysły zostały przytłumione, a ja widziałam tylko tego, unikającego mojego wzroku, przygryzającego ze zdenerwowania wargę, mężczyznę i nic innego dookoła. Czułam jak moja klatka piersiowa zaczyna unosić się i opadać coraz szybciej i szybciej. Ścisnęłam delikatnie palce zaplątane w jego włosach, co wreszcie sprawiło, że na mnie spojrzał. Poczułam wszechogarniającą otępienie, spowodowane, walczącymi ze sobą, sprzecznymi emocjami. 
       - Co...? - szepnęłam z wyrazem szoku na twarzy. 
       - Kocham cię... - jego głos był zachrypnięty, drżący, jakby wypowiedzenie tych dwóch słów wymagało od niego wykorzystania dużych zasobów energii. Wpatrywał się we mnie intensywnie, zapewne wyczekując jakiejkolwiek reakcji. Ja jednak siedziałam na jego kolanach bez ruchu, ze wzrokiem, pełnym nieopisanych uczuć, wbitym w jego oczy. Na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech zakłopotania, a potem położył palec wskazujący na moim podbródku i pogłaskał mnie delikatnie. 
       - Kornelia... Może... Może coś powiesz - zaczął niepewnie, przełykając ciężko ślinę. Otworzyłam usta, w których zrobiło mi się sucho. Wciąż nie byłam w stanie się odezwać. Louis zaczął wiercić się nerwowo w fotelu i pocierać dłonią kark. Przeczyścił gardło i pokręcił powoli głową, spuszczając zrezygnowany wzrok. Zaczął coś mówić, lecz mu przerwałam.
       - Ja... Ja ciebie też... Ja ciebie też kocham - wydusiłam z siebie, pewna, że to, co mówię jest zgodne z prawdą. Wiedziałam to od dawna. Wiedziałam to już w Polsce, ale  bałam się tego uczucia. Bałam się wypowiedzieć tych słów, wiedząc, że ciągnęły za sobą nieodwracalne konsekwencje, ale w głębi duszy wiedziałam, że wpadłam po uszy i czas oszukiwania samej siebie właśnie dobiegł końca. 
       Louis wyglądał, jakby miał się zaraz popłakać. Zmarszczył brwi, a jego zaszklone oczy skanowały długo i uważnie moją twarz. Nie uśmiechnął się, nie powiedział nic, a tylko pochylił się do mnie i złożył na moich ustach ostrożny, delikatny pocałunek. Zacisnęłam powieki, rozchylając dla niego wargi, przyjmując jego powolne ruchy. Kilka kolejnych łez spłynęło po moich policzkach, gdy Louis odsunął się nieco, przerywając ten czuły gest.
       - Już się bałem, że mi uciekniesz - szepnął milimetry od mojej twarzy. 

       - Nigdy - mój głos przepełniony był napięciem i obietnicą, którą Louis od razu zrozumiał. 

środa, 12 listopada 2014

35. Cracks in the mirror

        
Cracks in the mirror*

Milena 


      Jedna rzecz sprawiła, że przyznałam wreszcie przed sobą, jak bardzo przywiązana byłam do Harry’ego Stylesa. Jedna rzecz sprawiła, że zrozumiałam, jak bardzo go potrzebowałam. Jedna rzecz, jedna sekunda, jeden ruch. 
        Zimna lśniąca lufa pistoletu, wycelowana prosto w jego czoło. 
        Dźwięk przygotowania do strzału.

***

        Trzy tygodnie wcześniej 

        Stałam otulona ramionami Harry’ego, którego tors napierał delikatnie na moje plecy. Drobne dłonie zostały otoczone tymi dużymi, które sprawdzały czy dobrze trzymałam rękojeść pistoletu. Narysowany na kartonie, czarny człowieczek, wiszący przed nami bez ruchu, czekał na pierwszy wystrzał. 
        - Pamiętaj, żeby odbezpieczyć - szept mężczyzny przyprawił mnie o ciarki przebiegające po moim kręgosłupie. Zacisnęłam usta, próbując skupić się na malutkiej białej dziesiątce przed sobą. Odnalazłam z boku pistoletu mały przełącznik i przesunęłam go, tak, jak wcześniej uczył mnie tego Harry. Mruknął z aprobatą i pokierował mój kciuk na drobny, odstający fragment metalu, znajdujący się z tyłu broni (“To nazywa się kurek. Pamiętaj o nim, zanim strzelisz”). Nacisnęliśmy go razem, czemu towarzyszyło kilkukrotne kliknięcie. Przełknęłam ciężko ślinę, czując w sobie mieszankę podekscytowania i stresu. Próbowałam sobie wyobrazić, jak wyglądałam, stojąca w lekkim rozkroku, z wyprostowanymi rękami, dzierżąca w dłoniach mały, choć zadziwiająco ciężki, pistolet. 
        - Teraz przenieś palec na spust - cichy, spokojny głos instruował mnie w sztuce strzelniczej, co okazało się dość silnym dystraktorem i, mimo wszystkich sił włożonych w skupienie uwagi, jedyne o czym teraz myślałam to niskie, pieszczące moje uszy, tony. 
        - Gotowa? - zapytał, a ja, niemal natychmiast, pokręciłam głową. Zaśmiał się cicho i umocnił swój uchwyt. - Wyceluj - jego polecenie poprzedziło krótki pocałunek na czubku mojej głowy. (“To jest muszka - wskaźnik twojego celu.”) Uniosłam nieco w górę pistolet, łącząc dziesiątkę z drobną wypustką na grzbiecie lufy. 
        - Strzel - niskie warknięcie wniknęło w każdy zakamarek mojego ciała i poprowadziło palec, którym nacisnęłam spust. Ten, po początkowym, lekkim uporze, ustąpił posłusznie i w pomieszczeniu rozległ się przeraźliwy huk. Siła odrzutu zdołała szarpnąć moimi rękoma i, gdyby nie Harry, pistolet prawdopodobnie wyrwałby się do tyłu, łamiąc mi nos. Na szczęście, silny uścisk mężczyzny sprawił, że moje dłonie zadrżały tylko, a w ich wnętrzu poczułam ból spowodowany, próbującym się wyrwać, przedmiotem. Moje prawe ucho zostało wypełnione niemiłosiernym piskiem. Przed wystrzałem odsunęłam od niego wygłuszającą słuchawkę, by móc słyszeć instrukcje Harry’ego. Zacisnęłam z sykiem na nim dłoń, a Harry zachichotał wesoło. On nie założył słuchawek. Z szerokim uśmiechem nacisnął malutki przycisk, a czarny człowieczek poszybował w naszym kierunku, wyginając się pod oporem powietrza. Karton rozerwany został kilka centymetrów powyżej miejsca w które celowałam. Harry zacmokał kilka razy i pokiwał powoli głową. 
        - Nieźle, nieźle. Jak na pierwszy raz, siódemka to świetny wynik - powiedział, patrząc na mnie z podziwem. Zamrugałam szybko, nie do końca wiedząc, co powinnam powiedzieć. Skrzywiłam się nieco, gdy nawiedziła mnie nieprzyjemna myśl. 
        - Tylko dlatego, że mi pomagałeś - wzruszyłam ramionami, wskazując na jego dłonie, “winne” mojego dobrego wyniku. Uniósł wysoko brwi i skrzyżował ręce na piersi. 
        - Sama pociągnęłaś za spust. 
        - Gdyby nie ty, pistolet wyleciałby mi z ręki. Pewnie wybiłabym sobie zęby lub dokonała innej tragedii - mruknęłam, wbijając wzrok w podłogę. Harry wybuchnął śmiechem i zrobił krok w moją stronę. Objął mnie w pasie, po czym przyciągnął do siebie i złożył długi pocałunek na czole. 
        - W końcu nabierzesz wprawy - powiedział w moje włosy, kołysząc nieco naszymi splecionymi ciałami. 
        - Oby - westchnęłam i spojrzałam w górę, w jego zielone tęczówki. Patrzył na mnie z dziwnym wyrazem, którego nie potrafiłam rozszyfrować. Między brwiami pojawiła się malutka zmarszczka, a potem świat wokół mnie został zasłonięty, gdy schylił się do pocałunku. Napięłam się, niczym spłoszony kot, ale otworzyłam usta w zapraszającym geście. Zażyłość, z jaką mnie traktował, wciąż wprawiała mnie w niezręczność. To dziwne, skoro, po moim powrocie do Anglii, spędziliśmy ze sobą już niejedną noc. Coś innego jednak tkwiło w delikatnych pocałunkach, coś intymniejszego niż seks. Seks to tylko fizyczność, spełnienie potrzeb biologicznych. Za to ciało nie potrzebuje pocałunku, to serce za nimi nawołuje. A moje niełatwo dawało się przekupić. 
        Gdy ciepłe miękkie usta oddaliły się od moich, zacisnęłam powieki, próbując znaleźć w sobie odwagę, by ponownie spojrzeć Harry’emu w oczy. Dłoń na moim policzku zdecydowała za mnie, więc, pozbawiona drogi ucieczki, zerknęłam w górę. Znów ten dziwny wyraz twarzy. Niewypowiedziany komunikat, którego nie potrafiłam zrozumieć. A potem nagła zmiana i uśmiech, uwydatniający urocze dołeczki w policzkach. 
        - Jeszcze raz? - zapytał, a ja kiwnęłam głowa, nie do końca będąc świadomą tego, co robię. 
        Lekcja strzelania zakończyła się zadziwiająco szybko, a przy ostatniej próbie Harry pozwolił mi trzymać broń bez jego pomocy. Odrzut był silny, lecz zdołałam w porę zablokować łokcie, zachowując, przyjętą wcześniej, pozycję. Harry klasnął wtedy z entuzjazmem i porwał mnie w objęcia, okręcając nas wokół własnej osi. Pozwoliłam sobie na głośny śmiech, czując, jak jego dobry nastrój spływa powoli na mnie. 
        Gdy dotarliśmy do naszego mieszkania było już po ósmej wieczorem. Ziewnęłam szeroko i zawołałam Kornelię, ale odpowiedziała mi cisza. Przekręciłam oczami, śmiejąc się cicho. Harry chwycił mnie za rękę i obrócił w swoją stronę. 
        - Może dzisiaj zostaniemy u mnie? Mój dom już za mną tęskni - zażartował, wskazując za siebie na drzwi wyjściowe. Rozejrzałam się jeszcze raz po salonie, rozważając jego propozycję. Przez ostatnie kilka nocy był on okupowany przeze mnie i Harry’ego. Nasza wspólna miłość do porządku i organizacja pozwoliła utrzymać pokoje w idealnym stanie. Coś, czego nigdy nie osiągnęłam z Kornelią. Ta kobieta posiada magiczną moc śmiecenia… Westchnęłam głośno. Jedna noc nie zaszkodzi…
        - Czemu nie… - odpowiedziałam i sięgnęłam po, rzuconą wcześniej na kanapę, torebkę. Harry rozpromienił się i puścił mnie przodem do wyjścia. 
        Siedząc w Maserati, trzymaliśmy się za ręce, co ponownie wydało mi się zbyt intymnym gestem, a jednak na niego pozwalałam. Każde, nakreślone kciukiem, kółko na mojej skórze, parzyło rozkosznym płomieniem. Czułam łaskotanie w żołądku i nie do końca byłam zadowolona z obecności tych setek motyli, które się tam zagnieździły. A kysz, małe zdradzieckie gnojki!
        Harry zaparkował na szerokim podjeździe i otworzył mi drzwi, by pomóc wyjść z niskiego samochodu. Przyjęłam, z wdzięcznością, ofiarowaną mi dłoń i, już po chwili, znaleźliśmy się w ogromnym holu z brązowym fortepianem na środku. Zapach męskich drogich perfum pieścił rozkosznie moje nozdrza, przywołał niechciane wspomnienia, które uderzyły mnie z siłą huraganu. Skrzywiłam się, patrząc w stronę garderoby, przez którą wszystko się zaczęło. Przez którą wszystko miało się skończyć. 
        Dotyk dłoni na moim brzuchu wytrącił mnie z rozmyśleń. Spojrzałam na Harry’ego, stojącego za mną, uśmiechającego się czule. Cholera, jest tak piękny… Wyglądał tak niewinnie.
        - Co chcesz robić? - zapytał, jakbyśmy byli małymi dziećmi, które szukają pomysłu na zabawę. Zagryzłam wargę i spojrzałam wymownie w stronę łazienki, w której ostatnio przebierałam się w pośpiechu, przy akompaniamencie huków pięści uderzających o drzwi. 
        - Chciałabym wziąć prysznic… - oznajmiłam. Wciąż czułam na sobie zapach prochu, metalu i skóry, który przywiozłam ze sobą ze strzelnicy. Harry kiwnął głową i wskazał na drzwi, które wcześniej zwróciły moją uwagę. 
        - Więc chodźmy - powiedział, popychając mnie lekko do przodu. Zaparłam się na piętach i odwróciłam gwałtownie w jego stronę. Przywołując swoją, dawno nieodwiedzaną, zadziorną postawę, wbiłam palec wskazujący w jego pierś.
        - Idę sama - powiedziałam, patrząc na niego z determinacją. Wciąż uśmiechał się głupawo, rozważając zapewne czy mówię poważnie. Wreszcie, chyba, doszedł do poprawnego wniosku, bo odsunął się ode mnie o krok i uniósł brwi. 
        - Nie wiesz co tracisz - rzucił, puszczając mi oczko. Parsknęłam i ruszyłam do garderoby. Mina Harry’ego zrzedła w jednej sekundzie i podążył za mną. 
        - Po co tam idziesz? - zapytał z napięciem. Och, czyżby ponownie miał tam towar? Zatrzymałam się z ręką na klamce, wahając się czy ją nacisnąć. 
- Nie wzięłam ze sobą rzeczy - wyjaśniłam, pamiętając, że w garderobie znajdowały się ubrania siostry Harry’ego, których prawdopodobnie już nigdy nie włoży. Harry zacisnął wargi, jego palec powędrował do ust. Podszedł do mnie i położył swoją dłoń na mojej. Wyraz napięcia nie schodził z jego twarzy, a ja przekręciłam oczami i przeniosłam ciężar ciała na drugą nogę. 
        - Nie zareaguję gorzej niż ostatnio - rzuciłam, doskonale wiedząc, dlaczego tak dziwnie się zachowywał. Uparcie trzymając się swojego, nacisnęłam klamkę i weszłam do środka. Tak, jak myślałam, sekretny pokój był otwarty, a imponująca kolekcja broni błyszczała w jaskrawym świetle żarówek. Oczekiwałam napadu paniki, zawodu, może strachu, ale nic takiego nie nadeszło. Bez emocji, przyjrzałam się karabinom, pistoletom, małym paczuszkom, których było dzisiaj znacznie mniej, niż przy mojej ostatniej wizycie. Odwróciłam wzrok od tego niecodziennego widoku i, jak gdyby nigdy nic, zaczęłam przeszukiwać szafy w celu odnalezienia czegoś, co mogłam włożyć na noc. Czułam na karku wzrok Harry’ego, ale nie skomentowałam tego. Uważnie obserwował każdy mój ruch, jakby spodziewał się, że zaraz rozpocznę histerię. Ale ja nie miałam niczego takiego w planie. Wyciągnęłam z szuflady luźną czarną koszulkę, która na pewno nie należała do siostry Harry’ego, a potem odwróciłam się do Stylesa z szerokim uśmiechem na twarzy. 
        Stał w progu tego przeklętego pokoju, jakby próbował swoim ciałem zakryć to, co się w nim znajdowało. Zirytowana jego przesadną ostrożnością, pokręciłam głową i ruszyłam w jego stronę. Zamiast zatrzymać się przy Harrym, minęłam go ostentacyjnie i weszłam do skrytki. Odwróciłam się na pięcie, z rękami na biodrach, i zaczęłam tupać szybko jedną stopą. 
        - Płaczę? - zapytałam, zbijając go z pantałyku. Potrząsnął głową i spojrzał na mnie zaciekawiony.
        - Nie. - odpowiedział powoli, mrużąc nieznacznie oczy
        - Krzyczę? 
        - Nie. 
        - Panikuję? 
        - Nie… Milen….
        - To przestań się znowu przejmować, bo to wkurzające. - przerwałam mu i, dla potwierdzenia swoich słów pogłaskałam grzbiet jednego z karabinów. Nie wiedziałam skąd wzięła się we mnie ta pewność siebie, ale doszłam do wniosku, że powinna pojawić się o wiele wcześniej, skoro zgodziłyśmy się na to durne życie. Gdyby moja rodzina wiedziała… Ale nie wie! A ty jesteś w Anglii, prowadząc wygodne życie! Czas wziąć je w swoje ręce! 
         - Nie rozumiem. Twoje nastroje są takie zmienne. - zaczął, wskazując na mnie ręką z wyrzutem. Zmarszczyłam brwi, nie mogąc powstrzymać uśmiechu. Jego żałosny ton, pełen dziecinnego oskarżenia, był uroczy. 
        - Zmienne? 
        - Tak! Raz napinasz się, gdy cię obejmuję, ledwo się odzywasz, robisz się niezwykle nieśmiała, a potem nagle… nagle
        - Nagle? - popędziłam go, szczerząc się, jak idiotka. 
        - Nagle wchodzisz do tego pierdolonego pokoju, pewna siebie, jakbyś wchodziła do własnej sypialni, wyzywasz mnie, dotykasz tej pierdolonej broni, sprawiając, że - przerwał nagle, jakby postanowił nie kończyć tej myśli. Przygryzłam wnętrze policzka, powstrzymując parsknięcie. 
        - Sprawiając, że co? - naciskałam, krzyżując powoli ręce na piersi. Nie odpowiedział. Podszedł tylko do mnie szybkim krokiem i wpił się ustami w moje usta. Przycisnął mnie do siebie mocno, zachłannie. Odpowiedziałam na pocałunek, rozchylając wargi i dotykając swoim językiem jego. Warknął, a wibracje jego głosu przeszyły całe moje ciało. Każdy mięsień jego ciała informował mnie, jak bardzo mnie pragnął. Było coś pociągającego w czułych gestach w otoczeniu dziesiątek sztuk broni palnej i białej. Coraz bardziej zaczynał mi się podobać ten niebezpieczny świat. Był intrygujący, tajemniczy i, przede wszystkim, zakazany. Może miałam dość zgrywania przykładnej dziewczynki. Może przestępca był idealnym facetem dla mnie? 
        - Prysznic - szepnęłam, przerywając tę namiętną chwilę. Nim odpowiedział, Harry przygryzł jeszcze moją dolną wargę i odpiął jednym sprawnym ruchem mój stanik. 
        - Więc chodź - syknął w moje usta, a ja, mimo krzyczącego w potrzebie ciała, pokręciłam głową. 
        - Sama - przypomniałam mu i oddaliłam się nieznacznie, klepiąc go lekko w ramię. Odetchnął głęboko i zacisnął szczękę. 
- Chcę tam być z tobą. - zawarczał gardłowo. 
        - Sama - powtórzyłam, unosząc jedną brew. Przez chwilę badał wzrokiem moją twarz, a potem jęknął żałośnie i załamał ręce, ale przepuścił mnie, bym mogła przejść przez garderobę i skierować się do toalety. Nim zatrzasnęłam za sobą drzwi, usłyszałam szum zamykających się ciężkich ukrytych drzwi. 
        Wzięłam gorący prysznic, zmywając z siebie resztki nieokiełznanego pożądania. Harry Styles będzie dla mnie zgubą, myślałam. Byłam pewna, że ten związek nie skończy się dobrze. Nie może. Dołączyłam do czarnego charakteru historii, a przecież wiadomo, że ci zawsze przegrywają. Ale to nie był film, to nie była bajka na dobranoc. To było życie. Co, jeśli w życiu czarne charaktery mają większe szanse na sukces, niż ludzie prawi, cnotliwi i szlachetni? W końcu lśniąca złota zbroja rycerza, oznacza, że nigdy nie była używana. A świecące się złoto łatwo odnaleźć i wykraść… Czy w życiu lepiej dołączyć do grupy rabusiów, którzy okradną nieudolnego, choć pięknego, rycerza? 
        Osuszyłam włosy i narzuciłam na siebie czarny T-shirt Harry’ego, celowo nie zakładając nic pod spód. Wyszłam z łazienki na palcach i przywitałam pusty hol. Pięknie… Jak miałam go znaleźć w tym ogromnym domu? 
        - Harry? - zawołałam w nadziei, że mnie usłyszy. 
        - Tutaj! - usłyszałam stłumiony głos, dochodzący z prawej strony na piętrze. Z ulga ruszyłam schodami, przeskakując po dwa stopnie aż dotarłam do długiego korytarza. 
        - Który pokój? - zapytałam, patrząc na kilka par ciężkich drewnianych drzwi. Chwila ciszy, wprawiła mnie w lekki niepokój, lecz zaraz potem w korytarzu rozległ się niski głos Harry’ego. 
        - Drugi od lewej - odpowiedział, a ja skierowałam się do wskazanego wejścia. Nacisnęłam klamkę i pchnęłam delikatnie drzwi. Otworzyły się bezdźwięcznie, a moim oczom ukazał się niesamowity widok. Wysokie ściany pokoju, do którego weszłam, zasłonięte zostały drewnianymi półkami, wypełnionymi setkami książek. Do każdej z półek dołączona była drabinka na szynach. Na środku biblioteczki, znajdował się okrągły stolik, przy którym stały dwa ogromne skórzane fotele, ale na żadnym z nich nie znalazłam Harry’ego. On siedział na szerokim parapecie, oparty o grubą ścianę. Musiał ugiąć nogi pod siebie, ponieważ nie mieściły się w tej, i tak dość szerokiej, przestrzeni. Parapet wyłożony był płaskimi miękkimi poduszkami, imitując tym samym wygodną kanapę. Za Harrym znajdowało się ogromne okno, zza którego rozlewał się widok na ogród willi. Westchnęłam zachwycona i przyjrzałam się mężczyźnie. Opierał na udzie jakąś książkę, oprawioną w skórę, która w kilku miejscach była już nieźle pozdzierana. Marszczył lekko czoło, gdy skupiał się na czytanych słowach, póki nie spojrzał na mnie i nie rozpromienił radośnie. 
        - Chodź - wyciągnął do mnie rękę. Przecięłam pokój i chwyciłam jego dłoń. Pociągnął mnie na poduszki, usadawiając między swoimi nogami. Zachichotałam, gdy próbował znaleźć sobie wygodną pozycję. W końcu oparłam głowę o jego ramię, kładąc się na jego torsie. Ja, w przeciwieństwie do Harry’ego, mogłam swobodnie wyprostować nogi na szerokość parapetu. 
        - Co czytasz? - zapytałam, patrząc na litery przed sobą. 
        - “Jeśli kobieta, podobnie umiejętnie jak przed ludźmi, skrywa uczucie przed swym wybranym, może go stracić, a wtedy nędzną pociechą jest przekonanie, że świat również o niczym nie wiedział. “ - przeczytał fragment niskim, seksownym głosem, a ja parsknęłam śmiechem na jego wybór cytatu. Uwielbiałam “Dumę i Uprzedzenie”, przeczytałam tę książkę kilka razy. 
        - To jakaś sugestia? - drażniłam się  z nim, sprzedając kuksańca w bok. Zaśmiał się i ucałował czubek mojej głowy, a potem zaczęliśmy czytać. Razem, w ciszy, wsłuchując się jedynie w nasze spokojne oddechy.
        Bandziory to zdecydowanie bardziej mój typ. 

***

        Wspólne czytanie klasyków literatury stało się naszą rutyną. Spędzałam teraz, prawie każdą noc w domu Harry’ego, znałam każdy pokój, każdy zakamarek. Kilka razy odwiedziłam zniesławioną skrytkę, z której, co jakiś czas, ubywało lub przybywało towaru. Nie wiedziałam dlaczego tam wracałam, ale zawsze robiłam to w tajemnicy przed Harrym. Coś fascynowało mnie w tym miejscu. Coś nie pozwalało mi o nim zapomnieć. Może była to zwykła ciekawość czegoś nowego, cząstki świata Harry’ego, której jeszcze nie poznałam do końca.
        Z zaskoczeniem przyjęłam jego tryb życia. W tygodniu studiował, czasami wyjeżdżał na jakieś “konferencje”, lecz nic nie wskazywało na to, by prowadził zorganizowaną grupę przestępczą. Zapewne właśnie dlatego tak długo dawałam się zwodzić. Bałam się poruszać z nim tego tematu, by nie wpadł we wściekłość. Nie wiedziałam jaka była jego wrażliwość na tym punkcie, ale czułam, że długo nie wytrzymam. W końcu będę musiała dowiedzieć się szczegółów. 
        Zawalona pracą, nie myślałam jednak o tym zbyt często. Dni zlatywały mi na oddawaniu, tworzeniu i poprawianiu projektów, wieczory na spotkaniach z Harrym, wspólnym czytaniu, upojnych nocach. Wpadłam w spokojną rutynę, do której w dziwny sposób się przyzwyczaiłam (Jeśli rutyną można było nazwać skrajne emocje, jakie czułam, za każdym razem, gdy Harry był w pobliżu). Minęło już tyle tygodni, a ja wciąż nie potrafiłam się do niego przyzwyczaić. Każdy jego dotyk, każdy pomruk doprowadzały mnie od razu do stanu błogości, o który siebie wcześniej nie podejrzewałam. 
        Motyle w żołądku szalały coraz bardziej, przyprawiając mnie o mdłości. Harry wciąż mnie intrygował. Z jednej strony był niezwykle czuły i uprzejmy, z drugiej, potrafił doprowadzić mnie na skraj irytacji, wydawał rozkazy, był szorstki i władczy. Dwoistość jego natury nie pozwalała mi się nudzić. 

***

        - Zaraz ci zajebię - warknęłam, gdy Harry odciągnął mnie od zlewu i posadził sobie na kolanach. Zaśmiał się złowieszczo, trzymając mnie mocno w pasie. Próbowałam się wyrwać, lecz nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia. 
        - Czekam - pokazał mi język i połaskotał delikatnie po plecach. Jęknęłam żałośnie, odpychając się od niego z całych sił. 
        - Nie żartuję! Dostaniesz po mordzie - syknęłam, choć uśmiech cisnął mi się uparcie na usta. Powstrzymywałam go, próbując pokazać Harry’emu, że przeszkadzanie w mojej rutynie sprzątania, nie było dobrym pomysłem. Nie byłam pedantką, lecz lubiłam zakończyć, bez zbędnych przerw, to, co już zaczęłam. 
        Harry uśmiechał się psotnie, ukazując mi swoje równe białe zęby. Poczułam, że zaczął bawić się moimi rozpuszczonymi włosami, a potem lekkie szarpnięcie odchyliło moją głowę nieznacznie w tył. 
        - Czekam - powtórzył, przyciskając, zaraz po tym, usta do mojej obnażonej szyi. Cholera… Zacisnęłam pięści na jego koszuli, czując jak dreszcze przechodzą przez całe moje ciało, a mięśnie topnieją pod tym rozkosznym dotykiem. Zassał moją skórę, znacząc ją swoim znamieniem. Ugh, kolejny tydzień w apaszce w pracy. Mimo tych myśli nie gniewałam się na niego. Oddawałam się tym ruchom, tej potrzebie władzy, oddychałam szybko, gdy wreszcie puścił moje włosy i zabrał się za rozpinanie mojej koszuli. 
        Ale wtedy zadzwonił telefon… 
        Harry jęknął niezadowolony i spojrzał na ekran. Jego spojrzenie zmieniło się z poirytowanego w przerażone. Poczułam nerwy wpełzające powoli do mojego systemu. Zerknęłam ukradkiem na ekran, bo Harry nie kwapił się, by odebrać owe połączenie. 
        Clifford.
        Zamarłam, czekając na jego reakcję. Wreszcie, jego palec dotknął zielonej słuchawki i telefon, powolnymi ruchami, został przyłożony do jego ucha. 
        - Michael? - odezwał się drżącym głosem. Odchrząknął nieco, doprowadzając się do porządku. Nie słyszałam tego, co mówił Clifford, ale nie mogło to być nic dobrego, bo Harry, z każdą sekundą, wyglądał na coraz bardziej wściekłego. 
- Niemożliwe - warknął do słuchawki, nienawistnym tonem. - Po chuj miałby kraść wasz towar, co? Clifford, myśl - syknął, a ja zsunęłam się z jego kolan, przygryzając nerwowo paznokcie. Harry spojrzał na mnie nienawistnym wzrokiem, ale, mimo początkowego lęku, zrozumiałam, że negatywne emocje nie były skierowane do mnie. Ostrożnie położyłam dłoń na jego ramieniu i ścisnęłam lekko. Przymknął powieki, słuchając czegoś po drugiej stronie linii. 
        - Świetnie - rzucił i rozłączył się bez słów pożegnania. Nie wiedziałam czy powinnam pytać. Wpatrywałam się nerwowo w jego zamknięte oczy, czekając na jakąkolwiek reakcję. Jego pięść zaciskała się powoli, knykcie pobielały, a potem uderzyły z hukiem w stół
        - KURWA! - ryknął, a ja podskoczyłam, zszokowana jego furią. Wstał szybko z krzesła i zaczął chodzić w tę i z powrotem po kuchni. Obserwowałam go w ciszy, jak przyciskał do ust palce, wbijając wzrok w podłogę. Drżałam na całym ciele, kręciło mi się w głowie. Miałam ochotę usiąść, lecz nie byłam w stanie się ruszyć. Co się stało? 
        - Harry? - zaczęłam cicho, a on pokręcił tylko głową, uciszając mnie szybko. Przełknęłam ciężko ślinę. Potrzebowałam wyjaśnienia, nie mogłam stać tak bezczynnie, nie wiedząc, czy powinnam martwić się jego reakcją. Głupia, oczywiście, że powinnaś się martwić. 
        - PIEPRZONY PAYNE! - ryknął, wyrzucając w górę ręce, a ja zmrużyłam oczy na jego donośny głos. Liam? 
        - Harry, proszę, powiedz mi co się dzieje - szepnęłam, patrząc na niego błagalnie. Wreszcie uniósł wzrok i spojrzał prosto w moje oczy. Rysy jego twarzy złagodniały nieco, gdy zobaczył moją przestraszoną twarz. 
        - Clifford jest przekonany, że Liam wykradł jego towar - wyrzucił z siebie i usiadł na krześle, opierając czoło na dłoni. O nie, Liam, do cholery… Opadłam na krzesło obok i położyłam łokcie na stole. 
- Skąd to wie? Dlaczego Liam miałby wykradać jego towar? - zapytałam, a Harry pokręcił tylko głową i wypuścił głośno powietrze, pocierając nerwowo brodę. Ta sytuacja mogła się zakończyć tylko źle. 
        - Skurwiel, pewnie znów ćpa. - oczy Harry’ego wyrażały czystą wściekłość. Wpatrywał się tępo w jeden punkt na blacie stołu. Zacisnęłam ręce na brzuchu, próbując powstrzymać, wzbierającą we mnie, panikę. 
        - Co teraz? - zapytałam, kołysząc się lekko na krześle w przód i w tył. Wziął głęboki oddech i spojrzał na mnie wreszcie, przenikliwym wzrokiem. Zastanawiał się nad czymś przez chwilę, po czym jego pięść ponownie spotkała się z drewnem. Wrzasnął wściekle i odepchnął się, wstając szybko. Po raz drugi rozpoczął marsz po kuchni, a potem zamachnął się nagle, gwałtownie i zrzucił z półki kubki, z których, kilkanaście minut wcześniej, piliśmy kawę. Podskoczyłam na krześle i odruchowo zakryłam uszy, chroniąc je przed hałasem tłuczonych naczyń. Wstałam, oddalając się od, mogących poranić moje nagie stopy, odłamków.  Harry w tym czasie sięgnął po telefon i wybrał jakiś numer. Ciszę przerywał dźwięk jego butów, kruszących małe ceramiczne odłamki. 
        - Lou, mamy problem. 

***
        Jakim cudem się tu znalazłam? Rankiem byłam jeszcze w moim mieszkaniu, wygłupiając się z Harrym a teraz stałam na środku znajomego lotniska, otoczona przez przestępców z dwóch, rywalizujących ze sobą grup. Kornelia ściskała moją dłoń, wpatrując się w to, co działo się przed naszymi oczami. To dzięki niej mogłam być świadkiem tych wydarzeń. Harry uparł się, że nie mogę jechać na spotkanie z Cliffordem. 
        - Do cholery, to nie jest dla ciebie! - wrzasnął wtedy na mnie, ściskając mocno moje ramiona. Pokręciłam gwałtownie głową i odepchnęłam go od siebie. 
        - Nic mnie to nie obchodzi, jadę z tobą! - mój głos również był podniesiony. Nerwy okazały się zbyt silne. Harry zacisnął szczękę i ruszył do wyjścia, nie odpowiadając w ogóle na mój sprzeciw. Zawołałam za nim, lecz nie zareagował. Zatrzymał się dopiero w progu, a gdy do niego dotarłam podniósł rękę, powstrzymując mnie przed kolejnym krokiem. 
       -  Zostajesz tutaj - powiedział, a choć jego ton był szorstki, w oczach tliła się prośba o przebaczenie. Zatrzasnął za mną drzwi, a potem usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. Co?
        Przeszukałam torebkę i miejsca, w których zwykle kładę moje klucze. Puste. Harry zamknął mnie we własnym mieszkaniu, żebym za nim nie podążyła. Na szczęście Kornelia szybko odpowiedziała na mój telefon i przyjechała z Louis’m, by mnie odebrać. Przyjaciel Harry’ego nie był tak stanowczy w powstrzymywaniu nas przed uczestniczeniem w tym osobliwym wydarzeniu.

        Harry zerkał na mnie co jakiś czas. Widziałam, że nie był zły. Gdy zjawiliśmy się tutaj z Louis’m i Kornelią, wrzasnął na przyjaciela, ale mnie przywitał głębokim, tęsknym pocałunkiem i słowami przeprosin za wcześniejsze złe traktowanie. 
        Na lotnisku stali już Liam, Niall i Zayn. Nieopodal dostrzegłam czarne, eleganckie samochody, przy których znajdowali się Irwin, Hood, Hemmings i, o dziwo, Peters - dziwny chłopak, którego poznałam na imprezie Louis’ego, w pierwszym tygodniu naszego powrotu do Londynu. Wszyscy czekali tylko na Clifforda. Kornelia drżała na całym ciele, patrząc z napięciem na Louis’ego, który wbił wzrok w przestrzeń przed sobą. Zayn rozmawiał po cichu z Liamem, który wyglądał okropnie. Blady i wychudzony, kołysał się nieznacznie na nogach.
        Wszyscy odwrócili się nagle, gdy w oddali usłyszeliśmy niski pomruk, zmierzającego w naszym kierunku, czerwonego Dodge’a. Ścisnęłam mocniej dłoń Kornelii i spojrzałam z obawą na Harry’ego. Widziałam, jak przełyka ciężko ślinę, a potem patrzy ze smutkiem na Liama. Nie.. To nie był smutek. W jego oczach błysnęła rozpacz. Mięśnie zwiotczały mi i, gdyby nie resztki sił, które jeszcze chowały się gdzieś po kątach, opadłabym na szorstki piach. 
        Dodge zatrzymał się przy czarnych samochodach, a ze środka wyszedł młody mężczyzna, ubrany jak gwiazda punk rocka. Przez głowę przeszła mi myśl, że zupełnie nie pasował do towarzystwa, elegancko ubranych, zadbanych mężczyzn. On i Hood, który miał na sobie luźny tank top i wąskie czarne rurki. Piątka mężczyzn ruszyła w naszą stronę, a mnie zakręciło się w głowie. 
        Nie wiedziałam czego się spodziewać i powoli zaczynałam żałować, że tak uparłam się, by tu przyjechać. Może wcale nie czekały mnie straszne chwile i tylko niszczyłam swój organizm nerwami? Może wręcz przeciwnie? Zostanę świadkiem okropieństw, które na zawsze utrwalą się w mojej pamięci? Tak czy inaczej, nie powinnam tutaj być. 
        - Styles - z rozmyśleń wytrącił mnie nieznajomy głos. Michael Clifford podał rękę Harry’emu, a ten uścisnął ją mocno. Jego ruchy były sztywne, pełne napięcia. 
        - Clifford - odpowiedział i kiwnął głową na każdego z przybyłych. Jego wzrok zatrzymał się dłużej na Evanie, a w oczach pojawiła się czysta nienawiść. - Peters, miło cię widzieć - rzucił sarkastycznie, a blondyn prychnął w odpowiedzi i skrzyżował ręce na piersi. 
        - Wzajemnie, szefie - odparł, kładąc nacisk na drugie słowo. Zacisnęłam zęby. Nawet ja miałam ochotę rzucić się z pięściami na tego zarozumiałego dupka. 
        Ashton Irwin rozejrzał się po zebranych twarzach i zawiesił swój wzrok na mojej. A potem go zniżył. Jego usta ozdobił ohydny półuśmiech, gdy, bez skrępowania, zaczął przypatrywać się mojemu dekoltowi. W pośpiechu zapięłam dodatkowy guzik swojej koszuli. Parsknął cicho i odwrócił się w stronę Harry’ego. 
        - Widzę, że przyprowadziliście widownię - rzekł, wskazując podbródkiem na mnie i Kornelię. Harry i Louis rzucili nam ukradkowe spojrzenia. Louis zacisnął pięść i zrobił krok w przód, zasłaniając swoim ciałem moją przyjaciółkę. 
        - Zamknij, jadaczkę, Irwin, bierzmy się do konkretów - z zaskoczeniem przyjęłam, że owe słowa wyszły z ust Michaela. Kątem oka zauważyłam, jak Kornelia zaciska palce na tyle marynarki Louis’ego. Mężczyzna sięgnął dyskretnie w tył i ścisnął krótko jej dłoń. 
        - Liam! - kobiecy głos przeszkodził Cliffordowi, który już brał oddech, by coś powiedzieć. Z eleganckiego Mercedesa, stojącego obok Audi Louis’ego, wybiegła Karolina. Jej długie loki rozwiały się za nią, niczym peleryna, gdy spieszyła w kierunku swojego chłopaka. Liam spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem i przyjął w swoje objęcia. Ucałował jej czoło i przytulił do siebie.
        - Głupia, miałaś siedzieć w aucie - szepnął do niej, a jego głos drżał przeraźliwie, zniekształcając znacznie słowa. Potrząsnęła głową, wtulając się w niego, a jej policzki zalśniły, w świetle zachodzącego słońca, od łez. 
        - Jeszcze jedna. Może zadzwonię po Phoebe, skoro robi się z tego zbiorowa randka - zakpił Luke, demonstracyjnie wyciągając z kieszeni telefon. Niall spiął się wyraźnie, ale nie zareagował, powstrzymany ostrzegawczym spojrzeniem Louis’ego. Michael uśmiechnął się krzywo, patrząc na, tulącą się teraz, parę, a potem poprawił skórzaną kurtkę i wcisnął ręce w kieszenie swoich podartych jeansów. 
        - Słodko… - mruknął pod nosem - Ale przejdźmy do konkretów. Payne pójdzie z nami - powiedział tonem pozbawionym emocji i przywołał do siebie gestem Liama. Ten jednak nie ruszył się z miejsca, wciąż kurczowo ściskając Karolinę. Harry zrobił krok do przodu i uniósł lekko dłonie. 
        - Nie. Najpierw chcę usłyszeć wszystko. Ze szczegółami - warknął, patrząc wymownie na Evana. Sarkastyczny uśmieszek przebiegł po twarzy blondyna. Niechęci, jaką do niego czułam, nie dało się opisać słowami. Sznureczki powoli doprowadzały mnie do centrum problemu, a Evan Peters stał zadziwiająco blisko niego. Calum zrobił kilka cichych kroków w naszą stronę i nikt, prócz mnie, Kornelii i Louis’ego, nie zwrócił na to uwagi. Spojrzał na moją przyjaciółkę zmartwionym wzrokiem, a ona zmarszczyła brwi i kiwnęła głową ze smutkiem w oczach. Prowadzili jakiś niemy dialog, którego nie potrafiłam zrozumieć, ale zaskoczyła mnie ich postawa. Zachowywali się, jakby znali się lepiej, niż było to możliwe, w ich przypadku. Louis zmrużył oczy, mierząc z wrogością Hooda, ale nie reagując. Cofnął się tylko w stronę Kornelii i objął ją ramieniem. Calum, widząc to, zagryzł wargę i powrócił wzrokiem do swojego szefa. 
        - Liam Payne skradł towar o wartości półtora miliona. Myślę, że to wystarczający powód, żebym mógł żądać od was pewnej zapłaty, prawda? Biorąc pod uwagę fakt, że klient, który chciał to kupić proponował cenę trzy razy wyższą. - wyjaśnił Michael, cały czas mówiąc spokojnym, rzeczowym tonem. Serce zabiło mi szybciej, gdy usłyszałam jego zarzuty. To brzmiało jak czyste kłamstwo, wydawało się tak niemożliwe. 
        - Jak widzisz, Hazza, twój przyjaciel pozbawił mnie półtora miliona funtów i nie jestem z tego powodu zadowolony - głos Clifforda obniżył się nieco. Oczy pociemniały. 
        - Liam… - szept Karoliny poniósł się po wietrze. Liam potrząsnął gwałtownie głową, oczy zaszkliły się od łez. 
        - Nie zrobiłem tego… - powiedział cicho, patrząc w ziemię. Wyglądał tak słabo, bezbronnie. Zapadłe policzki i oczy potwierdzały, jak głęboko siedział w swoim nałogu. Kto uwierzy ćpunowi?  Harry spojrzał na Louis’ego, który teraz zaciskał mocno pięści. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. Dołeczki zaznaczyły się w policzkach Stylesa, gdy zacisnął wargi i zrobił kilka kroków w stronę Michaela. 
        - Skąd wiecie, że to on? Chyba nie myślisz, że oddamy wam jednego z naszych na podstawie słów, co? - warknął, patrząc mu prosto w oczy. Powietrze zgęstniało, poczułam, jak robi się gorąco, choć słońce miało zaraz schować się za horyzontem. Napięłam się cała, czekając na odpowiedź Michaela. Westchnął ciężko, zrezygnowany, a potem wskazał na Evana. 
        - Wasz szpieg… Jak to ująć… - spojrzał na swoje buty i zarył podeszwami w ziemię - Cóż… był naszym szpiegiem. Liam zaufał nieodpowiedniej osobie, poprosił go o szczegóły transakcji, o miejsce przechowywania towaru. Poza tym - załamał ręce - spójrz na niego. Jest zaćpany. Może nie teraz, ale zdecydowanie jest na głodzie. Z tego, co słyszałem, miał dosyć kolorową przygodę z kilkoma silniejszymi substancjami. Kto wie, może chciał wykarmić też kilku kolegów… A przecież ze swojego domu się nie kradnie. - wzruszył ramionami. Zapadła długa cisza, przerywana jedynie szlochami Karoliny i ciężkimi oddechami mężczyzn. Fale gorącej paniki przelewały się przez całe moje ciało, w oczekiwaniu na odpowiedź Harry’ego. Ale to nie od niego padły kolejne słowa. 
        - Dosyć tego, do cholery. Clifford nie pierdol się z nimi - Ashton wyszedł przed swojego szefa i sięgnął do wnętrza swojej marynarki. Jego kolejne ruchy zarejestrowałam, niczym duch, stojący gdzieś na uboczu. Metal błysnął w jego dłoni i długa lufa, zgrabnego pistoletu została wycelowana wprost w czoło Liama. Karolina krzyknęła w proteście, wtulając się mocniej w swojego chłopaka, Liam patrzył w skupieniu w sam środek lufy. Zamieszanie, jakie wywołało zachowanie Ashtona, wybudziło mnie z dziwnego paraliżu. Cofnęłam się kilka kroków, w akompaniamencie otaczających mnie, niskich krzyków mężczyzn i kliknięć odbezpieczanej broni. Kilka pistoletów zostało wycelowanych w blondyna, w tym te Harry’ego i Louis’ego 
        - Do kurwy nędzy, Irwin, ty pierdolony psycholu, schowaj to! - ryknął Calum, podbiegając do swojego kolegi i obniżając jego rękę. Irwin odepchnął go od siebie i Hood runął boleśnie plecami na piasek. Zakaszlał kilka razy i warknął głośno. Kornelia szarpnęła się dziwnie, lecz po chwili wróciła do poprzedniej pozycji, chowając się za Louis’m. Patrzyła na Caluma wzrokiem pełnym bólu, ale nie wykonała już żadnych ruchów. 
        - Nie tutaj, Ashton. Pamiętaj, że nie jesteśmy na neutralnym gruncie - syknął Michael, pociągając Ashtona za marynarkę. 
        - Pieprzyć neutralny grunt, ten gnojek powinien za to zapłacić! - rzucił blondyn, wciąż celując w głowę Liama. 
        Moje serce pędziło z prędkością światła. Czułam, że panika doszczętnie mnie opanowała, lecz nie mogłam nawet nic powiedzieć, bojąc się o swoje życie. Harry i Louis wyszli przed swoją grupę, celując wciąż w Irwina. 
        - Zapłacimy wam - powiedział Harry, zerkając szybko na Michaela. 
        - Nie chcemy pieniędzy - odparł Clifford - Opuść to wreszcie! - syknął na Ashtona, a ten posłusznie obniżył powoli broń. Harry i Louis  zlustrowali jego ruchy, co nieco mnie uspokoiło. W co ja się wpakowałam? - Nie potrzebujemy pieniędzy. Mamy je. Przez was za to, straciliśmy jednego z najbardziej zaufanych i hojnych klientów, a to bardzo mi przeszkadza. - mroczny zimny ton Michaela przyprawił mnie o ciarki. 
        - Oddamy wam jednego ze swoich. Mamy ich więcej, przeżyjemy - syknął Harry. Michael zaśmiał się cicho, a potem spojrzał po swoich towarzyszach i pokręcił głową. 
        - Styles, nie jesteś głupi, doskonale wiesz, że nie o to mi chodzi 
        - Nie dostaniecie Payne’a. Pierdole wasz honor. - Harry zbliżył się niebezpiecznie do Clifforda. Palce wolnej dłoni złożyły się w pięść. Stojący teraz za Michaelem, Ashton, napiął się ostrzegawczo, zaciskając dłoń na rękojeści pistoletu. Hemmings zbliżył się do mierzącej się spojrzeniami dwójki, również sięgając po broń. 
        - Nie pozwolę, żeby ten skurwiel okradł mnie po raz drugi - warknął Clifford przez zaciśnięte zęby. Dopiero teraz dostrzegłam cień emocji, która opanowała jego ekspresję. Zimny spokój uleciał gdzieś, ustępując miejsca wściekłości. Coś podpowiadało mi, że nie był to dobry znak. Wbiłam paznokcie w skórę wnętrza dłoni, lecz ból nie dał mi oczekiwanej ulgi. Strach wciąż tlił się we mnie, wprawiając w drżenie każdy z moich mięśni. 
        - Więc się dogadajmy. A Liam nie będzie już dla ciebie problemem, możesz być tego pewny. - Harry oddychał szybko, jego głos był obniżony. Choć starał się zachować spokój, w jego tonie wyraźna była nadzieja. Za wszelką cenę chciał uratować życie przyjaciela. 
        Twarz Michaela rozjaśniła się nagle, jakby wpadł na jakiś genialny pomysł. Zerknął szybko za siebie, na Ashtona, a potem przekrzywił głowę i uniósł jedną brew. Metal odbił światło ostatnich promieni słońca. 
        - Świetnie. Może więc zajmiesz jego miejsce - powiedział z bijącą od niego pewnością siebie, a Ashton, jakby już wcześniej wiedział, co jego szef miał zamiar powiedzieć, wyciągnął broń, której lufa skierowana została, tym razem, na czoło Harry’ego. Na sekundę świat przysłoniła mi ciemność, gdy moje serce postanowiło się zbuntować i zatrzymać, a potem rzucić w szaleńczy galop. Jeśli to, co wcześniej odczuwałam, interpretowałam jako strach, to teraz byłam przerażona. Nogi zmiękły mi zupełnie, żołądek skurczył się do najmniejszych rozmiarów. Nie mogłam wziąć oddechu, powietrze było zbyt gęste, jego cząstki nie mogły wypełnić moich sparaliżowanych płuc. Reakcja otoczenia na ruch Ashtona była zupełnie inna niż wtedy, gdy wycelował broń w Liama. Wszyscy nagle ucichli, czekając na dalszy przebieg wydarzeń. Harry stał w tym samym miejscu, wyprostowany dumnie i wpatrujący się w czarne wnętrze śmiercionośnego przedmiotu. Żyła na jego skroni pulsowała szybko, a mięśnie szczęki podskakiwały w zastraszającym tempie. Dźwięk jego płytkiego oddechu wypełniał moje uszy. Nie, nie, nie, nie….
        - Nie! - krzyknęłam. Nie minęło nawet kilka sekund od wyciągnięcia broni, a ja rzuciłam się w stronę Harry’ego. Odwrócił się w moją stronę i podniósł rękę. 
        - Stój. Milena, proszę cię, stój - powiedział cicho, drżącym głosem. Zatrzymałam się posłusznie, a widok pięknych szmaragdowych oczu przysłoniły mi własne łzy. 
        - Harry… - szepnęłam, przyciskając ręce do brzucha. Usta Ashtona ułożyły się w małe “o”, a na jego twarzy zagościł wyraz satysfakcji. Powolnym ruchem przycisnął kurek pistoletu, a w powietrzu rozległo się kilkukrotne kliknięcie. Zaszlochałam żałośnie, na ten dźwięk. Byłam wściekła na swoją bezradność.Zacisnęłam powieki, nie chcąc widzieć tego, co miało zaraz się stać. Nie mogłam pozwolić, by ten obraz dostał się do mojej pamięci. Nie mogłam na to patrzeć. Jak Ashton naciska spust, jak szmaragd traci swoją intensywność, a potem zostaje zasłonięty przed światem. Jak Harry upada na ziemię, a bezwładne ciało nie odpowiada na moje ruchy, na moje prośby. 
        Ale zamiast dźwięku wystrzału usłyszałam drugi odgłos naciśniętego kurka. 
        - Nawet nie próbuj - niskie, groźne warknięcie należało do Louis’ego. Z obawą otworzyłam oczy, by napotkać widok Tomlinsona, stojącego od Ashtona na odległość swojej wyciągniętej ręki. Jego czarny pistolet zatopił się w blond lokach. Irwin wbił wzrok w nicość, napinając się wyraźnie. Louis, proszę, proszę, powstrzymaj ich, powstrzymaj! Myślałam gorączkowo, uświadamiając sobie, że miałam na myśli tylko jeden sposób poradzenia sobie z tą sytuacją. Kiedy stałam się tak bezwzględna? 
        - Myślę, że możemy ponegocjować - warknął Ashton, wciąż wpatrując się ślepo przed siebie. Michael skinął głową i uniósł ręce w uspokajającym geście. 
        - Neutralny grunt. Za trzy dni - zaproponował, patrząc w oczekiwaniu na Louis’ego, który wciąż trzymał Ashtona na muszce. - Chcę rozmawiać albo z tobą, albo ze Stylesem - warknął poirytowany. Ogarnęła mnie niewyobrażalna ulga. Czując, że jego plan spełzł na niczym. Gdy tylko broń Louis’ego i Ashtona została zabezpieczona, podbiegłam do Harry’ego i rzuciłam mu się na szyję, wybuchając niekontrolowanym płaczem. Objął mnie mocno w pasie, wtulając twarz w moje włosy. 
        - Ćśśś, skarbie, wszystko w porządku, wszystko w porządku. Jestem tutaj - szeptał mi do ucha, głaszcząc mnie delikatnie po plecach. Nie byłam w stanie przestać szlochać. Ulga jaką czułam, sprawiła, że miałam ochotę roztopić się w jego ramionach. Ostatni miesiąc pozwolił mi zrozumieć, że Harry był dla mnie o wiele ważniejszą osobą niż chciałam to przed sobą przyznać. Gdyby miał… Gdyby Ashton nacisnął spust… 
        - Ja pojadę - usłyszałam cichy głos Louis’ego. 
        - Nie… - gdzieś po mojej prawej stronie rozległ się desperacki szept Kornelii. Odsunęłam się od Harry’ego i spojrzałam za siebie. Wyraz twarzy Louis’ego był pełen zimnej nienawiści. Broń miał opuszczoną, ale wciąż utrzymywał defensywną pozycję w stosunku do Ashtona. Kornelia zakrywała usta dłonią, powstrzymując płacz. Jej zaczerwieniony nos i oczy ukazywały, jak kiepsko jej to wychodziło. 
        - A ty zajmij się Liamem - Louis zwrócił się do Harry’ego, na co ten kiwnął bez słowa głową. Atmosfera wokół nas rozluźniła się na tyle, by pozwolić Zaynowi i Niallowi schować broń. Harry również to zrobił, zabezpieczając ją uprzednio. 
        - Świetnie. W takim razie do zobaczenia za trzy dni - Michael pożegnał się z Louis’m i kiwnął głowa na resztę naszej grupy. Zawołał za sobą gestem Hooda, Irwina, Petersa i Hemmingsa, a potem ruszył w kierunku swojego samochodu. 
        Bałam się, że zaraz zemdleję. Już po wszystkim, już po wszystkim… myślałam gorączkowo, ściskając w dłoniach koszulę Harry’ego. 
        - Jeszcze jedno - odezwał się nagle Louis i bez ostrzeżenia wyciągnął przed siebie rękę, w której trzymał pistolet. Nim zdążyłam zrozumieć, co się dzieje, nacisnął spust, a ogłuszający wystrzał poniósł się echem po pustym lotnisku. Towarzyszył mu przeraźliwy krzyk Evana, z którego nogi trysnęła parująca, szkarłatna krew. Zamarłam z dłonią przyciśniętą do serca. Ku mojemu zdziwieniu, Michael spojrzał beznamiętnie na, wijącego się na ziemi z bólu, mężczyznę i uniósł jedną brew. 
        - To za zdradę - warknął Louis, wciskając wściekle broń w kaburę. Luke uśmiechnął się pod nosem i poklepał po plecach Ashtona, z którym ruszyli ponownie do swoich aut. Calum patrzył z obrzydzeniem na Louis’ego, a potem przeniósł zmartwiony wzrok na Kornelię, która klęczała teraz na ziemi, patrząc w pełnym szoku na swojego chłopaka. 
        - Zasłużył. - Micheal wzruszył ramionami i przywołał do siebie Caluma. Mężczyzna podszedł posłusznie do niego, a potem obaj dźwignęli jęczącego Evana i zaciągnęli go do czerwonego Dodge’a. 
        - Pierdolone ścierwo - syknął Louis, po czym odwrócił się do Kornelii i zamarł w półkroku. - Kocie - szepnął. Na jego twarz wpłynął wyraz paniki. Podbiegł do mojej przyjaciółki i przyklęknął przed nią, chwytając jej twarz w dłonie. - Kocie, przepraszam - powiedział cicho, całując ją desperacko w czoło. Patrzyła na niego, niewidzącym wzrokiem. Wyglądała, jakby nie docierało do niej nic, co działo się wokół. 
        - Kornelia… - kolana Louis’ego zaryły w piasek, gdy przyciągnął ją do siebie, zamykając w mocnych objęciach. 
        - Ok. Wszystko ok… - szepnęła, potrząsając głową, jakby budząc się z długiego snu. 
        - Hazza - Liam odezwał się niepewnie, delikatnie odsuwając od siebie Karolinę. Harry spiął się cały i odwrócił w jego stronę. Ruszył przed siebie szybkim krokiem.
        - Skurwielu, powinienem był dać im cię zabić! - ryknął, po czym zamachnął się szeroko, a jego pięść wgniotła się w policzek Liama. Osłabiony mężczyzna upadł z hukiem na ziemię. Jęknął cicho i wypluł sporą ilość krwi, barwiąc piasek na czerwono. Podparł się jednym łokciem i uniósł rękę w geście poddania. 
        - Harry! Proszę, nie rób tego! - Karolina krzyknęła desperacko i  uklęknęła przy swoim chłopaku. Rozbolała mnie głowa. Chciałam dołączyć do niej, obronić słabego, bezbronnego mężczyznę, lecz nie potrafiłam się ruszyć. 
        - Hazza, to nie ja. Nie zrobiłem tego, cholera, nie zrobiłem! Peters naopowiadał im kłamstw! - głos Liama załamywał się co chwilę, a gdy mówił, pluł wokół siebie szkarłatnymi kropelkami. Odwróciłam wzrok, nie mogąc patrzeć na jego cierpienie. 
        - Wylatujesz. - krótka wypowiedzi Harry’ego miała zakończyć tę dramatyczną scenę, lecz w krąg wydarzeń wkroczył Zayn. 
        - Cholera, Styles, nie damy sobie bez niego rady - powiedział, siląc się na spokojny ton. 
        - DOSYĆ TEGO! Zaraz zwariuję! Wypierdalać do siebie! Wszyscy! - ryknął Harry, chwytając się za głowę. Karolina pozbierała pospiesznie Liama z ziemi. Zayn ofiarował mu swoją pomoc, ale ten pokręcił głową i wolnym krokiem ruszył z Karoliną do Mercedesa. Zayn rzucił jeszcze Harry’emu ostrzegawcze spojrzenie, a potem pociągnął wymownie, stojącego w miejscu, Nialla za ramię i również zniknął za drzwiami swojego auta. Niall wyraźnie się zawahał, ale morderczy wzrok Harry’ego przekonał go, by w końcu i on usunął się z lotniska. Obejrzałam się za siebie, ale Louis’ego i Kornelii już nie było. Jasne światła grafitowego Audi R8 oddalały się od nas szybko. 
        Harry odetchnął głęboko i schował twarz w dłoniach. Podeszłam do niego wolnym krokiem i, bez słowa, objęłam go w pasie, przekazując w tym geście całe moje wsparcie, moje uczucie. Początkowo nie zareagował, lecz potem położył jedną dłoń na moich włosach, przyciskając mnie do siebie mocniej. 
        - Przepraszam… Przepraszam, że musiałaś to widzieć - szepnął, a choć go nie widziałam, domyślałam się, że płakał. Jakimś cudem udało mi się odnaleźć w sobie siłę, którą Harry chwilę temu stracił. Ta sytuacja, to doświadczenie, było jedną z najbardziej przerażających rzeczy, jakie przytrafiły się w moim życiu, a jednak, jedyne o czym teraz myślałam, to to, by sprawić, żeby Harry poczuł się lepiej. 
        - W porządku, wszystko w porządku… - zapewniłam go, oddalając się nieznacznie, by móc spojrzeć mu w oczy. Jedyne, co teraz odczuwałam to niewyobrażalna ulga, że wciąż mogę go obejmować, że nie płakałam właśnie nad martwym ciałem. 
        - Zrozumiem, jeśli będziesz chciała wrócić do Polski. Zrozumiem to Milena. Widzisz jak jest tu niebezpiecznie - mówił bez przekonania, lecz determinacja w jego wzroku zapewniała o jego szczerości. Harry chciał, żebym była bezpieczna. 
        - Zamknij się, kretynie. Nigdzie nie lecę. Rozumiesz? - warknęłam, przyciągając go do siebie i składając na jego ustach zapewniający pocałunek. Rozumiał…

***

        - “Neutralny grunt?” - zapytałam, leżąc bokiem na jego łóżku i bawiąc się leniwie brązowymi lokami. Po twarzy Harry’ego przebiegł wyraz bólu. 
        - Nie chcesz wiedzieć… - szepnął, odwracając ode mnie wzrok. Położyłam dłoń na jego policzku, zmuszając go, by na mnie spojrzał. 
        - Chcę. - zapewniłam. 
        Zacisnął szczękę, przygotowując się do wyjaśnienia, użytego wcześniej przez Michaela, wyrażenia. Czym było to tajemnicze miejsce, w którym Louis miał spotkać się z jego grupą? 
        - Irlandia. 
        - Irlandia?! - wykrzyknęłam zdziwiona, a Harry uśmiechnął się bez wesołości. 
        - “Neutralny grunt” to miejsce, w którym - przerwał na chwilę, skupiając myśli - w którym możemy pozwolić sobie na… Drastyczne środki. - wyrzucił wreszcie z siebie i zamknął oczy, jakby czekając na mój wybuch. Zamarłam. Och… Nie wiedziałam, jak się do tego odnieść, więc milczałam, a moje myśli pognały ku Kornelii.
        - Tutejsza policja nas zna. Jeśli zobaczyłaby choćby jednego z nas… Mogą nam odpuścić wiele rzeczy, ale na pewno nie morderstwa. W innym kraju łatwiej zatuszować ślady - wyjaśnił, marszcząc czoło. 
        - Więc Louis… 
        - Jest w niebezpieczeństwie, tak. - dokończył moją myśl, zaciskając nerwowo szczękę. Przełknęłam ciężko ślinę, próbując uspokoić nerwy. 
        - Jestem pewna… Jestem pewna, że wszystko pójdzie dobrze. Nic mu się nie stanie - szepnęłam, nie wierząc we własne słowa. 

***
        Pozostał jeden dzień do wylotu Louis’ego. W ostatnim czasie nie widywałam się zbyt często z Kornelią, która spędzała z nim każdą swoją wolną chwilę. Nie dziwiłam jej się. Byłam przerażona perspektywą tego wyjazdu, więc nie mogłam nawet sobie wyobrazić jak czuła się moja przyjaciółka. Jej uczucie do Louis’ego było tak silne, tak czyste. Ich związek przeżył wyraźny progres i jestem pewna, że łączyła ich więź o wiele bardziej zażyła niż moja z Harrym. 
        Dlaczego więc, gdy usłyszałam wiadomość, przekazaną mi przez niego w moim gabinecie moje serce zamarło, a świat zachwiał się niebezpiecznie, pozbawiając mnie gruntu pod nogami? Opadłam wtedy na krzesło, a widok na Harry’ego przysłoniły mi łzy.

        - Louis zostaje… Milena, wylatuję jutro do Irlandii. - powiedział wtedy, a ja wybuchnęłam płaczem. 




*rysy na lustrze