poniedziałek, 11 sierpnia 2014

19. How did you do it? You got me losing all my breath...

Dziewiętnasty rozdział to taka mała niespodzianka w ramach podziękowania Wam za bycie z nami już dwa miesiące, wyświetlenie bloga ponad 7000 razy i napisanie ponad 100 komentarzy.:)
DZIĘKUJEMY!!!
Nie spodziewałyśmy się tak miłych reakcji.;) Skaczemy ze szczęścia jak głupie :D Oby dalsze rozdziały przypadły Wam do gustu tak samo, albo jeszcze bardziej.

Zapraszamy też do komentowania, bo im więcej Waszych sugestii i opinii tym większe możliwości ulepszenia bloga i opowiadania :) 

A. <3 i M. xx



How did you do it? You got me losing all my breath *


Milena

            - Więc... - Harry przerwał ciszę, jaka panowała we wnętrzu jego auta. Spojrzałam na niego z uprzejmym zainteresowaniem.
            - Więc? - zapytałam, przekręcając głowę, jak zaintrygowany szczeniak.
            Wracaliśmy właśnie z nieszczęsnej imprezy Louisego, na której tak wiele się zdarzyło. Wreszcie poznałam imię Szefa Wszystkich Szefów, dowiedziałam się, że jest on jednym z najlepszych kumpli Harryego i że ten fakt jest tylko „szczęśliwym przypadkiem”.
           
            - Przypadkiem? - zapytałam z niedowierzaniem w głosie, gdy Harry wyjaśniał mi całą sytuację na osobności podczas imprezy. Staliśmy wtedy w pustej kuchni, do której raz po raz wbiegali rozweseleni i lekko pijani ludzie. Harry tłumaczył mi właśnie zawiłość zaistniałej sytuacji, lecz wciąż byłam pełna podejrzeń i wątpliwości.
            - Przypadkiem. Serio, nie interesują mnie sprawy zawodowe moich kumpli. Dopiero po fakcie dowiedziałem się, że jesteś zatrudniona u Malika. - mówił, starając się zachować obojętną pozę, choć dostrzegłam błysk desperacji w jego oczach, jakby bardzo pragnął bym mu uwierzyła.
            - I wtedy postanowiłeś śledzić mnie za każdym razem, gdy wychodziłam z biura? - skrzyżowałam ręce na piersi i oparłam się o szafkę kuchenną z wypisanym na twarzy wyczekiwaniem. Cień uśmiechu wykrzywił na chwilę usta Harryego, gdy spojrzał na mnie z ledwo zauważalnym podziwem.
            - Touché - rzekł krótko, salutując mi. Zaśmiałam się cicho, lecz otrząsnęłam po chwili, ponownie przybierając poważną minę, w oczekiwaniu na odpowiedź.
            - Dokładnie tak. - jego wypowiedziane słowa zbiły mnie z pantałyku. Spodziewałam się zaprzeczeń, tłumaczeń, wyjaśnień, a on tak po prostu to potwierdził. Daję słowo, ten facet jest najbardziej nieprzewidywalnym typem na Ziemi. Uniosłam w zdziwieniu brwi.
            - Chciałbyś mi wytłumaczyć dlaczego to robiłeś? - zapytałam, wpatrując się w niego, jakby spadł z księżyca. Kącik jego ust uniósł się nieznacznie.
            - A to muszę mieć jakiś powód? - spojrzał na mnie z uniesioną brwią
            - Och nie, w ogóle. Często tak bywa, że facet, który widzi jakąś laskę dwa razy w życiu zaczyna ją śledzić, gdy dowiaduje się, że ta przeprowadziła się do jego miasta. Nic w tym dziwnego naprawdę. OCZYWIŚCIE, ŻE MUSISZ MIEĆ POWÓD - wykrzyknęłam, w momencie, gdy rozchichotane dwie dziewczyny wtoczyły się do kuchni. Na dźwięk mojego głosu, zatrzymały się raptownie i zrobiły przestraszone miny. Jedna szepnęła coś  drugiej na ucho, a potem cofnęły się powoli i czmychnęły czym prędzej do salonu. Pokręciłam głową, poirytowana pijackim zachowaniem tutejszych osób i ponownie zwróciłam swój wzrok ku Harryemu, którego oczy nie przestawały śledzić moich.
            - Może uznałem, że jesteś niezwykle intrygującą kobietą - powiedział cicho i poważnie. Zmrużyłam oczy.
            - To wciąż nie wyjaśnia śledzenia
            - Może chciałem się tobie poprzyglądać
            - To troszkę chore, nie uważasz?
            - Może bałem się twojego odtrącenia, gdybym się ujawnił? - psotny uśmiech pojawił się na jego ustach, a ja przekręciłam oczami, wzdychając ciężko.
            - Już to widzę - powiedziałam kpiąco. Harry zaśmiał się cicho, a potem wziął głęboki oddech i podszedł do mnie powoli. Położył dłonie na szafce, o którą się opierałam, więżąc mnie w malutkiej przestrzeni, która teraz nas dzieliła. Próbowałam się cofnąć, wbijając biodra w blat, lecz dystans między nami był wciąż taki sam. A potem jeszcze drastycznie się zmniejszył, gdy Harry pochylił się do mojego ucha. Poczułam, jak moje serce wykonuje szaleńczy chaotyczny taniec.
            - Może... - szepnął zmysłowo, otulając skórę mojej szyi ciepłym oddechem - wiedziałem, że ci się to podobało, bo byłaś świadoma, że to ja - wibracje jego zachrypniętego głosu przyprawiły mnie o dreszcze. Przeczyściłam nerwowo gardło, próbując znaleźć jakąś odpowiedź, lecz bliskość Harryego skutecznie blokowała każdą tworzącą się w mojej głowie myśl. Czułam piękny zapach jego męskich perfum, obezwładniający wszystkie moje zmysły.
            Mężczyzna poruszył się nieznacznie i jego dłoń spoczęła na moim biodrze.
            - Ja... um... a.. - zaczęłam nieskładnie w próbie zebrania się w sobie i zaprotestowania przeciwko tej nagłej bliskości.
            - Hm? - zamruczał, przygryzając delikatnie moją skórę. Łapałam desperacko każdy oddech, starając się opanować, ale szyja w miejscu, w którym głaskana była przez delikatne usta Harryego, paliła nieznośnie. Milena, do cholery! Ogarnij się!
            Nie chciałam stracić przypływu pewności siebie, który nagle mnie nawiedził, więc położyłam dłonie na piersi Harryego i odsunęłam go od siebie. Chłód, który owiał przez to moją szyję, wydawał się dziwnie nieprzyjemny, jakby skóra zdążyła już zaadaptować się do gorącego doznania. Harry spojrzał na mnie z uśmiechem satysfakcji, sięgającym również jego szmaragdowych oczu, a ja poczułam lekkie wyrzuty sumienia. Jakbym przegrała jakąś decydującą bitwę. Ale wojna wciąż trwa, uspokoiłam się w myślach. Nie lubiłam być słaba, wolałam mieć wszystko pod kontrolą, bez jakichkolwiek wpadek. Czas postarać się, by tak owa nie została powtórzona.
            - Mylisz się - powiedziałam cicho, gdy doprowadziłam się do stanu sprzed tej intymnej chwili. Harry uniósł w zaciekawieniu brwi. - Wcale mi się to nie podobało - warknęłam i poprawiłam nerwowo bluzkę. Mężczyzna nic nie odpowiedział, a tylko zaśmiał się w sposób, który pokazywał, że zupełnie nie wierzył w moje słowa. Zacisnęłam pięść w irytacji i skierowałam się do wyjścia, lecz wtedy do kuchni wszedł Zayn.
            - Przepraszam, że przeszkadzam - powiedział, patrząc na mnie. Pokręciłam głową, dając mu znać, że nic się nie stało, więc uśmiechnął się i przeniósł wzrok na Harryego - Piętro niżej mamy konflikt. Możliwa będzie nasza interwencja. Nie mogę nigdzie znaleźć Liama, pewnie zaszył się gdzieś z Caroline
            - Niall i Hemmings? - zapytał Harry, jakby doskonale wiedział o czym mówił mój szef
            - Tak. - odpowiedział Zayn i nagle zostałam bez słowa pociągnięta na korytarz znajdujący się pod mieszkaniem Louisego, by wyjść na spotkanie bójce o kobietę.
           
            A teraz siedziałam zadumana w czarnym Maserati, przyglądając się uciekającym latarniom ulicznym i myśląc o tym, co zdarzyło się na imprezie.
            - Więc... chyba nie jest nam dane skończyć randki w normalny sposób - powiedział Harry, krzywiąc się, jakby był zakłopotany.
            - Dzisiaj przynajmniej nikt nie wyciągnął broni - mruknęłam beznamiętnie, wracając wzrokiem do ulic Londynu.
            - Ale polała się krew - odparł, a jego głos przybrał niższy ton. Zacisnęłam szczęki.
            - Na szczęście nie moja - po tych słowach zapadła krótka cisza, a potem usłyszałam wybuch śmiechu Harryego. Odwróciłam się do niego zdziwiona. Śmiejący się Harry był rzadkim widokiem, lecz teraz bardziej interesował mnie powód tej wesołości.
            - Nie ma to jak współczucie dla cierpienia innych - powiedział, gdy wreszcie uspokoił oddech. Wzruszyłam ramionami.
            - Myślałam, że nie lubicie tego całego Lukea
            - Och, nie znosimy, ale... - przerwał nagle, a ja poczułam, że samochód znacznie zwalnia. Droga była pusta, więc Harry mógł pozwolić sobie na takie manewry, tylko po co? Zmarszczyłam brwi, uważnie obserwując jego wyraz twarzy. Spojrzał na mnie z uśmiechem, za którym kryły się nieodgadnione dla mnie myśli.
            - Czy ty właśnie zsolidaryzowałaś się z moją grupą? - aaa w dupę...
            - Nie? - odpowiedziałam powoli, zagryzając wargę. Brew Harryego uniosła się wymownie.
            - Nie zabrzmiało to zbyt przekonująco... - posłał mi psotny uśmiech.
            - Ty nie jesteś zbyt przekonujący! Jedź, bo chce mi się spać - odparłam, niczym przyparte do muru dziecko i założyłam ręce na piersi. Jeszcze jeden wybuch śmiechu wypełnił wnętrze Maserati, a potem auto przyspieszyło i po kilku minutach znaleźliśmy się pod Hotelem, w którym się zatrzymałyśmy z Kornelią.
            - Chyba czas znaleźć sobie jakieś stałe lokum, hm? - odezwał się Harry, wychylając się przed kierownicę, by przyjrzeć się budynkowi. Kiwnęłam głową i westchnęłam ciężko.
            - Co chwilę napotykamy jakieś problemy. Imigrantom jest ciężej. - mruknęłam zrezygnowana i wyswobodziłam się z pasa bezpieczeństwa. Harry zacmokał kilka razy, zastanawiając się nad czymś intensywnie, a potem odwrócił się w moją stronę.
            - Mogę pomóc wam coś znaleźć, mam sporo znajomości - powiedział. Siedziałam przez chwilę, analizując tę propozycję. No tak, dzięki niemu miałybyśmy mieszkanie prawdopodobnie już jutro. W ciągu tych kilku spotkań zdążyłam przyzwyczaić się do zasięgu wpływów, jakie ten facet posiadał. I w tym tkwił problem.
            - Nie, dzięki... Poradzimy sobie - pociągnęłam za klamkę, lecz drzwi ani drgnęły. Zamknęłam oczy, by opanować budującą się we mnie złość - wypuść mnie - warknęłam
            - Jesteś pewna, że nie chcecie pomocy? Pobyt w hotelu musi być drogi - powiedział, jakby nie słyszał mojego żądania. Zaraz zwariuję. Wydałam z siebie żałosne jęknięcie i spojrzałam Harryemu prosto w oczy. Mój palec, po raz drugi tego dnia, wbił się w jego pierś.
            - STYLES! Chociaż raz zrób to, o co cię proszę i mnie kurwa wypuść! - mój głos drżał z wściekłości i poirytowania. Byłam zmęczona i senna. Nazajutrz miałam wcześnie wstać, bo czekało na mnie kilka projektów do wykonania. A tymczasem siedziałam uwięziona w czarnym Maserati, męczona niechcianymi propozycjami przez faceta, który był najbardziej irytującym człowiekiem na ziemi, i traciłam cenny czas na sen.
            W aucie panowała teraz doskonała cisza, a między mną i Harrym budowało się nieprzyjemne napięcie, gdy prowadziliśmy mini bitwę na spojrzenia. Nie ustępowałam, czekając na reakcję z jego strony, lecz miałam wrażenie, że on wyznaczył sobie podobny cel.  Czułam rosnącą we mnie furię. Już miałam na niego ryknąć, gdy usłyszałam ciche kliknięcie otwieranego zamka. Jeszcze przez chwilę nie odrywałam wzroku od wpatrzonego we mnie szmaragdu, po czym odwróciłam się w stronę drzwi i pchnęłam je ze znacznie większą siłą, niż wymagała tego owa czynność. Ruszyłam szybko do wejścia hotelu, nie odwracając się za siebie.
            - Nie idź jutro zbyt wcześnie spać! - zawołał za mną, a ja, choć zaintrygowana tym dziwnym zdaniem, pokręciłam z wściekłością głową i zatrzasnęłam za sobą drzwi.
            Nie ruszyłam od razu na górę. Stałam w holu, wpatrując się tępo w schody przede mną, zagłębiona w myślach, których nie byłam w stanie złożyć w całość. Jedna z nich była nieznośnie głośniejsza od reszty. Właściwie nie była to logiczna myśl, a dwa słowa. Imię i nazwisko, które powracały do mnie uparcie, przy każdej próbie myślenia o czymś innym. Harry Styles, Harry Styles.
            -   Pieprzony Harry Styles - szepnęłam do pustego holu i oparłam się plecami o ścianę przy drzwiach wejściowych. Głuchą ciszę przerwało stłumione mruczenie sportowego silnika.
Harry Styles.

***

            - Harry Styles, hm? - Kornelia, wpatrywała się we mnie z szerokim uśmiechem, trzymając w rękach książkę. Był niedzielny wieczór, a ja właśnie skończyłam opowiadać przyjaciółce o wszystkich zdarzeniach poprzedniego dnia.
            -   A weź się wypchaj - mruknęłam, lecz poczułam mimowolny uśmiech, cisnący się na moje usta. Kornelia zmieniła pozycję ciała, kładąc się na brzuchu z książką położoną przed sobą. Wpatrywała się we mnie, jakby czegoś oczekiwała. Uniosłam brwi, sugerując, by wydusiła z siebie to, co chodziło jej po głowie.
            -   Zdajesz sobie sprawę z tego, że on kombinuje coś na dzisiejszy wieczór? - powiedziała, przypatrując się obojętnie swoim paznokciom.
            Zaczęłam nerwowo podrygiwać nogą, która zwisała poza oparciem fotela, na którym leżałam. Ostatnie, skierowane do mnie, słowa Harryego, były intrygujące, ale też dość łatwe do rozszyfrowania. Na obecnym etapie wiedziałam już, że ten facet ma wszystko dokładnie opracowane i żadna z jego „gróźb” nie pozostaje niespełniona. Zagryzłam ołówek, który trzymałam w ręce, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w krzyżówkę przede mną.
            - Wiem... - powiedziałam cicho.
            - Denerwujesz się? - zapytała, obserwując mnie uważnie. Usłyszałam w jej tonie troskę, więc uśmiechnęłam się uspokajająco.
            - Nie. - odpowiedziałam, choć nie zabrzmiałam tak pewnie, jakbym tego chciała. Kornelia też to usłyszała, bo spojrzała na mnie, wymownie unosząc brew. - Nieważne. Lepiej mi powiedz jak ty się dostałaś do hotelu i czy stało się coś między tobą i Louism?! - zmieniłam szybko temat. Byłam szczerze zainteresowana jej wersją tego bogatego w wydarzenia wieczora. Machnęła niedbale dłonią i zmarszczyła nos.
            - Meh. Nic się nie stało. Raz prawie się pocałowaliśmy, ale Niall postanowił pobić się o byłą dziewczynę, więc Harry wtargnął do pokoju, by nas o tym poinformować. Do hotelu zawieźli mnie Liam i Caroline, bo Louis musiał ogarnąć apartament. - wyjaśniła krótko, a z każdym jej słowem na moich ustach rósł uśmiech.
            - Prawie się pocałowaliście?! - wykrzyknęłam podekscytowana. - I byś mu na to pozwoliła? - spojrzałam na nią podejrzliwie. Spuściła wzrok zawstydzona.
            - No... Chyba tak. Nie wiem. Wiesz... Atmosfera imprezy, alkohol w powietrzu
            - Byłaś trzeźwa. - przerwałam
            - Zamknij się - powiedziała pospiesznie - On mi się nawet nie podoba - dodała niepewnie, zezując na mnie, jak spłoszony pies. Wybuchnęłam gromkim śmiechem na to jawne kłamstwo, aż krzyżówka ześlizgnęła się z moich kolan i opadła na podłogę.
            - Wcale - zakpiłam, schylając się, by ją podnieść. Kornelia rzuciła mi obrażone spojrzenie i wróciła do czytania swojej książki. Chichotałam jeszcze przez chwilę, a potem zaczęłam wypełniać puste kwadraciki odpowiednimi pojęciami.
            Zgasiłyśmy światło w pokoju o pierwszej w nocy i zaczęłyśmy powoli szykować się do snu, gdy rozległo się ciche pukanie do drzwi. Wszystkie moje mięśnie zwiotczały w jednym momencie i spojrzałam z obawą na Kornelię, która uśmiechała się do mnie chytrze. Zdążyłam już umyć zęby i związać włosy, ale ubrania wciąż miałam na sobie. Właśnie trzymałam w dłoni nawilżoną chusteczkę, by zabrać się za zmywanie makijażu. Kornelia wskazała na nią podbródkiem.
            - Chyba nie będzie ci to na razie potrzebne - powiedziała, szczerząc się do mnie. Pokazałam jej środkowy palec i podskoczyłam, gdy w pokoju ponownie rozległo się pukanie, tym razem głośniejsze.
            - No idź mu otwórz - popędziła mnie przyjaciółka, a ja rzuciłam jej nienawistne spojrzenie i ruszyłam niechętnie w stronę drzwi. Zanim je otworzyłam, wzięłam głęboki oddech i rozpuściłam włosy. A potem nacisnęłam klamkę.
            Wow... To jedyne, co przyszło mi do głowy na widok mężczyzny, stojącego teraz przede mną. Harry miał na sobie czarno-białą koszulę w drobne okrągłe wzory, zapiętą pod samą szyję i czarne obcisłe spodnie, podkreślające jego długie atletyczne nogi. W dłoni trzymał pojedynczą szkarłatną różę, która wyglądała jakby została wyrzeźbiona przez najlepszego artystę. Przekonałam się, że była prawdziwa, gdy mężczyzna podał mi ją z delikatnym uśmiechem. Dołeczki w policzkach słodko podkreśliły ten miły gest. Nie mogłam się powstrzymać i również się uśmiechnęłam, przyjmując kwiat. Harry chwycił moją wolną dłoń i pochylił się, by złożyć na niej pocałunek. Zamrugałam szybko, zszokowana jego doskonałymi manierami i czułymi gestami, które nie pasowały zupełnie do jego charakteru.
            - Gotowa? - zapytał, prostując się powoli. Oceniłam wzrokiem swoje ubranie. Miałam na sobie czarne legginsy i włożoną w nie luźną kremową koszulę. Niezbyt elegancki zestaw...
            - Um... Nie wiem. Nie zmusisz mnie znów, żebym się u ciebie przebierała? - odezwałam się niepewnie, patrząc na niego z lekką obawą. Zaśmiał się cicho i pokręcił głową.
            - Jest idealnie - odparł. Kim jesteś i co zrobiłeś z tym wrednym, zbyt pewnym siebie typem? Wpatrywałam się w niego, wciąż w szoku tą diametralną zmianą. Chyba zbyt długo...
            - Milena? Możemy? - wzdrygnęłam się, gdy wyciągnął do mnie dłoń.
            - Och! Tak! Już! Poczekaj tylko włożę buty. Cofnęłam się do pokoju, chwytając po drodze swoje brązowe botki i usiadłam na łóżku by je ubrać. Kornelia patrzyła na mnie z szerokim uśmiechem na ustach, a ja, ku swojemu zdziwieniu, odpowiedziałam jej tym samym. Wzięłam w dłoń różę, którą położyłam obok siebie, by móc poradzić sobie z butami i ruszyłam w stronę Harryego. Zatrzymałam się jeszcze przy fotelu, na którym leżała moja jeansowa kurtka i brązowy cienki szalik i chwyciłam je pospiesznie.
            - Dokąd jedziemy? - zapytałam, gdy siedzieliśmy już we wnętrzu czarnego Maserati, a ja wąchałam z przyjemnością delikatne płatki róży. Harry uśmiechnął się, wpatrzony w szybę przed sobą.
            - Zobaczysz - odpowiedział tajemniczo i przyspieszył. Drogi były niemal opustoszałe, lecz było to normalne o tak późnej porze, przed poniedziałkowym porankiem.
            - Wiesz, że muszę jutro wcześnie wstać... - mruknęłam. Nie potrafiłam już dłużej oszukiwać siebie, że wcale nie interesowało mnie, co szykował Harry, ale martwiłam się swoją zdolnością do pracy w następnym dniu. Wolałam więc, by wiedział, że nie mogę zostać z nim zbyt długo.
            - Nie musisz - powiedział, a ja zmarszczyłam brwi.
            - Co? - zapytałam zdezorientowana
            - Nie musisz jutro wstać. Załatwiłem Ci wolne - wyjaśnił krótko, wciąż wpatrzony w drogę. Kierowaliśmy się do centrum.
            - Co?! - wykrzyknęłam. Harry skrzywił się na donośny dźwięk mojego głosu, a potem rzucił mi krótkie błagalne spojrzenie.
            - O matko, kobieto! Pozwól sobie na trochę spontaniczności - jęknął żałośnie. Co proszę? Otworzyłam w oburzeniu usta.
            - Jestem spontaniczna! - zaprotestowałam, patrząc na niego z wyrzutem.
            - Zobaczymy... - i tyle. Nie powiedział nic więcej przez resztę drogi, a ja wolałam nie zaczynać kłótni.
            Minęliśmy budynek parlamentu i London Eye, kierując się na wschód. Big Ben wyglądał imponująco, oświetlony dziesiątkami lamp, z majaczącym w tle jarzącym się niebieskim światłem, wielkim diabelskim młynem. Zwykle przeludnione miejsce, ziało teraz pustkami i tylko gdzieniegdzie można było dostrzec przechadzającą się powoli parę czy grupę nastolatków na buntowniczym wypadzie. Uśmiechnęłam się marzycielsko, opierając głowę na zagłówku fotela i wpatrując się w to magiczne miejsce. Najpiękniejsze miasto na Ziemi... pomyślałam, gdy minęliśmy już Westminster. Miałam ochotę znów zapytać Harryego dokąd mnie zabierał, lecz zrezygnowałam z tego pomysłu, bo właśnie zatrzymał samochód. Znajdowaliśmy się pod Tower Of London. Widziałam piętrzące się w oddali, pięknie oświetlone dwie wierze Tower Bridge - według mnie najurodziwszy punkt miasta. 
            Harry wysiadł z samochodu bez słowa i obszedł jego maskę, by otworzyć drzwi z mojej strony. Odpięłam pospiesznie pas i przyjęłam wyciągniętą do mnie dłoń. Mężczyzna objął mnie ostrożnie w talii i poprowadził w kierunku mostu.
             -   Co robimy? - nie mogłam powstrzymać się przed zadaniem tego pytania. Kącik jego ust uniósł się lekko. - Zobaczę? - zapytałam, widząc, że nie zamierza mi odpowiedzieć.
             -   Dokładnie - mrugnął do mnie porozumiewawczo.
            Most rósł mi w oczach z każdym pokonanym metrem, górując majestatycznie nad spokojną Tamizą. Nie dostrzegłam na nim żadnych poruszających się postaci, co było dziwne nawet na tę porę nocy. Żadnych turystów, czy przypadkowych przechodniów. Tylko pojedyncze auta i czarne taksówki pokonywały rzekę, dzięki mocnej konstrukcji dziewiętnastowiecznej budowli. Żółte światło lamp ją otaczających, odbijało się od tafli wody, uwydatniając jeszcze bardziej piękno tego miejsca. Moje serce zabiło szybciej. Pamiętałam dzień, w którym byłam tu pierwszy raz (w tygodniu moich urodzin), popłakałam się wtedy jak dziecko, gdy tylko stanęłam na środku konstrukcji, obserwując z niej Londyn. Widok mojego ulubionego miejsca w nocy znałam tylko ze zdjęć zamieszczonych w internecie. Jakoś nigdy nie było czasu, by zrobić sobie podobną wycieczkę.
            Zdziwiona, zdałam sobie sprawę, że kierujemy się właśnie tam. Mogliśmy przecież pokonać most samochodem. Widok był piękny, ale nie było potrzeby iść na piechotę. Rzuciłam skonsternowane spojrzenie Harryemu, który ponownie uśmiechnął się do mnie bez słowa i pociągnął mnie za sobą, przyspieszając kroku. Weszliśmy na most, a Harry skierował nas w stronę najbliższej z dwóch wież. Pchnął mocno drewniane masywne drzwi, które, ku mojemu zdziwieniu, ustąpiły posłusznie i zaprosił mnie do środka. Czułam coraz większe podekscytowanie, które tylko rosło z każdą kolejną sekundą.
            - Nie powinniśmy wejść do środka przez to boczne wejście? - zapytałam, pamiętając, że turyści kupowali wejściówki w dobudowanym okrągłym szklanym pomieszczeniu, usytuowanym z boku jednej z wież.
            - To dla śmiertelników - odparł Harry, uśmiechając psotnie. Wyszczerzyłam zęby, czując dreszczyk podniecenia, na wieść, że robimy coś nielegalnego.
            - Chodź - szepnął i skierował mnie na masywne okrągłe schody, prowadzące do górnego korytarza, łączącego ze sobą wieże. O boże, boże, boże! Czułam jak dłonie zaczynają mi drżeć niemiłosiernie, a adrenalina sprawia, że miałam ochotę wbiec na górę. Musiałam jednak zachować spokój.
            - EJ! - wstrzymałam oddech, gdy usłyszałam wściekły krzyk u podstawy schodów. - Co wy tutaj robicie?! Most jest zamknięty dla turystów o tej porze!
            - O nie... - szepnęłam do Harryego, gdy zobaczyłam stojącego na dole ochroniarza. Styles mrugnął do mnie uspokajająco i puścił moją rękę. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że mieliśmy splecione dłonie. Spojrzałam na swoją, jakby była czymś zupełnie mi nieznanym i potarłam miejsce, w którym czułam jeszcze dotyk Harryego. Jak mogłam nie zwrócić na to uwagi?
            - Poczekaj tutaj - powiedział i zbiegł szybko na sam dół, wychodząc ochroniarzowi naprzeciw. Usłyszałam stłumione szepty, z których niewiele potrafiłam zrozumieć, przez zakłócające echo. Obserwowałam więc tylko dwójkę rozmawiających ze sobą mężczyzn, wykręcając z nerwów palce. Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że podają sobie ręce i kiwają głowami w porozumiewawczym geście, a potem Harry wraca do mnie z uśmiechem na ustach. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami.
            - Ale... Jak? - wydusiłam z siebie.
            - Małe nieporozumienie - odpowiedział, pociągając mnie za sobą na szczyt wieży. KIM BYŁ TEN FACET?!
            - Przekupiłeś go? - zapytałam, uznając takie wyjaśnienie za najbardziej logiczne.
            - Nie. - odparł krótko, wywołując u mnie jeszcze większą konsternację. Szłam teraz za nim zamyślona, pozwalając, by prowadził mnie bez słowa. Dotarliśmy do drzwi górnego przejścia mostu i już miałam się zatrzymać, ale Harry szedł dalej, nie zaszczycając ich nawet spojrzeniem. Zmarszczyłam brwi zaskoczona. Byłam pewna, że idziemy właśnie tam. Widocznie „najbardziej nieprzewidywalny facet na ziemi” miał kolejnego nieprzewidywalnego asa w rękawie.
            Pokonaliśmy jeszcze kilka schodów, aż w końcu zatrzymaliśmy się przed małymi drzwiczkami. Oboje mieliśmy nieco przyspieszone oddechy od tej krótkiej wspinaczki. Harry nacisnął złotą klamkę i weszliśmy do małego pustego pomieszczenia, na którego końcu znajdowały się oszklone drzwi, prowadzące na mały balkonik.
            - Panie przodem - powiedział, wskazując owe drzwi, lecz ja nie ruszyłam się z miejsca. Patrzyłam na niego z szeroko otwartymi oczami i cisnącymi się do nich łzami.
            - Żartujesz - szepnęłam, bojąc się, że mój głos mógłby zdradzić stan, w jakim aktualnie się znajdowałam.
            - Ja rzadko żartuję - odpowiedział i, jakby dla potwierdzenia tych słów, przybrał poważny wyraz twarzy. Chciałam się zaśmiać, lecz ogromna kula w gardle mi to skutecznie uniemożliwiła. Przygryzłam wargę, próbując się uspokoić, ale całe moje ciało drżało okropnie.
            - Harry, ja... - zaczęłam, lecz zostałam uciszona przez zwykłe „ćśśś”.
            - Chodź - Harry chwycił moją dłoń i pociągnął mnie delikatnie w stronę balkonu. Otworzył drzwi, a ja poczułam na twarzy przyjemny chłód wiatru. Otuliłam się mocniej kurtką i wyszłam na zewnątrz, wstrzymując oddech.
            Tego, co w tamtym momencie czułam nie dało się określić słowami. Znajdowałam się piętro wyżej niż uczęszczane przez turystów górne przejścia mostu i widziałam z tego miejsca zapierającą dech w piersiach panoramę cichego, uśpionego Londynu. Wzruszenie, które mnie ogarnęło nie dorównywało żadnej innej emocji, jaką kiedykolwiek czułam. Nie było sensu powstrzymywać łez, bo te już dawno utorowały sobie drogę na moje policzki. Harry Styles... Gratuluję, pomyślałam i uśmiechnęłam się do siebie.
            - Słyszałem, że to twoje ulubione miejsce w Londynie - rozbrzmiał za mną niski głos. Otarłam szybko łzy, w nadziei, że Harry ich nie zauważy i odwróciłam się do niego, opierając plecy o kamienną barierkę balkonu.
            - Gdzie to usłyszałeś? - zapytałam podejrzliwie, choć targające mną emocje uniemożliwiały, bym zabrzmiała dość przekonująco. Odchrząknęłam desperacko i zadarłam głowę, wbijając wzrok w Stylesa.
            - Mam swoje sposoby - powiedział, patrząc na mnie z góry. Zmrużyłam oczy, zastanawiając się skąd mógł wiedzieć o takich rzeczach. A potem mnie olśniło.
            - Kornelia... - mruknęłam, ale Harry uśmiechnął się tylko tajemniczo, sprawiając, że zwątpiłam w tę możliwość. Nie chcąc psuć sobie tak idealnego momentu niepotrzebnymi rozważaniami, ponownie zwróciłam swój wzrok ku oświetlonemu w nocy miastu.
            Moje serce nie zwalniało ani na chwilę, jakby nie było w stanie przyzwyczaić się do tego pięknego widoku. Tower Bridge pode mną i Londyn przede mną, odbierające mi zdolność do racjonalnego myślenia, torturując słodko swoim pięknem. Poczułam dłonie na swoich ramionach i zamarłam na chwilę. Mimo że początkowo chciałam to zrobić, nie zrzuciłam ich z siebie. Chociaż tyle mogłam zrobić w podziękowaniu za to niesamowite przeżycie.
            - Dlaczego to dla mnie zrobiłeś? - zapytałam, wpatrując się w błyszczące szyby wieżowców przede mną. Nie rozumiałam dlaczego Harry miałby zadać sobie dla mnie tyle trudu.
            - Chciałem wynagrodzić Ci nasze dwie, zniszczone przez Hemmingsa, randki - odpowiedział, głaszcząc mnie delikatnie wzdłuż ramion. Zaśmiałam się cicho.
            - Więc to jest randka? - zamknęłam oczy, bo, w tym momencie, długie ciepłe palce wdarły się pod moje włosy, muskając delikatnie nagą skórę szyi.
            - Tylko jeśli na to pozwolisz - szepnął, przenosząc wolną dłoń na moją talię. Jeśli myślałam, ze moje serce nie jest w stanie zabić szybciej, mocno się myliłam, bo właśnie szalało wściekle, jakby chciało uwolnić się z klatki piersiowej. Zacisnęłam palce na barierce, starając się opanować silne reakcje organizmu na te przyjemne doznania. Głos uwiązł mi w gardle.
            - Więc? - Harry przyciągnął mnie nagle do siebie i poczułam ciepło jego ciała na swoich plecach, rozkosznie ogrzewające mnie w chłodny wieczór. O co on pytał? Myśli uciekały mi bezustannie. Harry Styles... Harry Styles, jak ty to robisz?
            Zamrugałam szybko, starając się skupić na tym, co powinnam mu odpowiedzieć, ale przychodziło mi to z ogromnym trudem. Po raz kolejny przy Harrym moje myśli były w kompletnej rozsypce i przeczuwałam, że tak już będzie zawsze; że nigdy nie przyzwyczaję się do tego władczego, tajemniczego, wrednego, okropnego... Poczułam, jak pochyla się ku mnie i odsuwa moje włosy na jedną stronę.
            - Wciąż czekam na odpowiedź - niski pomruk, rozlegający się przy moim uchu, sprawił, że ciało zadrżało po raz setny tego wieczora.
            - Ja... - zaczęłam cicho, starając się brzmieć jak najpewniej. Bezskutecznie. - Um... Tak, chyba tak... - cichy gardłowy śmiech, omamił mój umysł, a potem, nim zdążyłam zareagować, zostałam obrócona wokół własnej osi. Stałam znów przodem do Harryego, który położył jedną dłoń na moim policzku, a drugą obejmował mnie w pasie. Harry Styles, Harry Styles, jak ci się to udało?
            Chaos. Inaczej nie byłam w stanie określić tego, co właśnie rozgrywało się w mojej głowie. Chaos i potrzeba, o którą nigdy siebie nie podejrzewałam. Czytałam o tym stanie w książkach, widziałam jego reprezentacje na filmach, lecz dopiero teraz uwierzyłam, że naprawdę istnieje. Dopiero, gdy patrzyłam w te głodne, szmaragdowe oczy, patrzące na mnie z wypisanym w nich pytaniem, na które miałam już przygotowaną odpowiedź. Odpowiedź, której właśnie mu udzieliłam, kiwając nieznacznie głową. Wypuścił nerwowo powietrze z ust i pochylił się nade mną.
            I nagle wszystko się zatrzymało wraz z pocałunkiem złożonym na moich ustach. Rzeka przestała płynąć, światła przestały świecić, Londyn przestał wraz ze mną oddychać, gdy poczułam te pełne ciepłe wargi na swoich, gdy nie liczyło się nic prócz tego prostego gestu, tak idealizowanego w romantycznych pieśniach i powieściach. Zdawało się, że nawet wiatr ucichł, by nie przeszkadzać nam w tej wyjątkowej chwili. Nie wiedziałam czy minęła minuta, czy może godzina, gdy Harry oddalił się ode mnie, ale nic mnie to nie obchodziło. Patrzyłam w jego pociemniałe oczy, piękną poważną twarz, oświetloną lampami ozdabiającymi most, dopiero teraz zdając sobie sprawę, że wplotłam palce w jego miękkie loki.
            Skanujący moją twarz szmaragdł, zmienił nagle swój wyraz, jakby Harry zdał sobie z czegoś sprawę. A potem wszystko pękło, niczym uderzające w ziemię szkło, gdy otrząsnął się delikatnie i zmarszczył brwi, puszczając mnie i cofając się o dwa kroki. Moja świadomość znów była na swoim miejscu, logiczne argumenty przeciwko temu, co właśnie się wydarzyło ponownie do mnie dotarły.
            - Powinienem... Powinienem już cię odwieźć - Harry po raz pierwszy, odkąd go poznałam, zabrzmiał niepewnie. Rzucił mi ukradkowe spojrzenie, a ja mogłam przysiąc, że dostrzegłam w nim czający się smutek. - Przepraszam, to nie był dobry pomysł - dodał i ustąpił mi miejsca w progu, bym mogła przejść obok niego. Otępiała i zdezorientowana ruszyłam powoli przed siebie. Co się właśnie stało?
            - Harry. Ja... Nie musisz się czuć źle z tego powodu. Przecież to była moja decyzja - powiedziałam cicho, stając na środku pustego zimnego pomieszczenia. Blady wymuszony uśmiech zagościł na jego twarzy, gdy pogłaskał palcem mój policzek.
            - I w tym tkwi problem - powiedział i ominął mnie bez dalszych wyjaśnień.


* Jak to zrobiłeś? Pozbawiłeś mnie całkowicie oddechu

sobota, 9 sierpnia 2014

18. I'll hum the song the soldiers sing as they march outside our window



Kornelia


Stałam w salonie wypełnionym ludźmi, wpatrując się ze zmartwieniem w palec Mileny wbity boleśnie w pierś Harry’ego. Szeptała do niego coś, co nie było w stanie dotrzeć do moich uszu, ale nie miałam żadnych wątpliwości, że właśnie dostawał ochrzan. Spojrzałam zakłopotana na powód jej wściekłości - ciemnookiego, przystojnego mężczyznę, ubranego w elegancki drogi garnitur i uśmiechnęłam się z zakłopotaniem, gdy okazało się, że on również na mnie patrzył. Zaczęłam bawić się nerwowo końcówkami swoich włosów, by zająć czymś ręce. Cisza w tej małej grupce osób przedłużała się niemiłosiernie, więc postanowiłam coś z tym zrobić. 
- Więc! Jesteś szefem Mileny? - zapytałam, nim zdążyłam ugryźć się w język. Brawo, Kornelia, nie ma to jak dobry temat na przerwanie niezręcznej chwili. Mężczyzna, przedstawiony jako Zayn, uśmiechnął się do mnie uprzejmie i kiwnął głową. 
- W pewnym sensie. Jestem szefem jej szefa, prezesem firmy - odpowiedział, a mi opadła szczęka. „Prezesem”
- Ile ty masz lat?! - wykrzyknęłam. Brawo, Kornelia, brawo... Pełne zrozumienia wesołe spojrzenie nieco zmniejszyło moje zażenowanie spowodowane głupimi pytaniami. 
- Dwadzieścia sześć. Wiem, wiem... Myślisz, że jestem za młody. Powiedzmy, że dążyłem do tego celu bez względu na konsekwencje i z pomocą kilku szczęśliwych przypadków. - wyjaśnił, wciąż zachowując niezwykle uprzejmy ton. Cholera, ten człowiek zna maniery... Wie, jak sprawić, by damie nie było głupio. Hehe... „Damie”... Parsknęłam nieznacznie śmiechem na swoje niedorzeczne myśli, co spotkało się z zaciekawieniem na twarzy Zayna. 
- Nic takiego - rzekłam - Po prostu. Widząc was wszystkich, mam wrażenie, że Londyn to kolebka młodocianych ludzi sukcesu - wzruszyłam ramionami. 
- Nic bardziej mylnego. Należymy do mniejszości. Znalezienie kogoś w podobnym wieku na tak wysokich stanowiskach jest nie lada problemem. To zbliżyło naszą piątkę do siebie - wskazał na Harry’ego, wciąż gorąco dyskutującego z Mileną i stojących obok mnie Caroline, Liama i Louis’ego. Zmarszczyłam brwi, przypatrując się zebranym tutaj mężczyznom. Zaraz, zaraz... 
- „Piątkę”? - zapytałam, upewniając się uprzednio po raz kolejny, czy dobrze policzyłam. 
- Jeszcze twój szef - odparł, a ja wybałuszyłam oczy. Mój szef? Zagryzłam wnętrze policzka, dopasowując po kolei niteczki, które prowadziły mnie do centrum. Centrum, które wciąż było przysłonięte tajemniczą kurtyną. Czułam jednak, że niedługo wszystko się wyjaśni. 
- Menadżer? - zaśmiał się mimowolnie na moją sugestię, a potem grzecznie zreflektował i pokręcił głową. 
- Nie, nie... Właściciel sieci „Irresistible” - uniosłam jedną brew, nie dowierzając w to, co właśnie usłyszałam. Spojrzałam wymownie na Louis’ego, który wbił wzrok w ziemię i ani na chwilę nie chciał go podnieść. Acha! Nie byłam Sherlockiem Holmesem, ale wiedziałam, że w końcu zrozumiem ten przedziwny zbieg okoliczności, który właśnie mnie spotkał. Punkt pierwszy: przesłuchać Louis’ego. Zanotowałam w myślach.
- Louis, możemy porozm...
- O wilku mowa! - Louis ożywił się nagle, gdy spojrzał w jakiś punkt za mną. podążyłam wzrokiem w tamtym kierunku i zobaczyłam kroczącego w naszą stronę mężczyznę o jasnych, niedbale ułożonych włosach. Uśmiechał się szeroko do Louis’ego, a gdy wreszcie do nas dotarł, zamknął go w niedźwiedzim uścisku. Zauważyłam jak Tomlinson szepcze mu coś do ucha, z poważną miną, a potem odwraca się do nas z ponownie rozpromienioną twarzą. 
- Wybaczcie to spóźnienie ludzie, napotkałem pewne komplikacje po drodze - wymowne spojrzenie rzucone w stronę Harry’ego, który uwolnił się wreszcie od wściekłości Mileny, przekazało jakąś nieznaną dla mnie informację. Styles wypuścił głośno powietrze z ust i skinął na moją przyjaciółkę, która przewróciła oczami i, posyłając mi przepraszające spojrzenie, ruszyła za nim w głąb salonu. 
Och nie... Poczułam się niezwykle malutka, wśród garstki nieznajomych mi mężczyzn i jednej, skromnej dziewczyny, która nie mówiła zbyt wiele. Przygryzłam wargę i zaczęłam stąpać z nogi na nogę, czekając na rozwój wydarzeń. Wtedy odezwał się Louis. 
- Niall, masz wreszcie zaszczyt poznać jedną z piosenkarek twoich restauracji - wskazał na mnie dłonią, a ja poczułam jak się w sobie kurczę. Zdecydowanie nie czułam się tutaj komfortowo, wśród bogaczy, biznesmenów i znających się dobrze ludzi. Byłam biednym wyrzutkiem, który nie znał nawet osoby, z którą tutaj przyszedł. Louis położył dłoń na moich plecach i pchnął mnie delikatnie w stronę blondyna. 
- Nie martw się, to spoko gościu - szepnął mi do ucha, a ja uśmiechnęłam się mimowolnie i odetchnęłam głęboko. - Niall Horan Kornelia Madej. Kornelio to Twój szef Niall Horan - przedstawił nas sobie, a my w tym czasie wymieniliśmy uścisk dłoni. Niall uśmiechał się szeroko i puścił mi oczko. 
- Ach! Słyszałem wieeeele dobrego na twój temat od moich klientów! - powiedział z żywą ekscytacją, tak przekonującą, że poczułam zbierającą się we mnie radość. Posłałam mu wdzięczny uśmiech i spojrzałam podejrzliwie na Louis’ego. 
- Od klientów? Czy może jednego konkretnego? - wskazałam na niego, niby to dyskretnie, a Niall wybuchnął serdecznym śmiechem. 
- Tak, muszę przyznać, że był jeden taki, który zachwycał się tobą o wiele częściej i bardziej niż reszta, ale nie był jedynym składającym mi pochwały za dobór wokalistki - odparł blondyn i mrugnął porozumiewawczo do Louis’ego, który przewrócił oczami. 
- Dobra, dobra, dosyć tego plotkowania - powiedział i pociągnął mnie delikatnie. Mimowolnie oparłam się jego ruchom, wywołując skonsternowany wyraz na jego twarzy. 
- A gdzie to się wybieracie? - zapytał Liam z psotnym uśmiechem. Cała czwórka patrzyła teraz na nas wyczekująco. Louis stał chwilę w miejscu, spoglądając to na mnie to na nich, a potem wziął głęboki oddech.
- W samotność! - powiedział, a potem pokazał Liamowi środkowy palec, gdy ten wydał z siebie wymowne „mmmmmmhhmmm”. Parsknęłam śmiechem, kręcąc głową. 
- W jego snach - powiedziałam cicho do reszty, co spotkało się z przeciągłym „Aaałłł” i kilkoma żartami ciśniętymi w stronę Louis’ego, który teraz kręcił głową, rzucając mi karcące spojrzenie, za którym kryła się jednak wesołość. Tylko Zayn stał wyprostowany, uśmiechając się uprzejmie, jakby nie był w stanie dać się ponieść rozluźnionej atmosferze. A potem cała czwórka zniknęła mi z oczu, gdy Louis pociągnął mnie mocno za rękę, wtapiając się w tłum imprezowiczów. 
Podążając za mężczyzną, rozglądałam się na boki w poszukiwaniu Mileny, lecz nie mogłam nigdzie jej dostrzec. Byłam ciekawa gdzie zabrał ją Harry i o czym tak żarliwie dyskutowali, lecz tłum w salonie i mój niski wzrost skutecznie ograniczały mi widoczność na salon. Westchnęłam z rezygnacją i skupiłam się na dotrzymaniu Louis’emu kroku, a ten nie zwalniał, prowadząc mnie na piętro apartamentu. Gdy pokonaliśmy schody, dźwięki imprezy nieco przycichły i prawie zupełnie zniknęły, kiedy Louis zamknął za mną drzwi pokoju, do którego kazał mi wejść. 
Rozejrzałam się po pomieszczeniu zaciekawiona, zdając sobie sprawę, że znaleźliśmy się w sypialni. Po lewej stronie przy ścianie stało duże dwuosobowe łózko, a naprzeciwko niego ściana złożona z samych półek, wypełnionych książkami, pod którą znajdowała się mała kanapa i stolik nocny. Z ogromnego okna, naprzeciwko mnie, rozpościerała się przepiękna panorama miasta, oświetlonego teraz miliardami świateł. Zalety mieszkania na najwyższym piętrze, pomyślałam i odwróciłam się z podejrzliwym uśmiechem na ustach, do stojącego za mną Lou. 
       - Możesz mi powiedzieć co robimy w Twojej sypialni? - zapytałam, zakładając ręce na biodra. Przygryzł wargę, wpatrując się uśmiechnięty w podłogę, a potem spojrzał na mnie z dołu i zbliżył się o krok. - Nie - powiedziałam stanowczo, cofając się o podobną odległość. Czy on tak na poważnie? 
Praktycznie nie znałam tego człowieka. Tak, przychodził przez kilkanaście dni do mojej restauracji i za każdym razem rozmawialiśmy po jej zamknięciu, lecz nigdy nie był to zbyt rozwinięty dialog. Dziś, gdy odebrał mnie z pokoju hotelowego, mieliśmy szansę poznać się nieco lepiej w jego samochodzie i na początku imprezy, gdy jeszcze prawie nikogo nie było. Musiałam przyznać, że rozmowa z nim kleiła się jak marzenie, potrafił mnie rozbawić, lecz wciąż miałam w pamięci wydarzenia z marca, które nie pozwalały mi się w pełni rozluźnić w jego obecności. Tak, jak teraz, gdy zbliżał się do mnie nieustępliwie, sprawiając, że moje nogi uderzyły w końcu w ramę łóżka, kiedy próbowałam zwiększyć, bezskutecznie, dystans między nami. 
- Ups... - powiedział cicho z psotnym uśmiechem i naparł na mnie ponownie. Westchnęłam ciężko i przekręciłam oczami. 
- Dobra, koniec tego dobrego. Byłabym jeszcze w stanie zrozumieć to szczeniackie zachowanie, gdybyś był pod wpływem, ale ty jesteś doskonale trzeźwy, więc przestań - powiedziałam, czując ciepło swojego oddechu odbijające się od jego piersi. Cholera, jest tak blisko... 
- Może jestem pod wpływem... - powiedział tajemniczo, a ja uniosłam brwi 
- Wypiłeś jedną szklankę whisky - rzuciłam mu pełne politowania spojrzenie
- Może jestem pod wpływem twojej urody - jego oczy skanowały dokładnie moją twarz, czekając na reakcję. Parsknęłam śmiechem, żałując, że nie mogę już wyżej unieść brwi. 
- No nie. Serio. Czy ty naprawdę właśnie to powiedziałeś? Serio, Louis? Naprawdę? - chwyciłam się za mostek nosa, próbując stłumić salwy śmiechu, które zaczęły mną targać. W pustym pokoju rozbrzmiało ciche warknięcie
- No i wszystko zepsułaś - usłyszałam jego obrażony ton, więc spojrzałam na niego ponownie. Uśmiechał się porozumiewawczo, starając się jednak zachować urażoną postawę. 
- Och, wybacz! Chciałbyś jeszcze raz spróbować swego, jakże romantycznego, podrywu? - zapytałam z udawaną troską w głosie, ale on machnął na mnie dłonią i odwrócił się do mnie plecami. 
- Teraz to już nie. - skrzyżował ręce na piersi i wzruszył ramionami. Wybuchnęłam głośnym śmiechem, a Louis zawtórował mi po sekundzie, ponownie się odwracając i już po chwili oboje siedzieliśmy na łóżku wycierając łzy, które spłynęły podczas tego ataku wesołości. Wreszcie ucichły ostatnie chichoty, a my spojrzeliśmy na siebie uśmiechnięci. 
- Jesteś w porządku - powiedział, nie spuszczając ze mnie wzroku. Poczułam, jak rumieniec wpływa na moją twarz, więc odwróciłam głowę, udając, że rozglądam się po sypialni. Ty też, chciałam powiedzieć, lecz słowa nie mogły przebrnąć mi przez gardło. Byłam zszokowana jak szybko ten facet potrafił mnie do siebie przekonać. Jego wytrwałość w Irresistible była na swój sposób słodka, choć przez długi czas nie chciałam tego przed sobą przyznać. Ponowne spotkanie pozwoliło mi również przypomnieć sobie, jak dobrze mi się z nim rozmawia.  
- Um... Dzięki? - a nagroda za tworzenie najbardziej niezręcznej sytuacji idzie w ręceeeee??? 
- Proszę - Louis wyszczerzył do mnie zęby, a potem ujął moją dłoń w swoją. Wstrzymałam na chwilę oddech, lecz nie cofnęłam się przed jego dotykiem. Dlaczego? Dlaczego ten gest wydawał się taki... odpowiedni? Przyjrzałam się naszym splecionym palcom; jego, delikatnie muskającym moją skórę, a potem podniosłam wzrok, by napotkać wpatrzone we mnie błękitne oczy. Nie straciły one na swojej wesołości, gdy jedna z dłoni ujęła mój policzek i Louis zaczął przybliżać się do mnie powoli. Serce zabiło mi szybciej i mięśnie jakby nieco zwiotczały, w reakcji na to, co miało właśnie nadejść. Zamknęłam oczy, sama nie wiedząc dlaczego na to pozwalałam, lecz nagle drzwi do sypialni otworzyły się gwałtownie, uderzając z hukiem w ścianę. 
       - Mamy problem - Harry stał w progu, wpatrzony z napięciem w Louis’ego, który oddalił się ode mnie w pośpiechu. 
       - Co jest? - zapytał Tomlinson, lecz ciemne loki zdążyły już zniknąć z naszego pola widzenia i usłyszeliśmy jak Harry zbiega ze schodów. 
       - Niech cię, Styles - warknął Louis i wstał, podając mi dłoń. Przyjęłam gest bez wahania, patrząc z konsternacją w błękitne oczy. 
       - Sprawdźmy co się dzieje, a to - wskazał na łóżko - dokończymy później - mrugnął do mnie wesoło i, nim zdążyłam zareagować, pociągnął mnie gwałtownie za sobą. 
Nic nie wskazywało na kłopoty, bo ludzie w salonie nadal imprezowali w najlepsze, więc odetchnęłam z ulgą. Louis poprowadził mnie do drzwi wyjściowych, za którymi zniknął Harry. Gdy wyszliśmy z apartamentu, zostałam poprowadzona na klatkę schodową. Zbiegliśmy na niższe piętro, na którego korytarzu zobaczyliśmy małe zbiorowisko ludzi, składające się z Nialla, Zayna, Harry’ego, Mileny i osoby, której nie rozpoznawałam - wysokiego blondyna z kolczykiem w wardze. On i Niall wpatrywali się w siebie nienawistnymi spojrzeniami, a napięcie w powietrzu było niemal fizycznie wyczuwalne. 
- Ooosz kurwa... - warknięcie Louis’ego sprawiło, że ponownie zadrżałam ze zdenerwowania. Podeszłam szybkim krokiem do Mileny i szturchnęłam ją delikatnie w ramię. Spojrzała na mnie zdziwiona, a potem pokręciłam głową. 
- Co się dzieje? - zapytałam, wskazując głową na dwóch rozmawiających w ciszy blondynów. 
- Pamiętasz tego gościa, który przeszkodził w mojej kolacji z Harrym? - kiwnęłam głową, a Milena wskazała porozumiewawczo na nieznajomego. 
- Nie... - szepnęłam
- Ta... - odparła i odwróciła się ponownie w stronę rozgrywającej się sceny. 
Nie byłam w stanie dosłyszeć o czym rozmawiali mężczyźni, lecz z każdą chwilą ton ich głosów się podnosił. Zayn, Harry i Louis zbliżali się coraz bardziej do Nialla, niczym jego stróże. 
- Myślę, że już czas byś opuścił ten budynek - słowa Nialla, były pierwszymi, które udało mi się zrozumieć. Nieznajomy zaśmiał się ironicznie i potarł ręką brodę. 
- Opuszczę ten budynek, kiedy skończę swoje sprawy - odpowiedział, patrząc pogardliwie na swojego przeciwnika. Pięść Nialla zacisnęła się mocno i zobaczyłam jak mięśnie jego szczęki zaczynają wykonywać szaleńczy taniec. 
- Spokojnie Horan, jedną sprawę - nieznajomy odchrząknął - z NIĄ przed chwilą skończyłem. Teraz czekam aż się ubierze i zabieram ją na przepyszną... - nie dokończył, bo pięść mojego szefa przerwała wypowiedź, uderzając z impetem w jego twarz. Reakcja była błyskawiczna i nim zdążyłam się obejrzeć, mężczyźni okładali się pięściami, a po chwili do moich uszu dotarł bolesny dźwięk łamanych kości. Krew trysnęła na podłogę dziesiątkami kropel, brudząc drogie dywany, lecz nie wiedziałam kto co złamał, bo żaden z rywali nie zareagował. Harry, Zayn i Louis rzucili się w stronę bijatyki. 
- EJ, EEEJ!!! - głośny kobiecy wrzask sprawił, że cała scena jakby zatrzymała się w czasie, z Niallem ściskającym szczękę nieznajomego i pięścią przygotowaną do ciosu, i nieznajomym z krwią płynącą wartkim nurtem z nosa. Acha.
Spojrzałam w stronę, z której dobiegł ten silny głos. W jednym z progów stała niska, drobna kobieta o długich ciemnych włosach, opadających do pasa. Trzymała ręce na biodrach, wpatrując się z wściekłością w poobijaną dwójkę. 
- Czy was doszczętnie popierdoliło?! - krzyknęła, robiąc krok do przodu. Wydawała się taka krucha w porównaniu do wysokich, walczących facetów, umazanych teraz krwią. A jednak dzięki jej postawie byłam w stanie uwierzyć, że mogła powalić tych dwóch dryblasów jednym pstryknięciem paluszków. Uśmiechnęłam się mimowolnie na ową groteskową scenę. Mężczyźni wyprostowali się powoli i zwrócili ku tej malutkiej kulce potężnej energii. Patrzyła z wściekłością na nieznajomego, lecz gdy jej wzrok przeniósł się na Nialla, złagodniał nieco
- Phoebe - głos mojego szefa załamał się w połowie słowa. Kobieta zrobiła zbolałą minę i kiwnęła głową w jego stronę. 
- Niall... - powiedziała cicho, a potem przeczyściła gardło i na jej twarz ponownie wbiegł wyraz gniewu - Czy moglibyście załatwiać swoje „zawodowe” sprawy gdzieś, gdzie nie ma kilkuset świadków, gotowych w każdej chwili zawiadomić policję? - warknęła, przenosząc ponownie wzrok na nieznajomego. 
- To nie były zawodowe sprawy - odpowiedział jej wściekłym tonem. 
- Cóż, nic mnie nie obchodzi, czego dotyczyły te sprawy, Luke. Mieliśmy wyjść na kolację, a teraz najwyraźniej będę miała randkę w gabinecie lekarza - wskazała na jego nos i pokręciła z dezaprobatą głową. Usłyszałam parsknięcie śmiechu Louis’ego, przez co sama nie mogłam powstrzymać chichotu. 
- Tak, śmej się, Tomlinson... Bo już niedługo nie będziesz miał na to nawet najmniejszej ochoty- złowrogie warknięcie blondyna sprawiło, że wesołość momentalnie mnie opuściła, a Louis rzucił się z wściekłością przed siebie. Tylko szybka reakcja Harry’ego i Zayna, którzy złapali go w połowie drogi, powstrzymała mężczyznę od rozpoczęcia kolejnej bijatyki. 
Wpatrywałam się w szoku w furię, która wyostrzyła teraz jego rysy twarzy. Błękitne oczy pociemniały, a żyła na skroni pulsowała szaleńczo. Złowieszczy śmiech Luke’a poniósł się echem po pustym korytarzu, gdy wytarł usta z spływającej z nosa krwi. Chwyciłam mimowolnie dłoń Mileny, czując jak ciarki przechodzą po moich plecach na ten, chowający w sobie nieznaną mi groźbę, dźwięk. 
Phoebe wpatrywała się jeszcze przez chwilę w mierzących się spojrzeniami mężczyzn, a potem westchnęła ciężko. 
- Dobra, dosyć tego, Luke. Idziemy. - sięgnęła po dłoń blondyna, lecz ten odtrącił ją gwałtownie, z siłą, która prawie przewróciła jej drobną osóbkę. Niall ruszył z miejsca, wyrzucając z siebie salwę przekleństw, lecz został zatrzymany przez uniesioną dłoń dziewczyny. 
- Nie! Koniec! Niall, proszę, wróć do siebie - powiedziała uspokajającym tonem, ponownie chwytając dłoń Luke’a, który tym razem uścisnął ją mocno. Niall skierował palec wskazujący wprost na złamany nos mężczyzny. 
- Dotknij ją, popierdoleńcu... Dotknij ją, a wierz mi, że nie dożyjesz kolejnego poranka - zachrypiał. 
Wiele razy słyszałam podobne groźby idące z ust nabuzowanych testosteronem mężczyzn, lecz ta brzmiała szczególnie przekonująco, wypowiedziana na tle tylu wykonanych gestów, nienawistnych spojrzeń i zdań, nie do końca dla mnie zrozumiałych przez nieznajomość relacji między tymi osobami. 
- Zabawne, że mówisz to akurat ty. Ale spokojnie. W przeciwieństwie do ciebie, JA ją szanuję - Luke pocałował dłoń kobiety i, nim ktokolwiek zdążył zareagować, skierował się do drzwi windy. Dopiero, gdy para za nimi zniknęła, zdałam sobie sprawę, z tego jak bardzo jestem spięta. Milena krzywiła się z bólu, bo ścisnęłam jej dłoń tak mocno, że zostały na niej ślady moich paznokci. Uwolniłam ją szybko, rzucając przyjaciółce przepraszające spojrzenie. 
- W porządku - odpowiedziała, pocierając zaczerwienione miejsce. Wszyscy czterej mężczyźni odwrócili się do nas na dźwięk jej głosu, jakby dopiero teraz zdali sobie sprawę, że wciąż tu byłyśmy. Louis podbiegł do mnie pospiesznie i ujął moją twarz w swoich dłoniach. 
- Wszystko w porządku? - zapytał zmartwiony. Uśmiechnęłam się do niego uspokajająco i odsunęłam nieco, czując zakłopotanie spowodowane tą bliskością. Zamrugał kilka razy zdezorientowany, ale po chwili kiwnął głową i uśmiechnął się blado. 
- Wybaczcie, że musiałyście przyglądać się tej scenie - odezwał się Zayn, jak zwykle uprzejmie i spokojnie. Machnęłam dłonią, na znak, że nic się nie stało. 
- Nie pierwszy i nie ostatni raz, kiedy widzi się dwóch mężczyzn walczących o kobietę. Szczególnie po alkoholu - wzruszyłam ramionami i uśmiechnęłam się współczująco do Nialla. W jego oczach pojawiła się wdzięczność. 
Nagle Harry wypuścił z ust głośno powietrze i zmierzył Milenę i mnie uważnym spojrzeniem. 
      - Myślę, że pora was odwieźć do domu - powiedział cicho. 





--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zauważyłyśmy, że czytelników TTD jest nieco więcej niż zdawałyśmy sobie z tego sprawę, więc zachęcamy serdecznie do komentowania naszej twórczości :) Opinia osób zewnętrznych jest najlepszym motywatorem do dalszej pracy!  :D 

Jeśli czytasz TTD, DZIĘKUJEMY! KOCHAMY! Mamy nadzieję, że nie będziesz zawiedziony :D 

M. xx i A. <3 




*zanucę piosenkę, którą śpiewają żołnierze, maszerujący za naszym oknem

niedziela, 3 sierpnia 2014

17. Easy baby maybe I’m a liar

Milena
     
       Poniedziałek, wtorek, środa, czwartek, piątek, poniedziałek, wtorek, środa, i tak dalej... Dzień po dniu, gdy wracałam z pracy to samo auto przystawało na chwilę obok mnie, a następnie mijało bez jakiegokolwiek wyjaśnienia ze strony kierowcy. Miałam pewne obawy dotyczące tego, kim on był, a historia Kornelii tylko mnie w nich utwierdziła. 
       - To na bank jest Harry! Na bank! - warknęłam, oblizując łyżkę z resztek jogurtu. Kornelia spojrzała na mnie zza swojego kubka z uniesioną brwią i zacmokała kilka razy. 
       - Albo ten twój dziwny szef... - powiedziała cicho, patrząc gdzieś nade mną. 
       - Nie. Widziałam go raz, gdy wyjeżdżał z parkingu firmy, ma Mercedesa - odparłam, wpatrując się tępo w ścianę hotelowego pokoju. „Szefa” widziałam tylko trzy razy w ciągu tych kilku tygodni przepracowanych w „Little Things”. Za każdym razem uśmiechał się do mnie uprzejmie, wypowiadając moje imię jako powitanie i znikając gdzieś ze swoimi sprawami. Mimo że czekałam na to w napięciu, nie usłyszałam nawet słowa o Wielkim Projekcie, o którym opowiadał mi Simon. Może Edward zdołał przekonać Szefa Wszystkich Szefów, bym nie dołączała do ekipy... Taka opcja była najbardziej prawdopodobna i powoli godziłam się z faktem, że projekt jest realizowany beze mnie. 
       - Ach! - wykrzyknęła nagle Kornelia, wyrywając mnie z myśli o pracy i jej tajemnicach. 
       - Hm?
       - Zgodziłam się wreszcie na to spotkanie - powiedziała, patrząc na mnie z obawą, jakbym miała zaraz w nią czymś rzucić. Zbyt zmartwiona swoimi własnymi sprawami, nie byłam w stanie nawet trochę zirytować się jej wypowiedzią.
       Słowo „wreszcie” nie zostało użyte przez moją przyjaciółkę przypadkowo. Od pierwszej feralnej wizyty Louis’ego w restauracji Irrisistable, minęło już kilkanaście dni i każdy z nich kończył się wieczorną historią Kornelii o tym, w którym stoliku siedzi i z kim przychodzi jej „prześladowca”. 
       - Usiadł typowo przede mną... Sam! I gapił się jak taki kretyn, nie zamawiając nawet niczego do jedzenia. Cholera, nie zamówił nawet niczego do picia! Po prostu siedział tam i wpatrywał się we mnie, jak, jak... UGH! - wyrzuciła z siebie któregoś dnia, co wprawiło mnie w niekontrolowany chichot. - A potem, oczywiście, gdy już się pakowałam, zapytał czy się z nim spotkam - było to zdanie, którym kończyła te krótkie relacje praktycznie za każdym razem. Prawdę mówiąc, zdziwiłam się, że dała się namówić dopiero teraz. Jestem pewna, że ja straciłabym cierpliwość o wiele szybciej i zgodziła się na tę kolację dla świętego spokoju. 
Pokiwałam  głową w zrozumieniu. 
       - Więc kiedy się widzicie? - zapytałam, przypatrując się uważnie łyżeczce. 
       - Dzisiaj - odpowiedziała Kornelia i schowała się jeszcze bardziej w swoim fotelu. Zaśmiałam się cicho i postukałam palcem w czoło. 
       - Przecież cię nie pobiję - powiedziałam, ale ona wciąż siedziała skulona, wpatrując się we mnie z obawą. Ooo nie... Poprawiłam się na kanapie, przybierając wygodną ofensywną pozycję. 
       - Co zrobiłaś? - Kornelia zacisnęła powieki i wykrzywiła twarz w zakłopotanym grymasie, ale nie odpowiedziała - CO. ZROBIŁAŚ. - powtórzyłam pytanie, cedząc słowa przez zaciśnięte zęby.
       - Um... Mogłam powiedzieć Louis’emu, że nie pójdę sama? - przymrużyłam złowieszczo oczy - A on mógł odpowiedzieć coś w stylu: „Och! Weź Milenę ze sobą, myślę, że Harry zgodzi się chętnie na podwójną randkę”? - wypuściłam głośno powietrze przez nos. 
       - „Mógł odpowiedzieć coś w tym stylu” czy „TO BYŁY DOKŁADNIE SŁOWA, KTÓRE WYPOWIEDZIAŁ”?! - wykrzyknęłam, wstając z kanapy i zbliżając się niebezpiecznie do Kornelii. Ta, choć wydawało się to niewykonalne, wcisnęła się jeszcze bardziej w oparcie fotela, na którym siedziała. 
       - Dobra, dobra, dobra, ej! Przepraszam! Ale miałam już dość tego, że mnie prześladował! A nie mogłam mu nic powiedzieć, bo jest pieprzonym pupilkiem Menadżera! Nie wiem dlaczego, ale po prostu gość go uwielbia! Proszę, pomóż mi... Nie chcę wychodzić z nim sama! Poza tym, to będzie dobry moment na to, by dowiedzieć się czy to Harry cię obserwuje przy „Little Things” - wyrzuciła z siebie wszystko na jednym wydechu, czerwieniejąc pod koniec. Wzięła głęboki oddech i przymrużyła oczy w oczekiwaniu na moją odpowiedź. Zagryzłam wargę, zastanawiając się co w tej sytuacji zrobić.
       Perspektywa spotkania Harry’ego sprawiła, że moje serce przyspieszyło nieco, a nogi zmiękły. Poczułam nieprzyjemne łaskotanie w żołądku, gdy wyobraziłam sobie nas razem na kolacji. Wbiłam wzrok w niebieskie oczy Kornelii, nie odzywając się jeszcze przez kilka minut. 
       - Proszę? - szepnęła, składając ręce jak do pacierza. Zaklęłam cicho i pokręciłam głową. Miałam wrażenie, że cały stres rozchodził się od mojego serca przez ramiona i nogi po czubki palców. Po chwili stałam cała rozdygotana przed różowogłową sprawczynią zaistniałej sytuacji. 
       - Kiedy się zgodziłaś? - zapytałam, starając się nie podnosić głosu. Kolejne zakłopotane zamknięcie oczu przez Kornelię. Ja chyba śnię... 
       - Przedwczoraj? - zacisnęłam wargi, starając się nie wybuchnąć 
       - I mówisz mi to dopiero dzisiaj? Dzisiaj ma się odbyć to spotkanie - szepnęłam, masując palcami mostek nosa. To był jeden z niewielu momentów, w którym byłam wściekła na przyjaciółkę. Zwykle nasze kłótnie odbywały się pod osłoną żartów i kończyły ogólnym porozumieniem, bez niepotrzebnej złości. Czułam jednak, że to nie była jedna z tych sytuacji. Ponownie zwróciłam wzrok, ku przerażonym jasnym oczom i westchnęłam, opadając ciężko na kanapę. 
       - Przepraszam, ale nie wiedziałam jak, bałam się! - jęknęła, patrząc na mnie błagalnym wzrokiem. Pokręciłam głową, a potem otworzyłam szeroko oczy, gdy usłyszałam ciche potrójne pukanie do drzwi. 
       - Nie - warknęłam, rzucając mordercze spojrzenie w kierunku Kornelii. 
       - Nie, to niemożliwe, jest za wcześnie, przecież jest dopiero coś po szesnastej - powiedziała, starając się przybrać uspokajający ton, chociaż moja wściekłość wciąż sprawiała, że kurczyła się jak zbity pies. 
       - Daje pierdoloną stówę, że to któryś z nich, bo takie mam kurwa szczęście! - wyrzuciłam z siebie, dając ujść w ostrych słowach targającym mną emocjom. Wstałam sztywno z fotela i, cała w nerwach, podeszłam szybkim krokiem do drzwi. Otworzyłam je gwałtownie, pewna, że gdybym była silniejsza, wyrwałabym je z zawiasów. Wypuściłam z płuc powietrze i tylko fakt, że wciąż trzymałam klamkę, ocalił mnie przed żenującym pokazem drżenia moich dłoni. 
       Tak, spodziewałam się jednego z tych mężczyzn, ale miałam cichą nadzieję, że będzie to Louis. Niestety...
       - Piękniejsza niż zapamiętałem - szmaragdowe oczy zabłysły na chwilę wesoło, a potem duża dłoń dotknęła mojej twarzy i pełne różowe usta spotkały się z rumieńcem na moim policzku. Otrząsając się z pierwszego szoku, odepchnęłam mężczyznę delikatnie od siebie i odwróciłam się do Kornelii, patrząc na nią wymownie. 
       - Wisisz mi stówę - warknęłam i ze zdziwieniem zobaczyłam, jak wychyla się po swoją czarną torebkę, z której wyciągnęła różowy portfel. Rzuciła dwa banknoty, które opadły na podłogę w imponującej odległości dziesięciu centymetrów od fotela przyjaciółki. Uniosłam jedną brew, a potem pokręciłam głową i odwróciłam się z powrotem do Harry’ego. 
       - Nie. - powiedziałam tylko i pociągnęłam drzwi, by zatrzasnąć je przed jego nosem, lecz powstrzymał mnie w połowie drogi, uderzając w nie dłonią z hukiem, sprawiającym, że podskoczyłam. Przełknęłam ciężko ślinę, wystraszona.
       - Tak - powiedział złowieszczo i odepchnął mnie delikatnie na bok, torując sobie drogę do salonu. Zamknęłam na chwilę oczy, starając się zebrać resztki pewności siebie, a potem odwróciłam się w jego stronę.  
       - Czy ty jesteś jakiś chory? Nie rozumiesz jak się do ciebie mówi? - krzyknęłam, biegnąć za nim i stając mu na drodze, z założonymi na piersiach rękami. Zaśmiał się cicho i spojrzał na mnie lekceważącym wzrokiem. Miałam ochotę tupać nogami i krzyczeć na niego jak małe dziecko, bo jego upór przyparł mnie do muru. Stałam jednak twardo, czekając na jakąkolwiek reakcję, z tlącą się wciąż malutką nadzieją, że może się podda. Mierzyliśmy się przez dłuższy czas spojrzeniami, aż w końcu westchnął i zwrócił swe oczy ku Kornelii. 
       - Zmiana planów - powiedział do niej, jakby byli najlepszymi kumplami. Moja przyjaciółka zrobiła zdziwioną minę, a potem pokręciła głową, dając Harry’emu znać, że nie ma pojęcia o czym on mówi. 
       - Zabieram tę tutaj oto blond piękność, a Louis wpadnie po Ciebie nieco później. Idziemy na imprezę. - wyjaśnił beznamiętnym głosem, jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie. Parsknęłam szyderczo.
       - Nigdzie mnie nie zabierasz - powiedziałam stanowczo i, dla potwierdzenia moich słów, odwróciłam się do niego plecami i usiadłam na kanapie jak uparte dziecko. Zaśmiał się pod nosem, sięgnął po coś do kieszeni marynarki, a potem zadzwonił prowokująco kluczami. Zobaczyłam na jednym z nich znajome logo. 
       - Myślę, że chcesz ze mną pojechać bardziej niż zdajesz sobie z tego sprawę - powiedział, patrząc na mnie wymownie. Wiedziałam...
       

       Kilkanaście minut później siedziałam już na miejscu pasażera w luksusowym czarnym Maserati, które prześladowało mnie przez tak długi czas. Naburmuszona mina i defensywna pozycja były jedyną formą obrony przed moją bezradnością w zaistniałej sytuacji. Nie czułam żadnych wyrzutów sumienia związanych z zostawieniem Kornelii samej w mieszkaniu, bo wciąż nie wybaczyłam jej zaaranżowania tego niefortunnego spotkania. 
Oparłam głowę na zagłówku fotela i wpatrywałam się ślepo w umykające szybko moim oczom budynki Londynu. 
       - Dokąd jedziemy? - zapytałam zrezygnowanym tonem, zmęczona ciągła walką, która za każdym razem kończyła się porażką. Zaczynałam powoli tracić wiarę, że jakikolwiek sprzeciw idący w stronę tego zarozumiałego dupka mógł spotkać się z jego akceptacją. Harry nie odzywał się jeszcze przez chwilę, patrząc w skupieniu na drogę przed nim, a potem spojrzał na mnie ukradkiem. Jego oczy pełne były nieokreślonych emocji, których nie byłam w stanie rozszyfrować. Zmarszczyłam brwi w zdziwieniu i już miałam się odezwać, gdy mnie wyprzedził. 
       - Do mnie - odpowiedział krótko i powrócił do wpatrywania się w przednią szybę. Zacisnęłam zęby. 
       - Po co? - mój głos załamał się w połowie, zdradzając targającą mną wściekłość. Cichy chichot rozbrzmiał w wygłuszonym wnętrzu pojazdu, a potem poczułam na sobie ponowne krótkie spojrzenie. 
       - Kornelia była bardzo zmartwiona losem twoich ubrań - odpowiedział, a przez jego usta przebiegł psotny uśmiech. Parsknęłam szyderczo. 
       - Już o nich zapomniałam, możemy wrócić do hotelu. 
       - Nie chcesz wyjaśnień? 
       - Możesz wyjaśnić teraz
       - Muszę się skupić na drodze - kolejny uśmiech. Warknęłam zniecierpliwiona i poprawiłam się na fotelu. Cholerny ważniak, myśli, że może sobie na wszystko pozwalać. Myślałam w złości. Nie chciałam siedzieć w tym aucie, nie chciałam jechać do jego domu, nie chciałam widzieć tej jego zarozumiałej twarzyczki.  Muszę zacząć stawiać na swoim. Nie wiedziałam dlaczego, ale przy Harrym stawałam się bezużyteczną kulką emocji, która nie potrafiła podejmować samodzielnych decyzji. A przecież widziałam go dopiero trzeci raz w życiu. Mam nadzieję, że trzeci i ostatni...

       Reszta drogi upłynęła w niezręcznej ciszy, która dla mnie wydawała się być błogosławieństwem. Gdy Maserati stanęło na podjeździe znanej mi już posiadłości, bez zastanowienia odpięłam pas i wyszłam z samochodu, kierując się do ogromnych drzwi wejściowych, nie patrząc nawet na Harry’ego. Oparłam się o drewno, obserwując jak mężczyzna zamyka auto i powolnym, leniwym krokiem idzie wzdłuż podjazdu. Jego twarz była niczym maska, pozbawiona jakiejkolwiek ekspresji. Patrzył w ziemię pod swoimi stopami do momentu, w którym nie dotarł do wejścia. Wyjął z kieszeni klucze, otworzył drewniane drzwi i wpuścił mnie pierwszą do środka, gdzie spotkałam się ze znajomym widokiem ogromnego holu z pięknym fortepianem. Wciąż byłam pod wrażeniem rozmiarów posiadłości, lecz tym razem postanowiłam zachować to dla siebie. Spojrzałam przez ramię na Harry’ego, który właśnie przekręcał klucz w zamku. 
       - Gdzie? - zapytałam, wskazując głową hol. 
       - Na górę - odpowiedział, więc bez zbędnych słów ruszyłam w stronę schodów. Nie miałam zamiaru się z nim sprzeczać, chciałam po prostu mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. 
       - Na prawo - usłyszałam za sobą zachrypnięty głos, więc obrałam wyznaczoną trasę i weszłam w korytarz po prawej stronie szczytu schodów. Znalazłam się w dużym jasnym salonie, którego jedna ściana była cała oszklona, a za nią znajdował się duży balkon. Zza niego widać było piękną panoramę Londynu. Westchnęłam mimowolnie, a potem otrząsnęłam się szybko, zanim Harry wkroczył do salonu. 
       Zauważyłam, że na szklanym dużym stole, umiejscowionym na środku pomieszczenia, rozstawiona była zastawa do kawy i kilka słodkości ułożonych na piętrowym talerzu. Wszystko wyglądało elegancko i smakowicie. Spojrzałam na stojącego za mną mężczyznę, z pytaniem wypisanym na twarzy, a on tylko skinął głową i odsunął dla mnie krzesło. Usiadłam bez słowa, a on zajął miejsce obok. 
       - Kawy? - zapytał, z szyderczym uśmiechem, łapiąc za porcelanowy czajniczek, stojący nad podgrzewaczem. Zmierzyłam go morderczym spojrzeniem. 
       - Nie, dziękuję - wycedziłam, zakładając nogę na nogę. Zauważyłam, że przesunął szybko wzrok po mojej nagiej skórze. 
       - Hm. Czeka cię długa noc, może jednak zmienisz zdanie? - powiedział, nalewając brązowego płynu do swojej filiżanki. Widząc moje zdziwione spojrzenie, wyjaśnił - Impreza? Ta, na którą Lou zabiera Kornelię? Też tam idziemy - przewróciłam oczami.
       - Kiedy ostatnio jeszcze sprawdzałam, to w moim posiadaniu była wolna wola, która pozawalała mi na odmowę udziału w takich zdarzeniach. Myślę, że z niej skorzystam - warknęłam, wpatrując się w różowiejące za oknem niebo. 
       - Pogniewałbym się, jeśli zostawiłabyś mnie tam samego - choć jego wypowiedź miała infantylny wydźwięk, wyczułam w niej nutkę groźby. Zielone oczy pociemniały, wpatrzone we mnie z uwagą. Kim do cholery jest ten człowiek?! Zadrżałam nieco, ale postanowiłam nie dawać się sprowokować. 
       - Myślę, że przeżyjesz - uśmiechnęłam się do niego sztucznie, po czym moja twarz znów przybrała złowieszczego wyrazu. Siedzieliśmy chwilę w pełnej napięcia ciszy, w której czułam jak szmaragdowe oczy skanowały całą moją osobę. Wreszcie postanowiłam wyjść im na spotkanie i zadrżałam, gdy tylko znalazły się w polu mojego widzenia. Uważne, ciemne... Miałam wrażenie, że próbował wyczytać ze mnie każdą myśl i emocję. 
       - Myślę, że pójdziesz ze mną - powiedział groźnie, nie zmieniając w ogóle wyrazu twarzy. Tylko jego brwi opadły nieco niżej, jakby zastanawiał się czy skutecznie wpłynął na zmianę mojej decyzji. Moje serce zabiło mocniej i zaczęłam wykręcać palce, w zdenerwowaniu, starając się znaleźć jak najlepsze wyjście z tej sytuacji. Nie wiedziałam do czego mógł być zdolny ten nieznajomy, ale moje ostatnie związane z nim doświadczenia nie należały do najbardziej pozytywnych. Wolałam nie prowokować jakichś niebezpiecznych reakcji. Zagryzłam wargę, czując jak dłonie zalewa mi pot.
       Harry nie spuszczał ze mnie wzroku, zapewne wciąż czekając na odpowiedź. Odpowiedź, której nie mogłam odnaleźć, targana sprzecznymi myślami. Czułam się osaczona. Czułam, że znajdowałam się w sytuacji, która nie była w stu procentach bezpieczna. Chciałam jak najszybciej się stąd wydostać, ale wolałam też nie denerwować Harry’ego. Nagle podskoczyłam nerwowo, gdy mężczyzna odsunął z głośnym szurnięciem swoje krzesło i oparł dłonie na blacie stołu. Zdziwiona spostrzegłam, że jego wyraz twarzy złagodniał, a on sam otrząsnął się delikatnie, jakby zdał sobie z czegoś sprawę. Zastukał kilka razy palcami o szkło, zastanawiając się nad czymś gorączkowo, po czym wziął głęboki oddech. 
       - A co, jeśli udzielę odpowiedzi na wszystkie, frustrujące cię pytania? - odezwał się, a ja miałam wrażenie, że próbował się uśmiechnąć, chociaż wyszedł z tego jakiś dziwny, krzywy grymas. Zmarszczyłam brwi, zastanawiając się o co mu chodzi.
       - Wiem, że masz wiele pytań, dotyczących naszego ostatniego spotkania. Mogę odpowiedzieć na nie w zamian za Twoją obecność na imprezie Lou - wyjaśnił i odchylił się niedbale na swoim krześle. 
Miałam wrażenie, że kierują nim dwie oddzielone od siebie osoby, walczące o dominację nad jego zachowaniem. Ta miła, która nie chciała mnie znów przestraszyć i ta arogancka, która miała w nosie to, co czułam. Perspektywa odpowiedzi na dręczące mnie od kilku tygodni pytania była jednak zbyt kusząca, więc pokiwałam tylko głową. 
       - Czym się zajmujesz? - to nurtowało mnie najbardziej. Ten człowiek nie mógł być starszy ode mnie, a już dorobił się ogromnego majątku. 
       - Studiuję - odpowiedział bez wahania z psotnym uśmieszkiem na ustach. Parsknęłam i wskazałam dłonią salon. 
       - Więc to wszystko zostało kupione za pieniążki rodziców? - zapytałam sarkastycznie i od razu tego pożałowałam, bo ponownie przybrał groźnego wyrazu.
       - Nie. - warknął, patrząc mi prosto w oczy. Zamrugałam szybko i odwróciłam wzrok. Przeczyściłam gardło, chcąc zadać kolejne pytanie. - Jestem właścicielem firmy prawniczej - powiedział, zanim zdążyłam wydusić z siebie słowo. Uniosłam wysoko brwi w niedowierzaniu. 
       - To niemożliwe, ile tym masz lat?! 
       - Dwadzieścia trzy
       - Więc jakim cudem posiadasz firmę prawniczą, skoro nawet nie skończyłeś jeszcze studiów?! - prawie krzyczałam, co spotkało się z jego rozbawieniem, a ja odetchnęłam z ulgą. Pokręcił głową, patrząc w podłogę z szerokim uśmiechem, a potem upił nieco kawy. Czekałam aż znów będzie mógł mówić, lecz on nie kwapił się do prędkiej odpowiedzi. Zastukałam więc niecierpliwie palcami. Spojrzał na mnie z dołu w półuśmiechu, wywołując dziwne ukłucie w moim żołądku
       - Mam swoje sposoby - powiedział tajemniczo. Westchnęłam głośno i uniosłam brwi. 
       - Miałeś odpowiedzieć na wszystkie moje pytania - rzekłam, patrząc na niego z wyrazem satysfakcji, wypisanym na każdym centymetrze mojej twarzy. Właśnie wygrałam jego własną grę i nie będę musiała iść na tę głupią imprezę.
       - Nie uważasz, że tajemnica zawodowa powinna objąć także takie infantylne zabawy? - odparł, jakby czytając mi w myślach. Zagryzłam wargę. Miał rację, ale nie chciałam tego przyznać. Moje milczenie były jednak dla niego jednoznaczne, bo pokiwał głową w zrozumieniu i zachęcił mnie do zadania kolejnego pytania. 
       - Czy ten gościu, który zatrzymał nas przy windzie miał przy sobie broń? 
       - Tak 
Zawahałam się przez chwilę, a potem z szybko bijącym sercem zadałam kolejne pytanie. 
       - Czy ty też posiadasz broń? - wpatrywał się we mnie z uwagą, a ja dałabym miliard funtów za to, by dowiedzieć się o czym rozmyślał. 
       - Tak. 
Cisza. Długie palce kreśliły bezdźwięcznie okręgi na szklanym stole, a ja wpatrywałam się w nie jak zahipnotyzowana. Czułam strach ogarniający całe moje ciało, lecz jakaś część mnie podpowiadała, że był on irracjonalny i nieuzasadniony. Co z tego, że miał broń? Wielu ludzi ją ma. 
A co jeśli ma ją tutaj, przy sobie? Teraz? 
Och jej, przecież cię nie zastrzeli tu przy stole! 
Bitwa myśli, która rozgrywała się w mojej głowie została przerwana przez cichy głos Harry’ego. 
       - Nie masz więcej pytań?
       - Po co? - wydarło się z moich ust, nim zdążyłam ugryźć się w język. 
       - Co „po co”? 
       - Po co ci broń?
       - Do samoobrony.
       - Przecież masz firmę prawniczą!
       - Co nie chroni mnie od takich typków, jak Ashton Irwin, którego widziałaś w Hiltonie. - ton, z jakim wypowiedział te słowa zdecydowanie zakończył naszą krótką dyskusję, pozostawiając mnie z jeszcze większą ilością pytań w głowie niż na początku. Wbiłam w ścianę tępy wzrok, starając się poukładać nowo zdobyte informacje w głowie, lecz, co chwilę, jakieś niedopowiedzenie nie pozwalało mi na idealne dopasowanie do siebie faktów. 
       Harry siedział bez ruchu, znosząc przez chwilę tę ciszę, a następnie spojrzał ostentacyjnie na zegarek i klasnął lekko w dłonie. 
       - Myślę, że już czas byśmy zaczęli zbierać się na imprezę - oznajmił i wstał, chwytając w dwa palce kawałek czekoladowego ciasta i pochłaniając go za jednym zamachem. Wciąż nieco przytępiona, przeniosłam powoli wzrok ze ściany na jego wypełnione jedzeniem policzki. 
       - Ale... Ja mam jeszcze kilka pytań... - powiedziałam cicho 
       - Zadasz mi je innym razem, obiecuję, że odpowiem, a teraz chodź - odparł i bez uprzedzenia pociągnął mnie za ramię, zmuszając do wstania. Nie rozumiałam tego człowieka. Nie rozumiałam niczego, co się wokół niego działo. Jego sposobu na życie, jego zmiennego charakteru i tego, że ma niebezpiecznych wrogów, choć, oceniając fakty, nie powinien ich mieć.
       Mój mózg walczył z przeładowaniem myślami, więc szłam za mężczyzną do samochodu niczym pozbawiona własnej woli marionetka. Dopiero przy Maserati zdałam sobie sprawę, że dłoń Harry’ego wciąż spoczywała na moim nadgarstku. Pomasowałam to miejsce, gdy wpuścił mnie już do samochodu, a potem potrząsnęłam głową, karcąc się za tę dziwną chwilę nieuwagi. 

***

       Okazało się, że owa „impreza” odbywała się w mieszkaniu Louis’ego. Hm... Apartamencie Louis’ego, który znajdował się na najwyższym poziomie luksusowego wieżowca i zajmował całe piętro. Harry otworzył drzwi wejściowe i wskazał gestem bym weszła do środka, więc minęłam go w progu i rozejrzałam się po korytarzu. Krótki hol nie wyróżniał się niczym specjalnym. Drewniana podłoga lśniła przy świetle energooszczędnych żarówek, a pod ścianą stała tylko jedna niska komoda, nad którą wisiało długie lustro. Po jego obu stronach do ściany przywiercone zostały wieszaki.  Harry, po odebraniu ode mnie płaszcza, powiesił go na jednym z nich i wskazał ręką drzwi, zza których dobywała się muzyka, więc ruszyłam w ich kierunku, nie patrząc czy mężczyzna idzie za mną. Cieszyłam się, że ta niezręczna cisza zostanie za chwilę przerwana, gdy tylko zobaczę przyjaciółkę.
       Popchnęłam ciężkie drewno, a moim oczom ukazał się ogromny salon, z pięknym widokiem na taras, na którym znajdował się przeszklony basen, oświetlony teraz nastrojowymi światłami. W pomieszczeniu znajdowało się kilkadziesiąt osób, ze szklankami i kieliszkami w rękach, zajętych rozmową lub tańcem. Odruchowo rozejrzałam się w poszukiwaniu różowych włosów, których posiadaczka miała uwolnić mnie od tej nieznośnej „randki”. Przeskanowałam wzrokiem salon, zdając sobie sprawę, że każda z dziewczyn jest ubrana w drogie markowe ciuchy, a większość z nich była po prostu piękna. Świetnie, kolejny powód by czuć się tutaj nieswojo. Sama miałam na sobie zwykłe jeansy i luźny sweterek, w którym zastał mnie Harry, wparowując do naszego pokoju hotelowego.
Stałam tak przez chwilę, obserwując otoczenie, gdy nagle zadrżałam, gdy poczułam jak Harry dotyka moich pleców i pochyla się do mnie, by coś powiedzieć.
       - Milena! - usłyszałam wesoły wrzask, na którego dźwięk wypuściłam głośno powietrze z ust. Spojrzałam w kierunku, z którego dochodził. Kornelia biegła ku mnie, a jej rozpuszczone włosy falowały za nią niczym landrynkowa peleryna. Z ulgą spostrzegłam, że ona również nie ubrała się zbyt elegancko, narzucając na siebie luźny czarny t-shirt, jeansową kamizelkę z ćwiekami na ramionach i pastelowo-różowe krótkie spodenki z metalowymi wstawkami. Nie założyła nawet wysokich obcasów. Na jej stopach znajdowały się czarne matowe martensy z różowymi podeszwami. Ponownie odetchnęłam głośno i wyszłam przyjaciółce naprzeciw. 
       - O boże, jak się cieszę, że mnie znalazłaś - szepnęłam jej do ucha, gdy tylko do mnie dobiegła. 
       - Tak źle? - zapytała zdziwiona i spojrzała ponad moim ramieniem na Harry’ego. Przywitała go skinieniem głowy i pomachała ręką, niczym podekscytowana pięciolatka. Uśmiech nie schodził jej z twarzy. 
       - Nie było tragicznie, ale nie mam ochoty tego powtarzać - mruknęłam, poirytowana tym, że była w tak wyśmienitym nastroju, kiedy ja starałam się za wszelką cenę ukryć negatywną energię, która mną targała. Wciąż byłam na nią trochę zła. 
       - Nie przejmuj się! Wypijesz i od razu zrobi się fajniej! Chodź, musisz kogoś poznać - Kornelia pociągnęła mnie za rękę w głąb tłumu, a ja zdążyłam tylko rzucić Harry’emu spojrzenie typu: „nic na to nie poradzę, muszę z nią iść”. Zielone oczy wwierciły się w moją dusze zanim skinął nieznacznie głową i ruszył w przeciwnym kierunku. Musiałam stłumić dreszcz, który przebiegł po moich plecach, by skupić się na drodze, gdy Kornelia manewrowała w tłumie, szukając swojego celu i co chwilę zmieniając kierunek. Dreptałam więc za nią bez protestów, ciesząc się, że mogłam oddalić się na chwilę od mojego towarzysza. Już po chwili zauważyłam, że prowadzi nas w stronę Louis’ego, który rozmawiał z krzepkim przystojnym chłopakiem. Nieznajomy wyglądał bardzo luzacko, w tematycznym t-shircie i jeansach z dziurami. Jego krótka fryzura była jenak perfekcyjnie ułożona, a dwudniowy zarost przycięty równiutko. Przy jego boku stała dziewczyna, mniej więcej mojego wzrostu, po której ramionach kaskadami spływała burza gęstych blond loczków. Na jej nosie spoczęły okulary bez oprawek, a strój, który miała na sobie wyjątkowo nie krzyczał na odległość „patrzcie jaka jestem bogata i pełna klasy”. Na jej ramionach zawisł duży, czarny bezrękawnik z logiem Jacka Danielsa, a szczupłe długie nogi zdobiły ciemne legginsy, usypane białymi krzyżykami. Na stopach spoczywały najzwyklejsze biało czarne trampki. 
        Uśmiechnęłam się szeroko, gdy Kornelia zatrzymała się właśnie przed tą dziewczyną, a ona od razu odpowiedziała podobnym gestem. Jak tylko wkroczyłyśmy, w to małe towarzystwo Louis i jego towarzysz przerwali rozmowę i spojrzeli na nas z zaciekawieniem, widocznym szczególnie w oczach nieznajomego. Zauważyłam, że wzrok Louis’ego przebiegł od czubka głowy mojej przyjaciółki po jej stopy i z powrotem, a głód jaki się w nim pojawił, był tak widoczny, że mimowolnie przekręciłam oczami. 
       - Milena, to jest Liam, o którym ci opowiadałam - odezwała się Kornelia wskazując na nieznajomego, a ten uśmiechnął się uprzejmie i skinął głową, przedstawiając mi się. Nie mogłam nie odpowiedzieć tym samym gestem, ponieważ od mężczyzny aż biła pozytywna energia. - A to jest jego dziewczyna, Caroline - dodała przyjaciółka i wskazała na tę sympatycznie wyglądającą kobietę. Energicznie, z wesołymi iskierkami w oczach, podała mi rękę. 
       - W zasadzie to Karolina... - powiedziała po polsku z ostrym angielskim akcentem. Otworzyłam szeroko oczy i uścisnęłam jej dłoń. Natychmiast spostrzegła moje zdziwienie, więc wyjaśniła. - Urodziłam się w Polsce, ale odkąd skończyłam 10 lat mieszkam tutaj. 
       - Och, zazdroszczę - powiedziałam ze śmiechem. Nagle jednak zamilkłam jednej sekundzie, gdy spośród dziesiątek twarzy wyłowiłam jedną, zbyt mi znajomą. Rozejrzałam się po salonie w poszukiwaniu Harry’ego i prawie podskoczyłam, gdy okazało się, że stał zaraz za mną. Osoba o znajomej twarzy też go spostrzegła i ruszyła w naszym kierunku, co wprawiło moje ciało w nerwowe drżenie. Gdy mężczyzna stanął już przed nami, uścisnął sobie dłonie z Harrym i zwrócił swe oczy ku mnie. 
       - Milena! Miło cię widzieć - powiedział, jak zwykle uprzejmym tonem, a ja zacisnęłam tylko zęby. 
       - Mniemam, że znasz już Zayna Malika? - zapytał Harry, choć przeczuwałam, że doskonale znał odpowiedź. Odwróciłam się gwałtownie, stając z nim twarzą w twarz i wbiłam palec w środek jego klatki piersiowej. 
       - Możesz mi powiedzieć co mój SZEF robi na imprezie TWOJEGO najlepszego kumpla? - warknęłam, czując jak wściekłość wzbiera we mnie niebezpiecznie. Tego było już za wiele!