Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evan peters. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evan peters. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2015

Epilog

Milena

       Nacisnął spust w momencie, w którym za drzwiami rozległ się desperacki krzyk
       - Louis! - brzmienie jego imienia zostało lekko zagłuszone przez, wyciszony tłumikiem, wystrzał. 
       Patrzył, jak niebieskie oczy osoby, którą kochał otwierają się szeroko, jak ich jasna barwa zostaje ukryta pod wolno spływającymi falami szkarłatu, a ciało zaczyna opadać w tył, jakby w zwolnionym tempie. Nie wiedział jakim cudem znalazł w sobie siłę, by podbiec do niej i chwycić w pasie zanim uderzyła plecami o podłogę. 
       Była lekka. Miał wrażenie, że nic nie ważyła. Ramiona bezwładnie zwisały z jej boków, włosy kołysały się powoli, w różowych refleksach pojawiała się ciemniejąca czerwień. Przycisnął bezwładne malutkie ciało do siebie i opadł na kolana, a pojedynczy przeciągły krzyk rozpaczy rozdarł jego płuca. Krzyczał aż zabrakło mu tchu, a wtedy zaszlochał gwałtownie i oparł jej głowę o swoje ramię, trzymając dłoń na potylicy. Nie zważał na gorącą wilgoć, którą czuł pod palcami. Kołysał się w przód i w tył, jakby chciał uśpić dziewczynę, spoczywającą spokojnie w jego ramionach. Chciał, by właśnie tak było. Ona, śpiąca spokojnie, miała obudzić się za jakiś czas, posyłając mu słodki uśmiech i deklarując swoją miłość. Czerwień na jej włosach byłaby kolejnym dodatkiem do różu, szalonym pomysłem, na jaki zdecydowała się pewnego wieczoru przy drinku. 
       Tak jednak nie było. Louis trzymał martwą Kornelię w mocnych objęciach, pochylając się nad nią i mocząc jej stygnące policzki swoimi słonymi łzami. 
       Nie widziałam tego, ale wyobraźnia podłożyła mi obraz takiego przebiegu sekund po oddaniu strzału. 
       Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, gdy drzwi windy otworzyły się przede mną i Harrym było bezwładne ciało Caluma, oparte w niewygodnej pozycji o ścianę po naszej lewej stronie. Przełknęłam ciężko, widząc ścieżkę krwi, prowadzącą do jego pleców. Była jeszcze świeża, więc Louis musiał zjawić się tutaj niedawno. 
       Przerażenie opanowało każdy skrawek mojego ciała, gdy zdałam sobie sprawę, że mogliśmy się spóźnić. Puściłam się biegiem do drzwi apartamentu, wykrzykując imię Tomlinsona, a Harry ruszył za mną, doganiając mnie przy wejściu. 
       Błagam, by nie było za późno, błagam, żebyśmy zdążyli, proszę niech on nie robi nic głupiego. Kornelia musi żyć, Kornelia…
       Sekundę po moim wołaniu w nasze uszy uderzył krzyk. To nie był zwykły wrzask złości czy wyraz bólu. To był okrzyk mężczyzny, który właśnie popełnił największy błąd w swoim życiu. W jego głosie znajdowała się mieszanina cierpienia, nieograniczonej rozpaczy, ale też chorej nadziei, że może to, co się stało było odwracalne, że może wcale nie zrobił czegoś, co miało go nawiedzać do śmierci. 
       - LOUIS! - tym razem to Harry zawołał swojego przyjaciela i wpadł na drzwi, wpuszczając nas oboje do środka. 
       Gdy tylko wbiegłam do salonu, opadłam na kolana i zaczęłam płakać rozpaczliwie, czując, jak moje płuca nie chcą ze mną współpracować. Waliłam pięściami w posadzkę, rozdzierając gardło, bo mój organizm nie wiedział jak w inny sposób poradzić sobie z tsunami rozpaczy i cisnących się upartych zaprzeczeń widoku przede mną. 
       Ręce Harry’ego spoczęły na moich ramionach, a jego sylwetka zasłoniła Louis’ego, siedzącego na podłodze przede mną, trzymającego w objęciach moją przyjaciółkę. Jej ciało. 
       - Nie patrz - szept docierał do mnie jakby zza ściany. Chwyciłam kurczowo koszulkę Harry’ego, gniotąc ją w swoich dłoniach. 
       - Nie… nie, nie - mruczałam pod nosem, jak szalona. Nie widziałam nic przed sobą prócz czerni materiału, którego chwyciłam się jak koła ratunkowego, lecz w pewnym momencie szkarłatna stróżka, płynąca po ziemi ukazała się moim oczom zza pleców Harry’ego. Wtedy otrzeźwiałam. Wstałam gwałtownie na równe nogi i sięgnęłam za pas swojego chłopaka, skąd wyciągnęłam jego pistolet, którego lufę wycelowałam w tył głowy płaczącego Louis’ego. 
       - MILENA - okrzyk Harry’ego nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia, ale Louis odwrócił się odruchowo i utkwił we mnie pełen bólu wzrok. Zmiana pozycji pozwoliła mi dostrzec zakrwawioną twarz Kornelii, jej przymknięte powieki, ubarwione czerwienią i lekko rozwarte wargi, w których błyszczał kolczyk. Załkałam na ten widok, a broń niemal wypadła mi z rąk, ale zacisnęłam zęby i poprawiłam uchwyt. 
       - Nie żyje - oznajmiłam cicho, gdy głos uwiązł mi w gardle - Zabiłeś ją - obnażyłam zęby w żałosnej próbie powstrzymania łez. Louis patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie był w stanie poprawnie zarejestrować tego, co aktualnie działo się w jego mieszkaniu. Wreszcie zamrugał szybko i zwilżył wysuszone wargi. 
       - Zdradziła nas - szepnął, ledwo panując nad głosem. Pokręciłam gwałtownie głową, nie spuszczając z niego wzroku i zapłakałam cicho. 
       - Nie - powiedziałam
       Louis zmarszczył brwi, przymknąwszy chwilowo oczy. 
       - Co?
       - Ona nie… - nie mogłam dokończyć, bo moje płuca zaatakował gwałtowny szloch. 
       - Kornelia nas nie zdradziła. Nigdy ciebie nie zdradziła. Była niewinna - powiedział za mnie Harry. Coś w tych słowach sprawiło, że bezradność sytuacji zwaliła mnie ponownie z nóg. Wypuściłam z rąk pistolet i przycisnęłam spód dłoni do oczu krzycząc w płaczu. Nie mogłam nawet normalnie oddychać, wszystko wokół było łzami, smutkiem i łkaniem. Chciałam się obudzić, wyrwać z tego koszmaru i wrócić do świata, w którym mogłam porozmawiać z moją przyjaciółką. 
       - Zabiłeś ją! Boże, zabiłeś ją! - nie zwracałam uwagi na to, jak mój głos zachrypł od wysiłku. - Zabiłeś moją przyjaciółkę i swoje dziecko! - kołysałam się na kolanach, przenosząc pięści na włosy i pociągając mocno. Spojrzałam na Louis’ego, który nagle położył dłoń na brzuchu zimnego ciała. 
       - Nie - wyczytałam z ruchu jego warg - Nie! Kornelia była zdrajczynią, okłamywała mnie, romansowała z Hoodem! - wrzasnął, ściskając w pięści różową bluzkę i pochylając się nad nieruchomą twarzą. 
       - To Sylvia nas zdradziła! To ona romansowała z Hoodem! Wszystkie nagrania… To wszystko było kłamstwem! Skurwielu, jeszcze dzisiaj oznajmiła mi, że jest z tobą w ciąży! Była taka szczęśliwa, tak szczęśliwa… Myślała jak ci powiedzieć, chciała, by to był szczególny moment, chciała zrobić ci niespodziankę… - mówiłam to wszystko bardziej do siebie niż do Louis’ego.
       - Kłamiesz - warknął bez przekonania. 
       - Clifford - z naszej rozpaczy wyrwał nas drżący głos Harry’ego. Trzymał, wyciągnięty przed sobą, telefon i patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami. Widziałam, jak jego oczy błyszczały lekko od łez. 
       - Nie chciałbym przerywać tej wzruszającej chwili i w ogóle - z głośnika rozległ się głos Michaela Clifforda., którego ton ociekał sarkazmem - ale radzę spojrzeć przez okno - powiedział, po czym się rozłączył, pozostawiając nas w stanie szoku. Harry, jako ten najbardziej opanowany, podszedł do okna, a gdy tylko spojrzał w dół, odwrócił się gwałtownie, kierując swoje oczy w moją stronę. 
       - Chowaj się - rozkazał twardym tonem. Osłupiałam, widząc jak zbladł nagle, a jego zielony oczy zalały się czernią. 
       - Co? - wyrwana z żałoby i smutku, nie do końca rozumiałam co działo się wokół mnie. 
       - Tu, za półką z książkami jest schowek na broń i kasę. Wejdź do niego, błagam, schowaj się. - podszedł do mnie pospiesznym krokiem i skierował ku metalowej półce, która odsunęła się powoli, gdy wyjął z niej jedną z książek. 
       - Harry, oszalałeś? - wydusiłam z siebie, drżącym głosem. Harry wziął głęboki oddech i zacisnął powieki, po czym pocałował mnie w czoło i ujął moją twarz w dłonie. 
       - Gdy wszystko się skończy wyjdź stąd, odczekaj dzień w mieszkaniu mojej siostry i wróć do willi. Nie zostawaj tam długo, wejdź tylko do schowka i weź z niego wszystkie pieniądze. 
       - Harry, co…
       - Dziecino! - jego oczy zaszkliły się nagle, gdy chwycił mocno moje ramiona - Zrób to! Wystarczy ci na całe życie i trochę. Zmień nazwisko i nie pojawiaj się więcej w willi… - w moim gardle urosła gula, której nie byłam w stanie się pozbyć
       - Harry, proszę… - dzwonek windy i ciepłe usta na moich wargach przerwały moją wypowiedź, a gdy chciałam znów zaprotestować, Harry wepchnął mnie do sekretnego pomieszczenia i, nim zasłonił je półką, usłyszałam ciche “Kocham cię”. Przez małą szparę między książkami widziałam doskonale część salonu, w której znajdowały się drzwi wyjściowe, Louis klęczał z ciałem mojej przyjaciółki, płacząc nieprzerwanie, a Harry stał w bezruchu, wpatrując się intensywnie w wejście. 
       Grzmot i huk uderzania drzwi o ścianę sprawił, że podskoczyłam lekko. Zakryłam usta, gdy do salonu wdarło się kilku zamaskowanych mężczyzn z różnego rodzaju bronią w rękach. 
       - MI5, na ziemię, już! - wrzasnął jeden z nich, a potem zatrzymał się nagle, widząc przed sobą Louis’ego i Kornelię. Ku mojemu obrzydzeniu zaśmiał się cicho i zdjął kominiarkę, a moim oczom ukazał się nieznajomy blondyn z nagrania, na którym rozmawiał z Calumem. 
       - Złapani na gorącym uczynku. Zabijasz już nawet swoich, Styles? Gdzie jest ta druga paniusia? - zapytał, mierząc z karabinu maszynowego do Harry’ego. Ten uniósł brwi w doskonałej imitacji zdziwienia i wzruszył ramionami. 
       - Nie mam pojęcia o kim pan mówi - powiedział, mistrzowsko panując nad głosem. Agent MI5 pokiwał w uznaniu głową i uniósł kącik ust w szyderczym uśmieszku
       - A ten trup i, zapewne sprawca całej sytuacji to wymysły mojej wyobraźni, co? - wskazał brodą na ciało Kornelii. Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać kolejną falę płaczu, cisnącą się do gardła. 
       - Jeśli się postaramy, może tak być - odparł Harry
       - Zabawne - mruknął agent, bez cienia wesołości i nagle znalazł się obok mojego chłopaka, przyciskając lufę karabinu do jego czoła
       - Powiedziałem: Na. Ziemię. - syknął, patrząc nieprzerwanie w zielone oczy. Harry przełknął ciężko i wreszcie, powolnymi ruchami opadł na kolana, łącząc palce z tyłu głowy. 
       - Leżeć - warknął blondyn. Wbił wściekle uchwyt karabinu w plecy Harry’ego, zmuszając go, by położył się płasko na zimnej posadzce. Inny, wciąż zamaskowany, mężczyzna, zrobił to samo z Louis’m, który zdawał się nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół niego. Posłusznie opadł na brzuch, odwracając w bok głowę i ślepo patrząc przed siebie. 
       - Harry Styles, Louis Tomlinson, jesteście aresztowani za wielokrotne morderstwa, łapówkarstwo, przemytnictwo i nielegalny handel bronią, narkotykami i kobietami - wyrecytował blondyn
       - “Kobietami”?  - Harry uniósł głowę w zdziwieniu, a rękojeść broni opadła z siłą na jego głowę pozbawiając go przytomności. Pisnęłam cicho, zakrywając pospiesznie usta dłonią, a łzy zupełnie zmoczyły moją koszulę. Patrzyłam na nieprzytomnego Harry’ego z przerażeniem rejestrując stróżkę krwi, spływającą po jego czole. 
       - Macie prawo zachować milczenie itepe itede - rzucił sarkastycznie agent i zakuł nadgarstki Harry’ego w kajdany. Jakiś wysoki facet podszedł do niego i, biorąc go na ręce, przerzucił sobie przez jedno ramię, podczas gdy Louis został brutalnie postawiony na nogi, przez szarpnięcie metalu na jego rękach. Wszyscy zaczęli wychodzić powoli z mieszkania, a blondyn pociągnął za rękaw jednego z agentów, by go zatrzymać. 
       - Zróbcie z nią porządek, powiadomcie rodzinę… - skinął na ciało Kornelii - I przeszukajcie ten ładny apartamencik - zamaskowany agent przytaknął powoli i zawołał dwóch swoich kompanów. Jeden z nich zadzwonił po ambulans, a w moim żołądku pojawiły się irracjonalne motyle nadziei, jakbym uwierzyła, że lekarze pomogą przywrócić mojej przyjaciółce życie. 
       Medycy zjawili się po kilkunastu minutach, zapakowali ciało Kornelii w worek, jakby była zwykłym odpadem i położyli ją na noszach. Gdy wychodzili z apartamentu miałam ochotę pobiec za nimi, krzyczeć, żeby ją zostawili, że Kornelia nie zasługuje na tak suche traktowanie, ale zmusiłam się do posłusznego siedzenia w schowku. Agenci MI5 przeszukiwali mieszkanie przez godzinę, postanawiając wreszcie, że wrócą tu nazajutrz z lepszym sprzętem. Żaden z nich nie zerknął nawet na półkę, za którą byłam schowana. Gdy drzwi wejściowe zamknęły się za nimi, a ja usłyszałam dzwonek windy, wybiegłam z ukrycia i opadłam na podłogę przed plamą krwi, która pozostała tam jako przypomnienie tego, co stało się w ciągu ostatnich kilku godzin. W ciągu ostatniego roku. Spazmatycznie łapiąc oddech, zacisnęłam dłonie na brzuchu i krzyknęłam na całe gardło, wściekła na ściany, które stawały przede mną za każdym razem, gdy próbowałam odnaleźć ścieżkę wyjścia z tej niesprawiedliwej sytuacji. 
       Krzyczałam i krzyczałam, aż w moich płucach zabrakło powietrza, aż moje gardło zatrzeszczało w proteście. Nic nie miało uśmierzyć mojego bólu. Moja ścieżka prowadziła tylko w  jedno miejsce - na wysoki klif, pod którym rozpościerało się morze beznadziejności i żalu. 


***

       Spojrzałam na swój bilet i podrobioną wizę, gdy uprzejma recepcjonistka wyciągnęła do mnie rękę. Podałam jej dokumenty, czując na swojej talii ciepłą rękę. 
       - California, hm? Lecą państwo gonić za Amerykańskim Snem? - zapytała z szerokim uśmiechem, a my zawtórowaliśmy jej wesoło. 
       - W pewnym sensie - powiedziałam i odebrałam sprawdzone papiery. 
       - W takim razie powodzenia i życzę miłej podróży, państwo Sheeran - pomachała nam na pożegnanie, a my udaliśmy się w stronę korytarza prowadzącego do samolotu. Fotele pierwszej klasy były szerokie i wygodne, przed sobą miałam ekran, na którego obrazy nie zwracałam uwagi, a stewardessa już na początku lotu zaproponowała nam szampana. Grzecznie odmówiłam, w przeciwieństwie do mojego towarzysza, który w pierwszej godzinie wypił cztery kieliszki. Wreszcie podstawił mi piąty z nich pod nos i uśmiechnął się słabo
       - Rozluźnisz się - powiedział, ale ja tylko zacisnęłam szczękę i pokręciłam głową. Westchnął ciężko i chwycił moją dłoń w przyjaznym geście. 
       - Wyciągniemy ich z tego - szepnął, przywołując do siebie mój wzrok. Niebieskie oczy były pełne zrozumienia
       - “Go” - poprawiłam, unosząc jedną brew. Zaśmiał się bez wesołości i zacmokał cicho
       - Obawiam się, że Louis i Niall dołączeni są w pakiecie - mruknął
       - Więc mam całe życie, by obmyślić jak się ich z tego pakietu pozbyć. 
       - Chyba nie chcesz wyciągnąć ich z więzienia pod koniec wyroku? - mrugnął do mnie, a ja przekręciłam oczami
       - “Go” - powtórzyłam, a Ed wziął oddech, jakby chciał zaprotestować, ale zamilkł posłusznie. 
       - Najpierw skupmy się na oczyszczaniu twojego nazwiska - powiedział po chwili
       - Moje nazwisko jest czyste jak łza - wzruszyłam ramionami. 
       - Nie, kochana, to jest moje nazwisko, ty potrzebujesz innego. Wiesz, że to tylko tymczasowa sprawa. 
       - Jasne - mruknęłam
       - Milena…
       - Co, Ed?! Jeśli będziesz ode mnie oczekiwał, że nagle zacznę się cieszyć i żartować, gdy moja przyjaciółka nie żyje, a mężczyzna, którego kocham odsiaduje w pace dożywocie to chyba pomyliłeś imprezy! - syknęłam przez zęby, a łzy sprawiły, że proste rude kosmyki zafalowały dziko w moich oczach. 
       Ed popatrzył na mnie w napięciu, po czym kiwnął głową i spojrzał przez okno, za którym rozpościerały się nieskończone połacie wody. Ja schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać cicho, co, w ciągu ostatniego miesiąca, stało się moim nawykiem. 

       “Wyciągniemy Harry’ego z więzienia”, “rozpoczniesz nowe życie”, “znów będziesz szczęśliwa”. Kłamstwa… Otaczały mnie wyłącznie kłamstwa. 



#TTDff

No... To by było na tyle... Tak też się TTD nasze kończy. No... To co by tu. HEJ! Wytrwałyście! Jestem dumna! 
Meliski?
Zadowolone? (Pewnie nie, ale troszkę taki był cel *sadystki mode on*)

Dziękujemy Wam, żeście wytwały ten rok i troszkę! Dzięki za wszystkie komentarze, krytyki, pochwały, wyzywania :D 
Bez Was ten blog długo by nie pociągnął... 
Nie wiem co tam jeszcze pisać. Ogólnie to fajnie było, nie?
A co tam u Was?


KOCHAAAAAMYY! :*


piątek, 10 lipca 2015

72. Bless

       Wybaczcie, dziewczyny późny update, ale no Islandia, robota, nie żebym narzekała, bo jest cudownie, ale mam bardzo mało czasu. No ale już jest! Wreszcie. Teraz pewnie rozdziały będą bardzo nieregularne :( Ale przynajmniej trochę później się skończy (już niewiele rozdziałów :>)
Nie bójcie się komentować, dzielić wrażeniami pod tagiem #TTDff powoli żegnamy się z Kornelią i Mileną, więc może uda się nam to zrobić z przytupem :)

Ach! No i rozdział może być ciężki dla wrażliwszych osób

LOVE!

A. <3 



Milena

       Dzień za dniem musiałam walczyć ze sobą, by nie dać rozpaść się na kawałki mojemu zdrowemu rozsądkowi. Widziałam zmartwione spojrzenia Harry’ego, niewypowiedziane pytania, które dusiły się na końcu języka Kornelii, pełne współczucia uśmiechy Lou. Podejrzewałam, że każdy wokół mnie tworzył w głowie teorie dotyczące mojego osobliwego zachowania i byłam pewna, że każda z nich była błędna. 
       - Bądź dobrą dziewczynką i nie szarp się… Wiem, że w sekrecie też tego chcesz. Musi być nudno bzykać się tylko z jednym facetem przez okrągły rok.  
       Zacisnęłam wargi, walcząc z bólem i odmawiając odpowiedzi na domysły potwora, który właśnie kruszył cały mój świat. Ręka na mojej talii i piersi, ciepłe wilgotne wargi na szyi i żadne z tych doznań nie było przyjemne. Każdy skrawek skóry, którą dotknął wydawał się gnić nagle, każdy szept był jak huk wystrzału dla moich uszu. 
       - Taka śliczna, mmm…- dyszał w mój obojczyk, a ja mogłam tylko zamknąć oczy i czekać na koniec tego horroru. 
       - Pożałujesz tego - zdołałam z siebie wyrzucić zanim łzy spłynęły na moje policzki; zanim poczułam jak wyrywa kilka kosmyków, gdy pociągnął brutalnie za moje włosy; zanim po raz kolejny wbił się we mnie z cichym jękiem, wysyłając falę bólu do każdej komórki mojego ciała; zanim łaskawa świadomość postanowiła się nade mną zlitować i wreszcie się wyłączyła. 

       Podciągnęłam nogi pod siebie i zdusiłam w gardle szloch. Wcisnęłam twarz w poduszkę, która przesiąknęła już moimi łzami, próbując odciągnąć myśli od tej okropnej nocy. Początkowo miałam za złe Kornelii, że poszła wtedy do toalety. Obwiniałam Harry’ego za to, że nie postanowił zabrać mnie tamtego dnia do siebie. Nienawidziłam się za to, że przyjęłam drinka od “nieznajomego”. A potem zrozumiałam, że zrzucałam winę na każdego prócz Ashtona. Szczególnie jeśli chodziło o mnie samą. Plułam sobie w brodę, że dałam się otumanić bólowi głowy i nie walczyłam do skutku, że oddałam swoje ciało jego chorym zachciankom. I choć cichy głosik podpowiadał mi, że to nie było dobrowolne, ja wciąż czułam, że byłam sama sobie winna. 
       Udawanie, że wszystko było w porządku nie stawało się łatwiejsze z dnia na dzień, jak początkowo miałam nadzieję. Nie potrafiłam szczerze się uśmiechnąć, zagadać do Kornelii, gdy kończyłyśmy pakowanie. To jednak nie było najgorsze. Harry i jego zachłanne ręce sprawiły, że odepchnęłam go od siebie z cichym jęknięciem strachu. 
       - Dziecino? - zapytał wtedy zdezorientowany, mrugając szybko, jakby chciał sprawdzić czy dotknął właściwej dziewczyny. Jego wielka sypialnia zdawała się zbyt ciasna, a walizka, która stała pod ściną, niemal krzyczała “wróć do Polski, tam będziesz bezpieczna”. Rzuciłam tęskne spojrzenie w jej stronę i wymusiłam słaby uśmiech. Owinąwszy ramiona wokół swojego brzucha, wzięłam głęboki oddech. 
       - Um… Wybacz, boli mnie głowa - miałam ochotę się spoliczkować za użycie najbardziej oczywistej wymówki i kłamstwa, ale było już zbyt późno, by się z tego wycofać. 
       - Och… Przynieść ci tabletkę? Chcesz się położyć? - twarz Harry’ego nie wyrażała nic innego poza troską, choć oboje wiedzieliśmy, że kłamałam. Kiwnęłam głową.
       - Chętnie się położę, ale nie potrzebuję leków. - rzuciłam, siadając na łóżko. Harry uśmiechnął się dobrodusznie i usiadł obok mnie, obejmując mnie w pasie. Napięłam się w odpowiedzi na tę bliskość i niemal wybuchnęłam płaczem, wiedząc jak bardzo irracjonalnie postępowałam. To był Harry. Mój Harry. Harry, który nie skrzywdziłby mnie nigdy w ten sposób. A jednak moje ciało przypominało sobie z każdym jego dotykiem dotyk Ashtona. Każdy oddech na mojej skórze to trącące alkoholem ciężkie dyszenie blondyna, biorącego ode mnie to, czego nigdy dobrowolnie bym mu nie oddała. 
       Harry wyczuł moje napięcie i zmarszczył brwi, skanując uważnie spojrzeniem moją twarz. - Wszystko w porządku? - zapytał, a potem przełknął ciężko, jakby obawiając się mojej odpowiedzi. Zawahałam się zanim odpowiedziałam. Nic nie było w porządku. Siniaki na mojej skórze, gnijące komórki mojego ciała, brud, którego nie mogę zmyć.
       - Tak. Po prostu muszę przeleżeć ból głowy - skłamałam, nie patrząc mu w oczy. Bez słowa zdjął narzutę i poduszki z łóżka i pokazał mi gestem, żebym się położyła. Przyłożył dłoń do mojego czoła, sprawdzając temperaturę, a gdy upewnił się, że to nie grypa, zastąpił dłoń swoimi ustami, całując mnie krótko. 
       - Zrobię ci herbatę - zaoferował i odwrócił się w stronę wyjścia
       - Harry? - chwyciłam jego nadgarstek, zanim zdążył oddalić się od łóżka. Spojrzał na mnie przez ramię wzrokiem przepełnionym miłością, w którym jednak tlił się smutek. 
       - Hm?
       - Zostań ze mną - szepnęłam, powstrzymując łzy, gotowe zaatakować w każdej chwili moje oczy. Harry uśmiechnął się lekko i obszedł łóżko dookoła. Zdjął buty i położył się za mną, oplatając ręce wokół mojej talii i przyciągając mnie do siebie. Dotyk jego klatki piersiowej na moich plecach był tak znajomy, że natychmiast się rozluźniłam. Wilgotne wargi dotknęły mojego ramienia, a potem spokojny rytmiczny oddech ozdobił moją szyję. 
       - Odpocznij - nie wiedziałam dlaczego, ale choć Harry nie miał pojęcia o tym, co stało się zeszłej nocy, czułam, że nie mówił o odpoczynku od bólu głowy. Znał mnie na tyle dobrze, by zdawać sobie sprawę z tego, że coś mnie niepokoiło.
       Kilkanaście minut później byłam pewna, że zasnął. 
       - Pamiętaj, że nigdy nie kochałam nikogo innego tak, jak ciebie - mruknęłam, choć nie mógł mnie usłyszeć. 

       Kilka dni później sprawy zaczęły się komplikować. Traciłam pomysły na wymówki, gdy Harry sugerował choćby najmniejsze zbliżenie. Po około dwóch tygodniach przestał próbować. Wodził tylko za mną wzrokiem, gdy wracałam z pracy, zagłębiony w swoich myślach. 
       - Zdradzasz mnie? - talerz, który właśnie myłam wyleciał z mojej ręki i rozbił się na dwoje w zlewie. 
       - Kurwa! Co? - nie wiedziałam czy miałam się skupić na zniszczonym naczyniu, czy nagłym pytaniu Harry’ego, które zawiązało supeł w moim żołądku. Siedział przy stole, obserwując mnie uważnie.
       - Masz kogoś na boku? - jego ton był spokojny, głos cichy. Harry był po prostu smutny. Odwróciłam się do niego, postanawiając, że posprzątam bałagan w zlewie później. 
       - Nie, oczywiście, że nie - szepnęłam, bo głos uwiązł mi w gardle. Czułam w kościach rosnącą panikę. Harry zacisnął powieki i pokręcił powoli głową, jakby mi nie wierzył.
       - Nie okłamuj mnie - powiedział cicho z nutą bólu w słowach. Zaśmiałam się nerwowo i wytarłam dłonie w kuchenny ręcznik. Dlaczego Harry mógłby wyciągnąć takie wnioski? Czy to, co się zdarzyło powinnam uważać za zdradę? Czy zdradziłam Harry’ego? Nie dobrowolnie. Nigdy nie zrobiłabym tego dobrowolnie. Kocham Harry’ego. Kocham najmocniej na świecie. 
       - Harry… - zaczęłam, ale przerwał mi pospiesznie
       - Nie przeszkadza mi to, że już nie uprawiamy seksu, naprawdę. To nie tak, że muszę cię mieć każdej nocy. Ale sposób w jaki mi odmawiasz, to, że napinasz się przy każdej okazji, gdy choćby próbuję cię pocałować. Zapewnienia miłości, gdy myślisz, że nie słyszę, jakbyś czuła się czemuś winna. Jakbyś próbowała przekonać siebie, że… że… - rozejrzał się po kuchni, jakby szukał odpowiednich słów, ale widocznie ich nie znalazł, bo zacisnął wargi i spuścił wzrok na stół. Ucisk w gardle nie puszczał, ale nie mogłam pozwolić Harry’emu myśleć, że był w moim życiu inny mężczyzna. To była jednorazowa sprawa. Nie chciałam tego. Nie chciałam zdradzić Harry’ego. Zostałam do tego zmuszona. Harry słyszał moje desperackie prośby o wiarę w moje uczucie. Nie wiedziałam czy tego chciałam. 
       - Nie… Nie, Harry… - podeszłam do niego i uklęknęłam przy nim, kładąc dłonie na jego kolanach. - Nie mam nikogo na boku. Jesteś jedyny, tylko ciebie kocham. - widziałam jak jego szczęka napina się w wolnym tempie, oczy wciąż skupione na drewnianym blacie. 
       - Jesteś ostatnio nieobecna. Nie uśmiechasz się tak, jak przedtem, jeśli… jeśli mówisz prawdę…
       - Mówię! Harry, spójrz na mnie - z lekkim ociąganiem szmaragd wreszcie zwrócił się w moją stronę. Doszło do tego, że musiałam pocieszać Harry’ego, gdy sama nie pozbierałam jeszcze rozbitych kawałków swojej duszy. 
       - Nigdy wcześniej nie przychodziło mi równie łatwo mówienie tych słów. Nikt nigdy nie był w stanie mnie przekonać, że były szczere. Nikomu przed tobą nie udało się mnie przekonać, że w nie wierzę. Kocham cię! Kocham cię najmocniej na świecie i żaden facet tego nie zmieni, dobrze? - nigdy wcześniej nie złożyłam mu podobnej deklaracji miłości. Zawsze z trudem przychodziło mi wyrażanie emocji, ale przy Harrym zdawałam się być w tym coraz lepsza i lepsza. 
       - Więc dlaczego…
       - Dużo przeszliśmy… Dużo się stało. Liam nie żyje, Zayn nie żyje, ty byłeś torturowany do granic wytrzymałości. Wydaje mi się, że wreszcie się złamałam. Wreszcie dotarł do mnie ciężar tych wszystkich wydarzeń - kłamałam. Kłamałam z taką łatwością, z jaką wcześniej mówiłam “kocham cię”. Nikt nie mógł wiedzieć. Nikt. Nawet Harry. Szczególnie Harry. 
       - Dziecino… - jego duże dłonie spoczęły na moich policzkach, a ja odwróciłam się do jednej z nich, całując jej wnętrze. 
       - Daj mi troszkę czasu - poprosiłam, zacisnąwszy powieki. Harry kiwnął bez słowa głową i przyłożył swoje czoło do mojego. 
       - Tyle, ile potrzebujesz - obiecał.

       Kornelia nie była tak wyrozumiała. Łypała na mnie z wyrzutem za każdym razem, gdy się widziałyśmy. Nie obwiniałam jej za to. Nie rozumiała sytuacji, moich emocji, a dla Kornelii Madej to najgorszy koszmar. Przecież ona rozumie każdą emocję, sama odczuwa je wszystkie podwójnie mocno. 
       - Powiesz mi wreszcie o co chodzi? - pytała
       - Boże, przecież ci mówiłam… - odpowiadałam
       - A ja ci mówiłam, że kłamiesz - rzucała.
       I tak przez resztę dni. Resztę dni do czasu aż nie widziałam jej przez kolejne trzy. Trzy dni po wydarzeniach, które wywróciły mój świat do góry nogami. 

       Słowa mogą brzmieć pięknie, lecz to czyny determinują przebieg wydarzeń. Chciałam schować wspomnienia tamtej nocy w najgłębszych zakamarkach mojej pamięci. Nie mieć do nich dostępu, ignorować każdą rzecz, która mi o nich przypominała, a jednak one wciąż wypływały na wierzch, wciąż powodowały sztywnienie kości przy każdym zbliżeniu się Harry’ego, wciąż wyciskały ze mnie łzy za każdym razem, gdy brałam parzący prysznic, by słone krople mogły się zmieszać z kroplami parującej wody. Siniaki już zniknęły, lecz te natrętne wspomnienia wciąż pozostawały tak samo świeże jakby to stało się wczoraj. Domagały się uwagi, chciały zostać zauważone. I wreszcie tego dokonały. 
       - Hej, maleńka - zamarłam, gdy usłyszałam za sobą cichy szept. “Spokojnie, maleńka” powiedział Ashton, gdy narkotyk w drinku zaczął odbierać mi świadomość. Nabrałam gwałtownie powietrza w płuca, a przez mój kręgosłup przeszedł zimny dreszcz, gdy poczułam na swojej szyi gorący oddech. Nie, proszę. Nie rób tego znowu… Nie chcę przeżywać tego samego, proszę. 
       To był moment, kilka sekund. Duże dłonie chwytające mocno moją talię, mój łokieć wędrujący z impetem za mnie w akompaniamencie desperackiego “nie dotykaj mnie!” i przytłumiony odgłos uderzenia, gdy trafiłam w szczękę intruza. Głośne jęknięcie bólu i luz na moich biodrach dały mi cień nadziei. Z walącym sercem odwróciłam się za siebie i przywarłam plecami do komody, którą, jeszcze chwilę temu, zamierzałam otworzyć. Otworzyłam szeroko oczy, lecz na próżno, bo łzy zasłoniły mi widok, masującego bolące miejsce Harry’ego. 
       - Co do…?! Milena! - wykrzyknął zaskoczony, a ja mogłam tylko zaszlochać. Zakryłam dłonią oczy i rozpłakałam się na dobre, bo właśnie oto pomyliłam najważniejszą osobę w swoim życiu z kimś, kto te życie zamienił w piekło. 
       - Przepraszam - wydukałam, osunąwszy się po drzwiach komody na ziemię - przepraszam. Myślałam, że to… Myślałam… - emocje czy nie, nie mogłam mu powiedzieć. Moje szlochy stawały się gwałtowniejsze, łzy zalewały całe policzki. Nie mogłam się uspokoić. Minął prawie miesiąc. Miesiąc od Ashtona obezwładniającego mnie narkotykiem, miesiąc od momentu, w którym straciłam całą wiarę i szacunek do siebie, Każdy dotyk przypominał mi o ohydnych dłoniach, jednej pełnej blizn, które wędrowały nieproszone po moim ciele. Każdy pocałunek zdawał się być tym wymuszonym na mnie, tym bolesnym, gdzie zęby rozchylały moje wargi w brutalnym geście. A przecież to był tylko Harry. Mój Harry.
       Harry, który teraz patrzył na mnie zdezorientowany. Zmarszczka między jego brwiami pogłębiała się z każdą minutą, w której przysłuchiwał się mojemu łkaniu. Patrzył na mnie, jakby próbował wyczytać z mojej reakcji każdą informację, która mogła mu wreszcie wyjaśnić dlaczego zachowywałam się tak dziwnie. 
       - Milena… - uklęknął przy mnie i chwycił delikatnie moje nadgarstki. Tak delikatnie, że, gdyby nie moje przeczulenie, niemal bym ich nie poczuła. - Spójrz na mnie - role sprzed kilkunastu dni się odwróciły. Odsłonił moją twarz, wciąż trzymając mnie lekko, jakby bał się, że chwytając mocniej mógł mnie złamać. Nie był daleki od prawdy. 
       Nie mogłam zdobyć się na to, by spojrzeć mu w oczy. Mój wzrok wędrował od jego ust do nosa i włosów, ale nigdy nie napotkał pięknego szmaragdu. 
       - Wszystko w porządku. W porządku. Wszystko jest dobrze, nic się nie stało. Przepraszam za to, przepraszam. Mam nadzieję, że nie będziesz miał siniaka…
- Przestań! - przerwał mi gwałtownie, a ja usłyszałam budujący się w nim gniew. - Przestań mnie okłamywać, przestań! Do cholery przestań!
       Jego prośby tylko wywołały mój kolejny szloch. Gardłowy i suchy. 
       - Nie mogę, nie mogę! - pokręciłam głową i pochyliłam się do przodu, chowając twarz za kolanami, które otoczyłam ramionami. 
       - Milena! Milena, kurwa mać, co się dzieje? Nie mów, że to przez ostatnie wydarzenia. To jest zbyt dziwne!
       - Nie mogę. On mnie… Harry, odpuść! On… - powstrzymałam się w ostatniej chwili, czując swój ciepły oddech, odbijający się od moich nóg i uderzający w moją twarz. 
       Harry zamilkł, a o jego obecności informowały mnie tylko ciepłe dłonie na moich nadgarstkach. Czas mijał okrutnie powoli, gdy, nawet bez patrzenia, mogłam poczuć, że mnie obserwuje, analizując ostatnie kilka tygodni. 
       - O boże… Nie… Milena…  - szepnął po chwili, a ja już wiedziałam, że wreszcie poskładał elementy układanki w całość. Harry nie był głupi, był spostrzegawczy. Zamilkł ponownie, a ja mogłam tylko zastanawiać się, jakie myśli chodziły po jego głowie. 
       - Kto? - zapytał nagle tonem ociekającym jadem. Zadrżałam, bo mrok, jaki czaił się w tym brzmieniu mógł być zarezerwowany tylko dla jego ofiar. Chciałam skłamać. Zapytać ze śmiechem o czym on bredził, przecież nikt mi nic nie zrobił, ale Harry już wiedział. Mogłam tylko pokręcić głową, wciąż nie opuszczając swojej małej osobistej fortecy. Słyszałam zmianę w jego oddechu. Teraz był płytszy, powietrze opuszczało jego płuca i wracało do nich dwa razy szybciej. Uścisk na moich nadgarstkach nagle się wzmocnił, a potem duże dłonie oderwały się ode mnie niespodziewanie. 
       - Kto ci to zrobił? - ten Harry nie przyjmował wymówek i odmów. Ten Harry czekał na informacje i czekał na nie niecierpliwie. 
       - Nie mogę. - szepnęłam, wynurzając wreszcie głowę z mojej bezpiecznej przestrzeni. Dłonie Harry’ego były zaciśnięte na jego kolanach, twarz zbledła przeraźliwie, a szmaragd zniknął za czarnymi źrenicami. Jego twarz była wykrzywiona w czystej wściekłości, żądzy mordu. Skuliłam się jeszcze bardziej, przerażona tym widokiem. 
       - Harry… Harry, uspokój się - spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, że wywołam jego mroczny śmiech. Potarł dłonią podbródek i wypuścił przez nos powietrze, co zapewne miało być chichotem. 
       - Harry, przerażasz mnie - szepnęłam, wbijając plecy w komodę. Te słowa zdawały się zadziałać. Harry zamrugał kilka razy, a kąciki jego ust opadły nagle. Chwycił mnie za ręce i podniósł na proste nogi, po czym przycisnął mnie do siebie mocno, desperacko. 
       - Przepraszam, przepraszam. Milena… Dziecino… Ja… - jąkał się, nie wiedząc co powiedzieć. Nie było już odwrotu. Harry wiedział co mi się stało i było to dla niego za dużo. 
       - Wybacz mi - szepnęłam w jego koszulkę - Przepraszam, ja nie chciałam. Nie chciałam. Wsypał mi coś do drinka, nie chciałam, przysięgam…
       - Milena! - odsunął mnie od siebie na odległość ramion i wbił wzrok w moje oczy - Nic z tego, co się stało nie było twoją winą. NIC! Nie przepraszaj mnie. Nigdy więcej nie przepraszaj mnie za tę sytuację! - czułam jak drżały jego dłonie, jak gorące były, nawet przez materiał mojej bluzki. Mrok wciąż tlił się w jego oczach, lecz Harry dusił go w sobie, by móc mnie uspokoić, by więcej mnie nie straszyć. 
       - Proszę, powiedz mi kto to zrobił… - nawet jego głos drżał, ujawniając siłę z jaką Harry naciskał swoje hamulce. Mój wzrok powędrował na nasze stopy, decyzja kotłująca się w mojej głowie. 
       - Ashton - wymamrotałam tak cicho, że nawet ja nie usłyszałam własnego szeptu. 
       - Co? Dziecino, głośniej, proszę. - był przesadnie ostrożny, jakby od tego zależało jego życie. 
       - Ashton Irwin - powiedziałam, podnosząc głowę i patrząc mu prosto w oczy. - Ash… Ashton Irwin… - który raz już dzisiaj płakałam? 
       Harry zesztywniał nagle, czerń powróciła na jego źrenice, mięśnie szczęki tańczyły do muzyki furii, która odgrywana była teraz na jego twarzy. Drżące ręce puściły moje ramiona i Harry zaczął chodzić w tę i z powrotem po sypialni. Jedna z dłoni spoczęła na jego ustach, drugą zaciskał wściekle w pięść przy boku. Patrzyłam na niego w milczeniu, czując jak łzy wysychają na moich policzkach. Nawet ze swojego miejsca przy komodzie widziałam jak ręce Harry’ego drżały, jak jego kroki były sztywne, jakby wkładał w nie wszystkie siły. Dłoń, którą trzymał przy boku, powędrowała do włosów, przez które przejechał palcami. 
       - Kurwa… kurwa, KURWA! - lampka nocna, stojąca na jednej z szafek przy łóżku roztrzaskała się w drobny mak na najbliższej ścianie. Podskoczyłam i wzięłam spazmatycznie oddech, widząc furię Harry’ego. Klął pod nosem, dzikim wzrokiem szukając kolejnej rzeczy do zniszczenia. Miałam nadzieję, że lampka była ostatnią rzeczą, która miała ucierpieć z jego ręki. Nie chciałam, by z mojego powodu niszczył swoją sypialnię. Naszą sypialnię. Nie chciałam stać się powodem irracjonalnych zachowań, złych emocji, które budowały się w Harrym. 
       Wreszcie spojrzał na mnie, a ja miałam wrażenie, że moje serce stanęło na chwilę. Długa cisza otaczała nas ciężka i niewygodna. Chciałam odwrócić wzrok, ale jakaś siła skutecznie mnie przed tym powstrzymywała. 
       - Dlaczego mi nie powiedziałaś? - zapytał cicho, gdy jego klatka piersiowa podnosiła się i opadała szybko. Otworzyłam usta, by odpowiedzieć, lecz żadne słowo nie mogło przejść przez moje gardło. Nie mógł wiedzieć o taśmie, nie mogłam pozwolić, by poznał szczegóły tamtego okropnego wydarzenia. Nie chciałam. Byłam zażenowana, czułam wstyd i obrzydzenie do siebie. Nie chciałam, by Harry zaczął do mnie czuć to samo. Zacisnęłam więc usta w cienką linię i pokręciłam głową, zamykając oczy, w których już zdążyły zebrać się świeże łzy. 
       - Dziecino… - szept Harry’ego był pełen współczucia. Podszedł szybko do mnie i wziął w swoje ramiona, przyciskając mocno do klatki piersiowej. To wystarczyło, bym rozpłakała się na dobre. Wraz ze strumieniami łez wylewałam rozpacz, która kotłowała się we mnie przez ostatni miesiąc. Dawałam ujście stłumionym emocjom, pozwalałam sobie wreszcie na podzielenie się swoim smutkiem z drugą osobą. 
       Objęłam go mocno w pasie, przyciskając jeszcze bardziej do siebie, jakby był jedyną ostoją, jedynym ratunkiem od przerażających wspomnień. Odpowiedział na dotyk, wplatając dłoń w moje włosy i szepcząc nade mną pocieszające słowa i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze. To tylko zwiększyło intensywność moich szlochów. 
       - Harry… - mój głos był zachrypnięty, obcy. - Proszę… - nie wiedziałam o co. O odjęcie bólu z mojego serca? O wyciągnięcie mnie z głębi rozpaczy, w której tonęłam? O usunięcie moich wspomnień i lęków? Wszystko to było niemożliwe. Nikt nie mógł nic zrobić. Nawet Harry. 
       - Dlaczego mi nie powiedziałaś, dziecino? - zapytał ponownie łagodnie i cicho. 
       - Nie mogłam… Nie mogę. On. On…
       - Ćśśś… Spokojnie…
       - Nie. On wszystko nagrał, Harry. Wszystko jest na taśmie i w każdej chwili może to… - nagle zakręciło mi się głowie. Zacisnęłam dłoń na ustach i wyrwałam się z objęć Harry’ego, by usiąść na brzegu łóżka. Moje ręce trzęsły się przeraźliwie, dyszałam ciężko. Tak chyba wyglądał początek ataku paniki. Harry uklęknął przede mną, napięcie ponownie widoczne w jego ruchach. 
       - Hej, hej, spokojnie! Spokojnie… 
       - Przepraszam. Przepraszam… - pokręcił głową i podniósł się nieco, by pocałować mnie w czoło, po czym wstał i podszedł do jednej z szaf, w której był ukryty schowek na jego prywatną broń. Tak bardzo mnie to zaskoczyło, że przez chwilę mój oddech się uspokoił. Ściana we wnętrzu szafy otworzyła się po jej przyciśnięciu i naszym oczom ukazał się mały składzik z dwoma karabinami, kilkoma pistoletami i strzelbą. Harry wziął jeden z małych półautomatów i ściągnął z wieszaka kaburę, którą zapiął w pasie. W ciszy sprawdził zabezpieczenia, zawartość magazynku i wreszcie włożył w nią pistolet i odwrócił się do mnie. 
       - Co ty… - zaczęłam, ale szybko mi przerwał
       - Złożę skurwielowi wizytę. - warknął
       - Harry, nie! Nie, proszę… Błagam! - wstałam szybko i zachwiałam się na nogach, co sprowokowało Harry’ego do przecięcia sypialni i objęcia mnie w pasie. Pochylił się, zanurzając nos i usta w moich włosach, gdy ścisnęłam w pięściach jego koszulkę. 
       - To, co zrobił… - zamilkł na chwilę - Skurwysyn przypłaci za to życiem. Cholera, słono tego pożałuje. 
       - To nie jest dobry pomysł. 
       - To jest najlepszy pomysł, dziecino. Naopowiadał ci bajek, żeby trzymać w tajemnicy swoje chore perwersje, ale jestem pewny, że tak naprawdę jest bezsilny. Dziecino? - położył palec na moim podbródku i delikatnie skierował moją twarz w górę. Spojrzałam przez łzy w jego ciemne oczy. 
       - Nie będziesz się musiała już nigdy więcej obawiać. Twój koszmar się skończy. - szepnął, doskonale mnie rozczytując. Zresztą jak zwykle. - Przepraszam, że nie byłem wtedy przy tobie. Przepraszam, że nie domyśliłem się wcześniej. - tym razem to jego oczy zaszły łzami
       - Harry…
       - Nikt nigdy więcej cię nie skrzywdzi. 


Harry

       Ciężko było nie rozwalić jego blond łba tu i teraz. Gdy wgapiał się tępo w telewizję, nieświadomy mojej obecności w jego salonie. Pierdolony skurwiel, gnojek, który miał jaja by dotknąć mojej kobiety. Już niedługo. Czułem rosnącą w sobie adrenalinę, napędzaną wściekłością jakiej nigdy nie czułem. Myślałem, że jej apogeum nastało w momencie, gdy przydupas Michaela, mój kat postanowił sprowokować mnie przez uderzenie Mileny kablem, wtedy, gdy nas porwano. Pomyliłem się. To, co teraz odczuwałem to tylko i wyłącznie czysta, nieskazitelna furia i nienawiść, którą zdołałem zepchnąć na bok jedynie w naszej sypialni, by nie straszyć mojej zranionej, rozbitej dzieciny. 
       Odkaszlnąłem cicho, by wreszcie zwrócić na siebie uwagę Irwina, co poskutkowało natychmiastowo. Spojrzał na mnie przez ramię, stojącego w jego salonie z wyciągniętą, gotową do wystrzału bronią i, z przerażeniem wypisanym na poranionej twarzy, wstał gwałtownie. Idealnie. Nie czekając na nic pociągnąłem za spust. Wrzask bólu wypełnił salon i Irwin opadł na kolana, z których jedno krwawiło intensywnie. 
       - Popierdoleńcu, co do kurwy… - zamilkł, gdy lufa dotknęła jego czoła. Musiał coś wyczytać z mojej twarzy, bo cień paniki otoczył jego oczy. - słuchaj, stary, po… pogadajmy… - wycharczał, blednąc, może ze strachu, może z utraty krwi. Miałem to w dupie. Nie dałem mu skończyć, przyciskając lufę do jego czaszki. 
       - Morda - warknąłem i Ashton zamilkł posłusznie, jak pierdolony labrador. Zagroź komuś życiem, przystaw spluwę do jego ohydnego ryja i nagle zrobi dla ciebie wszystko. - Wiesz, Irwin, wiedziałem, że jesteś popierdolony, ale to, co zrobiłeś… - zacisnąłem szczękę i pokręciłem głową - Nie… Nawet nie jestem w stanie ironizować na ten temat. Zniszczyłeś jej życie, rozbiłeś spokój, który niedawno odzyskała. Dotykałeś swoimi obleśnymi łapskami i wsadzałeś swojego małego ku… - wziąłem głęboki oddech, żeby się nieco opanować. Ashton obnażał zęby w bólu, trzymając się za boki przestrzelonego kolana 
       - Wiesz co teraz zrobię, Irwin? - zapytałem, a on tylko wbił we mnie pełen napięcia wzrok - Pozbawię cię narzędzia, którym ty pozbawiłeś Milenę szczęścia. - skierowałem pistolet z jego głowy między jego nogi i zanim pociągnąłem ponownie za spust, usłyszałem tylko początek błagania o litość. Tłumik wygłuszył huk wystrzału, ale krzyk Irwina słyszalny zapewne był w sąsiadujących domach. 
       Krzyczał i krzyczał, patrząc na krew płynącą z jego spodni i przyprawiając mnie o ból głowy. Straciłem cierpliwość i pociągnąłem go za włosy, by ponownie na mnie spojrzał. Jeśli wcześniej był blady, to teraz był biały jak kreda. Oddychał ciężko i nie mógł skupić wzroku na żadnym konkretnym przedmiocie. 
       - Hej, Hej! Nie odpływaj, jeszcze z tobą nie skończyłem - potrząsnąłem nim mocno. 
       - Po prostu…  mnie z-zabij - jęknął chybotliwie. 
       - Nie mam takiego zamiaru - wzruszyłem ramionami, uśmiechając się krzywo. Tak bardzo chciałem. Chciałem wpakować mu kulkę w łeb, pozbyć się ze świata faceta, który położył ręce na Milenie, gdy ona się temu sprzeciwiała. Chciałem zabić tego skurwiela. Ale nie mogłem. 
       Ashton zaśmiał się słabo, choć bardziej brzmiało to jak wysmarkanie nosa. Skrzywiłem się z obrzydzeniem. 
       - I c-co? Zosta…awisz mnie tutaj? B-bez fiuta i nog-gi? 
       - Och nie… Mam dla ciebie opracowany cudowny plan. - mruknąłem od niechcenia
       - Więc zginę… - uniosłem obojętnie jedną brew
       - Tak - odparłem - Ale najpierw powiesz mi gdzie jest nagranie. - dodałem, celując w jego zdrową nogę. 
       - A co? Chcesz p-popat…rzeć jak twoja Mil…enka jęczy pode mną z roz…koszy, kiedy daję jej… Agh! - nawet nie wiedziałem kiedy, moja pięść powędrowała do zabliźnionej strony szczęki Irwina, wbijając się w nią z impetem. Warknął z bólu i zaczął oddychać ciężko przez nos. 
       - No tak… Może wolisz cz…część, w której się oc-knęła i błagała o pomoc, ryczała, a mimo to przyj-mowała posłusznie m…mojego ku… - druga pięść i druga strona szczęki, która tym razem chrupnęła wyraźnie, ku mojej satysfakcji. Nie mogłem tego słuchać. Obrazy, które wciskał do mojej głowy były dalekie od przyjemnych. Trząsłem się teraz chyba bardziej od Ashtona, a moje oczy zasłaniała biel furii. 
       - Gdzie. Jest. Film! - cisnąłem, przy każdym słowie kopiąc Irwina w żołądek. Jęczał z bólu, ale, gdy przerwałem, by złapać oddech on znów się zaśmiał. Jebany świr. 
       - Chyba będziesz musiał przeszukać moje mieszkanie. Zwołać d-do tego kolegów! Och! Jestem cie…ciekawy, czy któryś z nich się n-nie powstrzyma i zwali do tego konia - z krzykiem, o którym nie miałem pojęcia, że wydaję, pociągnąłem po raz kolejny za spust, tym razem obezwładniając kolejne kolano skurwiela. 
       - Kurwa! - zaklął. Zaciskał szczękę, jakby nie chciał mi dać satysfakcji z jego krzyków bólu. Nie potrzebowałem ich. Wiedziałem jak cierpiał. Jego twarz, teraz zielonkawa, wyrażała tysiąc rodzajów agonii i nic nie mogło mi dać dzikszej satysfakcji. 
       - Gdybym mógł, położyłbym cię już tu i teraz, ale to nie moje zadanie - uklęknąłem przy nim i wsadziłem palec w świeżą ranę po kulce, zginając go i wykręcając. Czułem rozchodzące się pod nim mięso i twarde kawałki pokruszonej kości. Tym razem Ashton się nie powstrzymywał. Krzyczał głośno, błagalnie, wystawiając twarz do sufitu. 
       - Hej, może ja też to nagram i puszczę ci jeszcze zanim zginiesz - popchnąłem palec dalej, otrzymując w odpowiedzi stłumiony szloch. - Co ty na to? - wreszcie oddaliłem od zranionego kolana dłoń, wycierając krew, która na niej pozostała w biały tank top Ashtona. 
       - Teraz jest bardziej stylowy - skomentowałem swoje dzieło na jego ubraniu i wstałem. Ashton wyglądał jakby miał zaraz sam zdechnąć. Biały jak ściana, kołysał się w przód i w tył, jakby nie wiedział w którą stronę upaść. Plama krwi rosła wokół niego z sekundy na sekundę, więc uznałem, że czas, by zakończyć ten dzień. 
       - Wejdź - powiedziałem łagodnie, patrząc na drzwi salonu. Przez chwilę panowała cisza, ale wreszcie w progu pojawiła się Milena, dzierżąca w dłoni swoją grawerowaną broń, do której lufy dokręcony był czarny tłumik. Podszedłem do niej i ująłem jej twarz w dłonie, dotykając jej czoła swoim. Nawet z podpuchniętymi oczami i strachem wypisanym na twarzy była najpiękniejszą istotą jaką spotkałem. Nie mogłem znieść myśli, że ktoś mógł skorzystać z tego piękna siłą. Moja dziecina, moja Milena, która właśnie miała zemścić się na swoim demonie. 
       - Dasz radę? - zapytałem cicho, bo miał to być dla niej pierwszy raz. Pierwsze odebrane życie, pierwszy mord. 
       - Tak - odpowiedziała słabo. Zbyt słabo. 
       - Dziecino, jeśli nie chcesz, ja to zrobię - zaoferowałem, ale ona pospiesznie pokręciła głową. 
       - Nie! To moja zemsta. Moje zadanie - powiedziała, więc tylko pocałowałem ją krótko w usta i odsunąłem się na bok, dając jej widok na Ashtona. 
       Przełknęła ciężko ślinę i zrobiła w jego kierunku kilka kroków. Widziałem w jej oczach przerażenie, to, jak nerwowo oblizuje usta. 
       - Hej - powiedziała cicho, a gdy Irwin spojrzał na nią niewidzącym wzrokiem zastygła nagle, jej twarz nabrała barw, a w oczach pojawiła się czysta nienawiść. Zauważyłem zmianę w jej energii. Jakby nagle zebrała w sobie siły, które trzymały się gdzieś na uboczy przez ostatni miesiąc. Jej rysy były teraz wyostrzone, wzrok skupiony na celu. Uniosła broń, kierując ją prosto w czoło swojego oprawcy. - Wiem, że w sekrecie tego chcesz, więc bądź dobrym chłopcem i nie szarp się - cisnęła przez zaciśnięte zęby, po czym jej palec opadł ciężko na spust i pojedyncza łza utorowała sobie ścieżkę na jej policzku. 

       Bezwładne ciało opadło ciężko na plamę krwi, która zaczęła barwi blond włosy purpurą. 


#TTDff

*żegnaj (z islandzkiego, wybaczcie przeżywam fazę tym pięknym krajem xD)