Pokazywanie postów oznaczonych etykietą calum hood fanfiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą calum hood fanfiction. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2015

Epilog

Milena

       Nacisnął spust w momencie, w którym za drzwiami rozległ się desperacki krzyk
       - Louis! - brzmienie jego imienia zostało lekko zagłuszone przez, wyciszony tłumikiem, wystrzał. 
       Patrzył, jak niebieskie oczy osoby, którą kochał otwierają się szeroko, jak ich jasna barwa zostaje ukryta pod wolno spływającymi falami szkarłatu, a ciało zaczyna opadać w tył, jakby w zwolnionym tempie. Nie wiedział jakim cudem znalazł w sobie siłę, by podbiec do niej i chwycić w pasie zanim uderzyła plecami o podłogę. 
       Była lekka. Miał wrażenie, że nic nie ważyła. Ramiona bezwładnie zwisały z jej boków, włosy kołysały się powoli, w różowych refleksach pojawiała się ciemniejąca czerwień. Przycisnął bezwładne malutkie ciało do siebie i opadł na kolana, a pojedynczy przeciągły krzyk rozpaczy rozdarł jego płuca. Krzyczał aż zabrakło mu tchu, a wtedy zaszlochał gwałtownie i oparł jej głowę o swoje ramię, trzymając dłoń na potylicy. Nie zważał na gorącą wilgoć, którą czuł pod palcami. Kołysał się w przód i w tył, jakby chciał uśpić dziewczynę, spoczywającą spokojnie w jego ramionach. Chciał, by właśnie tak było. Ona, śpiąca spokojnie, miała obudzić się za jakiś czas, posyłając mu słodki uśmiech i deklarując swoją miłość. Czerwień na jej włosach byłaby kolejnym dodatkiem do różu, szalonym pomysłem, na jaki zdecydowała się pewnego wieczoru przy drinku. 
       Tak jednak nie było. Louis trzymał martwą Kornelię w mocnych objęciach, pochylając się nad nią i mocząc jej stygnące policzki swoimi słonymi łzami. 
       Nie widziałam tego, ale wyobraźnia podłożyła mi obraz takiego przebiegu sekund po oddaniu strzału. 
       Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, gdy drzwi windy otworzyły się przede mną i Harrym było bezwładne ciało Caluma, oparte w niewygodnej pozycji o ścianę po naszej lewej stronie. Przełknęłam ciężko, widząc ścieżkę krwi, prowadzącą do jego pleców. Była jeszcze świeża, więc Louis musiał zjawić się tutaj niedawno. 
       Przerażenie opanowało każdy skrawek mojego ciała, gdy zdałam sobie sprawę, że mogliśmy się spóźnić. Puściłam się biegiem do drzwi apartamentu, wykrzykując imię Tomlinsona, a Harry ruszył za mną, doganiając mnie przy wejściu. 
       Błagam, by nie było za późno, błagam, żebyśmy zdążyli, proszę niech on nie robi nic głupiego. Kornelia musi żyć, Kornelia…
       Sekundę po moim wołaniu w nasze uszy uderzył krzyk. To nie był zwykły wrzask złości czy wyraz bólu. To był okrzyk mężczyzny, który właśnie popełnił największy błąd w swoim życiu. W jego głosie znajdowała się mieszanina cierpienia, nieograniczonej rozpaczy, ale też chorej nadziei, że może to, co się stało było odwracalne, że może wcale nie zrobił czegoś, co miało go nawiedzać do śmierci. 
       - LOUIS! - tym razem to Harry zawołał swojego przyjaciela i wpadł na drzwi, wpuszczając nas oboje do środka. 
       Gdy tylko wbiegłam do salonu, opadłam na kolana i zaczęłam płakać rozpaczliwie, czując, jak moje płuca nie chcą ze mną współpracować. Waliłam pięściami w posadzkę, rozdzierając gardło, bo mój organizm nie wiedział jak w inny sposób poradzić sobie z tsunami rozpaczy i cisnących się upartych zaprzeczeń widoku przede mną. 
       Ręce Harry’ego spoczęły na moich ramionach, a jego sylwetka zasłoniła Louis’ego, siedzącego na podłodze przede mną, trzymającego w objęciach moją przyjaciółkę. Jej ciało. 
       - Nie patrz - szept docierał do mnie jakby zza ściany. Chwyciłam kurczowo koszulkę Harry’ego, gniotąc ją w swoich dłoniach. 
       - Nie… nie, nie - mruczałam pod nosem, jak szalona. Nie widziałam nic przed sobą prócz czerni materiału, którego chwyciłam się jak koła ratunkowego, lecz w pewnym momencie szkarłatna stróżka, płynąca po ziemi ukazała się moim oczom zza pleców Harry’ego. Wtedy otrzeźwiałam. Wstałam gwałtownie na równe nogi i sięgnęłam za pas swojego chłopaka, skąd wyciągnęłam jego pistolet, którego lufę wycelowałam w tył głowy płaczącego Louis’ego. 
       - MILENA - okrzyk Harry’ego nie zrobił na mnie najmniejszego wrażenia, ale Louis odwrócił się odruchowo i utkwił we mnie pełen bólu wzrok. Zmiana pozycji pozwoliła mi dostrzec zakrwawioną twarz Kornelii, jej przymknięte powieki, ubarwione czerwienią i lekko rozwarte wargi, w których błyszczał kolczyk. Załkałam na ten widok, a broń niemal wypadła mi z rąk, ale zacisnęłam zęby i poprawiłam uchwyt. 
       - Nie żyje - oznajmiłam cicho, gdy głos uwiązł mi w gardle - Zabiłeś ją - obnażyłam zęby w żałosnej próbie powstrzymania łez. Louis patrzył na mnie przez chwilę, jakby nie był w stanie poprawnie zarejestrować tego, co aktualnie działo się w jego mieszkaniu. Wreszcie zamrugał szybko i zwilżył wysuszone wargi. 
       - Zdradziła nas - szepnął, ledwo panując nad głosem. Pokręciłam gwałtownie głową, nie spuszczając z niego wzroku i zapłakałam cicho. 
       - Nie - powiedziałam
       Louis zmarszczył brwi, przymknąwszy chwilowo oczy. 
       - Co?
       - Ona nie… - nie mogłam dokończyć, bo moje płuca zaatakował gwałtowny szloch. 
       - Kornelia nas nie zdradziła. Nigdy ciebie nie zdradziła. Była niewinna - powiedział za mnie Harry. Coś w tych słowach sprawiło, że bezradność sytuacji zwaliła mnie ponownie z nóg. Wypuściłam z rąk pistolet i przycisnęłam spód dłoni do oczu krzycząc w płaczu. Nie mogłam nawet normalnie oddychać, wszystko wokół było łzami, smutkiem i łkaniem. Chciałam się obudzić, wyrwać z tego koszmaru i wrócić do świata, w którym mogłam porozmawiać z moją przyjaciółką. 
       - Zabiłeś ją! Boże, zabiłeś ją! - nie zwracałam uwagi na to, jak mój głos zachrypł od wysiłku. - Zabiłeś moją przyjaciółkę i swoje dziecko! - kołysałam się na kolanach, przenosząc pięści na włosy i pociągając mocno. Spojrzałam na Louis’ego, który nagle położył dłoń na brzuchu zimnego ciała. 
       - Nie - wyczytałam z ruchu jego warg - Nie! Kornelia była zdrajczynią, okłamywała mnie, romansowała z Hoodem! - wrzasnął, ściskając w pięści różową bluzkę i pochylając się nad nieruchomą twarzą. 
       - To Sylvia nas zdradziła! To ona romansowała z Hoodem! Wszystkie nagrania… To wszystko było kłamstwem! Skurwielu, jeszcze dzisiaj oznajmiła mi, że jest z tobą w ciąży! Była taka szczęśliwa, tak szczęśliwa… Myślała jak ci powiedzieć, chciała, by to był szczególny moment, chciała zrobić ci niespodziankę… - mówiłam to wszystko bardziej do siebie niż do Louis’ego.
       - Kłamiesz - warknął bez przekonania. 
       - Clifford - z naszej rozpaczy wyrwał nas drżący głos Harry’ego. Trzymał, wyciągnięty przed sobą, telefon i patrzył na niego ze zmarszczonymi brwiami. Widziałam, jak jego oczy błyszczały lekko od łez. 
       - Nie chciałbym przerywać tej wzruszającej chwili i w ogóle - z głośnika rozległ się głos Michaela Clifforda., którego ton ociekał sarkazmem - ale radzę spojrzeć przez okno - powiedział, po czym się rozłączył, pozostawiając nas w stanie szoku. Harry, jako ten najbardziej opanowany, podszedł do okna, a gdy tylko spojrzał w dół, odwrócił się gwałtownie, kierując swoje oczy w moją stronę. 
       - Chowaj się - rozkazał twardym tonem. Osłupiałam, widząc jak zbladł nagle, a jego zielony oczy zalały się czernią. 
       - Co? - wyrwana z żałoby i smutku, nie do końca rozumiałam co działo się wokół mnie. 
       - Tu, za półką z książkami jest schowek na broń i kasę. Wejdź do niego, błagam, schowaj się. - podszedł do mnie pospiesznym krokiem i skierował ku metalowej półce, która odsunęła się powoli, gdy wyjął z niej jedną z książek. 
       - Harry, oszalałeś? - wydusiłam z siebie, drżącym głosem. Harry wziął głęboki oddech i zacisnął powieki, po czym pocałował mnie w czoło i ujął moją twarz w dłonie. 
       - Gdy wszystko się skończy wyjdź stąd, odczekaj dzień w mieszkaniu mojej siostry i wróć do willi. Nie zostawaj tam długo, wejdź tylko do schowka i weź z niego wszystkie pieniądze. 
       - Harry, co…
       - Dziecino! - jego oczy zaszkliły się nagle, gdy chwycił mocno moje ramiona - Zrób to! Wystarczy ci na całe życie i trochę. Zmień nazwisko i nie pojawiaj się więcej w willi… - w moim gardle urosła gula, której nie byłam w stanie się pozbyć
       - Harry, proszę… - dzwonek windy i ciepłe usta na moich wargach przerwały moją wypowiedź, a gdy chciałam znów zaprotestować, Harry wepchnął mnie do sekretnego pomieszczenia i, nim zasłonił je półką, usłyszałam ciche “Kocham cię”. Przez małą szparę między książkami widziałam doskonale część salonu, w której znajdowały się drzwi wyjściowe, Louis klęczał z ciałem mojej przyjaciółki, płacząc nieprzerwanie, a Harry stał w bezruchu, wpatrując się intensywnie w wejście. 
       Grzmot i huk uderzania drzwi o ścianę sprawił, że podskoczyłam lekko. Zakryłam usta, gdy do salonu wdarło się kilku zamaskowanych mężczyzn z różnego rodzaju bronią w rękach. 
       - MI5, na ziemię, już! - wrzasnął jeden z nich, a potem zatrzymał się nagle, widząc przed sobą Louis’ego i Kornelię. Ku mojemu obrzydzeniu zaśmiał się cicho i zdjął kominiarkę, a moim oczom ukazał się nieznajomy blondyn z nagrania, na którym rozmawiał z Calumem. 
       - Złapani na gorącym uczynku. Zabijasz już nawet swoich, Styles? Gdzie jest ta druga paniusia? - zapytał, mierząc z karabinu maszynowego do Harry’ego. Ten uniósł brwi w doskonałej imitacji zdziwienia i wzruszył ramionami. 
       - Nie mam pojęcia o kim pan mówi - powiedział, mistrzowsko panując nad głosem. Agent MI5 pokiwał w uznaniu głową i uniósł kącik ust w szyderczym uśmieszku
       - A ten trup i, zapewne sprawca całej sytuacji to wymysły mojej wyobraźni, co? - wskazał brodą na ciało Kornelii. Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać kolejną falę płaczu, cisnącą się do gardła. 
       - Jeśli się postaramy, może tak być - odparł Harry
       - Zabawne - mruknął agent, bez cienia wesołości i nagle znalazł się obok mojego chłopaka, przyciskając lufę karabinu do jego czoła
       - Powiedziałem: Na. Ziemię. - syknął, patrząc nieprzerwanie w zielone oczy. Harry przełknął ciężko i wreszcie, powolnymi ruchami opadł na kolana, łącząc palce z tyłu głowy. 
       - Leżeć - warknął blondyn. Wbił wściekle uchwyt karabinu w plecy Harry’ego, zmuszając go, by położył się płasko na zimnej posadzce. Inny, wciąż zamaskowany, mężczyzna, zrobił to samo z Louis’m, który zdawał się nie zwracać uwagi na to, co działo się wokół niego. Posłusznie opadł na brzuch, odwracając w bok głowę i ślepo patrząc przed siebie. 
       - Harry Styles, Louis Tomlinson, jesteście aresztowani za wielokrotne morderstwa, łapówkarstwo, przemytnictwo i nielegalny handel bronią, narkotykami i kobietami - wyrecytował blondyn
       - “Kobietami”?  - Harry uniósł głowę w zdziwieniu, a rękojeść broni opadła z siłą na jego głowę pozbawiając go przytomności. Pisnęłam cicho, zakrywając pospiesznie usta dłonią, a łzy zupełnie zmoczyły moją koszulę. Patrzyłam na nieprzytomnego Harry’ego z przerażeniem rejestrując stróżkę krwi, spływającą po jego czole. 
       - Macie prawo zachować milczenie itepe itede - rzucił sarkastycznie agent i zakuł nadgarstki Harry’ego w kajdany. Jakiś wysoki facet podszedł do niego i, biorąc go na ręce, przerzucił sobie przez jedno ramię, podczas gdy Louis został brutalnie postawiony na nogi, przez szarpnięcie metalu na jego rękach. Wszyscy zaczęli wychodzić powoli z mieszkania, a blondyn pociągnął za rękaw jednego z agentów, by go zatrzymać. 
       - Zróbcie z nią porządek, powiadomcie rodzinę… - skinął na ciało Kornelii - I przeszukajcie ten ładny apartamencik - zamaskowany agent przytaknął powoli i zawołał dwóch swoich kompanów. Jeden z nich zadzwonił po ambulans, a w moim żołądku pojawiły się irracjonalne motyle nadziei, jakbym uwierzyła, że lekarze pomogą przywrócić mojej przyjaciółce życie. 
       Medycy zjawili się po kilkunastu minutach, zapakowali ciało Kornelii w worek, jakby była zwykłym odpadem i położyli ją na noszach. Gdy wychodzili z apartamentu miałam ochotę pobiec za nimi, krzyczeć, żeby ją zostawili, że Kornelia nie zasługuje na tak suche traktowanie, ale zmusiłam się do posłusznego siedzenia w schowku. Agenci MI5 przeszukiwali mieszkanie przez godzinę, postanawiając wreszcie, że wrócą tu nazajutrz z lepszym sprzętem. Żaden z nich nie zerknął nawet na półkę, za którą byłam schowana. Gdy drzwi wejściowe zamknęły się za nimi, a ja usłyszałam dzwonek windy, wybiegłam z ukrycia i opadłam na podłogę przed plamą krwi, która pozostała tam jako przypomnienie tego, co stało się w ciągu ostatnich kilku godzin. W ciągu ostatniego roku. Spazmatycznie łapiąc oddech, zacisnęłam dłonie na brzuchu i krzyknęłam na całe gardło, wściekła na ściany, które stawały przede mną za każdym razem, gdy próbowałam odnaleźć ścieżkę wyjścia z tej niesprawiedliwej sytuacji. 
       Krzyczałam i krzyczałam, aż w moich płucach zabrakło powietrza, aż moje gardło zatrzeszczało w proteście. Nic nie miało uśmierzyć mojego bólu. Moja ścieżka prowadziła tylko w  jedno miejsce - na wysoki klif, pod którym rozpościerało się morze beznadziejności i żalu. 


***

       Spojrzałam na swój bilet i podrobioną wizę, gdy uprzejma recepcjonistka wyciągnęła do mnie rękę. Podałam jej dokumenty, czując na swojej talii ciepłą rękę. 
       - California, hm? Lecą państwo gonić za Amerykańskim Snem? - zapytała z szerokim uśmiechem, a my zawtórowaliśmy jej wesoło. 
       - W pewnym sensie - powiedziałam i odebrałam sprawdzone papiery. 
       - W takim razie powodzenia i życzę miłej podróży, państwo Sheeran - pomachała nam na pożegnanie, a my udaliśmy się w stronę korytarza prowadzącego do samolotu. Fotele pierwszej klasy były szerokie i wygodne, przed sobą miałam ekran, na którego obrazy nie zwracałam uwagi, a stewardessa już na początku lotu zaproponowała nam szampana. Grzecznie odmówiłam, w przeciwieństwie do mojego towarzysza, który w pierwszej godzinie wypił cztery kieliszki. Wreszcie podstawił mi piąty z nich pod nos i uśmiechnął się słabo
       - Rozluźnisz się - powiedział, ale ja tylko zacisnęłam szczękę i pokręciłam głową. Westchnął ciężko i chwycił moją dłoń w przyjaznym geście. 
       - Wyciągniemy ich z tego - szepnął, przywołując do siebie mój wzrok. Niebieskie oczy były pełne zrozumienia
       - “Go” - poprawiłam, unosząc jedną brew. Zaśmiał się bez wesołości i zacmokał cicho
       - Obawiam się, że Louis i Niall dołączeni są w pakiecie - mruknął
       - Więc mam całe życie, by obmyślić jak się ich z tego pakietu pozbyć. 
       - Chyba nie chcesz wyciągnąć ich z więzienia pod koniec wyroku? - mrugnął do mnie, a ja przekręciłam oczami
       - “Go” - powtórzyłam, a Ed wziął oddech, jakby chciał zaprotestować, ale zamilkł posłusznie. 
       - Najpierw skupmy się na oczyszczaniu twojego nazwiska - powiedział po chwili
       - Moje nazwisko jest czyste jak łza - wzruszyłam ramionami. 
       - Nie, kochana, to jest moje nazwisko, ty potrzebujesz innego. Wiesz, że to tylko tymczasowa sprawa. 
       - Jasne - mruknęłam
       - Milena…
       - Co, Ed?! Jeśli będziesz ode mnie oczekiwał, że nagle zacznę się cieszyć i żartować, gdy moja przyjaciółka nie żyje, a mężczyzna, którego kocham odsiaduje w pace dożywocie to chyba pomyliłeś imprezy! - syknęłam przez zęby, a łzy sprawiły, że proste rude kosmyki zafalowały dziko w moich oczach. 
       Ed popatrzył na mnie w napięciu, po czym kiwnął głową i spojrzał przez okno, za którym rozpościerały się nieskończone połacie wody. Ja schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać cicho, co, w ciągu ostatniego miesiąca, stało się moim nawykiem. 

       “Wyciągniemy Harry’ego z więzienia”, “rozpoczniesz nowe życie”, “znów będziesz szczęśliwa”. Kłamstwa… Otaczały mnie wyłącznie kłamstwa. 



#TTDff

No... To by było na tyle... Tak też się TTD nasze kończy. No... To co by tu. HEJ! Wytrwałyście! Jestem dumna! 
Meliski?
Zadowolone? (Pewnie nie, ale troszkę taki był cel *sadystki mode on*)

Dziękujemy Wam, żeście wytwały ten rok i troszkę! Dzięki za wszystkie komentarze, krytyki, pochwały, wyzywania :D 
Bez Was ten blog długo by nie pociągnął... 
Nie wiem co tam jeszcze pisać. Ogólnie to fajnie było, nie?
A co tam u Was?


KOCHAAAAAMYY! :*


niedziela, 16 sierpnia 2015

76. Till we're seventy

Kornelia
     Nie wiedziałam ile okrążeń wokół salonu wykonałam, gdy z rozmyśleń wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Podskoczyłam przestraszona. Wszystkie moje nerwy były pociągane do granic możliwości. Na miękkich nogach podeszłam do drzwi wejściowych i spojrzałam przez judasza. 
     Moje serce zabiło szybciej, w gardle pojawiła się jakaś gula, której nie mogłam przełknąć. Czekoladowe oczy rozglądały się dookoła, lekko zniekształcona twarz nie wyrażała żadnych emocji, ale wiedziałam, że miało to się zmienić, gdy tylko otworzę drzwi, co zrobiłam w rekordowym tempie. 
     - Calum - szepnęłam, jakby ktoś miał nas usłyszeć. Calum rozpromienił się szybko i pochylił, by złożyć na moim policzku delikatny pocałunek. 
     - Kruszyno - powiedział z uczuciem, które przywróciło wszystkie, stłumione w ostatnim miesiącu, emocje. Zacisnęłam wargi, powstrzymując płacz. To nie był czas na moją słabość. Ale Calum od razu to zauważył. On zawsze widział. 
     - Hej, co się stało? - zapytał, zastępując uśmiech zmartwieniem. Rozejrzałam się po korytarzu i otworzyłam szerzej drzwi. 
     - Wejdź - powiedziałam, a on posłuchał od razu. Minął mnie w progu i stanął na środku salonu, jakby czekał na dalsze instrukcje. 
     - Gdzie byłeś? - zapytałam, zamiast tłumaczenia swoich nerwów. Calum pokręcił gwałtownie głową i oparł plecy o tył kanapy, zakładając ręce na piersi. 
     - Nie, nie, nie, kocie, najpierw pogadamy o tym co cię trapi - odparł, a ja postanowiłam zignorować zdrobnienie, którym zwracał się do mnie Louis. Chciałam protestować. Wypytać Caluma co tu robił, gdzie był przez cały miesiąc, wściec się na niego i wywalić ze swojego mieszkania, ale jedyne o czym mogłam myśleć to słowa Nialla: “romansowała z Calumem, razem planowali nas wydać”. Moje oczy zaszły łzami, więc spuściłam wzrok na podłogę, unikając brązowych tęczówek. Biorąc głęboki, drżący oddech wydusiłam wreszcie z siebie:
     - Jest źle, Cal. Ktoś nas wrobił. Pewnie Michael. Cholera, jestem na celowniku. - Calum zmarszczył brwi, jakbym przemawiała do niego w jakimś egzotycznym języku. Odepchnął się od oparcia kanapy i podszedł do mnie, ujmując moją twarz w dłonie. Skierował ją ku górze, ale wciąż odmawiałam spojrzenia w te przenikliwe ciemne oczy. 
     - Kruszyno, o czym ty mówisz? - zapytał szeptem, pochylając się nade mną. Zacisnęłam powieki, a kilka łez spadło na moje policzki. 
     - Mają jakieś taśmy. Jakieś dowody na to, że ty i ja romansujemy, że wydaliśmy naszą grupę MI5. Ale przecież to nieprawda! To nieprawda - załkałam cicho i położyłam swoje dłonie na jego, ale on szybko je odepchnął, by wziąć mnie w mocne objęcia. 
     - Ćśśś, kruszyno. Oczywiście, że nie! To wszystko kłamstwa! Sprawka Michaela - mruczał w moje włosy zapewnienia, które sama ułożyłam sobie wcześniej w głowie. Rozpłakałam się w jego ramionach, a on trzymał mnie mocno i cierpliwie aż nie uspokoiłam się na tyle, by być w stanie znów coś powiedzieć. 
     - Harry, Milena i Louis oglądają teraz te nagrania, sprawdzają co się dzieje. Ale boję się. Boję się! Niall wydawał się być pewny o mojej winie. Gotowy był wpakować mi kulkę, cholera, Calum, jeśli te nagrania są rzeczywiście tak dobrze zrobione? Jeśli nie ma dowodu na naszą niewinność? - mówiłam w jego ramię. Uspokajał mnie cichymi szeptami aż wreszcie moja twarz ponownie znalazła się w jego dłoniach, jego oczy na poziomie moich. Wtedy zamilkłam. Patrzył na mnie z bólem, ze strachem, ze zdziwieniem… Tyle emocji w tej czekoladowej przestrzeni. Przełknęłam ciężko, gdy jego nos dotknął mojego, usta niemal otarły się o moje wargi. Zamknęłam oczy, wstrzymując oddech. Nie mogłam tego zrobić. Nie mogłam zmarnować miesiąca, dzięki któremu uratowaliśmy nasz związek. Miesiąc, w którym postanowiłam pozwolić małemu człowieczkowi zamieszkać w moim brzuchu. A jednak czułam bliskość Caluma, nie tylko fizyczną. Czułam jego uczucie, miłość, którą mnie obdarzał. 
     Trzymał mnie w objęciach, zamierzając mnie pocałować, kiedy ciszę przedarł pojedynczy cichy śmiech. 
     - Wiedziałem, że twoje wyznanie miłości wszystko ułatwi - czułam jego usta poruszające się milimetry od moich, choć głos, który słyszałam nie należał do Caluma. Przynajmniej nie do Caluma, którego znałam od kilku miesięcy. Zimny, sarkastyczny, ostry. 
     Otworzyłam szeroko oczy, by spojrzeć w przystojną twarz zastygłą w wyrazie satysfakcji. Mogłabym przysiąc, że moje serce stanęło na sekundę, a nerwy, które targały mną przed przybyciem Caluma uderzyły ze zdwojoną siłą. Intuicja kazała mi wyplątać się z objęć, które nagle stały się zimnym więzieniem. 
     - Co? - mój głos utkwił w gardle. Odsunęłam się od Caluma na krok, patrząc w szoku na jego mały  uśmieszek. 
     - Taka naiwna, Michael miał rację. Byłaś idealną kandydatką. Ten mały gnojek zna się na charakterach. 
     - Kandy… O czym ty mówisz? - pokręciłam lekko głową. Parsknął cicho i potarł brodę dłonią, po czym znów oparł się niedbale o oparcie kanapy.
     - Teoretycznie nie wydałaś grupy Harry’ego MI5. Praktycznie w sumie też nie, ale nie wie tego nikt prócz mnie, ciebie i Michaela… I Sylvii… - zaczął wyliczać na palcach ludzi, którzy mogli potwierdzić Milenie, Harry’emu i tym bardziej Louis’emu, że byłam niewinna. Dwoje z nich uważałam za bliskie, a przynajmniej, przyjaźnie nastawione do mnie osoby. 
     - Sylvia? - zapytałam szeptem, czując, jak kolejna porcja łez i niechciany szloch próbują ze mnie uciec. 
     - Och, tak. Siedzi w tym od początku. Jej znajomości w policji bardzo pomogły, widzisz… - Calum wyprostował się i przeciął salon, by opaść w poprzek na fotel, machając beztrosko z oparcia nogami. 
     - Taki był plan od początku: Znaleźć słaby punkt w grupie Harry’ego, wzbudzić jego zaufanie, wkręcić w donosicielstwo, żebyśmy my mieli spokój, zgrać niewinnych przed MI5, takie tam. - wymieniał, przekrzywiając głowę to w lewo to w prawo, jakby wszystkie te rzeczy były oczywiste i musiał tłumaczyć je komuś po raz setny. 
     Zakryłam usta dłonią, na chwilę tracąc Caluma z widoku przez gromadzące się w oczach łzy. 
     - Przyznam, wygraliście kilka bitew, ale to my wygraliśmy wojnę. MI5 jest już kilka kroków przed Stylesem. To tylko kwestia czasu aż ich ujebią. Oczywiście tobie nie będzie dane tego widzieć. Niestety, Harry Styles nie pozwala długo żyć zdrajcom. Tak naprawdę zabija ich bez mrugnięcia okiem. Cholera, jakie to szczęście, że on i Tomlinson postanowili was ściągnąć do Anglii w momencie, gdy opracowaliśmy ten plan. Dwie nowe naiwne dupy. No… może jedna. Twoja psiapsióła wszystko dwa razy analizowała zanim coś zrobiła. Ty działasz pod wpływem emocji-idealnie - oblizał usta, wykrzywiając je w pełnym satysfakcji uśmiechu. 
     - Nie wierzę ci - oznajmiłam cicho, dziwiąc się, że mój głos przedostał się przez ściśnięte gardło. Calum uniósł brwi i przerzucił nogi przez fotel, stawiając stopy na podłodze i opierając łokcie na kolanach. 
     - Nie wierzysz mi? - zapytał kpiącym tonem. Potrząsnęłam gwałtownie głową, rozsypując landrynkowe włosy na swoich ramionach. 
     - Nie. - mruknęłam słabo. Czułam miękkość swych nóg, to, jak drżały mi dłonie. Nawet pod warstwą makijażu musiałam być trupio blada. Zawroty głowy ostrzegały o możliwości omdlenia, ale je zignorowałam. 
     - Zabawne - rzucił Calum i wstał, podchodząc do mnie powoli. Odsunęłam się instynktownie, ale musiałam zatrzymać, gdy moje plecy uderzyły w ścianę za mną. Długie ramiona zamknęły mnie w małej celi, gdy dłonie Caluma spoczęły po obu stronach mojej głowy. Przełknęłam ciężko i spuściłam wzrok na podłogę. 
     - Uwierzysz, gdy któryś z ludzi Stylesa wpadnie tutaj z bronią, by wreszcie pozbyć się problemu - warknął, centymetry od mojej twarzy. Kilka łez zwilżyło skórę moich policzków. 
     - Nie wierzę, że to, co działo się między nami było tylko grą. - szepnęłam chwiejnie. Śmiech Caluma był mroczny, pozbawiony wesołości i ociekający jadem. Zadrżałam, a potem każdy mój mięsień napiął się do granic możliwości, gdy ciepła dłoń ujęła delikatnie moją szyję. 
     - Och, kruszyno, wciąż tak samo naiwna - Calum pochylił się do mojego ucha, na którym poczułam jego gorący oddech. - Jak myślisz, dlaczego Michael porwał Milenę i Harry’ego? Dlaczego Ashton zaatakował Stylesa po wyścigu, a ja wydałem położenie swojego szefa po zabójstwie Payne’a? Wszystko po to, by uśpić waszą czujność. Wszystko po to, by nawet podejrzliwy Tomlinson dał się nabrać… Żeby uwierzył w niewinnego Calumka, który muchy by nie skrzywdził - delikatny dotyk na mojej szyi zmienił się nagle w bolesny uścisk. Palce Caluma miały zostawić sine ślady na skórze. 
     - Puść mnie - wydusiłam z siebie przez zęby. - Pieprzony skurwysynu! Zdrajco! - popchnęłam go mocno, a element zaskoczenia sprawił, że Calum potknął się o własne nogi, niemal upadając na ziemię. Odzyskał jednak szybko równowagę i otrzepał swoją koszulkę z niewidzialnego kurzu. Łzy lały się po moich policzkach i nie próbowałam już więcej ich zatrzymać. Położyłam swoją dłoń na czole i zaczęłam głęboko oddychać, łapiąc resztki powietrza do płuc, których pojemność zmniejszyła się o połowę przez targającą mną panikę. 
     - Ufał… Ufałam ci… Kochałam… Boże… O boże - ciężar jego wyznań zwalił się w jednej chwili na moje sumienie, jakby wcześniej coś broniło go przed dotarciem do niego. Chciałam cofnąć czas. Wymusić na Calumie, żeby powiedział, że żartuje, że to wszystko to jeden wielki kawał. Czekałam na Milenę, która miała ze śmiechem wyskoczyć zza drzwi i popchnąć mnie zaczepnie, nabijając się z mojej miny. Zamiast tego miałam stojącego przed sobą Caluma, którego śmiertelnie poważny wyraz twarzy tylko jeszcze bardziej garbił moje plecy. Łkałam głośno, desperacko chwytając swoje włosy, jakby miało to odjąć nieco ból, który odczuwałam. 
     - Hej, hej, spokojnie - ramiona Caluma znalazły się nagle wokół moich, jego głos ponownie nabrał barwy, która była dla mnie znajoma. W pierwszej chwili instynktownie się rozluźniłam, gdy moja podświadomość nie zarejestrowała jeszcze informacji, że ten uspokajający, łagodny ton należał do kłamcy i najbardziej okrutnej osoby, jaką poznałam. 
     Malutka w uścisku Caluma, skuliłam się jeszcze bardziej, nie potrafiąc wydusić z siebie słowa. Płakałam nieprzerwanie, bezwstydnie szlochając w niewypowiedzianej prośbie o ratunek. 
     - Już dobrze. Niedługo wszystko się uspokoi. Wreszcie odgonisz stres, kruszyno - mruczał w moje włosy, a ja nie miałam siły by go od siebie odepchnąć. Naciskałam lekko na jego brzuch w żałosnej tego próbie, ale mógł jej w ogóle nie poczuć. Chciałam, żeby mnie puścił. Czułam, że każdy skrawek mojej skóry, którego dotykał stawał się brudny i zgniły. A on wciąż uparcie obejmował mnie ciasno, głaszcząc delikatnie moje plecy. 
     - Wynoś się - szepnęłam wreszcie, choć zabrzmiało to bardziej jak nieskładny mamrot. Calum musiał go jednak zrozumieć, bo zaśmiał się nisko i przycisnął mnie jeszcze bardziej do siebie. 
     - Chcę się z tobą odpowiednio pożegnać, zanim kopniesz w kalendarz - pocieszający, łagodny ton ustąpił miejsca temu zimnemu. Dłonie na moich policzkach zmusiły mnie, bym spojrzała w górę i, w mgnieniu oka, pełne ciepłe usta znalazły się milimetry od moich. 
     - Nie… - wydusiłam bezdźwięcznie i poczułam, jak kciuk ściera łzę, która opadła nieproszona. 
     - Spokojnie, nie zgwałcę cię, jak ten kretyn Ashton zrobił to biednej Milence… - zamarłam, a moje serce załomotało w piersi. Calum musiał odczytać wszystko z moich szeroko otwartych  oczu, bo zmarszczył brwi.
     - Och, nie wiedziałaś… No tak. Ten mały zboczeniec upatrzył ją sobie już dawno temu, ale zawsze była otoczona bandą Harry’ego. No więc, gdy wyszłyście same do Bobbles… Idiota nie mógł się powstrzymać. - załkałam cicho. Jaka ja byłam głupia, jak naiwna, myśląc, że Milena była na mnie zła podczas jej osobliwego zachowania w ostatnim miesiącu. 
     - Jestem niemal pewny, że to ona ze Stylesem zdjęli Irwina. Miałoby to sens. Zresztą, gnojek na to zasługiwał. Nie traktuje się tak kobiet - Calum wzruszył ramionami, a mnie ogarnęła nagła wściekłość. 
     - Myślisz, że jesteś lepszy? - warknęłam, nie przerywając naszej wymiany spojrzeń - Myślisz, że jesteś święty, bo nie dotknąłeś kobiety wbrew jej woli?
     - Oho, widzę, że się obudziłaś - skomentował to sarkastycznie
     - Jesteś najgorszy z nich wszystkich. - Calum zaśmiał się gardłowo - Wynoś się - warknęłam. 
     - Hej, wciąż nie dostałem mojego buziaka - zaprotestował sztucznie. Wbiłam paznokcie we wnętrza swoich dłoni. Moja cierpliwość właśnie się skończyła. 
     - WYPIERDA… - nie dokończyłam, gdy usta Caluma spoczęły na moich, język wdarł się podstępnie do ich wnętrza. Instynktownie poruszyłam ustami zanim się otrząsnęłam i ugryzłam go z siłą w dolną wargę. Poczułam na języku krew, gdy Calum jęknął żałośnie. Uderzyłam go płaską dłonią w policzek w momencie, w którym ode mnie odskoczył, chwytając się lekko za zranione miejsce. Widząc moją zdeterminowaną minę i nienawiść, wybuchnął śmiechem. 
     - Dobranoc, kruszyno. Widzimy się po drugiej stronie - i z trzaśnięciem drzwiami, zniknął mi z oczu, a po chwili usłyszałam dzwonek windy, którą zapewne przywołał. 
     Załamana opadłam na kolana i schowałam twarz w dłoniach, nie zważając już na głośne szlochy, które brutalnie szarpały moim ciałem. Wszystko było kłamstwem. Wszystko kręciło się wokół jednego celu - zniszczenia grupy Harry’ego. Teraz ja byłam w niebezpieczeństwie, a reszta moich przyjaciół stała na skraju przepaści. 
     Milena… Moja biedna Milena. Dlaczego nic mi nie powiedziała? Dlaczego to wszystko działo się teraz? Zasypywałam ją dobrymi wieściami, informacjami o dziecku, kiedy ona cierpiała w samotności. Kornelia, ty idiotko
     Dałaś się nabrać. Dałaś się omamić nieodpowiednim ludziom, a teraz miałaś zapłacić za to wysoką cenę. 
     Pogłaskałam swój brzuch i zalałam się łzami. 
     - Wyjdziemy z tego szkrabie. Nic się nie bój - szepnęłam, choć wiedziałam, że oszukiwałam nas obojga. 

     Nagle usłyszałam za plecami ciche skrzypnięcie, wiec odwróciłam się pospiesznie, by zobaczyć, stojącego w progu Louis’ego. Moje serce stanęło na sekundę, a strach zastąpiła nadzieja. Niewiele myśląc, podbiegłam do niego i objęłam w pasie, przyciskając twarz do jego piersi. 
     - Louis… Louis… - mamrotałam cicho, przyciskając się do niego najmocniej jak potrafiłam, desperacko zmniejszając dzielący nas dystans. Wciąż było mi go za mało. Skoro Louis zjawił się pierwszy moje życie mogło jednak mieć szansę. Jeśli Harry miałby mnie zabić, nie użyłby do tego kogoś kto mnie kochał. Nie był tak okrutny. Ciepło rozlało się w mojej duszy.
     Z rozmyśleń wyrwał mnie zimny dotyk okrągłego przedmiotu na mojej skroni. Poczułam jak serce podchodzi mi do gardła, a nogi uginają się pode mną. Może nie tylko Calum był skrajnie okrutny. Podniosłam powoli i niepewnie wzrok, po to tylko, by zobaczyć, że Louis wcale na mnie nie patrzył. Jego powieki były zaciśnięte, a na długich rzęsach balansowała jedna samotna łza. Otworzył usta, gdy jego oddech przyspieszył nieznacznie, lecz nic nie powiedział. 
     - Louis... - szepnęłam, podejmując próbę wypuszczenia go ze swojego uścisku. Nie pozwolił na to. Przytrzymał mnie silną ręką w talii, a lufa na mojej skórze zrobiła się dwa razy cięższa. 
     - Zamknij oczy - powiedział cicho, drżącym głosem, ignorując moje próby wyplątania się z jego mocnych ramion. Patrzył gdzieś w dal, jakby bał się mojego spojrzenia. Ze szlochem szarpnęłam ponownie ramionami, lecz zostałam uwięziona w stalowym uścisku. W gardle zatrzymał się mój paniczny krzyk. Nie mogłam go z siebie wydusić, zbyt zaskoczona. Jak mogłam tego nie zauważyć. Jak mogłam być taka ślepa i nie widzieć, że nie ucieszył się na mój widok. Że nie odpowiedział na moje objęcia. Jak mogłam nie zauważyć, że trzyma w dłoni pistolet... Spojrzałam na niego przez łzy, rozmazujące widok jego przepełnionej bólem twarzy. Przełknęłam ciężko i przestałam się wyrywać.
     - Nie - szepnęłam błagalnie, zgarniając między palce materiał jego czarnej koszuli. - Nie... Proszę - powtórzyłam, starając się mówić jak najłagodniej, jak najspokojniej. Zobaczyłam, że obnażył zęby i wstrzymał oddech, a jego uścisk się wzmocnił, więc napięłam wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na najgorsze...


     Lecz ono nie nadeszło. 


     - Kurwa! - ciche przekleństwo wydobyło się z ust Louis’ego, gdy odepchnął mnie od siebie z siłą, od której zachwiałam się na nogach. Krzyknął przeciągle i zakrył uszy dłońmi, kuląc się w pasie. Ból w jego głosie był tak przenikliwy, kaleczący każdy skrawek mojego serca z okrucieństwem, od którego zadrżałam przerażona. Przez moje gardło przedarł się szloch i objęłam swój brzuch rękami, starając się powstrzymać atak paniki, który z każdą sekundą budował się we mnie nieprzerwanie.. Kolejny słaby krzyk Louis’ego rozbrzmiał w salonie, niczym wołanie zdesperowanej, torturowanej duszy o pomoc. Z jękiem rezygnacji, osunął się na kolana, opierając ręce na podłodze. Pistolet uderzył z metalicznym dźwiękiem o posadzkę. Oddech Louis’ego był ciężki, głęboki i szybki, gdy wpatrywał się w dół przez kilka minut. Zimny strach ogarnął moje ciało, w obawie przed kolejnym ruchem mężczyzny.  
     - Louis... - zaczęłam cicho - Wiesz, że nie musisz tego robić. Wiesz, że to nieprawda. Wiesz o ty... 
     - ZAMKNIJ SIĘ! - broń powędrowała z powrotem do jego dłoni, gdy wyprostował się szybkim ruchem i bez wahania wycelował lufę w moje czoło. Serce załomotało mi w klatce piersiowej, a ręce zalał zimny pot. Louis wpatrywał się we mnie z nieograniczonym cierpieniem w oczach, jego policzki były mokre od łez. Pistolet gwałtownie drżał w jego dłoni, choć udawało mu się utrzymać pewne ramię, wciąż celujące prosto we mnie. Staliśmy na środku salonu, wpatrując się w siebie bez słowa. 
     Błękitne oczy, okraszone długimi ciemnymi rzęsami przeszywały mnie na wylot. Widziałam w nich cierpienie, nienawiść i nadzieję. Jakby na coś czekał. Na znak, że mógł opuścić broń, że nie musiał pozbywać się tego “zdrajcy”. Bo przecież nim nie byłam. Nie wiedziałam co mogło być na nagraniach, o których mówił Niall, ale cokolwiek zmusiło Louis’ego do mierzenia do mnie z broni musiało być świetnie wykonaną manipulacją. Manipulacją, która mogła kosztować mnie życie
     Nie wierzyłam, że znajdowaliśmy się tutaj, że mój ukochany rozważał właśnie naciśnięcie spustu, że ja nie byłam pewna czy tego nie zrobi... Louis wypuścił głośno powietrze z ust i w pomieszczeniu rozbrzmiał jego cichy szloch. Zmrużył oczy, ostatkami sił próbując powstrzymać cisnące się do nich łzy i poprawił w dłoni broń. 
     - Nic nie poczujesz... Nawet nie będziesz wiedziała, że strzeliłem. Pamiętasz? Pocisk porusza się szybciej niż dźwięk - powiedział tak cicho, że większość jego słów odczytałam z ruchu warg. Potem wykrzywił je w niewesołym uśmiechu, pełnym rozpaczy.  Moje ciało poddało się całkowicie nawałowi emocji. Kolana ugięły się pode mną na wspomnienie chwili, gdy Błękitnooki wyjaśniał mi funkcjonowanie strzału, kiedy miewałam koszmary o swojej śmierci. Nagle koszmar stał się rzeczywistością. 
     Spojrzałam w oczy Louis’ego, w których wypisana była wątpliwość. Żal, jakby pytał: Dlaczego? 

Przecież wiesz, że tego nie zrobiłam! 

     Pokręcił gwałtownie głową, odpowiadając na moje spojrzenie i, ku mojemu zdziwieniu odwrócił się do wyjścia i otworzył szeroko drzwi. Moja dłoń powędrowała do ust, płuca jakby wyschły, niezdolne do pobrania dla mnie powietrza. 
     Ciemnoczerwona makabryczna smuga krwi na ścianie obok windy prowadziła do przedziurawionej kulą głowy. Zamknięte oczy rzucały cień rzęs na pobladłe, nieruchome policzki mężczyzny, który jeszcze przed chwilą stał przede mną, śmiejąc mi się w twarz. Calum nie żył. Zabił go Louis. Ile minęło od jego wyjścia do morderstwa? Zbyt mało czasu. Tomlinson musiał zignorować jego tłumaczenia. 
     Mimo zdrady Caluma, poczułam w sercu niewyobrażalny ból, widząc jego nieruchomą twarz i spływającą po niej krew. 
     - Calum… - szepnęłam, a Louis skrzywił się z niesmakiem
     - Nasłuchałem się już dość kłamstw. Dość… - zatrzasnął drzwi. Jego twarz napięła się i wyostrzyła, jakby podjął decyzję. Spojrzał mi prosto w oczy, wciągając policzki i mrugając szybko. Poprawił pistolet w dłoni i zmarszczył w żalu brwi. Louis Tomlinson był bezwzględny wobec swoich wrogów i zdrajców. Louis Tomlinson uważał, że stałam się kolejnym z nich. Jakiś niewyobrażalny ciężar opadł na dno mojego żołądka. Nie mogłam na to pozwolić.
     - Proszę cię, nie wiesz, co robisz! - zawołałam, instynktownie oplatając ramiona wokół brzucha w ochronnym geście. - Louis, nie chcesz tego zrobić! Nie chcesz nas zabić! - Louis przekrzywił lekko głowę, zdziwiony moimi słowami
     - “Nas”? - jego dłoń zadrżała, lufa pistoletu opadła o kilka centymetrów. Widziałam jak jego jabłko Adama podnosi się i opada, gdy analizował nową informację. Zacisnął zęby, a jego nozdrza poruszyły się niespokojnie.
     - Kłamiesz - szepnął słabo - Po raz kolejny kłamiesz, żeby się uratować, żeby zrobić z nas wszystkich idiotów - jego głos drżał z emocji, spocona dłoń co chwilę poprawiała uścisk na rączce broni.
     Pokręciłam gwałtownie głową, po czym wplotłam palce w swoje włosy i pociągnęłam mocno, zalewając się łzami. Dlaczego nie mógł zrozumieć, że byłam niewinna? Dlaczego nie potrafił mi uwierzyć? 
     - Louis, wiesz, że to nie ja! Wiesz, że nigdy bym cię tak nie oszukała! Wiesz, że cię k...
     Dzwonek windy przerwał moje żałosne tłumaczenia, po czym usłyszałam w tym samym momencie dwie rzeczy:
     - Louis! - zdesperowany krzyk Mileny
     - Kocham cię - cichy, drżący szept Louis’ego. 

Wtedy też zauważyłam palec powoli naciskający spust broni. 

Darling I will be loving you till we're seventy


#TTDff 

(No to czekamy na epilog... )

sobota, 28 marca 2015

61. And let me kiss you

Hej! Wybaczcie tak długą nieobecność, sprawy osobiste :(
Wiemy, że mamy teraz ciężki czas w fandomie i mamy nadzieję, że wszystkie się jakoś trzymacie! Pamiętajmy, że Zayn zrobił to dla siebie i, skoro nie był szczęśliwy w 1D, może będzie szczęśliwy teraz :) Trzymajmy za niego kciuki!
Ponownie! Nie zapomnijcie skomentować i podzielić się wrażeniami pod tagiem #TTDff ! 

Kochamy! 

A. <3 & M. xx

And let me kiss you


       To nie miało na celu spowodować, że zapomnielibyśmy o Liamie, to nie miało na celu udowodnić, że jego śmierć w ogóle na nas nie wpłynęła. To miało na celu odjąć nam nieco stresu, pozwolić uwierzyć, że szczęście i miłe chwile wciąż były dla nas możliwe. Oboje z Harrym zgodziliśmy się na wyjście do baru. Co było w stanie nam pomóc zapomnieć lepiej niż alkohol?
       Mimo że w całym Poznaniu panował świąteczny nastrój w barze zdawało się tylko przybywać ludzi. Siedzieliśmy w czwórkę przy jednym ze stolików, a na nasze twarze padał cień i przyciemnione światło, zmieniając ekspresje, które przybieraliśmy. Kornelia uwiesiła się ramienia Louis’ego i dotykała go przy każdej lepszej okazji w miejscach niewidocznych dla większości ludzi. Przekręcałam wtedy oczami z uśmiechem, rzucając jej porozumiewawcze spojrzenia. Nie wiedziałam co stało się w domu jej rodziców, ale musiało to wywołać konkretną zmianę w relacji tej dwójki. Miałam nadzieję, że tak miało zostać, bo często panująca niezręczna cisza i ich kłótnie doprowadzały mnie już do szału. 
       Spojrzałam na Harry’ego, stojącego teraz przy barze i gawędzącego beztrosko z jakimś mężczyzną, podczas gdy barman przygotowywał napoje, które ten zamówił. Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie, jak wyglądała jego ostatnia wizyta w mojej i Kornelii ulubionej miejscówce. Stłukł wtedy na kwaśne jabłko Macieja, mojego byłego chłopaka, który zdradzał mnie na lewo i prawo podczas naszego związku. Uznałam to w tamtym dniu za brutalny akt. Dobre sobie. Nic nie było bardziej brutalne od morderstwa Liama…
       Pochyliwszy głowę, zmarszczyłam brwi, przypominając sobie wylewającą się z gardła mężczyzny krew, tworzące się w niej pęcherzyki powietrza, gdy Liam próbował złapać oddech. Zacisnęłam pięści na stole z trudem powstrzymując łzy. 
       - Hej - Harry pocałował mnie w czubek głowy, kładąc dłonie na ramionach. - Co jest? - zapytał, widząc moją ponurą minę. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam na dłuższą chwilę oczy, próbując wyrzucić z głowy wszystkie nieprzyjemne obrazy.
       - Nic. Wszystko w porządku - uśmiechnęłam się do niego uspokajająco i odebrałam piwo, które dla mnie trzymał. Gdy siadał, obserwował mnie uważnie, jakby spodziewał się, że miałam wybuchnąć płaczem, ale ja tylko chwyciłam jego dłoń i ścisnęłam mocno, by go uspokoić. 
       - Wciąż nie mogę w to uwierzyć - warknął Louis, uderzając pięścią w stół, przez co szklanki zadzwoniły w różnych tonacjach. Kornelia wybuchnęła śmiechem i cmoknęła go w policzek, po czym upiła połowę zawartości swojego kieliszka. Pokręciłam głową na tempo jej picia. To już trzeci drink, a ona wciąż była trzeźwa. 
       - W co nie możesz uwierzyć? - zapytał Harry, kołysząc w dłoni szklanką, a złota whisky zatańczyła, połyskując w świetle słabych żarówek. Louis machnął ręką, jakby odganiał się od muchy i warknął przeciągle, co wywołało kolejny wybuch śmiechu mojej przyjaciółki. 
       - Moja rodzina go upiła w wigilię - powiedziała i przyłożyła usta do szkła. 
       - To jest takie straszne? - zdziwiłam się, a Louis spiorunował mnie wzrokiem. Uniosłam ręce w geście poddania, gdy Kornelia pokręciła głową. 
       - Nie. Straszne jest to, że tamtej nocy poszliśmy do łóżka i było cudownie - jej słowa wywołały na mojej twarzy lekki uśmiech. Domyśliłam się gdzie to mogło zmierzać.  - A on na drugi dzień niczego nie pamiętał - Harry i ja wybuchnęliśmy śmiechem w akompaniamencie głośnego jęknięcia bezradności Louis’ego. 
       - Bardzo śmieszne - mruknął pod nosem, na co Kornelia wydęła wargi i pogłaskała go po głowie.
       - Oooooj, ktoś tu jest smutny - zakpiła, przeciągając sylaby, a Louis odtrącił jej dłoń i wypił do dna swoją whisky 
       - Jesteś okropna - pokazał jej język i, nim zdążył się odwrócić, Kornelia pocałowała go głęboko, wytrącając go chwilowo z równowagi. 
       - Za to mnie kochasz - szepnęła, pocierając nosem o jego nos. 
       - Ugh, zaraz się zrzygam - Harry zakrył usta, jakby rzeczywiście miał za chwilę zwymiotować, na co szturchnęłam go w ramię, parsknąwszy śmiechem. 
       Po kilkunastu minutach DJ zarządził początek karaoke, a Kornelia zerwała się z krzesła, by zamówić sobie piosenkę. Zachowywałyśmy się jak za dawnych czasów. Ten sam bar, to samo karaoke, te same przyzwyczajenia, tylko mężczyźni u naszego boku inni. Łatwo było zapomnieć o życiu w Anglii, gdy nagle praktycznie znalazłam się w przeszłości. Jakiś chłopak o ciemnych włosach wyszedł na małe podwyższenie, chwytając w dłoń mikrofon. W barze rozbrzmiały dźwięki znanej polskiej piosenki, a Kornelia wróciła do nas rozpromieniona i cmoknęła Louis’ego w policzek, mówiąc, że idzie po kolejnego drinka. Czwarty… 
       - Daj spokój, dzisiaj wszystko idzie na mnie - zaoponował Louis, ale Kornelia tylko poczochrała jego włosy i już w podskokach zmierzała do baru. Radek - znajomy barman - posłał jej szeroki uśmiech i zabrał się za robienie odpowiedniego drinka, bez potrzeby wysłuchania jej polecenia. 
       - Wiesz. - zaczęłam, splatając swoje palce z długimi, zgrabnymi palcami Harry’ego. - Miałeś mi powiedzieć od czego to się zaczęło - spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami i kiwnął głową. 
       - Prawda - potwierdził, a Louis opadł na oparcie krzesła, opierając rękę na krześle Kornelii. 
       - Poczekajcie z tym na kota. Też musi usłyszeć - powiedział, doskonale rozszyfrowując naszą rozmowę. Spojrzał w stronę baru, przy którym Kornelia gawędziła beztrosko z Radkiem. Louis westchnął ciężko i przekręcił oczami
       - Hej! Kocie - zawołał, na co moja przyjaciółka zareagowała natychmiastowo. Louis przywołał ją gestem, więc kiwnęła głową na Radka i dołączyła do nas. 
       - Co jest? - zapytała, siorbając ze smakiem nowo przyrządzonego drinka. 
       - Czas na opowiadanie naszych historii - wyjaśnił Louis i kiwnął do barmana, unosząc w górę pustą szklankę. Kornelia klepnęła go w kolano z rozeźloną miną. 
       - On nie jest kelnerem - zaprotestowała, a Louis zaśmiał się cicho. 
       - Jest, jeśli chce dalej dostawać tak wysokie napiwki - odparł, marszcząc nos. Kornelia zmrużyła oczy, ale wtedy pojawił się Radek ze szklanką napełnioną do połowy złocistym trunkiem. Louis uśmiechnął się do niego szeroko i przekazał mu pięciokrotną wartość napoju, który właśnie dostał. 
       - Dzięki, stary - oczy Radka zrobiły się okrągłe jak spodki, gdy liczył pieniądze. Myślałam, że mógł się już do tego przyzwyczaić, bo Louis i Harry rzucali mu pieniędzmi jak szaleni, ale on wciąż zdawał się być tak samo zachwycony. Po spojrzeniu Kornelii zrozumiałam, że już wybaczyła swojemu chłopakowi chłodną postawę wobec barmana. Wystarczył miły gest. 
       - No więc, o jakie historie chodzi? - zapytała, sącząc przez słomkę alkohol. 
       - Mieliśmy wam opowiedzieć skąd wziął się pomysł na nasz biznes - wyjaśnił Harry, a Kornelia nagle zbliżyła się ku niemu, wyraźnie pokazując jak zainteresował ją temat. Sama pochyliłam się do przodu, upewniając się, że nikt nie mógł podsłuchać naszej rozmowy. 
       - Wierzcie lub nie, nigdy nie lubiliśmy działać zgodnie z prawem - Harry zaśmiał się, zatapiając wspomnienia w przeszłości. Patrzył niewidzącym wzrokiem w blat stołu. 
       - Mhm… Mama Styles tego nie znosiła - zażartował Louis, a Harry pokiwał wolną głową. 
       - Często wpadaliśmy w kłopoty. Za dzieciaka były to tylko drobne kradzieże w spożywczakach, potem okradanie posiadłości na drogich osiedlach - zamrugałam szybko i spojrzałam na Kornelię, która rozdziawiła usta. Alkohol chyba zaczął wreszcie na nią działać. 
       - Ale dlaczego? - zapytałam zdezorientowana. 
       - Bieda, nuda, bunt - Harry wzruszył ramionami - Obaj pochodziliśmy z rozbitych rodzin, obaj nie mieliśmy kasy - dodał
       - Poza tym miałem na niego zły wpływ - wtrącił Louis, a ku mojemu zdziwieniu, Harry mu przytaknął. 
       - Byłem dobrym chłopcem - wyszczerzył się do mnie, na co zachichotałam
       - Bleh, za dobrym. “Nie mogę wyjść, muszę pomóc mamię w robieniu kolacji”, “Nie, Tommo, to nielegalne” - Louis zaczął parodiować wysokie tony głosu młodego Harry’ego. 
       - Byłem dobrze wychowany, ok? - zaprotestował mój chłopak. 
       - Ja też! - żachnął się Louis, a my z Kornelią spojrzałyśmy na siebie z politowaniem. 
       - Mając wokół tyle sióstr ciężko się wyrwać z bycia przebieranym i malowanym. Musiałem znaleźć sobie męskie zajęcie. Naoglądałem się filmów akcji i chciałem być wielkim szefem mafii - Louis łyknął zdrowo whisky i syknął przez palący mu gardło alkohol. 
       - Tak czy inaczej, nagle ten debil znalazł kontakty i zaczęliśmy mały handel narkotykami. Miałem wtedy może szesnaście lat? Wtedy poznaliśmy Liama i Zayna… - Harry przerwał na chwilę i wbił wzrok w śpiewającą teraz dziewczynę o rudych włosach. Każdy z nas zdawał się wyciszyć - Mniejsza. Udało nam się z tym handlem i wreszcie dostaliśmy dużą robotę. Jakaś transakcja dla wielkich przemytników, kupa kasy, coś, co nigdy się nie zdarzało. Mogłem zapłacić za studia Gemmy i kupić nowy dom dzięki tej kasie. Niestety podczas akcji nastąpiła strzelanina. - Kornelia zakryła usta dłonią, która plasnęła głośno o jej twarz. Louis parsknął mimowolnie śmiechem, pochylony nisko nad stołem. 
       - Okazało się, że nie tylko proszki tam szły w ruch. Niall był w jednej z tych grup. Mieli do sprzedania kilkaset gnatów dla grupy z zagranicy, a nasze narkotyki miały robić za rozrywkę podczas imprezy świętującej zakup. Niestety coś się nie zgadzało w warunkach. Poszło od słowa do słowa i zanim zdążyliśmy nawet wtrącić swoje trzy grosze, rozpętało się piekło. Krew tryskała dookoła, słyszałem tylko krzyki i strzały, bo Tommo wciągnął mnie pod jakiś samochód. Gdy wszystko ucichło okazało się, że pozostało niewielu żywych. Oczywiście nie mogliśmy nic zgłosić, bo sami wpadlibyśmy do ciupy. Niall i kilku innych okazało się giermkami właścicieli broni, którzy teraz leżeli martwi. Cały arsenał okazał się być bezpański, więc zwerbowaliśmy Horana i dwóch innych kolesi. Mieli kontakty, więc już po kilku dniach znaleźli innego klienta. Iii…Wow. Wow, dziewczyny, co to była za kasa. Miliony. Miliony, o których nigdy nie marzyliśmy. 
       - Mniam, mniam - skomentował Louis, patrząc marzycielsko w dal - Mieliśmy szczęście. Wtedy Niall zgodził się nam pomóc i jakimś sposobem rozkręciliśmy biznes. Najpierw w kraju, potem za granicą. Początkowo w handlu pomagała nam mała firma, którą sam zacząłem prowadzić. Ściągaliśmy zza granicy różne Auta, w których werbowaliśmy broń. Ale gdy poznaliśmy Phoebe wszystko nabrało szaleńczego tempa. Ta mała sroka wie jak zakręcić wokół siebie klientów - Louis zakończył opowieść, pozostawiając mnie z uczuciem niedosytu. 
       - I to tyle? - mruknęłam, wywołując u mężczyzn zdziwione spojrzenia. - Spodziewałam się tragicznych historii, niespełnionych miłości, konfliktów, zdrad, życia pod mostem - upiłam trochę piwa, zlizując pospiesznie pianę znad swoich ust. Louis prychnął głośno i opadł na oparcie krzesła. 
       - Nie żyjemy w tanim romansidle - pokazał mi język, na co wzruszyłam ramionami. 
       - Mi się podoba ta historia. - zawołała Kornelia, której piosenkę właśnie zapowiedział DJ. Nie czekając na naszą odpowiedź, podbiegła do mikrofonu, żeby ją wykonać. 
       - Wybacz, że zawiodłem cię swoim nudnym żywotem - szepnął do mojego ucha Harry. 
       - To nie tak, że mnie zawiodłeś, ale… Tak to ukrywaliście i w ogóle… - zagryzłam dolną wargę. Zmarszczył brwi, patrząc na mnie zabawnie zdezorientowany. 
       - Nigdy tego nie ukrywaliśmy. Nie chcieliśmy wam o niczym opowiadać, jeśli miałybyście zostać w Polsce. Ale teraz? Teraz same w tym siedzicie. - pochylił się, by ucałować delikatnie moją szyję. Westchnęłam cicho i kiwnęłam głową. 
       - Niech ci będzie - mruknęłam. 

       Drink za drinkiem, Kornelii wzrok zaczął błądzić po barze, a jej słowa stały się mniej wyraźne. Ale nie tylko ona zaczęła dawać oznaki upicia się. Louis i Harry również stali się bardziej weseli, a mnie świat wirował lekko przed oczami. 
       - Mam pomysł! - krzyknęła moja przyjaciółka, wystrzeliwując palec wskazujący w sufit. Jęknęłam żałośnie, obawiając się jej pijackich zabaw. 
       - Harry mnie pocałuje…
       - CO?! - krzyknęłam, wstając gwałtownie z krzesła. Louis rzucił przyjacielowi wyzywające spojrzenie. 
       - Co ty pierdolisz - warknął do Kornelii. 
       - Ćśśśśśśśś! - dłoń mojej przyjaciółki uderzyła w stół - A ty! - niemal dźgnęła mnie palcem w nos - Pocałujesz miłość mojego życia
       - Czyli ciebie? - zażartowałam, pochylając się ku niej sugestywnie 
       - Pffff, nie! Louis’ego Williama Tomlinsona 
       - Ale… po co? - zapytał Harry, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. Kornelia przekręciła oczami, jakby odpowiedź na to pytanie była najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. 
       - Nigdy się nie zastanawialiście jak to jest? W sensie nie, że zazdrościć i w ogóle, EJ! Nie patrz tak na mnie - popchnęła Louis’ego, nieco zbyt mocno, przez co prawie spadła z krzesła, bo ten nie ruszył się nawet o centymetr pod jej dotykiem. 
       - Patrzycie na mnie i Tomlinsona i kurwa. Nie zastanawiacie się? - zapytała, a ja spojrzałam na Louis’ego, potem na jego wąskie usta, próbując wyobrazić sobie ich dotyk na swoich. Zacmokałam kilka razy, czując, że Kornelia miała słuszność. Nie podobał mi się jej chłopak, nie widziałam w nim obiektu romantycznego, ale ciekawość gdzieś tam mnie popychała, by przyznać jej rację. A może to po prostu wina alkoholu?
       - Ej! - zawołał Harry, patrząc na mnie z wyrzutem
       - Co? - zapytałam, używając tego samego tonu, co on. 
       - Myślisz o tym!
       - Oczywiście, że tak, a ty nie myślałeś nigdy, żeby pocałować Kornelię?
       - Ej! - tym razem to Louis wyrzucił z siebie frustrację. Kornelia zachichotała niczym chochlik, planujący swój kolejny psikus. 
       - Jesteście szalone - Harry przekręcił oczami i podszedł do baru po trunek. 
       - A wy nudni - zawołałam za nim, na co pokazał mi środkowy palec. Kornelia wydęła wargi i założyła ręce na piersi. Zaśmiałam się, widząc jej zawiedzioną minę. Jej pomysł wydawał się wzięty znikąd, szalony i bez sensu, a mimo to miałam ochotę go zrealizować. 
       - Zróbmy to - postanowiłam, a Kornelia pisnęła z podekscytowania. 
       - No nieee… - jęknął Louis i spojrzał błagalnym wzrokiem na, siadającego znów przy stoliku Harry’ego - One chcą to zrobić - załamał ręce. Harry warknął gardłowo i nagle podniósł szklankę do ust i wypił całą jej zawartość. Uderzył naczyniem o blat stołu i, podniósłszy się z krzesła, wziął głęboki oddech. 
       - Dobra! Chodź tutaj, wariatko - spojrzał z determinacją na Kornelię, a ona klasnęła podekscytowana dłońmi. Wyszczerzyłam zęby i uniosłam sugestywnie brwi w stronę Louis’ego, ma co ten parsknął śmiechem
       - No dooobra - powiedział, wypuszczając z płuc ze świstem powietrze. Zmienił się z Harrym miejscami, by móc siedzieć obok mnie i potarł powoli brodę. 
       - Serio? - zapytał, na co Kornelia kiwnęła szaleńczo głową, wyrzucając w powietrze swoje różowe kosmyki. 
       - Po kolei czy w tym samym czasie? - zapytałam, a Kornelia zastanowiła się chwilę, przykładając do ust palec. 
       - Po kolei. My pierwsi - zarządziła
       - Ej, bo zaraz pomyślę, że chcesz mi odbić faceta - ostrzegłam ją, wywołując jej prychnięcie. Machnęła na mnie ręką. 
       - Jest zbyt nudny - rzuciła
       - Co?! - oburzył się Harry - wcale nie jestem nudny!
       - Ale nie jesteś też okrutnie interesujący - odparła przyjaciółka, wywołując wybuch śmiechu Louis’ego. - Dobra! Koniec gadania! Pokaż mi czym tak zachwyca się Milena!
       - Nie! Czekaj! - Louis pochylił się nad stołem, odsuwając ich pospiesznie od siebie. - My pierwsi! - dodał, a ja zachichotałam, widząc jak zazdrość buzuje w nich obu. 
       - Kornelia? - oparłam się niedbale na krześle, czekając na odpowiedź przyjaciółki. Ta wzruszyła ramionami i gestem wskazała, że czeka. Louis kiwnął głową i spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami. 
       - To jest głupie - mruknął, kiedy położyłam dłoń na jego policzku.
       - Całuj, nie gadaj - rzuciłam i pochyliłam się ku niemu, ale on zaraz odsunął mnie od siebie. 
       - Ale… Jak? - spojrzał strachliwie na Kornelię. Moja przyjaciółka przekręciła oczami. 
       - Tak, jakbyś pocałował mnie - poleciła, na co Louis przełknął ślinę. Był zabawny. Wielki przestępca, który bał się pocałować inną dziewczynę, gdy jego miłość wszystkiemu się przyglądała. Odwróciłam jego twarz ku sobie, czując podekscytowanie spowodowane głupim pomysłem, na które normalnie wpadają nawalone nastolatki. Ponownie przyciągnęłam go ku sobie i dotknęłam ustami jego warg. 
       Od razu poczułam różnicę. Jego usta nie układały się w ten cudowny sposób, co usta Harry’ego, jego wargi nie były tak rozkosznie pełne. Zamknęłam oczy, próbując skupić się na kolejnych różnicach, gdy Louis rozluźnił się wreszcie i rozluźnił szczękę, pozwalając naszym językom rozpocząć swój powolny taniec. Pocałunek był przyjemny, to prawda, ale ruchy Louis’ego zdawały się nie pasować do moich, były zbyt łagodne, delikatne, jego język nie budził w moim brzuchu łaskotania. Ot, przyjemny pocałunek bez fajerwerków. Oddaliliśmy się od siebie po kilkunastu sekundach i Louis wyszczerzył się do mnie z ulgą. 
       - Nie było tak źle - powiedział, na co zachichotałam i spojrzałam na Harry’ego i Kornelię. Moja przyjaciółka uśmiechała się szeroko, składając ręce jak do pacierza, ale Harry zabijał właśnie wzrokiem Louis’ego. 
       - Czas na zemstę - warknął nagle i przyciągnął niespodziewanie Kornelię do siebie, łącząc jej usta ze swoimi i niemal natychmiast wpychając tam swój język. Poczułam ukłucie zazdrości, które stłumiłam pospiesznie, przypominając sobie, że przed chwilą zrobiłam to samo. Harry zdawał się być agresywniejszy. Trzymał Kornelię za kark, poruszając zmysłowo ustami, co obudziło we mnie nagłą potrzebę pocałowania go. Moja przyjaciółka wplotła palce w jego długie loki, oddając się z chęcią rytmowi, jaki nadawał. Zaczęłam stukać palcami o blat, czekając na to aż skończą, ale oni zdawali się nie mieć takiego zamiaru. 
       - EJ! - wrzasnął Louis, na co Kornelia oderwała się od Harry’ego, a ten posłał mu złowieszczy uśmieszek. - My nie całowaliśmy się tak długo! - zaprotestował Tomlinson
       - Bzdura! Miałem wrażenie, że robicie to wieczność! - odgryzł się Harry, na co Louis zwęził powieki.
       - Mmmmmhm - mruknął i podszedł do Kornelii. Wytargał Harry’ego za kołnierz ze swojego miejsca i wpił się w przyjaciółkę ustami, zapewne mając w głowie wobec niej takie same myśli, jakie ja miałam wobec Harry’ego. 
       Gdy Styles usiadł obok mnie nie czekałam nawet chwili. Chwyciłam go za włosy i pociągnęłam do siebie, przekonując się, że te usta były jedynymi, które chciałam całować. Harry poddał się od razu, chwytając mnie w pasie z przyjemnym mruknięciem. Oddalił się ode mnie na kilka milimetrów, jakby chciał coś mi powiedzieć, ale wtedy za moimi plecami rozległ się głos, który wywołał we mnie obrzydzenie. 
       - Milena? - odwróciłam się powoli w stronę Macieja, który stał oddalony o zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Dojrzałam, że przy barze, za nim, znajdował się Dawid. 
       - Czego? - warknęłam i poczułam mocny uścisk Harry’ego na swoim biodrze. 
       - Wróciłaś do Polski? - Maciej zdawał się być nieporuszony towarzystwem Harry’ego i Lou. Uśmiechał się serdecznie, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, przez co miałam ochotę wybić mu każdy jeden bielutki ząb, który właśnie widziałam. 
       - Przyjechałam w odwiedziny - poprawiłam go, a on pokiwał ze zrozumieniem głową. 
       - Nie przywitasz się ze mną? - wypalił nagle, puszczając mi oczko. Zacisnęłam pięści. 
       - Nie - warknęłam
       - Eeej, księżniczko, wciąż chowasz urazę?
       - Korni! - Dawid podał Maciejowi piwo i wyszczerzył się do mojej przyjaciółki. Ona tylko przekręciła na niego oczami i pokazała mu środkowy palec, opadając plecami na tors Louis’ego.
       - Spierdalaj Dawid, nie masz wagin do poruchania? - warknęła, co wywołało wybuch śmiechu Macieja. 
       - Wow. Boleśnie - skomentował. Westchnęłam ciężko, zastanawiając się dlaczego w ogóle kiedyś z nim byłam. 
       - Dobra. Nie będziemy wam przeszkadzać. Uścisk na zagojenie ran? - Maciej popełnił błąd, pochylając się w moją stronę, bo Harry wstał gwałtownie i chwycił go za koszulę, przyciągając go do siebie nade mną. Piwo wyleciało z dłoni chłopaka, rozbijając się z trzaskiem o ziemię. Usunęłam się szybko z pola rażenia, a kilka głów odwróciło się w naszą stronę, zaciekawione zamieszaniem. Radek przekręcił oczami, przeczuwając kolejną bójkę i zakasał rękawy, gotów powstrzymać mężczyzn. 
       - Nie dotykaj jej - warknął mój chłopak, który drżał teraz na całym ciele. Maciej przełknął głośno ślinę i uniósł ręce w geście poddania.
       - Dobra, stary, spoko. - mierzyli się jeszcze chwilę spojrzeniami w napięciu aż wreszcie Harry odepchnął Macieja od siebie. 
       - Chyba czas na nas - zarządził Louis i pomógł pijanej Kornelii pozbierać się z krzesła. 
       - Przegrałeś swoją szansę, nie licz na kolejną. - warknął Harry w stronę Macieja, który mierzył go nienawistnym spojrzeniem. 
       - Weź ją sobie. Jest niewiele warta - odrzekł i nie zdążył nawet się odwrócić, bo Harry przyłożył mu pięścią z taką siłą, że Maciej upadł na posadzkę. Kilka osób wstało ze swoich miejsc, przestraszeni bójką inni zaczęli się śmiać, a ja uniosłam z satysfakcją kącik ust. Nigdy nie znudzi mi się widok cierpiącego Macieja. Masz za swoje, skurwielu. 
       - Co jest z tobą i biciem ludzi - jęknął, pocierając zaczerwienioną szczękę. Dawid zanosił się śmiechem, gdy pomagał mu wstać. 
       - Co jest z tobą i byciem małą cipą? - odgryzł się Harry i pociągnął mnie do wyjścia. Poszłam za nim niechętnie, patrząc jeszcze przez ramię na słabego mężczyznę. 
       Wyszliśmy we czwórkę na zimne powietrze, a Kornelia wyrzuciła w powietrze pięść. 
       - Wooooohoooo! - krzyknęła, zataczając się na chodniku. Louis ruszył jej na ratunek, łapiąc w pasie, zanim uderzyła twarzą w bruk. - Dobrze, Harry! Dobrze! Należało mu się! - wrzeszczała, jakby nie zdawała sobie sprawy, że przed chwilą straciła prawie wszystkie zęby. Louis pacnął się płaską dłonią w czoło, wzdychając z niecierpliwością. 
       W naszą stronę szła grupka rozchichotanych młodych dziewczyn, wyraźnie bawiąc się tej nocy w jednym celu, na który wskazywały ich krótkie spódniczki. Wzdrygnęłam się na myśl o gołych nogach w tym mrozie. 
       - Heeeej cudny - jedna z nich spojrzała uwodzicielsko na Louis’ego, a ten zamrugał zdezorientowany, nie rozumiejąc jej języka - Może zostawisz tego pijanego dziwoląga i pójdziesz zabawić się z nami? - zagryzła wargę, na co przekręciłam oczami. 
       - Heeeej, dziwko! - zawołała za nią Kornelia, używając tego samego, przesłodzonego tonu - Może uderzysz pyskiem w mur, żeby twoja twarz dorównywała poziomem mózgowi? - wybuchnęłam śmiechem, a Kornelia zawtórowała mi po chwili, gdy panienki zamknęły buzie i ruszyły pospiesznie w przeciwnym kierunku. Gdy otarłam łzy, przetłumaczyłam chłopakom co się właśnie stało i obaj zaśmiali się głośno, a Louis wtulił w Kornelię. 
       - Moja lwica - zażartował. 
       - Dobrze, że nie zarywały do ciebie - szepnęłam do Harry’ego. Spojrzał na mnie zagadkowo z półuśmiechem. 
       - Dlaczego? 
       - Bo ja nie użyłabym słów tylko pięści - pokazałam mu język, a on przycisnął usta do mojego czoła. 
       - Szerszeń - stwierdził - Możesz przekierować tę agresję na mnie, dzisiaj w łóżku - chwycił między zęby moją wargę, zanim pocałował mnie głęboko na środku chodnika wśród śniegu i ludzi. 

       Tydzień minął niepostrzeżenie krótko i zanim się obejrzałam pakowałam walizkę. Harry z Louis’m zarządzili po południu spotkanie w domu Kornelii, a my obie nie miałyśmy pojęcia o co mogło chodzić. Wylot zaplanowany był nazajutrz, więc domyśliłam się, że mogło to mieć coś wspólnego z Anglią. 
       Oznajmiłam mamie, że wychodzę i wskoczyłam w tramwaj, który miał mnie zabrać do domu Madejów. Zapukałam w drzwi, a przede mną stanął Harry i przytulił mnie na powitanie długo i mocno. Zmarszczyłam brwi, czując niepokojącą atmosferę, ale odpowiedziałam na gest i wtuliłam się w niego z uczuciem. Po kilku chwilach byłam już prowadzona za rękę do salonu, po którym krzątała się pani Madej.
       - Dzień dobry - przywitałam się z uśmiechem, a ona uśmiechnęła się serdecznie i odpowiedziała tymi samymi słowami, po czym czmychnęła do kuchni, usprawiedliwiając się gotującym się obiadem. Po kilku sekundach usłyszałam, jak po schodach schodzą Kornelia i Louis, więc usiadłam na kanapie, wykręcając powoli palce. Przyjaciółka opadła obok mnie, patrząc z zaciekawieniem na mężczyzn. 
       Louis usiadł na fotelu, a Harry oparł się o stół jadalniany i skrzyżował na piersi ręce. Wokół panowała cisza, którą przerywało co jakiś czas ciche pogwizdywanie pani Madej, dochodzące z kuchni. Rozejrzałam się nerwowo po salonie, a Kornelia wpatrywała się ze zmarszczonymi brwiami w ziemię. 
       - Czas zdecydować - oznajmił nagle Harry, zbijając nas z pantałyku. 
       - Zdecydować? - zdziwiłam się, na co Louis kiwnął głową. 
       - Czy wracacie z nami do Anglii - szepnął
       - Co?! - oburzyłam się, wstając gwałtownie z kanapy - Oczywiście, że wracamy z wami, co to za głupoty! - krzyknęłam. Harry podniósł ręce w uspokajającym geście, ale było już za późno. Czułam jak puls podnosi mi się gwałtownie, wściekłość szumiała w głowie. W przeciwieństwie do mnie, Kornelia siedziała cicho na swoim miejscu, przykładając palce złożonych dłoni do ust. 
       - Spokojnie, Milena. Spokojnie. Decyzja w pełni należy do was. - Harry podszedł do mnie i objął w pasie, po czym odsunął się na odległość ramion i ujął moją twarz w dłonie - Zabraliśmy was tutaj, żebyście były pewne. Wszystko wróci. W Anglii wszystko będzie jak tydzień temu. Zayn wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią Liama, nie wspominając o Caroline. Michael dochodzi do siebie i planuje zemstę. MY planujemy zemstę. Nie będziemy was oszukiwać, chcemy ich śmierci. Każdego z nich - spojrzał wymownie na Kornelię, a ona skrzywiła się, jakby miała zaraz się rozpłakać
       - Calum… - szepnęła, na co Louis potarł nerwowo uda i schował twarz w dłoniach, opierając ręce na kolanach. 
       - Będzie brudno. Będzie brutalnie - kontynuował Harry - Jeśli ten tydzień przekonał was, by zostać w Polsce, nie będziemy was powstrzymywać. Chcemy, żebyście były bezpieczne i zrobimy co w naszej mocy, by ta wojna do was nie dotarła… - przerwałam mu nagle i pocałowałam desperacko. 
       - Jedziemy z wami! Pomożemy wam wygrać tę wojnę, prawda, Kornelia? - spojrzałam przez ramię na przyjaciółkę, ale ta wciąż milczała. Wpatrywała się ślepo przed siebie, zaciskając w szybkim tempie szczękę. 
       - Kornelia - szepnął Louis, a ona przeniosła wzrok na niego, w jej oczach zabłysnęły łzy. 
       - Nie wiem… - wymamrotała przez ściśnięte gardło. Louis napiął się nerwowo i kiwnął sztywno głową. - Nie wiem, przepraszam… 
       - Przestań. Pamiętasz, jak od nich uciekłyśmy? To ty mnie namawiałaś, żeby wrócić! Kochasz to miejsce, przecież doskonale o tym wiesz! Wygramy tę wojnę! Nikt więcej nie zginie. Nikt prócz…
       - Grupy Michaela - dokończyła za mnie, rzucając mi pełne wyrzutu spojrzenie. Louis westchnął ciężko
       - Możemy pomóc Calumowi - oznajmił niechętnie. - Pomógł nam wiele razy. W razie potrzeby możemy upozorować jego śmierć, pozwolić mu na ucieczkę - widziałam z jakim trudem przychodziły mu te słowa. 
       - To nie tylko to. Ja… Już byłam na muszce. Nie chcę się tak bać. Nigdy więcej. - słone krople spłynęły po jej policzkach. Louis wstał z fotela i uklęknął przed nią
       - Nie będziesz już nigdy na muszce. Prędzej dam się zabić niż pozwolić komukolwiek ci zagrozić - oznajmił z determinacją, chwytając w dłonie jej twarz. 
       - Nie chcę, żebyś umierał - szepnęła
       - Nie umrę, bo nikt nie ośmieli się na ciebie podnieść nawet głosu
       - A co jeśli… Co jeśli my będziemy całkowicie bezpieczne, a ty… Co jeśli Michael cię dorwie? 
       - Obiecuję ci, że nie umrę. Przynajmniej jeszcze nie teraz…
       - Nie możesz tego obiecać… 
       - Ale właśnie to zrobiłem.
       - Louis! - wykrzyknął nagle Harry - Nie próbuj jej przekonywać! To ma być jej decyzja - warknął. Wtedy Kornelia wstała nagle ze swojego miejsca i, odpychając od siebie Lou, podeszła do pani Madej, która właśnie wkroczyła do salonu. 
       - Ojej, kochanie, czemu płaczesz? - zapytała kobieta, a Kornelia uwiesiła się jej szyi i rozpłakała na dobre. 
       - Po prostu… Będę za tobą tęsknić - szepnęła, ściskając tym samym moje serce - Kocham cię. Was wszystkich - dodała
       - Oooj, córa, my ciebie też kochamy. Nie becz, zobaczymy się za jakiś czas - zażartowała, a Kornelia pokiwała głową i otarła łzy. 
       Gdy pani Madej ponownie opuściła salon, nastała niczym niezmącona cisza. Kornelia doprowadziła się do względnego porządku i przeczyściła gardło.
       - Ok - szepnęła. - Nie byłabym w stanie siedzieć tutaj i zastanawiać się czy wasza trójka przeżyła - podeszła do Louis’ego i objęła go mocno w pasie. 
       - Błagam nie dajcie się zabić. 
       - Tak łatwo się nas nie pozbędziesz - Harry uśmiechnął się do niej dobrodusznie, a ona odwzajemniła to i ponownie się rozpłakała.