Wybaczcie kochane tak długi czas oczekiwania i tak krótki rozdział. Niestety, zdrowie mi nie dopisało i troszku wylądowałam w szpitalu. Nie jestem pewna kiedy stąd wyjdę, ale kolejny rozdział powinien pojawić się po tygodniu (już jest w większości napisany, więc będzie łatwiej, nawet jeśli tu utknę, chyba że mój bezprzewodowy net się zbuntuje o_O Brak wifi. Serio. Co za średniowiecze w tej Polszy), no i na pewno będzie on dłuższy.
A tym czasem jest chociaż to małe dzieciątko :D
A. <3
A tak poza tym to...Taka lekka czerwień :)
- Dobra! Dobra! Odłóżcie tę broń i tak nie mam z wami szans - Michael uniósł dłonie nad głową i rozejrzał się nerwowo po otaczających go ludziach. Trzymałam w rękach swój grawerowany pistolet, którego lufa była wycelowana prosto w czoło przywódcy naszej wrogiej grupy. Tak, jak pistolety Louis’ego, Harry’ego, Nialla, Caluma, Mileny, Phoebe, Sylvii i Caroline. Ashton leżał nieprzytomny pod drzwiami pokoju hotelowego, w którym ich dopadliśmy. Brzydkie kręte blizny szpeciły lewą połowę jego twarzy i lewą rękę.
- Wygraliście, ok? Wygraliście…
Uśmiechnęłam się triumfująco na te słowa
Z dnia na dzień Harry wyglądał coraz lepiej. Oczywiście ku zadowoleniu każdego, szczególnie Mileny. Operacja ratowania nogi wykonana przez Eda, o dziwo, zadziałała i Harry już po sześciu dniach śmigał o kulach po wynajętym domku (nie chcieliśmy pytać skąd Calum wytrzasnął potrzebny sprzęt medyczny, ale jednego wieczoru zjawił się w domu z kulami, wózkiem inwalidzkim, a nawet balkonikiem, ku rozbawieniu wszystkich). Z każdym kolejnym postawionym krokiem Harry’ego Milena odzyskiwała odrobinę życia. Wreszcie nie było na co czekać i wszyscy załadowaliśmy się do dwóch aut - białego Jaguara i czarnego BMW, którym przyjechali Niall i Phoebe.
Gabes odzyskała nieco kolorów, które opuściły ją po śmierci Luke’a. Sypała żartami i wieszała się na ramieniu Nialla, jakby miało ono uratować ją od upadku w ciemną przepaść wspomnień. Podzieliliśmy się: ja postanowiłam usiąść w samochodzie z nowo przybyłą parą i Louis’m, a Milena z Harrym dali się wepchnąć do BMW razem z Calumem i Edem. Naturalnie Louis nie pozwolił mi zbliżać się do nowego członka naszej grupy na odległość mniejszą niż wyciągnięcie ramienia, a ciasna przestrzeń w samochodzie mogłaby zrealizowanie jego zakazu znacznie utrudnić.
Nie wierzyłam z jaką łatwością Harry zgodził się na przyjęcie do nas Caluma. “Pomógł nam tyle razy, uratował Milenę” (prawdziwy przywódca grupy nadkłada bezpieczeństwo podwładnych nad swoim) “dlaczego mielibyśmy mu nie pomóc teraz my?”. Klasnęłam w dłonie na te słowa. Louis zirytował się moją reakcją, ale łaskawie jej nie skomentował.
Wreszcie usadowiłam się na siedzeniu pasażera Jaguara, układając wygodnie nogi na udach prowadzącego Louis’ego. Zarzucił mi wtedy lekkomyślność i stwarzanie niebezpieczeństwa w czasie jazdy, ale, wbrew tym słowom, położył wolną rękę na mojej kostce i kciukiem znaczył na niej delikatne kółka. Choć sama preferowałam manualne prowadzenie, dziękowałam w duchu osobie, która stworzyła automat.
- Co z Caroline? - Louis spojrzał we wsteczne lusterko, przyglądając się uważnie Niallowi. Phoebe ułożyła głowę na ramieniu swojego chłopaka i bawiła się leniwie ich złączonymi palcami. Mężczyzna pocałował ją w czubek głowy, pozostawiając usta przyłożone do jej ciemnych, jedwabistych włosów, na co ta zamknęła oczy.
- Nie jesteśmy pewni na ile jej ćpanie jest teraz spowodowane dalszą żałobą po Liamie, a na ile obudzonym nałogiem. Ale ostatnimi czasy wyraża coraz większą chęć zaprzestania, więc może uda się ją z tego wyciągnąć. - odparł, pocierając lekko wargami o brązowe kosmyki. Louis kiwnął głową ze zrozumieniem, a ja zobaczyłam cień zadowolenia w jego błękitnych oczach.
- A Silvia? - zacisnęłam powieki, gdy padło imię dziewczyny Zayna. Ile czasu minęło od jego śmierci? Miesiąc? Trochę więcej… Przełknęłam ciężko ślinę i wbiłam nieświadomie pięty w udo Louis’ego, co spowodowało, że jego brwi zbiegły się ze sobą delikatnie.
- Daje radę. Wciągnęła się w raporty policji, żeby znaleźć choćby najmniejszą poszlakę Michaela. Chce mu wymierzyć społeczną sprawiedliwość - odpowiedział Niall.
- Ciekawe… - mruknął Tomlinson i połaskotał opuszkami palców wierzch mojej nagiej stopy.
Większość drogi do Londynu upłynęła nam w ciszy. Zdjęłam wreszcie nogi z kolan Louis’ego i zaczęłam czytać książkę polskiego autora fantastyki, by skrócić sobie czas podróży. Phoebe zasnęła na ramieniu Nialla, a ja zerkałam co jakiś czas w zewnętrzne lusterko, by dojrzeć czarne BMW, pędzące za nami. Calum kierował, skupiając swój wzrok na drodze. Obserwowałam go uważnie, aż nie zapadł zmrok i jego twarz została otulona cieniem.
“Nie zbliżysz się do niego, nie będzie żadnego sam na sam”, przypomniałam sobie słowa Louis’ego i zacisnęłam powieki, oparłszy brodę na wewnętrznej części dłoni. Łokieć ułożyłam na uchwycie drzwi. Wiedziałam, że Louis nie robił tego, by mnie zranić. Wiedziałam, że każda moja interakcja z Calumem kończyła się dwuznacznymi gestami, a Tomlinson próbował mi tylko pomóc. Przecież wybrałam. Sama mu to powiedziałam. Im obu. Wybrałam Louis’ego i nie zamieniłabym go na nic. Calum był cudownym przyjacielem, pomocą w każdej sytuacji, ale musiałam dorosnąć. Tym razem musiałam dać wygrać logice.
Westchnęłam ciężko i zatopiłam się głęboko w fotelu, zamykając oczy. Konflikt uczuć między Louis’m i Calumem mnie zabije. Już i tak byłam chodzącym kłębkiem nerwów. Niewiele brakowało, bym wylądowała w wariatkowie. Warknęłam mimowolnie i kopnęłam deskę rozdzielczą, na co Louis wykrzyczał z wyrzutem moje imię.
- Mój Jaggie! - wrzasnął. Parsknęłam śmiechem i spojrzałam na niego zza palców dłoni, ułożonej na moim czole
- Twój co? - zakpiłam.
- Zamknij się, Madej, nie niszcz mojego dzieciątka! - mruknął pod nosem. Jego usta ułożyły się w podkówkę, na oczy padł cień brwi. Zaczepnie kopnęłam ozdobne drewno Jaguara, a Louis klepnął mnie w stopę, niczym poirytowany pięciolatek.
- Daj spokój! - ostrzegł, choć widziałam, czający się w kącikach jego ust, uśmiech. Zmrużyłam oczy i wyprostowałam się na fotelu.
- Myślałam, że Audi to twoje dzieciątko - zauważyłam. Spojrzał na mnie ukradkiem z uniesioną brwią
- Każde moje auto to moje dzieciątko - odparł. Kiwnęłam ze zrozumieniem głową i ponownie ułożyłam stopy na jego udach. Specjalnie przycisnęłam piętę do wyeksponowanego krocza. Louis nabrał gwałtownie powietrza, ale dzielnie trzymał wzrok na drodze.
- Dbasz o swoje auta bardziej niż o mnie, hm? - wiedziałam, że to nieprawda, ale musiałam oddalić swój umysł od trójkąta bermudzkiego w jakim ostatnio się znalazłam. Co było na to lepszym sposobem, jak nie małe torturowanie Louis’ego?
- O czym ty mówiACH! - kolejny nacisk i jego źrenice rozszerzyły się w sekundę. Spojrzał na mnie, doskonale rozczytując z mojej twarzy gierkę, którą podjęłam i wciągnął policzki.
- Patrz na drogę - poleciłam z chytrym uśmieszkiem. Warknął gardłowo i odwrócił głowę. W tym czasie ja położyłam stopy pod moim fotelem, ale nie pozostawiłam krocza Lou długo bez dotyku, gdy zanurkowałam w jego spodnie dłonią. Poczułam delikatną jedwabistość powoli twardniejącego członka i uniosłam kącik ust. Louis wypuścił z płuc powietrze, długo i powoli, mrugając z prędkością światła.
Zacisnęłam palce na swoim celu i poruszyłam dłonią w górę i w dół, wyciągając z niego przyspieszony oddech. Zagryzł dolną wargę, przy kolejnym ruchu i zadrżał przy następnym. Na mojej twarzy gościł triumf. Tak - potrzebowałam dystraktora, tak - nudziłam się, tak - to, że Niall i Phoebe siedzieli z tyłu było tylko większą motywacją, by zrobić coś interesującego. Więc zwiększyłam intensywność swoich ruchów, a auto zwolniło znacząco. Na szczęście znajdowaliśmy się na pustej polnej drodze, a jedyną konsekwencją jazdy Louis’ego, było wściekłe wyprzedzenie naszego auta przez Caluma. Dojrzałam w szybach BMW zaciekawione spojrzenia Harry’ego, Mileny i Eda, i tylko rudzielec dostrzegł co było grane, bo uniósł w górę kciuk, patrząc na mnie z głupim uśmiechem. Parsknęłam wesoło i rozpięłam rozporek Louis’ego, wypuszczając na zewnątrz jego nabrzmiałego już członka i bez zastanowienia wzięłam go do ciepłego wnętrza swoich ust. Louis syknął przez zaciśnięte zęby i wydał z siebie gardłowy pomruk, gdy zaczęłam ssać, poruszając głową w górę i w dół. Pracowałam sprawnie językiem, sprawiając, że auto zatoczyło się niebezpiecznie. Uszczypnęłam Louis’ego w udo, by zwrócić jego uwagę z powrotem na drogę i dalej pracowałam dzielnie nad wydobywaniem z niego przytłumionych jęków.
- Ha. Jebani - usłyszałam nad sobą zachrypnięty głos i wyprostowałam plecy, sugestywnie wycierając usta palcem. Louis patrzył z uśmiechem na BMW przed nami, więc podążyłam za nim wzrokiem i zachichotałam, widząc przyklejoną do tylnej szyby kartkę z czarnym grubym napisem: “Podano do stołu”. Nie poświęcając zbyt wiele uwagi żartom Eda, wróciłam do swojego zadania, doprowadzając wreszcie Louis’ego na szczyt przyjemności i połykając dzielnie jej dowody. Zacisnął palce na kierownicy i jęknął głośno, zwalniając auto niemal do zera. Jego oddech zsynchronizował się z falami orgazmu, które spływały w dół mojego gardła. Gdy wreszcie znieruchomiał, dysząc ciężko, a samochód przyspieszył oddaliłam się od miejsca zbrodni z cichym mlaskiem i zapięłam rozporek jego jeansów.
- Chyba się porzygam - usłyszałam z tyłu zmęczony głos Nialla, któremu towarzyszył cichy pisk Phoebe - Czy wy serio właśnie…
- Morda - przerwał mu ostro Louis, patrząc uparcie przed siebie. Wybuchnęłam śmiechem, zawstydzenie spływające po mnie jak po kaczce. Miałam stresujący czas. Para przyjaciół, oglądająca mnie podczas robienia loda mojemu chłopakowi nie mogłaby mnie obejść mniej. Spojrzałam przez ramię na Phoebe i puściłam jej oko, a ta schowała zarumienioną twarz w szyję Nialla. Widziałam jednak, że wyszczerzyła zęby, powstrzymując parsknięcie. Wreszcie oddaliła się od blondyna i spojrzała na niego zadziornie.
- NIE! - Louis wyłapał jej wzrok we wstecznym lusterku - Ani mi się ważcie! - ostrzegł. Niall prychnął na niego jak rozgniewany kot i zacisnął wargi.
- Ty możesz mieć trochę przyjemności, a ja nie? - żachnął się. Louis przekręcił oczami, włączając kierunkowskaz, by wyprzedzić BMW. Nos Eda był przyklejony do szyby tylnych drzwi, gdy wymijaliśmy auto. Spojrzawszy na mnie, wyszczerzył zęby i wykonał obsceniczny gest, przysuwając i oddalając rękę do otwartych ust. Zanim zniknął mi z oczu, zdążyłam pokazać mu środkowy palec, na co zmarszczył zabawnie nos w szerokim uśmiechu.
- W moim Jaguarze dojść mogę tylko ja - rzekł Louis z wyraźną dumą w głosie. Pacnęłam go płaską dłonią w potylicę - I moja dziewczyna - mruknął pospiesznie. - Poza tym różnica polega na tym, że wy spaliście i obudziliście się pod koniec. Gdyby Phoebe zaczęła ci obciągać przy naszej pełnej świadomości, równie dobrze moglibyśmy zwołać kamerzystów i kręcić pornosa - wzruszył ramionami, na co ja wycisnęłam z siebie tajemnicze “hmm…”, a Louis zmrużył oczy, rzucając mi karcące spojrzenie. Cmoknęłam go w policzek, zaczepnie klepiąc jego rozporek i powróciłam do swoich myśli. Jeden dystraktor to za mało.
Wreszcie dotarliśmy do willi Harry’ego, gdy księżyc świecił jasno pełnym kręgiem na pozbawioną słońca planetę. Nasz gospodarz pokuśtykał o kulach do frontowych drzwi, ciągnąc za sobą drepczącą resztę. Milena nie odstępowała go na krok. Otworzył drzwi i wpuścił do środka srebrne światło nocy, a następnie zapalił lampy i pozwolił wejść i nam.
Jego stan znacznie się poprawił od czasu, gdy Calum przywiózł go i Milenę z kryjówki Michaela. Przybrał nieco na wadze, jego paznokcie odrosły, siniaki zniknęły. Tylko pręga na szyi zdawała się pozostać tam już do końca i nogi wciąż przypominały mu bólem o rozbitych wcześniej kolanach.
- Eeeeeej, lodziaro - zagadnął mnie Ed, na co szturchnęłam go mocno w ramię, zanim usiadłam na stołku brązowego fortepianu.
- Wal się, dziewico - warknęłam elokwentnie, wywołując jego, pełną politowania, minę.
- Chciałabyś wiedzieć co ta dziewica potrafi w łóżku - wydymał w moją stronę usta, ale ja tylko uniosłam brwi i zaczęłam uderzać lekko w klawisze instrumentu.
- Chodźcie - głos Harry’ego poniósł się echem po holu. Stał przy wejściu do swojego gabinetu, trzymając jedną dłoń na framudze drzwi, a drugą dźwigając obie kule. Zamknęłam klapę fortepianu i, chwytając Louis’ego za rękę podążyłam w tamtym kierunku.
Zdałam sobie sprawę, że pierwszy raz byłam w tym pomieszczeniu. Duże, przestronne, z ogromnym owalnym stołem na jego środku. Ściany zdobiły drewniane biblioteczki, a pod oknem stało ogromne biurko wykonane z tego samego materiału. Usiedliśmy wszyscy przy lśniącym stole, Louis obok mnie, po prawej stronie Harry’ego, po jego lewej oczywiście miejsce zajęła Milena, a przy niej Calum, Phoebe, Niall i Ed obok mnie. Zapadła niezręczna cisza, podczas której, świeżo uwolnione z bandaży palce Harry’ego stukały o blat.
- Jaki jest plan? - zapytał wreszcie nasz przywódca. Ed zmarszczył brwi, a Louis przekręcił oczami. Reszta zdawała się być niewzruszona.
- Dopiero wróciłeś do domu. Nawet porządnie się nie rozpakowałeś - mruknął mój chłopak, patrząc na Harry’ego wściekle.
- Czuję się na tyle dobrze, że mogę rozporządzić plan działania - odwarknął, a jedna z jego kul zsunęła się po oparciu krzesła i uderzyła z hukiem o posadzkę.
- Mmmmhhmm. Pokuśtykasz do Michaela i wbijesz mu balkonik w plecy? - zakpił Louis, ściskając pod stołem moją rękę.
- Zamknij się, dam radę
- Harry… - głos Mileny był zachrypnięty, jej wzrok spuszczony. Blizna na policzku wciąż była widoczna, mimo próby ukrycia jej pod grubą warstwą makijażu. Harry spuścił gardę i spojrzał na nią łagodnym, pełnym miłości wzrokiem.
- Milena - uśmiechnął się zachęcająco, więc moja przyjaciółka potarła o siebie dłonie i wzięła głębszy oddech.
- Poczekajmy. Przynajmniej do czasu aż wyzdrowieje ci noga. Michael zdaje się być w ukryciu, jest osłabiony. Nie ma Luke’a, stracił Caluma, nie wiadomo też co z Ashtonem. Pozostało mu kilku mniej zaufanych pachołków i armia pionków, której pewnie nawet nie jest w stanie kontrolować. - choć głos Mileny był cichy, biła od niej przywódcza pewność siebie. Nawet ja poczułam przed nią respekt. Kto by pomyślał, że dziewczyna, która wyzywała mnie od naiwnych za chęć dołączenia do grupy kryminalistów teraz stała się jej samicą alfa. Cała jej postawa mówiła: słuchajcie mnie, znam się na rzeczy, nie jestem tylko głupią dziewczyną waszego przywódcy. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Przynajmniej jedna z nas znalazła swoje miejsce na świecie.
Harry, ku zdziwieniu wszystkich kiwnął głową i opadł na oparcie swojego krzesła. Przejechał dużą dłonią po długich włosach, które wreszcie odzyskały swój dawny blask i wypuścił z płuc ze świstem powietrze.
- Masz rację - mruknął. Myślałam, że gdyby było to możliwe, brwi zebranych wokół stołu osób wystrzeliłyby pod sam sufit. Milena za to odetchnęła z ulgą i pogłaskała Harry’ego po policzku. - W takim razie skontaktujmy się z Sylvią i sprawdźmy co znalazła na Michaela. Możemy go dopaść w jakimś najmniej spodziewanym momencie i zmieść tę jego żałosną grupkę z powierzchni ziemi. - dodał, zwracając się już do wszystkich.
Po gabinecie przebiegły poszeptywania aprobaty i kiwnięcia głowami. Ledwie wróciliśmy do Londynu, a już przygotowywaliśmy się do kolejnej bitwy. Czułam, że nie zaznamy wytchnienia póki Michael będzie wciąż zawadzał naszej grupie.
Sylvia rzeczywiście coś wyłapała. Spotkała się z nami w willi już trzy dni później. Na jej twarzy nie było widać cienia zmęczenia, wręcz przeciwnie. Wyglądała pięknie. Ubrana schludnie z delikatnym makijażem doskonale komplementującym kolor jej jasnych oczu, kontrastujących z czarnymi włosami.
- Michael kombinuje transakcję w luksusowym hotelu w centrum Londynu - powiedziała, otwierając na lśniącym stole swojego laptopa. Chłopcy skupili się wokół niej, a ja Milena i Phoebe usiadłyśmy na krzesłach. Ułożyłam stopy na blacie, marszcząc nos w odpowiedzi na dezaprobujące spojrzenie Harry’ego.
- Kiedy? - zapytał Niall, prostując z pomrukiem plecy
- Za dwa tygodnie. Mam kontakt z dealerami, z którymi ma zawrzeć umowę - odparła Sylvia, cały czas używając tego samego profesjonalnego tonu, z którym wkroczyła pewnym krokiem do willi.
- Nogi - syknął w moją stronę Harry, ale tylko pokazałam mu język. Przekręcił oczami.
- Świetnie. Daj nam adres tego hotelu i rozkaż swoim ziomkom nie stawiać się tam tego dnia - zarządził Louis, a Sylvia tylko kiwnęła głową i zapisała coś w laptopie.
Pokręciłam głową, biorąc między zęby paznokieć. To brzmiało zbyt znajomo. Zbyt blisko od tego, co stało się ostatnio. Byłam pewna, że Sylvia musiała pomyśleć o tym samym, ale, jeśli tak było, nie dała tego po sobie poznać.
- To brzmi tak samo, jak nasza ostatnia akcja - wydusiłam z siebie, a wszyscy spojrzeli w moim kierunku.
- Nie - zaprzeczył Calum - Milena miała rację. Michael jest osłabiony. Ci ludzie to jego ostatnie desperackie chwyty. Brakuje mu klientów, jest oskubany z pracowników. Kilku zaufanych kolegów powiedziało mi, że wielu się od niego odwróciło. To ostatnie podrygi naszego Clifforda. - wyjaśnił, zwracając na siebie uwagę wszystkich w gabinecie. Przez pomieszczenie przetoczyło się kilka triumfalnych uśmiechów i pomruków aprobaty, a Sylvia kiwnęła tylko głową i zatrzasnęła z hałasem laptopa.
- Pozbędziemy się go raz na zawsze - wtrąciła, pozwalając sobie wreszcie na mały uśmiech. - Wtedy zapadnie spokój.
Kto by pomyślał, że mogło pójść tak łatwo. Dwa tygodnie później wszyscy mieliśmy na muszce Michaela, Ashton był nieprzytomny, reszta ludzi naszego wroga uciekła w popłochu. Przygotowania do tego wieczoru były prostsze niż myślałam. Kilka spluw, kilka kamizelek kuloodpornych i Caroline, która również zgodziła się wziąć udział w zasadzce.
- Koniec z rozpaczaniem - mruknęła, wchodząc do willi z dwoma czarnymi pistoletami w rękach. - Jestem do waszej dyspozycji - dodała, ostentacyjnie głaszcząc lufę. Uśmiechnęłam się do niej przez ramię, siedząc na stołku przed fortepianem.
- Jak się czujesz? - zapytałam, gdy oparła biodro o bok instrumentu. Wzruszyła ramionami. Jej koścista sylwetka zdawała się być na tyle lekka, by mógł porwać ją najlżejszy wiatr. Pod oczami wciąż miała ciemne sińce, a złote loki straciły swój blask, ale poza tym zdawała się być trzeźwa.
- Chcę się pozbyć tego gnoja - warknęła, grzebiąc palcem w małej rysie na drewnie.
- Wiesz, że Hemmings nie żyje, prawda? - powiedziałam i nacisnęłam wysoki klawisz, który rozbrzmiał czystym dźwiękiem w holu. Caroline kiwnęła głową, a między jej brwiami pojawiła się znaczna zmarszczka.
- Tak. Ale on wykonywał tylko rozkazy. To Michael jest głównym sprawcą - odparła. Nie mogłam temu zaprzeczyć, więc tylko przytaknęłam.
- Caroline! - obie odwróciłyśmy się w stronę schodów, po których truchtał Louis. Z rozłożonymi ramionami dopadł do dziewczyny i uścisnął ją serdecznie.
- Jak się czujesz? - powtórzył moje pytanie, na które Caroline odpowiedziała w ten sam sposób. Jej ramiona szarpnęły się w górę, na twarzy pozostał obojętny wyraz.
- Dołączam do was - oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. Louis tylko kiwnął głową i pogłaskał ją po plecach.
- No raczej. Nie zostawimy cię w tyle - poczułam ciepło, rozchodzące się po moim sercu, gdy zauważyłam wyraz troski na jego twarzy. Wszyscy chcieli, by Caroline poczuła się lepiej. By zrezygnowała z narkotyków i wreszcie pogodziła się ze śmiercią Liama. Dlatego czułam, że nikt nie zamierzał odciągać ją od pomysłu dołączenia do naszej zasadzki.
Następnego dnia byliśmy już załadowani w trzy samochody. Ja z Louis’m, Phoebe i Niallem, Calum z Sylvią i Caroline, i Harry z Mileną. Ed nie brał w tym udziału. Był tylko medykiem, jak sam powiedział, i nie chciał mieszać się w brudne interesy swoich szefów.
Droga do hotelu była krótka. Kilka przecznic centralnego Londynu i przed nami wypiętrzył się wysoki budynek ze świecącymi literkami na jego szczycie, rozjaśniającymi ciemność wieczoru. W recepcji było cicho, jakby wszyscy w hotelu wiedzieli, co miało tam się zdarzyć. Dużą grupą ruszyliśmy ku windom i Harry nacisnął piętro 15, na którym miał znajdować się Michael ze swoimi towarzyszami. Wyglądał już o niebo lepiej, a jeśli wciąż utykał to można było to dostrzec tylko przy uważnym przyglądaniu się jego ruchom. Obejmował Milenę w pasie, patrząc na zmieniające się cyferki na panelu windy. Sama wtuliłam się w bok Louis’ego, unikając uparcie wzroku Caluma. Tak, jak obiecał nie odzywał się do mnie, nie wykonywał w moją stronę żadnych ruchów. Tylko czasami udawało mi się przyłapać go na podłużnych tęsknych spojrzeniach, podczas których marszczył boleśnie brwi i zaciskał wargi.
Dzwonek windy i łagodny kobiecy głos ogłosiły odpowiednie piętro, po czym złote drzwi rozsunęły się posłusznie, ukazując długi, schludny korytarz, na którego podłodze leżał czerwony dywan, a na ścianach zostały przywieszone drogie lampy.
W akompaniamencie szumów i zgrzytania wyciąganej broni, wyszliśmy z windy, kierując się do pokoju 1512. Nikt nie wypowiedział słowa, nikt nie zdawał się być szczególnie zdenerwowany. Atmosfera nas otaczająca była o tonę lżejsza od tej, w której szykowaliśmy się na starcie, podczas którego zginęli Zayn i Luke.
Rozejrzałam się po swoich towarzyszach, zadzierając brodę, przez swój niski wzrost. Sylvia unosiła dumnie głowę, brnąc żwawo do przodu, Caroline, choć ze spuszczonym wzrokiem, nie zmieniała siły nacisku na swojej broni. Calum mrugał szybko, jakby próbował ukryć zdenerwowanie, Phoebe i Niall szli ramię w ramię, rzucając sobie co chwilę krzepiące uśmiechy, a Harry i Louis patrzyli przed siebie, zostawiając mnie i Milenę nieco z tyłu. Co do mojej przyjaciółki, miała ona zdeterminowany wyraz twarzy i brnęła krok za Harrym, nie dając po sobie poznać czy była zdenerwowana. Ja natomiast oddychałam nieco szybciej, czując, że moje płuca były zbyt małe na gęste powietrze hotelu. Nie nadawałam się na akcje, ale świadomość, że to mogła być ostatnia z nich, nie pozwalała mi zostać w domu.
Stuk, stuk, stuk - rozległo się ciche pukanie w drzwi, na których szczycie widniał złoty numer 1512. Kościste palce Harry’ego uderzały lekko w drewno, aż nie usłyszeliśmy szumów i przyciszonych rozmów po drugiej stronie. Nagle klucz został przekręcony z cichym kliknięciem, a drzwi uchyliły się lekko, ukazując szare oczy, jakiegoś nieznanego mi chłopaka. Jego źrenice rozszerzyły się, gdy tylko zobaczył przed sobą Harry’ego.
- O kurwa! - krzyknął i próbował zatrzasnąć drzwi, ale Styles w porę uderzył w nie płaską dłonią, sprawiając, że klamka wbiła się w ścianę za nimi. Wszyscy unieśliśmy pistolety i karabiny, wbiegając z ostrzegawczymi krzykami do środka.
Ashton ruszył z warknięciem na Caluma, który powalił go celnym uderzeniem łokcia w nos. Irwin padł z jękiem na posadzkę, chwytając się za krwawiące miejsce. Rozejrzałam się po przestronnym pięknym pokoju, doliczając się pięciu nieznanych mi facetów, wśród których stał blady Michael. Przyciskał plecy do ściany, jakby chciał przez nią przeniknąć, a po pierwszym strzale, który wydarł się z, zabezpieczonego tłumikiem, pistoletu Sylvii, jego ludzie rozpierzchli się po pokoju i przecisnęli między nami, uciekając z pokoju. Nikt ich nie zatrzymał. Oni byli nieważni.
- Pojebało was?! - ryknął z podłogi Ashton, ale zamilkł natychmiast, gdy Calum kopnął go z całej siły w szczenkę. Padł zabliźnioną częścią twarzy na wykładzinę, brudząc ją lejącą się z jego ust i nosa krwią.
- Nie ruszaj się, gnoju - ostrzegł Michaela Niall, celując małym karabinem maszynowym w jego krocze.
Wtedy Clifford się poddał. Z uniesionymi rękoma, zerkał lękliwie na nieruchomego Ashtona i powracał spłoszonym wzrokiem do wycelowanych w niego pistoletów.
- I co my z tobą zrobimy, Clifford, co? - zakpił Louis, ryjąc butem w wykładzinie.
- Nic! Nic! Cholera! Dość już zabraliście mi ludzi i władzy. Puśćcie mnie, nie będę już wam stawał na drodze - zawołał desperacko Michael.
- Nie, nie. To nie będzie takie łatwe. Nie ufam ci. Nikt z nas ci nie ufa. Nawet twój przyjaciel - Tomlinson wskazał na Caluma, który patrzył z nienawiścią na swojego byłego szefa. - Myślę, że będziemy mogli oszczędzić ci życie. Jeśli wyjedziesz z Anglii.
Michael zaśmiał się lękliwie, przerzucając szaleńczo oczami w tę i z powrotem. Był skołowany, zaskoczony. Dopiero teraz widziałam, że wszystkie słowa o jego potencjalnej słabości były prawdą. Michael Clifford się skończył. To była jego ostatnia nadzieja.
Staliśmy wszyscy wokół niego, czekając na odpowiedź, której miał udzielić. Od każdego z nas biła niespotykana pewność siebie. Każdy czuł triumf, jaki zawisł w naszym powietrzu. To miał być koniec. Tu miały się urwać nasze kłopoty.
- Ok… Ok. Wyjadę. Macie moje słowo, cholera, ale przestańcie do mnie mierzyć z tych pukawek - Michael wydusił wreszcie z siebie tych kilka słów i opadł na kolana, zalewając się łzami. Zmarszczyłam brwi, zbita z pantałyku jego reakcją. Płacz nie należał do rzeczy, które pasowały do szalonego przywódcy wrogiego nam gangu. Wydawało się niemal, że Michael grał, byleby jak najbardziej nas udobruchać.
Caroline nagle zrobiła krok do przodu i zgarnęła w pięść proste brązowe włosy. Zmusiła żałośnie płaczącego mężczyznę, by na nią spojrzał i nagle napluła mu w twarz, po czym kopnęła go w brzuch. Nikt nie zareagował.
- Niech twoja noga tu nie postanie, skurwielu. Ciesz się, że jesteśmy o wiele mniej brutalni i bezwzględni od ciebie. Ciesz się, że mord to nie nasza ulubiona rozrywka. Że nie mamy tak nierówno pod sufitem, jak ty. Ciesz się, że należymy do tych dobrych - syknęła mu do ucha, a on zacisnął powieki i kiwnął głową. Wtedy Caroline popchnęła go na ścianę i wyszła z pokoju, rzucając jeszcze pogardliwe spojrzenie nieprzytomnemu Ashtonowi.
- Będziemy cię obserwować, gnojku. Jeżeli w przyszłym tygodniu jeszcze będziesz w kraju, nie zawahamy się pozbyć całego twojego składu. Cóż… Ciebie i Ashtona - warknął Harry, zarzucając sobie na plecy karabin.
I tyle. Nagle wszyscy ruszyli do wyjścia w akompaniamencie cichych szlochów Michaela i płytkiego oddechu Ashtona. Tyle miało wyjść z naszego długiego konfliktu z tą bandą. Konfliktu otoczonego aurą śmierci i niepotrzebnej przemocy. Mieliśmy znów być wolni od strachu o swoje życie, wolni od konkurencyjnej grupy, która zabierała nam klientów.
Prawda? Tak właśnie miało być. Ale w praktyce wiele rzeczy lubiło kłócić się z teorią. I to, co miało nastać później nie przeszło przez nasze najbardziej pesymistyczne myśli. Ale przecież teraz był spokój. Teraz Michael Clifford uciekał z kraju i to się liczyło… Prawda?
#TTDff
This hole in my heart is proof of life
Milena
Choć podejmowaliśmy ryzyko zwlekając, nie mogliśmy tak od razu narazić Harry’ego na długą podróż. Dlatego zostaliśmy w chatce, do której przywiózł nas Calum, jeszcze przez kilka dni.
- Michael nie wie gdzie się znajdujemy. Pewnie myśli, że wróciliśmy do Londynu. Powinno być bezpiecznie - powiedział pierwszego wieczora. Harry spał w sypialni, a reszta zajęła miejsca w salonie. Kornelia i Louis na fotelu, przytuleni szczelnie, Calum na kanapie, zerkający zazdrośnie co chwilę w ich stronę i ja na krześle, opatrywana przez Eda, który palącymi środkami dezynfekował moje rany na policzku i plecach.
- Michael miał też nie wiedzieć o twojej zdradzie, a tu psikus - zakpił Louis, na co Calum rzucił mu mordercze spojrzenie.
- Małe niepowodzenie w planie. Więcej ich nie będzie. - warknął przez zaciśnięte zęby. Louis uniósł tylko brwi, jakby mu nie wierzył, ale już się nie odezwał.
- Milena… - w salonie rozbrzmiał cichy głosik Kornelii. Spojrzałam na nią, z uśmiechem czekając na dalsze słowa - Dobrze się czujesz? - zapytała. Przytaknęłam, a potem syknęłam cicho, gdy Ed przyłożył, nasączoną jakimś lekiem, watę do dolnej części szramy na plecach, pozostawionej przez nieznajomego.
- Tak. Teraz najważniejsze jest zdrowie Harry’ego - odparłam, patrząc na medyka z wyrzutem. Wyszczerzył zęby wyraźnie zakłopotany.
- Nie mówię tylko o twoich ranach… - mruknęła Kornelia i schowała nos w burzy różowych włosów. Zacmokałam z dezaprobatą i uniosłam jedną brew.
- Jeżeli zamierzasz przeprowadzić na mnie terapię podobną do tych, które prowadziłaś na praktykach w poprawczaku, to zapomnij - zażartowałam, ale ona wciąż patrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Westchnęłam ciężko i pozbyłam się uśmiechu z twarzy. - Jest w porządku. Jedyne co teraz czuję to szczęście, że Harry przetrwał i został uratowany. Że jest w dobrych rękach - tym razem spojrzałam z wdzięcznością na Eda.
- Do usług - powiedział, mrugając do mnie i opuścił wreszcie moją świeżą koszulkę, przygładzając ją nieco - Wszystko gotowe. Nie mogę obiecać, że nie zostaną blizny. Wręcz przeciwnie - oznajmił, schodząc nieco z wesołego tonu. Kiwnęłam głową i mu podziękowałam.
- To nic. Ważne, że żyjemy. A z twarzą poradzę sobie makijażem - pokazałam mu język.
- Jesteś naprawdę silna. - zauważył Calum z podziwem. Wzruszyłam ramionami.
- Nie bardzo. Jeszcze przed chwilą musiałeś mnie wyprowadzać z pokoju Harry’ego, bo nie mogłam przestać ryczeć. - czułam się zażenowana. Miałam być silna. Silna dla Harry’ego, który teraz potrzebował największego wsparcia.
- Każdy inny człowiek w twojej sytuacji wyglądałby okropnie. Prawdopodobnie wciąż siedziałby i płakał. Ty zamiast tego potrafisz nawet zdobyć się na żarty - zdziwiłam się, że Louis tak łatwo zgadzał się z Calumem.
- To nic. Jak mówiłam, jestem po prostu szczęśliwa, że Harry jest bezpieczny - odparłam i zgarnęłam ze stołu talerz z makaronem, który pół godziny temu został przygotowany przez Kornelię. Pierwszy raz, od prawie trzech tygodni, jadłam coś smacznego.
Trzy tygodnie… Będąc w niewoli miałam pewność, że minęły dopiero dwa. Musiałam zupełnie stracić poczucie czasu. Tym bardziej czułam ból w sercu na myśl o torturach Harry’ego. On pewnie liczył każdy dzień, czekał na śmierć. W jego przypadku ta przyniosłaby mu ulgę. Gdyby nie Calum…
Spojrzałam na ciemnowłosego mężczyznę i uśmiechnęłam się lekko. Zamrugał zdezorientowany i rozejrzał się wokół siebie, jakby myślał, że patrzyłam na kogoś innego.
- Co jest? - zapytał z widelcem pełnym makaronu uwieszonym w połowie drogi do jego ust.
- Dziękuję - szepnęłam, na co wyszczerzył zęby, a jego tęczówki zniknęły za przymrużonymi powiekami.
- To nic takiego - machnął ręką, a mnie nagle uderzyła pewna szalona myśl. Spojrzałam z nadzieją na Louis’ego i klasnęłam w dłonie.
- Przyjmijmy go do siebie! - zaproponowałam, a w salonie rozległo się czterokrotne “Co?!”. Westchnęłam i przekręciłam oczami.
- Och, dajcie spokój. Ile razy nam pomógł? Ile razy się przydał? Gdyby nie on ja i Harry moglibyśmy być już martwi. Calum nie ma teraz gdzie się podziać, gdy Michael…
- Nie! - przerwał mi ostro Louis. Zamarłam, patrząc na niego zdziwiona - To, że nam pomógł to konsekwencja jego niezdrowego uczucia do Kornelii. - warknął
- Jeez, nie ma za co, Tomlinson - mruknął pod nosem Calum, a Kornelia prychnęła ostentacyjnie i wstała z kolan Louis’ego.
- Więc nie jesteś mu ani odrobinę wdzięczny? - zapytała, wbijając w niego karcący wzrok. Tomlinson wypuścił ze świstem powietrze z ust i również wstał z fotela
- Idę na fajkę - warknął i zrobił krok, ale Kornelia chwyciła go pospiesznie za ramię.
- Nie! Zostajesz tutaj! Nie bądź dziecinny. To, że Calum się we mnie zakochał nie znaczy, że od razu musimy rezygnować z jego pomocy. Wie, że nic ode mnie nie dostanie, ale za to możemy zapewnić mu bezpieczeństwo! - mówiąc to, gestykulowała żywo. Calum uśmiechnął się smutno
- Wow, dzięki za łaskę, Kornelia - zakpił tym samym tonem, którym wcześniej odezwał się do Louis’ego. Kornelia spiorunowała go wzrokiem
- Zamknij się, nie masz prawa tak się do mnie odzywać - warknęła, a Calum otworzył szeroko usta i zaśmiał się ironicznie
- Nie mam prawa?! Och, wybacz, panienko, nie wiedziałem, że rozmawiam z księżniczką! - krzyknął oburzony, machając jak szalony rękami. Louis zrobił krok w jego stronę
- Nie waż się tak więcej odzywać do mojej kobiety! - zagroził, na co Calum również się do niego zbliżył, obnażając zęby
- Ach, no tak! Zapomniałem, że tylko ty możesz nią pomiatać i traktować tak źle, jak tylko ci się to żywnie podoba! - Louis już brał oddech by się odgryźć, ale na jego drodze stanęła Kornela
- DOŚĆ! DOŚĆ! Mam was dość! Obu! Pierdoleni faceci z pierdolonym testosteronem! Ty! - wskazała na Louis’go, z wyraźnie bijącą od niej furią - Śpisz dzisiaj tutaj na kanapie! TY! - odwróciła się do Caluma, dźgając go palcem w pierś - JESZCZE CI NIE WYBACZYŁAM ZA ZDRADĘ, NIEWAŻNE JAK WDZIĘCZNA JESTEM ZA URATOWANIE MOJEJ PRZYJACIÓŁKI! Zachowuj się, a nie oddamy cię Michaelowi! - wrzasnęła.
Ed nagle wstał z kanapy i przeciągnął się rozkosznie, patrząc z krzywym uśmieszkiem na kłócącą się trójkę.
- Cóż. Zrobiło się dość niezręcznie, spadam spać - oznajmił, wywołując mój śmiech.
- Ta, ja też. A wy, gołąbki, rozwiążcie swoje problemy. I Louis. - spojrzałam na mężczyznę - Moja propozycja jest wciąż aktualna - zmrużyłam oczy, by dodać powagi swoim słowom. Louis tylko zacisnął szczękę i kiwnął głową. Kątem oka zobaczyłam przebłysk uśmiechu na twarzy Korneli.
Weszłam do sypialni, w której spał Harry i od razu posmutniałam. Widok jego zmaltretowanego ciała był dla mnie ciężarem. Nie chciałam wspominać krzyków bólu, jakie z siebie wydawał, gdy nieznajomy zadawał mu tortury, ale te same wbiegały do mojej głowy, niczym nieznośne chochliki. Zanuciwszy jakąś piosenkę, by rozproszyć złe myśli, zaczęłam rozkładać na podłodze koce i małą kołdrę. Byłoby nieodpowiedzialnym zająć potrzebne dla niego miejsce na łóżku. Patrząc na niego z dołu, poczułam, jak zaciska mi się gardło.
Michael mi za to zapłaci. Zapłaci najwyższą cenę.
- Dziecino… Dziecino - mruknęłam coś niewyraźnie i otworzyłam oczy, automatycznie patrząc w górę, jakby nawet skołowane przez sen ciało instynktownie pamiętało, że Harry leżał na łóżku obok mnie.
Szmaragd wpatrywał się we mnie zza pobladłej wychudzonej twarzy. Uniosłam kącik ust i chwyciłam kościstą dłoń, która została do mnie wyciągnięta.
- Hej - szepnęłam, siadając po turecku na podłodze, dostatecznie blisko łóżka, by móc złożyć delikatny pocałunek na suchych ustach. Patrzyliśmy chwilę na siebie, nie wypowiadając nawet słowa. Głaskałam Harry’ego po twarzy, czując pod opuszkami palców uwydatnione kości policzkowe.
- Przepraszam, że sprawiłem, że płakałaś - powiedział cichutko. Zamknęłam oczy i pokręciłam głową, całując jego zabandażowane palce
- Zamknij się - mój głos załamał się w połowie - Nie ty powinieneś przepraszać. - zamilkłam na chwilę, myśląc co dalej powiedzieć. Przy każdym argumencie, Harry zatrzymałby mnie, mówiąc, że nie mogłam się obwiniać, że nikt nie wiedział jak to mogło się potoczyć, że Michael był takim psychopatą.
Wypuściłam cicho powietrze z ust i zrezygnowałam z dalszej sprzeczki. Zamiast tego podniosłam się na nogi i pochyliłam nad Harrym, całując delikatnie jego czoło.
- Zrobię ci coś do jedzenia. Musisz nabrać sił - szepnęłam. Nie oponował. Kiwnął głową z zamkniętymi oczami i niechętnie puścił moją dłoń. Wyszłam z sypialni i, po szybkim odświeżeniu w toalecie, skierowałam się do kuchni, połączonej z salonem. Stanąwszy przy zlewie, wlałam do staromodnego czajnika wodę i włączyłam urządzenie, zaglądając w czasie gotowania się wody do lodówki. Kornelia wstawiła do niej resztki z wczorajszej kolacji. Obok miski z makaronem widziałam kilka jogurtów i zwykłe kanapkowe dodatki, z których wybrałam kilka i zaczęłam szykować dla Harry’ego delikatne śniadanie. Gdy czajnik zaczął gwizdać, ogłaszając, że woda na herbatę była gotowa, z kanapy w salonie doszedł mnie podłużny, niezadowolony jęk.
Odwróciłam uwagę od jedzenia, patrząc na oparcie mebla, zza którego wychyliła się zmierzwiona czupryna Louis’ego. Parsknęłam śmiechem i pokręciłam z niedowierzaniem głową.
- Więc jednak nie pozwoliła ci spać w tym samym łóżku - skomentowałam, biorąc do ręki kubek z gorącą herbatą i opierając biodra o szafkę za mną.
Louis potarł swoja potylicę i zamlaskał sennie, patrząc na mnie przymrużonymi uszami.
- Uparta małpa… - mruknął pod nosem, wywołując mój chichot. - Nawet nie rozumiem dlaczego! Gdyby tak nie spoufalała się z Hoodem wszystko byłoby w porządku! Dlaczego ja mam płacić niewygodną kanapą i bólem kręgosłupa - wydęłam usta w sztucznym współczuciu i wydałam z siebie ironiczne “awww”. Louis pokazał mi środkowy palec i przeskoczył oparcie kanapy, podchodząc szybko do talerza, uszykowanego dla Harry’ego.
- Mmm… nie musiałaś - powiedział, sięgając po jedną z kanapek, ale w porę uderzyłam wierzch jego dłoni. Syknął cicho i spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Wara! To dla Harry’ego - ostrzegłam, wskazując na niego palcem. Jakimś cudem udało mu się odwrócić moją uwagę i ukradkiem porwał jedno z moich dzieł, wpychając je pospiesznie do ust. Wyglądał teraz jak zaspany chomik. Zaspany chomik, którego tył głowy został właśnie boleśnie pacnięty.
- Aauu - zaprotestował z policzkami pełnymi jedzenia. - Tyłko jedna kałapka!
- Tyłko jedno udełenie - zakpiłam z niego, porywając z blatu talerz, zanim Louis zdążyłby porwać więcej jedzenia. Przekręcił oczami i przełknął ciężko z komicznym odgłosem.
- Obudził się? - zapytał, wskakując na szafki i chowając dłonie między nogami. Przytaknęłam ze słabym uśmiechem
- I jak się ma?
- Chyba lepiej niż wczoraj. Jest w stanie bez problemu mówić - zwęziłam wargi, zastanawiając się czy dobrze oceniłam dzisiejszy stan swojego chłopaka. Louis kiwnął głową, jakby nie miał co do tego żadnych wątpliwości.
- Magia Eda. Od zawsze był cudotwórcą. Dlatego stracił swoją licencję lekarską - otworzyłam szeroko oczy w zdziwieniu
- Co?! Nie jest za młody, żeby w ogóle ją mieć?
- Był małym geniuszem. Każdą szkołę zaczynał przynajmniej o rok wcześniej - wyjaśnił Louis, przyglądając się swoim paznokciom. Uniosłam brwi w podziwie
- Więc dlaczego stracił licencję? - zapytałam
- Niekonwencjonalne metody, kontrowersyjne formy leczenia - podskoczyłam, gdy w kuchni rozległ się rozbawiony głos rudzielca. Ed wszedł do środka dziarskim krokiem i otworzył lodówkę, bez zastanowienia wyjmując z niej makaron Kornelii.
- Ale to nic. Tu zarabiam o wiele lepiej niż kiedykolwiek zarabiałem jako legalny lekarz. - wzruszył ramionami i przesypał zawartość miski do garnka, który ustawił na gazie. Zaśmiałam się cicho, rozumiejąc jego punkt widzenia. Tu zarabiałam lepiej niż zarabiałam w każdym miejscu pracy w Polsce. To jest, sumując ze sobą wszystkie tamtejsze wypłaty.
Wzięłam głęboki oddech i ścisnęłam mocniej w dłoni talerz z kanapkami. Herbata ostygła do tego stopnia, że mogłam wypić ją duszkiem. Gdy odstawiłam kubek do zlewu, spojrzałam jeszcze na Louis’ego, który, chwyciwszy w dłoń widelec, podjadał makaron z talerza Eda.
- Zastanawiałeś się nad moją propozycją? - zapytałam, a on zamarł, oblizując tylko wargi z czerwonego sosu.
- Moja dziewczyna wyjebała mnie przez nią na kanapę, nie mogłem spać przez to większość nocy. Jak myślisz? - ironizował, więc pokazałam mu język
- Werdykt? - popędziłam go
- Jeszcze nie zapadł - odparł, nadziewając na metalowy kolec pojedynczą rurkę ciasta. Ed rzucił mu zniecierpliwione spojrzenie i odsunął od niego talerz, na co ten zmrużył oczy, jakby medyk właśnie wykorzystał jego zaufanie i go zdradził.
- Więc niech się pospieszy, bo czas nas goni - rzuciłam i wróciłam do sypialni, w której Harry właśnie opierał plecy o ścianę, gładząc swoje obnażone, kościste kolana. Były obsypane bliznami, jedno z nich mocno zniekształcone, jakby coś w środku przesunęło się w nieodpowiednie miejsce.
Zagryzłam wargę, stawiając talerz z kanapkami na krześle i siadając na krawędzi łóżka. Położyłam swoją dłoń, na dłoni Harry’ego, zatrzymując to nieprzyjemne badanie.
- Ed będzie musiał mnie poustawiać. Musiało mi się coś źle zagoić - mruknął mężczyzna, nie odrywając spojrzenia od kolan.
- Boli? - zapytałam, odsuwając jego rękę i muskając opuszkami palców zabliźnioną skórę. Harry ledwo zauważalnie pokręcił głową. Dziwny wyraz przebiegł przez jego zamglone oczy - Kłamiesz - stwierdziłam, na co on westchnął cicho i opadł z powrotem na poduszki.
- Kolana mnie nie bolą. - wzruszył lekko ramionami, a jego palce powędrowały nieświadomie do szyi. Zacisnęłam zęby, przypominając sobie, że przecież jeszcze wczoraj był duszony grubym kablem. Ze zmarszczonymi brwiami pochyliłam się i ucałowałam siną pręgę pod jego szczęką.
- Jeszcze trochę i będziesz w pełni sprawny - szepnęłam, oddalając się od niego i ujmując jego twarz w dłonie. Przekrwione oczy zniknęły pod powiekami, gdy usta odnalazły drogę do jednej z nich.
- Zastanawiam się tylko czego użył ten skurwiel. Wczoraj byłem gotowy się poddać. Dzisiaj mam wrażenie, wszystko zagoiło się w znacznym procencie, i to w jedną noc - szepnął. Zaśmiałam się, spuszczając wzrok na białą pościel.
- Wolę nie wiedzieć, po tym, co usłyszałam dzisiaj o jego karierze lekarskiej. Może masz właśnie w sobie jakieś cudowne odłamki meteorytu, które przyspieszają gojenie - zażartowałam, a on uśmiechnął się szeroko.
- Pobożne życzenia. To tylko morfina - Ed, po raz drugi tego ranka, jak cień wdarł się w przebieg rozmowy, którą prowadziłam.
- Puka się - warknął Harry, choć jego twarz rozjaśniła się we wdzięcznym wyrazie
- Tak mi dziękujesz za pozbawienie cię samobójczych myśli? - prychnął Ed, stawiając na krześle, obok talerza, małą apteczkę i wyjmując z niej fiolkę z przeźroczystym płynem i strzykawkę.
- A co jeśli właśnie zabieralibyśmy się do seksu? - Harry uniósł jedną brew i wziął między zęby wnętrza swoich policzków. Ed zachichotał złośliwie i spojrzał na niego z góry.
- Proszę cię, nie byłbyś w stanie podnieść małego, będąc tak nafaszerowanym lekami. - wbił igłę w sylikonowe wieczko fiolki i napełnił strzykawkę. - Dawaj ramię - rozkazał, przywołując go palcem. Harry posłusznie wystawił rękę, na której zgięciu znajdowało się kilka siniaków po ukłuciach z wczorajszego dnia. Ed westchnął niecierpliwie i wskazał na drugą z nich. Styles przekręcił oczami, ale wystawił ją bez słowa, dając sobie wbić igłę w żyłę.
- A teraz jedz posłusznie, bo zaraz będziesz zbyt naćpany, by to zrobić - rozkazał rudzielec i wyszedł z sypialni, chwyciwszy uprzednio apteczkę w dłoń. Nie poddając jego słów wątpliwościom, podstawiłam Harry’emu talerz pod nos, a ten sięgnął po jedną z kanapek i ugryzł niechętnie. Żuł długo i powoli, jakby bał się przełknąć, a gdy wreszcie to zrobił skrzywił się i jęknął cicho. Jego gardło musiało być w gorszym stanie niż chciał to pokazać.
Ze smutkiem pogłaskałam jego policzek i zachęciłam go do dalszego jedzenia.
- W końcu będzie lepiej - szepnęłam, a on tylko kiwnął głową i odgryzł kolejny kawałek kanapki.
Zamknęłam za sobą ostrożnie drzwi i od razu podskoczyłam, gdy dopadł mnie Calum
- Co tam masz?! - zapytał, sięgając ponad moim ramieniem do talerza. Porwał z niego chleb i, podobnie jak wcześniej Louis, wcisnął całą kanapkę do ust. Huh… Teraz wiem, czemu Kornelia miała problemu ze zdecydowaniem. Ci faceci są tacy sami, pomyślałam. Harry odpłynął, uśpiony przez lek Eda, a ja wyszłam z pokoju, wiedząc, że musiałam zrobić porządek w domu. Domyślałam się, że żaden z chłopaków nie pozmywał po sobie naczyń.
Bez słowa weszłam do kuchni, w której Louis sprzeczał się o coś z Kornelią. Ta wciąż była w swojej różowo-czarnej, satynowej piżamce. Odłożyłam talerz na kuchenny blat, a moja przyjaciółka od razu porwała z niego ostatnią kanapkę. Wszyscy troje… Tacy sami…
- Nie! Mam tego dość! - warknęła z policzkami wypełnionymi jedzeniem. Pokręciłam głową na zabawne déjà vu, którego właśnie doświadczyłam. Louis załamał ręce i zrobił żałosną minę. Mimo że górował wzrostem nad Kornelią, zdawał się być teraz malutki, przytłoczony jej wysokim i donośnym głosem.
- Kocie, przecież…
- Nie “kotuj” mi tu! Śpisz na kanapie i to jest moje ostatnie słowo! - za moimi plecami rozległo się parsknięcie i mordercze, błękitne spojrzenie różowowłosej kulki furii padło na rozbawionego Caluma.
- Bawi cię to? - zrobiła krok do przodu, powodując, że brunet się cofnął, pozostawiając powiew chłodu na moich plecach.
- Nie - Calum wystawił przed siebie ręce w obronnym geście. Westchnęłam ciężko i zabrałam się za zmywanie naczyń, ignorując sprzeczkę tej trójki. Nie mój cyrk, nie moje małpy…
- Co mam zrobić, żebyś pozwoliła mi…- Louis przerwał nagle, a ja zauważyłam kątem oka, jak jego ręce oplatają się wokół bioder mojej przyjaciółki. Zmrużyłam powieki, przeczuwając, że jakiś podstępny plan narodził się w jego głowie. Spojrzałam na niego w momencie, w którym przyciągnął Kornelię do siebie, a jej plecy zostały przyciśnięte do jego torsu. Zaprotestowała żywo, ale jej nie puścił.
- Wiesz, Hood - mruknął niskim głębokim głosem, który zatrzymał szarpaninę Kornelii. Wszyscy teraz wpatrywaliśmy się w niego ze zdziwieniem. Kornelia przez ramię, ja z mokrym talerzem w ręku i Hood, który przełknął w ciszy kanapkę.
- Nie podziękowałem ci za uratowanie naszych przyjaciół… - zaczął, ale Kornelia nagle nadepnęła na jego stopę i uwolniła się z ciasnego uścisku. Popchnęła go na ścianę i wbiła palec w środek jego klatki piersiowej.
- No wiesz, Tomlinson?! - wrzasnęła - Doskonale wiem co ci chodzi po głowie. To, że będziesz miły dla Caluma nic nie zmieni! - dodała i wybiegła z salonu do swojej sypialni, ale zanim zdążyła zatrzasnąć drzwi, Louis złapał ją za nadgarstek i zamknął w środku ich oboje.
Calum stał osłupiały, podczas gdy ja wzruszyłam ramionami i wróciłam do zmywania naczyń. Teraz w domu rozlegały się przytłumione przez ścianę krzyki.
- Więc czego ode mnie oczekujesz, co?! Przecież właśnie o niego ci chodziło!
- Nie bądź śmieszny, wszyscy w domu wiedzą, że to, co powiedziałeś było spowodowane twoją chęcią dobrania mi się do majtek.
Sarkastyczny śmiech i uderzenie małej pięści w drzwi
- Jakbyś potrzebowała powodu, żeby pozwolić mi się dobrać do twoich - głośny plask sprawił, że zacisnęłam powieki, niemal czując na sobie uderzenie Kornelii. Au…
Nastała cisza, w czasie której Calum opadł na kanapę, podkładając ramię pod głowę. Zaczął wpatrywać się w sufit w momencie, w którym za ścianą padło ledwo słyszalne “przepraszam”. Zakręciłam kurek i wytarłam ręce w kuchenny ręcznik, siadając na fotelu obok Caluma.
- To już drugi raz. Nie przyzwyczajasz się? - warknięcie Louis’ego, nawet mnie przyprawiło o ciarki na plecach.
- Gdybyś nie oskarżał mnie o bycie dziwką przy każdej okazji! - ton Kornelii różnił się o sto osiemdziesiąt stopni od jej cichych przeprosin.
- Myślałem, że to normalne, że to robimy!
- Nie w momentach, kiedy jestem na ciebie wściekła! Nie myśl sobie, że będę ci zawsze na to pozwalać!
- “Pozwalać?!” więc to zawsze jest tylko moja inicjatywa? Robimy to, bo na to “pozwalasz”?!
- Och, nie chwytaj mnie za słówka! Poza tym nie będziemy się kłócić o se… - głośne uderzenie wprawiło w drżenie drzwi ich sypialni.
- Uch, Louis! - głos Kornelii brzmiał jakby wyżej o kilka tonów. Calum zerwał się z kanapy z wyrazem grozy na twarzy, ale chwyciłam go za nadgarstek zanim zdążył rzucić się na ratunek mojej przyjaciółce. Zbyt długo z nimi mieszkałam, by nie wiedzieć co się szykowało.
- Zostaw - rozkazałam, pociągnąwszy go z powrotem na kanapę. Zaparł się, patrząc na mnie jak na wariatkę
- Ale… - zaczął, a potem zamarł nagle, napinając wszystkie swoje mięśnie na słowa dochodzące z sypialni.
- Na to też potrzebuję “pozwolenia”? - gdyby nie to, że Louis prawdopodobnie przyciskał teraz Kornelię do cienkich drzwi, nie usłyszelibyśmy jego niskiego, namiętnego pomruku i cichego jęknięcia wyrywającego się z gardła dziewczyny.
- Powiesz mi, że wcale nie ma w tym twojej chęci? Że o tym nie myślałaś?
- Louis, to nie jest czas na… mhf!
- Powiedz i przestanę. Zabroń mi. Nie pozwól. - głośny oddech mojej przyjaciółki sprawił, że Calum zacisnął pięści.
- Lou…
- Czekam… - chwyciłam ze stolika książkę, próbując się nie wsłuchiwać w grzeszne akty, które odbywały się właśnie za ścianą.
- Nienawidzę… Aah… nienawidzę cię!
- Wręcz przeciwnie. Wciąż mi nie odpowiedziałaś…
- O boże… - coś uderzyło lekko w drzwi. Prawdopodobnie głowa Kornelii, gdy nabierała z trudem powietrza. - Łóżko…
- Dobra dziewczynka - głos Louis’ego ociekał satysfakcją.
- Ok! Muszę go zapytać co zrobił i żeby mnie tego nauczył - doprawdy, Ed jebany Sheeran był pierdolonym duchem. Podskoczyłam, a książka wyleciała mi z dłoni, gdy usłyszałam jego głos, dochodzący z kuchni.
- Serio, Ed, czy ty musisz być, jak pieprzony ninja?! - zapytałam z półuśmiechem, a on wyszczerzył zęby i pokręcił głową.
- Niestety. Byłem trenowany przez starożytne duchy japońskich mnichów. Nigdzie i nigdy się mnie nie spodziewasz. Jestem wszędzie i zawsze! - parsknęłam śmiechem, gdy z sypialni Kornelii doszło nas jej głośne jęknięcie.
- Żeby tak przerobić wściekłą laskę na napaloną. Gość ma skilla. - skomentował to Ed z podziwem. Podniosłam książkę z podłogi.
- Norma. Zawsze tak robią. Kłócą się jakby się nienawidzili, a potem z Harrym nie możemy spać pół nocy przez jęki i skrzypienie łóżka.
- Nie mów, że nie wprowadza was to w nastrój - Ed mrugnął do mnie, a ja wybuchnęłam śmiechem
- Czasami - przygryzłam wargę, udając zawstydzoną, ale chichot Eda zagłuszyło desperackie “Louis, ach!”, które sprawiło, że Calum zerwał się z miejsca, w którym wciąż stał i popędził do swojej sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi.
Patrzyliśmy za nim z rudzielcem, ja zrezygnowanym on zdziwionym wzrokiem, aż kolejne “ochy” i “achy” nie odwróciły naszej uwagi. Westchnęłam ciężko i wcisnęłam książkę pod pachę.
- Idę do sypialni, nie chce mi się ich słuchać - mruknęłam, a Ed zajął uprzednie miejsce Caluma na kanapie.
- Idź, ja sobie posłucham - odparł, szczerząc się do mnie zabawnie.
- Zboczeniec - rzuciłam go poduszką, którą z łatwością złapał. Pokazał mi język i zamknął oczy, moszcząc sobie wygodne miejsce. Kręcąc głową z uśmiechem, przeszłam przez kuchnię i korytarz i wróciłam do pokoju, w którym spał Harry. Tutaj jęki nie były tak słyszalne, a główny dźwięk, który pieścił moje uszy to spokojny oddech mojego ukochanego. Jakby na mnie czekał, leżał prawie przyklejony do ściany, zostawiając dla mnie miejsce na łóżku. Ostrożnie, powolnymi ruchami, ułożyłam się obok niego i oparłam plecy o ścianę, podciągając stopy pod siebie. Położyłam książkę na kolanach i zaczęłam czytać, napawając się bliskością i spokojem Harry’ego.
Powieść wciągnęła mnie na tyle, że nie zauważyłam, jak słońce przesunęło się znacznie po niebie, a jego jasne promienie oświetliły drzwi. Wyprostowałam plecy i przeciągnęłam się rozkosznie, mrucząc z zadowoleniem pod nosem. Cieszyłam się, że coś pozwoliło mi zabić, okrutnie wolno biegnący, czas. Im dalej w przyszłość tym Harry będzie się lepiej czuł. To dopiero drugi dzień od naszego ratunku, a ja już czułam diametralną zmianę. Po pierwsze: nie musiałam się bać, że ktoś wyciągnie mnie z sypialni, bym musiała przypatrywać się torturom mojego chłopaka, po drugie: mój chłopak był bezpieczny i w dobrych rękach, po trzecie: byliśmy otoczeni przez przyjaciół.
Wiedziałam, że w pewnym stopniu dusiłam w sobie rozpacz, jaką nosiłam przez ostatnie trzy tygodnie, ale też nie miałam pojęcia, jak ją z siebie wyciągnąć. Nie potrafiłam oddać się emocjom tak, jak Kornelia i jeśli miałam zachować spokój to nie widziałam w tym problemu. Póki byłam wsparciem dla Harry’ego, nie potrzebowałam sesji odkrywania swoich uczuć. Nie chciałam wspominać tego, co widziałam. Nie chciałam patrzeć na Harry’ego i widzieć w jego twarzy cierpienie, które okazywał, gdy krzyczał z bólu. Nie chciałam słuchać jego głosu, obawiając się, że zamieni się on w jęki bólu. To, co było tutaj było najlepszym, co mogło się nam wydarzyć. To, co było teraz, było jedyną słuszną opcją. To, co działo się w tej chwili było dla mnie najważniejsze.
- Mam wrażenie, że nasz związek polega na moich wypadkach i twoim dbaniu o mnie - usłyszałam za sobą cichy pomruk. Spojrzałam na leżącego na poduszkach Harry’ego i uśmiechnęłam się delikatnie.
- Ważne, że zawsze wychodzisz z tego cało - odparłam, odwracając się do niego i opierając brodę na jego klatce piersiowej.
- Teraz jest połowa mnie - zdobył się na kiepski żart.
- Nie martw się. Będziemy wpychać w ciebie tonę jedzenia - cmoknęłam jego nagą pierś, czując pod sobą wystające żebra. - Jak się czujesz? - zapytałam
- Zadziwiająco dobrze. Ed to cudotwórca… - westchnął
- Zboczony cudotwórca - mruknęłam, zastanawiając się czy Kornelia i Louis dalej zabawiali się w swojej sypialni i czy Sheeran wciąż się im przysłuchiwał. Harry zmarszczył brwi, zdezorientowany, ale machnęłam tylko ręką.
Dwa, trzy, cztery i więcej dni mijało na opiece nad Harrym i dbaniem o dom. Głównie ja byłam odpowiedzialna za tę drugą rzecz, bo cała reszta okazała się strasznie niechlujna. Harry przybierał powoli na wadze, białka jego oczu jaśniały z każdym dniem, gubiąc upiorną czerwień, a siniaki przybrały żółto-zielonkawy kolor. Kornelia z Louis’m kłócili się i godzili seksem, Calum dąsał się wiecznie, unikając każdego z nas, a Ed rozmawiał często przez telefon i badał stan zdrowia Harry’ego.
- Trzeba się tym zająć - mruknął piątego dnia, patrząc na przekrzywione kolano swojego szefa. Harry siedział na łóżku po swojej pierwszej próbie stania o własnych nogach, ale lewa kończyna mu to uniemożliwiła.
- Więc się tym zajmij - warknął, masując bolące miejsce.
- To nie takie proste. Potrzebujemy prześwietlenia. Domyślam się co to może być, ale trzeba się upewnić. Mógłbym cię uszkodzić jeszcze bardziej. - zaprotestował medyk, ale Harry przerwał mu uniesioną dłonią.
- Zamknij mordę i nastawiaj mi tę kość
- Hazza…
- Edward! Nie mamy czasu! Michael może zaatakować w każdej chwili! Nie będę do niego strzelał z wózka! - zadzwoniło mi w uszach od krzyku Harry’ego. On złapał się gwałtownie za głowę i zacisnął zęby, oszołomiony przez własny wysiłek, jaki włożył w swój protest.
- Harry, spokojnie. Na dniach będziemy mogli wracać do Londynu, wtedy Ed zrobi prześ… - zaczęłam, ale złapał mnie za rękę i pokręcił głową.
- Dziecino, wyjdź stąd. - szepnął, wywołując mój szok. Ścisnęłam mocniej jego dłoń, świeży bandaż ocierał się o moją skórę. - Już dość się napatrzyłaś, nie chcę, żebyś i to widziała - wyjaśnił, po czym skinął na Eda.
- Zrób to - rozkazał, wziąwszy głęboki oddech. Ed zacisnął wargi, wahając się przez chwilę, ale w końcu pokręcił głową i z westchnieniem zrezygnowania, zbliżył się do Harry’ego. Przerażona puściłam ciepłą dłoń i wybiegłam z sypialni, trafiając na Caluma i wtulając się w niego w czasie, gdy pierwszy krzyk bólu rozdarł moje uszy. Calum nie pytał, nie biegł na pomoc Harry’emu. Po prostu zatkał mi uszy rękami i przycisnął swój policzek do mojej głowy, kołysząc mną na uspokojenie. Łzy spływały mi strumieniami po twarzy, gdy, nawet przez ochronę dłoni Hooda, słyszałam ten sam głos, który wywoływał moje koszmary przez trzy tygodnie. Moczyłam męską koszulę, szlochając głośno.
Krzyki ucichły prawdopodobnie szybciej niż mi się to wydawało, więc odsunęłam się od bruneta, wbijając wzrok w podłogę.
- Przepraszam - szepnęłam, pociągnąwszy nosem. Duże dłonie spoczęły na moich ramionach, ściskając je lekko.
- Rozumiem. Nie przepraszaj. Ed nastawiał mu nogę? - zapytał, ale widząc moje drżenie nie czekał na odpowiedź tylko przytulił mnie mocno do siebie. - Spokojnie… Już po wszystkim - szeptał słowa pocieszenia do czasu aż nie przestałam łkać cicho. Wtedy ponownie mnie od siebie odsunął i zmusił bym na niego spojrzała. Otarł moje policzki i uśmiechnął się dobrodusznie.
- Dziękuję, że nas uratowałeś - szepnęłam, czując nagle niewyobrażalną wdzięczność. Czy kiedykolwiek tak naprawdę mu podziękowałam? Nawet jeśli, to było to za mało. Dzięki niemu takie krzyki nie były codziennością. Dzięki niemu Harry wracał do siebie.
Calum zamknął na chwilę oczy i kiwnął głową. Wtedy podskoczyłam, gdy ktoś obok nas przeczyścił gardło. Nie wiedziałam kiedy Kornelia i Louis do nas podeszli. Może przybiegli tu z pierwszym krzykiem Harry’ego? Teraz stali, wpatrzeni w nas ze smutkiem. Louis trzymał w ustach nieodpalonego papierosa i przerzucał wzrok ze mnie na Caluma aż wreszcie westchnął zrezygnowany i kopnął posadzkę.
- Porozmawiam z Harrym o twoim dołączeniu do nas - mruknął, skupiając wzrok na zapalniczce, której płomień zbliżył się do papierosa. Kornelia uśmiechnęła się delikatnie i chwyciła jego wolną dłoń. Ja przełknęłam nerwowo ślinę, czekając na rozwój wydarzeń.
- Nie. Nie, Tommo, wiem, że to byłoby dla ciebie niewygodne. Dla każdego z was - zaprotestował Calum i, puściwszy mnie, cofnął się o kilka kroków, jakby chciał stąd uciec.
- Nie bądź idiotą, Hood, dzięki tobie żyją moi przyjaciele. Przydasz nam się. Znasz Michaela i jego metody. - Louis brzmiał beznamiętnie, jakby wiele go kosztowało takie wyznanie. Dym otaczał jego twarz szarą powłoczką, uderzając wszystkich w nozdrza zapachem tytoniu.
Calum stanął, oparty o drzwi wyjściowe i spojrzał lękliwie na Tomlinsona. Niemal widziałam bitwę, toczącą się w jego głowie, aż wreszcie oblizał wargi i kiwnął głową.
- Ja… Postaram się wam pomagać najlepiej jak potrafię. - szepnął w końcu, wyraźnie poruszony.
- Tylko żadnych fałszywych ruchów w stronę Kornelii - ostrzegł go Louis z papierosem między zębami i przyciągnął dziewczynę bliżej siebie. Oczy Caluma zaświeciły się od łez, gdy brązowe tęczówki spotkały się z jej niebieskimi. Chwila napiętej ciszy trwała w nieskończoność, ale wreszcie brunet kiwnął głową.
- Obiecuję… - szepnął. Wtedy drzwi do sypialni otworzyły się z cichym skrzypnięciem i na korytarz wyszedł Ed. Spojrzał na naszą czwórkę, a potem skinął na mnie głową, pokazując, bym weszła do środka. Spełniłam jego polecenie, postanawiając zostawić resztę nowej sytuacji Kornelii, a rudzielec zatrzasnął za mną drzwi, nie wchodząc do środka.
Harry leżał na łóżku, dysząc ciężko. Jego skóra błyszczała od potu, biała koszula była przemoknięta na każdym skrawku, który dotykał wymęczonego ciała. Styles zasłaniał przedramieniem oczy, zaciskając do białości wargi, jakby ból wciąż go nie opuścił.
Podeszłam sztywno do krawędzi łóżka, automatycznie zerkając na nogę, którą miał zająć się Ed. Kolano nie zginało się już pod dziwnym kątem, ale na jego boku pojawił się nowy, duży siniak. Nie mogąc powstrzymać łez, opadłam twarzą na klatkę piersiową Harry’ego i rozpłakałam się na dobre.
Płakałam bo cierpiał, płakałam, bo jego ciało było doprowadzone na skraj wytrzymałości, płakałam, bo w jego krzykach słyszałam błaganie o śmierć, płakałam, bo nawet w momencie, gdy nie był w stanie się ruszyć, dał się torturować dalej tylko dlatego, że nieznajomy postanowił nagle, że tym razem zrani mnie. Czułam, że oddech umyka z moich płuc, odmawiając im powrotu, moje gardło zaciska się mocno, wypuszczając na zewnątrz jedynie szlochy i żałosne jęki. Chciałam wszystko cofnąć. Przywrócić Harry’emu jego czysty głos, rozbudowane mięśnie, zdrowe kolana. Scałować krew z jego białek i cudownie pozbawić jego gardła ohydnej pręgi. Uspokoić jego ciężki nosowy oddech, gdy tak leżał pode mną, próbując wytrzymać ból, jaki zadał mu przed chwilą Ed. Rozluźnić zaciśnięte wargi i zachęcić je do uśmiechu.Chciałam, żeby Harry był zdrowy, żeby nie doświadczył tych strasznych zdarzeń i płakałam, bo byłam bezradna.
Nie zareagował. Nie pocieszał mnie, nie pogłaskał po plecach. Po prostu leżał tam, oddychając powoli i ciężko, oddając się wewnętrznej walce z bólem. Żadne z nas nie miało siły udawać, że te trzy tygodnie nie miały miejsca. Żadne z nas nie czuło potrzeby oszukiwania się nawzajem. Oboje wreszcie oddaliśmy się swojemu cierpieniu.
Zapraszamy do komentowania! :) :*
#TTDff