Potrzebny Edit: Uwaga! Rozdział może być nieodpowiedni dla wrażliwych osób!
Eee... no to.. Miłego (...?) czytania! :D
Kochamy!
A. <3 & M. xx
Odrobina szaleńtwa
Kornelia
Zostałam wepchnięta do pokoju hotelowego z taką siłą, że zatrzymałam się dopiero na dwuosobowym łóżku, w które uderzyłam kolanami. Łzy nieprzerwanie znaczyły szlaki na moich policzkach, skutecznie pozbawiając ich lekkiego makijażu. Głośny trzask zamykanych drzwi sprawił, że zgarbiłam się ze szlochem.
- “Nie, Louis, nie”, “nie zabijaj Caluma”, “nie zabijaj MOJEGO UKOCHANEGO”! - gardło Louis’ego miało na następny dzień boleśnie poczuć konsekwencje jego wrzasków. Zacisnęłam dłoń na swoim ramieniu, spuszczając głowę, bo bałam się spojrzeć w, opanowane furią, oczy.
- To nie tak… - szepnęłam i skuliłam się, gdy nocna lampka roztrzaskała się na ścianie, zasypując podłogę ostrymi odłamkami. Louis oddychał szybko i rozglądał się po pokoju, jakby szukał kolejnej rzeczy, na której mógłby się wyżyć.
- Nie chodziło o Cal…
- Nie pierdol, Kornelia! Nie wciskaj mi kłamstw, nie jestem głupi! - krzyczał głośno, powodując, że czułam się jeszcze mniejsza niż byłam. Płakałam cichutko, próbując zdobyć się na odwagę i przebić głosem Louis’ego, ale zdawało się to nie możliwe. Byłam pewna, że Phoebe i Niall słyszeli nas doskonale (a raczej Louis’ego), mimo że ich sypialnia znajdywała się trzy pokoje dalej.
- A teraz twój zdradziecki kochanek porwał Hazzę i Milenę. Kto wie co będą im robić, czy ich nie zabiją! TWOJĄ PRZYJACIÓŁKĘ, KORNELIA. - objęłam się ramionami, choć w pokoju było ciepło, zbyt ciepło.
- Wiem… - moje usta uformowały to słowo, lecz z gardła nie wydobył się żaden dźwięk
- Co? - ostry ton Louis’ego wycinał długie szramy w moim sercu. Nie patrzyłam na niego, bo nie mogłam sobie wybaczyć tchórzostwa, jakim popisałam się kilkadziesiąt minut temu.
- Wiem. - powtórzyłam nieco głośniej i przeczyściłam gardło. Louis zaklął, a w pokoju ponownie rozległ się huk tłuczonego szkła. Podniosłam nieznacznie wzrok, by zobaczyć co tym razem padło ofiarą wściekłości mojego chłopaka. Na szczęście były to tylko puste lampki i butelka po szampanie, jakim raczyliśmy się poprzedniego dnia.
Nagle Louis podszedł do mnie szybkim krokiem, a ja pisnęłam mimowolnie i cofnęłam się gwałtownie, ponownie uderzając nogami w ramę łóżka.
- Gdybym wiedział, że przez ciebie wszystko pójdzie się jebać… - pochylił się groźnie nade mną i wyszeptał te słowa do ucha.
- Przepraszam… Ale nie uważam, żeby to była moja wina - zrobiłam to. Postawiłam mu się. Wiedziałam, że byliśmy w beznadziejnej sytuacji, że musieliśmy jak najszybciej ratować Milenę i Harry’ego, przewieźć ciało Zayna do Anglii, ale nie mogłam pozwolić, by Louis tak bezkarnie się na mnie wyżywał.
- Co? - był zdziwiony. Nie spodziewał się odważnej odpowiedzi. Wyprostował się, oddając mi nieco przestrzeni osobistej i patrzył na mnie z góry nienawistnym spojrzeniem, od którego miałam ochotę skoczyć z okna. Tak wiele rzeczy rozumiał opacznie. Tak wiele domysłów, którymi zaprzątał sobie głowę było nieprawdziwych.
Wzięłam kilka głębszych oddechów i spojrzałam na niego przez łzy
- To nie moja wina, że akcja nie wypaliła. - powiedziałam zachrypniętym głosem
- Gdybyś mnie nie powstrzymała…
- Michael zabiłby Milenę.
- GÓWNO PRAWDA! Chodziło ci tylko o tego skurwiela! - zaciskał pięści, które drżały przeraźliwie. Nie dałam się strachowi. Musiałam przywrócić Louis’emu zdrowy rozsądek
- Gdybyś zabił Caluma Michael nie miałby już nic do stracenia. Wiedziałby, że tak czy tak umrze…
- Cudownie to sobie usprawiedliwiasz. Pięknie - Louis zaśmiał się w najbardziej przerażający sposób, po czym chwycił mnie za ramię i ponownie się pochylił, zatrzymując milimetry od mojej twarzy.
- Powiedz mi, “KOCIE”… Gdybym go zabił dalej byś ze mną była? - szaleństwo w jego oczach napawało mnie strachem. Opanowany furią i żalem zupełnie stracił kontrolę - A może dołączyłabyś do Michaela i wpakowała mi kulkę w plecy, gdy nikt by nie patrzył…
- Co? Louis, posłuchaj siebie. - próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale był zbyt silny.
- A może oni tak łatwo poradzili sobie z sytuacją, bo za bardzo spoufalałaś się z Calumkiem, hm? Kto wie jak blisko jesteście… - jego źrenice były tak rozszerzone, że niemal zasłaniały cały błękit tęczówek, który tak uwielbiałam.
- Proszę cię - błagałam, ponownie zalewając się łzami. Był niewzruszony
- Powiedz. Ile razy w tobie był, hm?
- Co…
- Ile razy wciągał cię do łóżka i pieprzył, jak najłatwiejszą dziw… - zamilkł, gdy, z głośnym plaskiem uderzyłam go płaską dłonią w policzek. Zapiekło, ale to zignorowałam, strzepując tylko rękę. Skóra na twarzy Louis’ego zaczęła coraz bardziej się rumienić, a rozmiar zaczerwienienia odpowiadał mojej dłoni. Zamrugał szybko, patrząc na mnie w szoku, ale jego widok zasłoniła mi kolejna porcja łez. Moje ramię zostało uwolnione, lecz mimo to nie odsunęłam się. Staliśmy tak przez chwilę wpatrując się w siebie i oddychając ciężko, aż nie przerwało nam pukanie do drzwi.
- Wszystko w porządku? Sąsiedzi słyszeli krzyki! - przytłumiony głos z mocnym szwedzkim akcentem rozwiał otaczającą nas ciszę. Kręcąc głową z zaciśniętymi powiekami, nieco zbyt brutalnie, odepchnęłam Louis’ego od siebie i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, moim oczom ukazała się niska przysadzista kobieta o blond włosach, której twarz wyrażała ogromne zmartwienie.
- Tak. Znaleźliśmy mysz i trochę przesadziliśmy z reakcją - skłamałam, a pokojówka nawet nie udawała, że mi uwierzyła. Skanowała z uwagą moją zapłakaną twarz, po czym zerknęła do wnętrza pokoju zatrzymując wzrok na rozbitych odłamkach, leżących na ziemi, a następnie Louis’m.
- Na pewno? - zapytała, sięgając po moją dłoń. Uśmiechała się dobrodusznie, więc to odwzajemniłam
- Tak. Nie ma się czym martwić. Przepraszamy, że narobiliśmy hałasu. - zapewniłam i, nim kobieta zdążyła coś jeszcze dodać, zamknęłam drzwi. Nie odwróciłam się od razu do wnętrza pokoju. Spuściłam głowę oparłam rękę o drzwi, drugą ściskając swój brzuch.
- Przepraszam… - gdybym oddychała nieco głośniej, nie usłyszałabym słów Lou. Ciche, pełne poczucia winy przeprosiny.
- Nie spałam z Calumem - powiedziałam, wciąż pozostając w tej samej pozycji. - Sprzeciwiłam się temu, żebyś go zabił ze względu na bezpieczeństwo Mileny. Caluma miało tam nie być. Mówił, że Michael wywalił go z grupy. Calum jest pieprzonym kłamcą i nic nie miałabym przeciwko jego śmierci. - wyjaśniłam i zamilkłam, czekając na reakcję Louis’ego. Ze zdziwieniem przywitałam ciszę. Spojrzałam przez ramię i zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam, że stał wciąż w tym samym miejscu, w którym przed chwilą wymierzyłam mu policzek. Odwróciłam się przodem do niego, prostując plecy.
- Może dla ciebie życie Mileny niewiele znaczy, ale dla mnie jest ona równie ważna jak ty. Może pokonalibyśmy Michaela, może wreszcie byłby spokój, ale za jaką cenę? Już i tak straciliśmy dwóch ludzi. Cholera, ten gnojek bez wahania zabił Zayna. Wbił w jego serce nóż, jakby był zwykłą kukłą. - ścisnęło mnie w gardle, ale zdołałam kontynuować swój monolog - Nazywaj mnie jak chcesz. Dziwka, suka, kurwa, co ci się żywnie podoba. Ale jestem pewna, że skoro Michael nie zabił Mileny teraz to nie zrobi tego później. Poza tym dał nam czas na przemyślenie sytuacji, na odbicie tej dwójki. Gdybyś zabił Caluma Milena już by nie żyła. Kto wie, może Harry też leżałby martwy. Jeśli przez to mam być oskarżana o zdradę, o kłamanie w żywe oczy niech i tak będzie. Zrobiłam jedyną słuszną rzecz. Milena wydała na siebie wyrok, gdy postanowiła działać sama. Ja tylko pomogłam go złagodzić. - oparłam się plecami o drzwi, przecierając dłońmi twarz. Louis odwrócił się wreszcie, ukazując wciąż czerwony policzek. Na powrót przybrał łagodnego wyrazu, a błękit skierowany w moją stronę błyszczał od łez. Louis, jakby nieświadomie, zrobił krok do przodu, potem następny, aż wreszcie znalazł się centymetry ode mnie i wziął mnie w swoje objęcia, przyciskając mocno do siebie. Zaciskając szczękę odwzajemniłam gest, oplatając go ramionami wokół talii. Usłyszałam jak pociąga nosem i zatopiłam twarz w jego czarnej koszulce. Wziąwszy głęboki oddech, przycisnął usta do czubka mojej głowy.
- Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam… - szeptał, a ja mogłam tylko przytaknąć, płacząc w jego ubranie.
Nie mogło pójść gorzej. Chociaż pozbyliśmy się Hemmingsa i porządnie uszkodziliśmy Irwina, nie mogło się to równać skali strat, jakie ponieśliśmy. Zayna nie było już z nami, Harry i Milena zostali porwani, możliwe, że również mieli zostać zabici… Nie mogło pójść gorzej…
Milena
Nie wiedziałam ile czasu minęło, ile dni, godzin i minut… Dzień za dniem upływały tak samo. Zamknięta w jednym pokoju z marnym jedzeniem i ewentualnym wyjściem do toalety, związywana pod wieczór przez nieznanego mi chłopaka byłam prowadzona do najgorszego pomieszczenia, w jakim było dane mi przebywać.
Było piękne. Białe ściany, futurystyczne meble, wielki plazmowy telewizor, wiszący za mną i metalowe krzesło, stojące naprzeciw mojego. A na krześle Harry. Jego, związane z tyłu nadgarstki krwawiły od zbyt ciasnego splotu, z ust sączyła się krew, nawet jego oczy zdawały się ronić krwawe łzy, choć wiedziałam, że to konsekwencja pękniętych łuków brwiowych. Fiolet wokół oczu zdawał się nie goić. Nic dziwnego, nie miał kiedy. Wzdłuż mostka jego nosa raziła ciemna, niemal czarna, szrama. To od uderzenia, które złamało kość. Zapadnięte policzki nadawały mu trupiego wyglądu. Wciąż miał na sobie te same rzeczy, które założył w tamtym okropnym dniu. Brudne od krwi i piachu piwnicy, w której kazali mu spać, nawet z tej odległości trąciły ohydnym zapachem. Rozciętą koszula ukazywała wystające żebra. Choć nie mogły minąć więcej niż dwa tygodnie, Harry wydawał się chudy. Za chudy. Jakby zupełnie odstawili mu jedzenie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam traktowana jak królowa.
Tego dnia nie spojrzał na mnie, gdy zostałam przywiązana do takiego samego krzesła co on. Zwiesił głowę, a jego zbyt długie włosy zasłoniły poobijaną twarz. Oddychał, ale płytko, cicho, jakby jego płuca również się poddały. Nie odezwałam się. Wiedziałam, że każdy mój protest to kolejna rana na jego ciele. Siedziałam więc i patrzyłam, jak młody chłopak, który mnie tutaj przyprowadził, wylewa na niego wiadro lodowatej wody. Harry nawet nie drgnął.
***
- Ty skurwielu, puszczaj mnie! - krzyczałam do Clifforda, gdy wepchnął mnie do jasnej sypialni. Rzuciłam się na niego, lecz nadal osłabiona po postrzale, nie byłam w stanie nawet go ruszyć.
- Cicho bądź, panienko i daj się zająć Kaiowi - Michael wskazał ręką na stojącego za nim, niezwykle wysokiego bruneta w okrągłych okularach. Miał na sobie czarny garnitur, a w ręce trzymał apteczkę.
- Mam w dupie twojego lokaja, wypuść mnie stąd! Gdzie jest Harry?! - wrzeszczałam, szarpiąc się w jego ramionach. Nawet nie wiedziałam kiedy, przełożył mnie przez swoje ramię tak, jak zrobił to w budynku, z którego właśnie wróciliśmy, i położył delikatnie na łóżku.
- Chcemy cię żywą i zdrową - powiedział łagodnie, na co kopnęłam go w kolano. Szkoda, celowałam wyżej. Michael syknął cicho i pokręcił głową z dezaprobatą, po czym odwrócił się do Kaia.
- Opatrz ją - rzucił tylko i zatrzasnął za sobą drzwi.
Walczyłam. Choć wiedziałam, że moja rana powinna zostać zdezynfekowana i opatrzona, walczyłam. Niestety osłabiona, wreszcie dałam za wygraną, pozwalając sobie zmienić bandaż.
Dzień pierwszy minął spokojnie. Krążyłam po ładnie wystrojonym pokoju, szukając z niego wyjścia, myśląc gdzie mógł znajdować się Harry. Drugi dzień był podobny, z tym że do pokoju wkroczyła wysoka rudowłosa dziewczyna, która rzuciła we mnie rzeczami na przebranie.
- Gdzie jest Harry? - zapytałam, ciągnąc ją za ramię. Spojrzała na mnie z góry i wyszarpnęła się brutalnie z mojego uścisku.
- Tam, gdzie powinien. Zachowuj się - warknęła i wyszła, a ja usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza.
Trzeci dzień i to samo. Dostałam ohydne jedzenie, świeże ubranie, a z opaską na oczach i związanymi rękami pozwolono mi skorzystać z toalety. Byłam zdezorientowana. Dlaczego Michael nas porwał? Dlaczego trzymał mnie jak jakąś własność? Dlaczego nie mogłam z nikim porozmawiać? Krzyczenie, kopanie w ścianę i rozwalanie przedmiotów w pokoju nic nie dawało. Zawsze o tych samych godzinach otrzymywałam jedzenie, nowe rzeczy i szłam do toalety. Dostawałam na łeb. To był scenariusz jak z jakiegoś chorego filmy. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się czy w moim pokoju nie było zainstalowanych kamer. Może znalazłam się w jakimś, dziwnego rodzaju, tv-show?
Piąty dzień zaczął się podobnie, ale zmiana nastąpiła wieczorem.
Dźwięk klucza w zamku przerwał mój proces tworzenia liny z prześcieradła i pościeli. Wrzuciłam swój twór pospiesznie pod łóżko i wyprostowałam się nerwowo. Moim oczom ukazał się nieznajomy blondyn średniego wzrostu, który, niewiele mówiąc unieruchomił moje ręce i pociągnął za wiązanie, z niecierpliwym warknięciem. Wstałam posłusznie zaintrygowana zmianą w tej dziwnej rutynie. Przeszliśmy długi korytarz, zeszliśmy schodami w dół i przecięliśmy pomieszczenie, które wyglądało jak kuchnia. Trzy kolejne stopnie w dół i nieznajomy otworzył przede mną drzwi do pokoju, za którego oknami widziałam długi parking i posadzone wokół niego drzewa. Ale to nie wolność na zewnątrz, nie nowoczesny wystrój pomieszczenia, do którego weszliśmy, a dwa krzesła na środku zwróciły moją uwagę. Metalowe, przytwierdzone śrubami do podłogi, jedno puste, na drugim siedział Harry. Miał podbite oko, rozciętą wargę, a na sobie wciąż te same rzeczy, które założył w dzień akcji, ale poza tym wydawał się być cały i zdrowy
- Boże! - krzyknęłam i wyprzedziłam nieznajomego, by dotrzeć do swojego chłopaka. Zaskoczony blondyn puścił plastikowe linki, a ja opadłam na kolana i położyłam głowę na udach Harry’ego.
- Milena! - chciał mnie przytulić, ale związane z tyłu ręce brutalnie go zatrzymały. Niewiele myśląc, podniosłam głowę i go pocałowałam, nie pragnąć bardziej na świecie niczego innego, jak móc go dotknąć.
- Pobili cię - szepnęłam przez zaciśnięte gardło
- To nic. To nic… Jesteś cała? - zapytał, obserwując mnie uważnie. Kiwnęłam głową i ponownie pochyliłam się do pocałunku, ale jakaś gwałtowna siła odciągnęła mnie do tyłu. Harry wrzasnął wściekle, szarpiąc uwięzionymi rękami. Wtedy zauważyłam, że nogi również miał przywiązane do krzesła.
- Nie próbuj jej tknąć! - brzmiał jak opętany. Jego głos był niski, przesiąknięty groźbą. Nieznajomy, który mnie tu przyprowadził zaśmiał się tylko i pchnął mnie na krzesło, naprzeciwko tego, na którym siedział Harry. Przywiązał mi ręce do oparcia, kostki do nóg krzesła i, niemal łagodnie, pogłaskał mnie po policzku. Wtedy do pomieszczenia wszedł Calum. Wyrwałam się instynktownie i splunęłam w jego kierunku.
- Pierdolony zdrajca! - rzuciłam, a on tylko uniósł brwi i podszedł do blondyna. Szepnął mu coś na ucho, na co ten skinął głową, a wtedy Calum stanął za Harrym i pociągnął go nagle za włosy. Warknęłam gardłowo, gdy i jemu powiedział cicho coś, co nie mogło dotrzeć do moich uszu. Harry przełknął ciężko i zacisnął powieki, a mięśnie jego szczęki zaczęły tańczyć szaleńczo. Co ten skurwiel mu powiedział? Chciałam zawołać za Calumem, gdy ten wychodził na zewnątrz, ale przerwał mi nieznajomy.
- Czas zacząć show - mruknął pod nosem. Zdezorientowana, spojrzałam na niego w momencie, gdy wziął z komody pod ścianą małe kombinerki i zbliżył się do Harry’ego. Napięłam się cała, gdy Harry zaczął szybciej oddychać, jakby spodziewał się czegoś okropnego. Śledził wzorkiem w milczeniu nieznajomego, dopóki ten nie zniknął mu z oczu za jego plecami. Wtedy spojrzał na mnie pełnym poczucia winy wzrokiem.
- Harry… - zaczęłam, ale nie było mi dane skończyć, bo Harry nagle krzyknął w agonii, gdy nieznajomy z wystawionym językiem, skupiał wzrok gdzieś za jego plecami, prawdopodobnie na jego związanych dłoniach.
- Harry! - krzyknęłam, gdy mój chłopak skierował twarz do sufitu obnażając zęby i tłumiąc krzyki bólu. Czułam rosnącą w sobie panikę, na widok ogromnego cierpienia, jakie przeżywał. Nie wiedziałam co ten pieprzony gnojek mu robił, ale coś mi podpowiadało, że miało to związek z łamaniem kości.
- Przestań! Do cholery, przestań! - krzyknęłam, gdy po twarzy Harry’ego pociekły łzy. Blondyn spojrzał na mnie z cwaniackim uśmieszkiem i Harry nagle przestał krzyczeć. Spuścił głowę, oddychając szybko i pojękując ciężko.
Nieznajomy wyszedł przed Harry’ego i podszedł do tej samej komody, z której wyciągnął kombinerki. Wziął w rękę metalowy talerz, który leżał na jej wierzchu i zbliżył się z nim do mnie. Przystawił naczynie niemalże do mojego nosa i wyciągnął zza pleców kombinerki, na których końcu znajdowała się krew. Nie do końca widziałam co jeszcze, póki nieznajomy nie otworzył ich nad talerzem, a na srebrną powierzchnię spadł cały zakrwawiony paznokieć. Wpatrywałam się w niego z przerażeniem, czując jak w płucach brakowało mi powietrza.
- Raz - zaśpiewał wesoło blondyn, patrząc na mnie szaleńczym wzrokiem i, po chwili, odstawił talerz na komodzie.
- Ty skurwielu! - krzyknęłam, ocknąwszy się z, ogarniającego mnie, szoku. - Ty popierdoleńcu! Puść go, zostaw! Nie zbliżaj się do niego! - z przerażeniem patrzyłam jak nieznajomy, pogwizdując beztrosko, znów ustawił się za plecami Harry’ego, a ten napiął wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na kolejną falę bólu. Blondyn przekrzywiał głowę w lewo i w prawo w akompaniamencie krzyków Harry’ego, podrygując rytmicznie, jakby były one muzyką.
- Dwa…
Pot spływał po czole i szyi mojego chłopaka, gdy przy piątym paznokciu jego gardło postanowiło sprzeciwić się wysiłkowi i Harry stracił głos. Oddychał ciężko przez zaciśnięte zęby, jego ciałem targały niekontrolowane drżenia, a ja musiałam w tej ciszy przysłuchiwać się okropnym, mokrym odgłosom twardej tkanki odrywane od długich palców Stylesa. Moje sprzeciwy i krzyki zdawały się tylko motywować blondyna do dalszych działań, więc wreszcie zamilkłam, płacząc cicho, z głową pełną przerażających dźwięków.
Nieznajomy wepchnął mnie do pokoju i rozciął plastikowe paski, po czym zatrzasnął za sobą drzwi. Bez sił, opadłam na kolana przed drzwiami i zaniosłam się szlochem. Krzyki Harry’ego miały mi się przyśnić jeszcze nie raz. Skurwiel pozbawił go wszystkich paznokci u rąk. Wszystkich! Wrzasnęłam do pustych ścian i oplotłam się ramionami, próbując wybić sobie obraz cierpiącego Harry’ego z głowy.
Nie chciałam wieczora. Nie chciałam znów usiąść w tym krześle i patrzeć na męki mojego ukochanego, ale nieznajomy nie miał litości. Wytargał mnie z sypialni za włosy, gdy wyraziłam swój sprzeciw. Razem z Kaiem, który pojawił się znikąd, przywiązali mnie do krzesła, skutecznie parując moje ciosy i nie zwracając uwagi na moje krzyki. Wreszcie siedziałam, wbrew swej woli, naprzeciwko drżącego Harry’ego, który uśmiechnął się do mnie blado.
- Przepraszam - szepnęłam, a on pokręcił lekko głową.
- Ważne, że ty jesteś cała. To nie twoja wina - odparł zachrypniętym głosem.
Nagle w pokoju rozbrzmiała klasyczna muzyka, jakiś fortepianowy walc, do którego rytmu zaczął nagle podrygiwać blondyn. Ten człowiek jest chory. Bardzo chory. Nucił pod nosem melodię i uderzał palcami w niewidzialną klawiaturę, pląsając między naszymi krzesłami. Wreszcie, przy którymś głośniejszym dźwięku uderzył pięścią Harry’ego w twarz, a posadzka została opryskana kropelkami krwi.
- Gnojku - warknęłam, próbując uwolnić nadgarstki z wiązania. Kolejne rytmiczne uderzenie klawiszy i blada pięść wylądowała na drugim policzku Harry’ego. - GNOJKU! - ryknęłam, ale blondyn zdawał się mnie nie słyszeć, zaabsorbowany muzyką. Krew zalała całą twarz Harry’ego, gdy oba jego łuki brwiowe zostały uszkodzone. Cały czas trwania utworu nieznajomy katował jego twarz w rytm wesołej melodii. Krzyczałam, prosiłam, ale nic na niego nie działało. Gdy usłyszałam, że walc zbliżał się ku kulminacji, blondyn przydreptał tanecznym krokiem do komody i wyciągnął z niej nóż myśliwski.
- Nie! - wrzasnęłam, a nieznajomy przyłożył palec do ust i uciszył mnie łagodnie. Wspinające się na wyżyny utworu dźwięki poniosły go do Harry’ego i przy ostatnim z nich nóż został wbity głęboko w udo mojego chłopaka, który krzyknął zatrważająco, po czym nagle zaczął się szaleńczo śmiać. Krew wpływała mu do ust, ale on wciąż śmiał się i śmiał, wywołując moje przerażenie. Nie wytrzymał… Stracił rozum…
- Z pozdrowieniami od Michaela - rzucił blondyn, wyraźnie poirytowany rozbawieniem Harry’ego.
- Kiedyś musiał się za to zemścić - odparł Harry, opuszczając z ciężkim oddechem głowę. Nieznajomy uśmiechnął się tylko ironicznie i podszedł do mnie.
Kolejny dzień i kolejna tortura. Choć Harry bardzo się starał, każdego następnego wieczora wyglądał coraz gorzej. Jednego dnia blondyn podtapiał go w wiadrze pełnym wody z lodem, innego rozbił młotkiem jego kolana. Wtedy zemdlałam przez siłę jaką wkładałam w desperacki sprzeciw. Dzień po tym Harry został przytargany do pokoju tortur przez dwóch napakowanych facetów. Nieśli go pod ramię, a jego stopy sunęły bezwładne po podłodze.
- Proszę… Proszę, zostaw go, dość - błagałam z płaczem, ale blondyn tylko spojrzał na mnie leniwie i kopnął od niechcenia Harry’ego w jedno z niesprawnych kolan. Harry stłumił jęknięcie bólu i zagryzł kołnierz swojej koszuli.
- Dlaczego to robisz? - zapytałam cicho, ale odpowiedzią był drugi kopniak w drugie kolano. Nabrałam powietrza, by zaprotestować, ale zamarłam nagle, widząc, że nieznajomy patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Ach tak… Każde moje kolejne słowo było chwilą dodatkowego bólu dla Harry’ego.
Nie było wątpliwości, że Harry miał być jeszcze torturowany, ale domyśliłam się, że moje reakcje tylko zwiększały intensywność krzywd. Wtedy zamilkłam i przez kolejne dni patrzyłam, jak blondyn tnie, kopie, bije i upokarza Harry’ego, a ten chudł w oczach. Plamy krwi nigdy nie zostawały z niego zmywane, jego włosy rosły szybko, zasłaniając zmaltretowaną twarz, a ja mogłam tylko siedzieć i na to patrzeć, z każdym dniem tracąc nadzieję na jakikolwiek ratunek.
***
Wtedy nadszedł wieczór, gdy Harry zdawał się być żywym trupem, nie reagującym na nic co wokół niego się działo. Siedział pochylony na swoim krześle, zupełnie ignorując fakt, że właśnie wylano na niego wiadro lodowatej wody.
Zimne krople opadały z końcówek jego włosów, a przez jego ciało przechodziły ledwo zauważalne dreszcze, ale on wciąż zdawał się być obojętny na zadane mu cierpienie. Siedział w tej samej pozycji, wciąż pochylony, wciąż ledwo oddychający.
Niespodziewanie nieznajomy zaśmiał się cicho i spojrzał na mnie pewnym siebie wzrokiem. Dojrzałam w tym spojrzeniu coś groźnego. Coś, co mogło zwiastować tylko niebezpieczeństwo. Poklepał Harry’ego po plecach, jakby dodawał mu otuchy, a potem podszedł do mnie. Zrobił kilka okrążeń wokół mojego krzesła i zniknął gdzieś przy telewizorze. Zaciskałam zęby, niepewna co miało się teraz stać. To był pierwszy raz, by Harry w ogóle nie zareagował. Pierwszy raz, by nieznajomy kat zwrócił na mnie swoją uwagę.
Nagle mój policzek dotknęło coś chłodnego o dziwnej gumowej strukturze. Spojrzałam na przedmiot i zobaczyłam, że nieznajomy dzierżył w dłoni czarny długi i gruby kabel. Na jego końcu wystawały rdzawe cienkie druciki. Nie zdążyłam nawet dobrze przeanalizować znaczenia tej sytuacji, gdy usłyszałam w powietrzu głośny świst i nagle materiał bluzki na moich plecach został rozdarty przez ostre uderzenie. Krzyknęłam z bólu, gdy poczułam jak kabel wyrzyna mi w skórze głębokie szramy. Chciałam zerwać się z krzesła, ale wiązania skutecznie mi to uniemożliwiły. Oddychałam szybko i ciężko, czując pulsujący ból na plecach. Zwiesiłam głowę tak samo, jak Harry, zaciskając przy tym powieki.
- Hm… Nie zareagujesz, rycerzyku? - usłyszałam nad sobą cichy głos, a zaraz po nim kolejny świst i kolejne uderzenie, tym razem w mój policzek. Zbielało mi przed oczami, odchyliłam głowę do tyłu, próbując powstrzymać łzy. Krew zaczęła powoli spływać gorącymi strugami po mojej twarz. Z każdym wydechem wydawałam z siebie cichy jęk. Ból był nie do zniesienia.
- H…Hej, gn-gnoj-u - zachrypnięty, długo nieużywany głos powstrzymał kolejny z ciosów. Nieznajomy zamarł z kablem uniesionym nad głową. Odwrócił się powoli w stronę Harry’ego, a ja podążyłam za jego wzrokiem.
Choć wciąż zgarbiony, Styles uniósł głowę, wpatrując się z nienawiścią w nieznajomego.
- Mama… cię nie n-nau… czyła, ż-że kobiet się nie b…ije? - zapytał, z trudem wyduszając słowa.
Nieznajomy wyszczerzył zęby i podszedł do Harry’ego. Pociągnowszy za włosy, odchylił jego głowę do tyłu, zrównując ich spojrzenia. Harry przełknął ciężko, wprawiając w ruch swoje jabłko Adama i czekając na kolejny ruch chłopaka. Ten rozwinął kabel i owinął go wokół długiej szyi Stylesa.
- Nie. Ale za to byłem harcerzem i wiem jak założyć dobry węzeł - odparł i owinął końcówki kabla wokół swojego przedramienia, ściągając przy tym mocniej pętlę na szyi Harry’ego i zmuszając go do mocniejszego odchylenia głowy. Mój chłopak miał zdeterminowane spojrzenie, jakby bez względy na konsekwencje swojego sprzeciwu, wierzył, że postąpił słusznie.
Obserwowałam jak kabel wpija się coraz mocniej w posiniaczoną skórę i zaszlochałam. Nic nie mówiłam, wiedząc, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Mężczyźni patrzyli na siebie uparcie, gdy nieznajomy wciąż nawijał na ramię kabel. W pewnym momencie Harry zakaszlał niekontrolowanie, a nieznajomy nadstawił ucha.
- Co takiego? Chyba cię nie zrozumiałem - zakpił i jeszcze bardziej zacieśnił pętlę. Harry obnażył zęby, próbując nabrać powietrza. Białka jego oczu zalały się czerwienią, żyły na szyi i czole uwydatniły wyraźnie. Zacisnęłam powieki, nie mogąc patrzeć na to jak cierpiał.
Przestań, przestań, przestań, powtarzałam w myślach, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie dbałam o ból na policzku i plecach. Chciałam tylko, by Harry mógł wreszcie nabrać powietrza, by poczuł ulgę. Zamiast tego, ku swojemu przerażeniu, usłyszałam, że zaczął się krztusić. Otworzyłam gwałtownie oczy, ale od razu tego pożałowałam.
Harry zaciskał powieki, jego zaczerwieniona twarz przybierała powoli fioletowego odcienia, jego usta poruszały się, jak u wyrzuconej na brzeg ryby, ale nieznajomy zdawał się nie zatrzymywać, naciągając kabel coraz wyżej wzdłuż swojego ramienia. Harry szarpnął się w drgawkach, a z jego gardła wydobył się makabryczny, charczący odgłos.
Rozpłakałam się. To miał być koniec? Tak mieliśmy zakończyć te beznadziejne dwa tygodnie? Nie! Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam patrzeć, jak umiera miłość mojego życia. Tym razem mogę coś temu zaradzić. Nabrałam powietrza w płuca.
- DOŚĆ! - podskoczyłam na krześle, słysząc za sobą głośny wrzask. Przekręciłam głowę i zamarłam, gdy zobaczyłam Caluma z wymierzonym w nieznajomego pistoletem. Blondyn puścił pospiesznie kabel i uniósł w górę obie dłonie.
- Hood, no co ty? Przecież… - wystrzał rozdarł moje uszy. Z przerażeniem patrzyłam jak sadysta upada na podłogę z oczami wciąż szeroko otwartymi, choć życie uciekło z nich w chwili wbicia się kuli w jego czoło.
Calum zerwał się do biegu i zatrzymał przy Harrym, który opadł na oparcie krzesła, z głową zwisającą bezwładnie. Na jego wyeksponowanej szyi widniały świeże rany po wżynającym się kablu.
- Styles. Ej, Styles! - Calum poklepał go po policzku, ale nie spotkał się z żadną reakcją.
- Żyje? - zapytałam słabym głosem - Hood, powiedz, że on żyje! - krzyknęłam, wyrywając się do przodu. Plastikowe paski raniły mi skórę na nadgarstkach. Calum pochylił się nad ustami Harry’ego, przystawiając do nich ucho. Zapadła długa cisza, której bałam się przerywać. Moje serce waliło jak młotem, czułam potrzebę wykrzyczenia wszystkich przemilczanych, w ciągu ostatnich dni, próśb i protestów.
Wystarczyło nieznaczne kiwnięcie głową Caluma, bym rozpłakała się na dobre. Żył. Harry żył i to było najważniejsze.
- Harry - Hood szarpnął za jego ubranie. Harry mruknął coś cicho, a jego głowa opadła na klatkę piersiową, więc Calum zostawił go w tej pozycji i podbiegł do mnie. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni wielki nóż w skórzanej pochwie i okrążył moje krzesło, by przeciąć, więżący mnie, plastik. Gdy zobaczył moje plecy syknął boleśnie i przejechał palcem nad, pulsującą wciąż bólem, raną.
- Wybacz, że nie zdążyłem wcześniej - szepnął, a ja zmarszczyłam brwi
- Co ty robisz? - zapytałam, odwracając się do niego, czego szybko pożałowałam, bo ledwie wysuszona rana, otwarła się na nowo, piekąc niemiłosiernie.
- Wyciągam was z tego gówna. - odparł i jednym sprawnym ruchem, uwolnił moje ręce. Z ulgą potarłam nadgarstki, gdy Calum klęknął przede mną, by oswobodzić moje nogi.
- Michael cię zabije - powiedziałam, patrząc jak uwalnia Harry’ego.
- Mam to w dupie. Tym razem posunął się za daleko. Idzie na dno i doskonale o tym wie. Porwał was tylko dlatego, że chciał osłabić resztę. - wzruszył ramionami i uklęknął przed Harrym.
- Styles! Ej, Styles - ponownie poklepał go po policzku
- Hood, je…szcze r-raz mni…e dotknij - gardłowe warknięcie wywołało u mnie pół szloch-pół chichot. Na zdrętwiałych nogach podbiegłam do Harry’ego i ujęłam jego twarz w dłonie, nieświadomie odpychając od nas Caluma.
- Harry. Harry… Boże, boże, co oni ci robili? - zapytałam, obsypując jego poranioną twarz pocałunkami. Mimo braku sił, uniósł jeden kącik ust.
- W…tedy, gdy pat. patrzyłaś czy, gdy by-byłem w swo…jej celi? - zapytał ironicznie, a ja przycisnęłam do piersi jego głowę i ponownie się rozpłakałam.
- Tak mi przykro, przepraszam. Przepraszam. - czułam się winna tego, że to ja byłam tym dobrze traktowanym więźniem. “Jedyne”. co musiałam robić to patrzeć na to, jak katują mojego ukochanego. Choć kiepsko, byłam karmiona; choć niewygodne, przydzielili mi łóżko; choć w zamknięciu, miałam dostęp do światła dziennego. Harry najprawdopodobniej nie miał żadnej z tych rzeczy.
- Musimy się spieszyć, ktoś może się tu za chwilę zjawić - popędził nas Calum, więc odsunęłam Harry’ego od siebie, a Calum bez problemu wziął go na ręce. Miałam wrażenie, że był lekki jak piórko, jak szmaciana lalka, wypełniona słomą. Był taki chudy. Jego głowa opadła luźno w połowie wypowiadania komentarza, jak to Calum wreszcie spełnił swoje marzenia o niesieniu kogoś, jak pannę młodą. Hood odetchnął z ulgą i wskazał podbródkiem wyjście z pomieszczenia na parking.
- Nieprzytomny nie będzie wrzodem na tyłku - rzucił, zanim wybiegliśmy na zewnątrz. W moją twarz uderzył chłodny deszcz, ale nie dbałam o to. Obserwowałam Caluma, który teraz odwrócił się do mnie tyłem i wskazał na kieszeń w spodniach.
- Klucze do samochodu - wyjaśnił, więc szybko je wyciągnęłam i kliknęłam przycisk na pilocie, a światła białego Jaguara rozjaśniły mrok wieczoru. Otworzyłam szeroko usta, widząc znajome auto. Louis jeździł nim rzadko, ostatni raz widziałam je podczas kolacji, na którą Kornelia została zmuszona pójść z Kaitō. Ścisnęłam rękaw Caluma, a on zaśmiał się cicho.
- Tak, to jest auto Louis’ego.
- Ale…
- Jesteśmy w Anglii…
- Co?!
- Prywatne jety potrafią szybko przemieścić nieprzytomną dziewczynę z jednego kraju do drugiego. A teraz nie gadaj tylko wsiadaj, musisz mi pomóc. - zarządził i, gdy wsiadłam na tylne siedzenie Jaguara, Calum położył Harry’ego obok mnie. Jego brudne, długie włosy opadły na moje kolana, gdy ułożyłam na nich jego głowę. Wciąż bił od niego smród celi, w której był zamknięty i zaschniętej krwi. Głaskałam go delikatnie, obserwując jego ciało.
Rozwalona koszula ukazywała niezliczoną ilość siniaków i zadrapań, żebra były tak widoczne pod skórą, że mogłam je swobodnie policzyć, a na zakrwawionych palcach rosły nowe, jeszcze miękkie paznokcie. Jedna łza opadła na zakrwawione czoło, tworząc pojedynczą czystą ścieżkę.
- Co oni ci zrobili… - szepnęłam.
Calum ruszył gwałtownie i wyjechał na drogę ekspresową, po której pędził grubo ponad dozwolony limit prędkości. Trzymałam Harry’ego, by nie zsunął się z fotela, gdy brunet wyprzedzał samochody jadące zbyt wolno.
- Musimy zadzwonić do Eda - powiedziałam, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, a Calum spojrzał we wsteczne lusterko i puścił mi oczko.
- Już czeka na nas w domu - odparł. Rozejrzałam się po okolicy, próbując przypomnieć sobie budynki i pola, które mijaliśmy
- Jesteśmy jakieś 500 mil od Londynu - wyjaśnił, gdy dostrzegł moją zdezorientowaną minę. Och… Wróciłam wzrokiem do ledwo żywego Harry’ego i zacisnęłam wargi, powstrzymując łzy.
- Calum… - szepnęłam tak cicho, że mógł mnie nie usłyszeć.
- Hm? - usłyszał.
- Dlaczego? - zapytałam, ozdabiając czoło Harry’ego większą ilością łez
- Co dlaczego?
- Dlaczego on to robił? - spojrzałam na kolana Harry’ego, które prawdopodobnie były już w połowie zagojone. Calum milczał, patrząc uparcie na drogę. - Nie zadawali nam żadnych pytań, nie wymagali informacji… - wyliczałam, głaszcząc coraz szybciej brudne włosy.
- Nie wiem… - odpowiedź Caluma zbiła mnie z pantałyku. - Michael po prostu wydał rozkazy, a my nie pytaliśmy.
- Nawet ty?
- Nie chciałem wzbudzić podejrzeń - wyjaśnił, na co kiwnęłam głową.
- Musiał mieć w tym jakiś cel - zauważyłam. Moje gardło było coraz bardziej zaciśnięte
- Na pewno miał. I jestem pewny, że dowiemy się o nim wkrótce - Calum obniżył głos o kilka tonów - Michael nigdy nie zostawia nierozwiązanych spraw - dodał.
#TTDff
Czerwoności!
Who will save you now?
Milena
Nie do końca wiedziałam, jak czułam się po wyznaniach Kornelii. Jej relacja z Calumem od samego początku wydawała się być złym pomysłem i zdarzenia, które miały miejsce tylko to potwierdziły. Hood stracił grupę, Kornelia była o krok od zdradzenia swojego chłopaka. To wszystko nie dawało mi spać. Z niechęcią uznałam, że moja propozycja, dotycząca jej wyjazdu z Anglii, wydawała się jedynym odpowiednim wyjściem. Niestety, wyjściem niewygodnym.
Przewracałam się z boku na bok, myśląc o problemie przyjaciółki, gdy usłyszałam dźwięk otwieranych drzwi, dochodzący z salonu. Zerwałam się na łóżku, czując powiew ekscytacji. Wrócili… Spojrzałam na zegarek, który wskazywał drugą szesnaście i wparowałam do salonu z szerokim uśmiechem na ustach.
Harry rzucił właśnie torbę podróżną na podłogę, podczas gdy Louis zamykał za sobą drzwi na klucz. Zobaczywszy mnie stojącą w progu, Harry wyszczerzył zęby i rozłożył ręce. Nie tracąc czasu, podbiegłam do niego i podskoczyłam, zaplątując nogi wokół jego bioder. Uderzyłam swoimi ustami o jego, nie marnując powietrza na zbędne słowa. Bez zerknięcia na stojącego za nim Lou, Harry ruszył do sypialni, trzymając mnie wciąż w swoich ramionach.
- Ciebie też miło widzieć! - zawołał Tomlinson, na co pomachałam mu ręką, zanim białe drzwi zasłoniły mi na niego widok, a Harry rzucił mnie na łóżko. Przygryzłam dolną wargę, patrząc na niego głodnym wzrokiem, gdy rozpinał powoli guziki swojej czarnej luźnej koszuli. Wykrzywiłam usta w cwaniackim uśmiechu w momencie, w którym rzucił niedbale materiał na ziemię i wdrapał się na łóżko, zbliżając do mnie na czworaka. Sięgnęłam jego szyi i przyciągnęłam go do głębokiego pocałunku. Widziałam jego rozszerzone źrenice, nadające mu wyglądu drapieżnika, który właśnie zlokalizował swoją ofiarę. To spojrzenie wystarczyło, by rozniecić ogień w pewnych partiach mojego ciała, o których księża boją się wykładać na lekcjach religii w liceum.
- Ty mała kusicielko. - pomruk, jaki z siebie wydał, mógł równie dobrze należeć do przyczajonej czarnej pantery. - Specjalnie ubrałaś moją koszulkę, hm? Wiedziałaś jak zareaguję, gdy zobaczę cię w takim wydaniu, szczególnie po tej długiej rozłące - włożył swoją dużą dłoń pod materiał szarego t-shirta, który miałam na sobie, głaszcząc niebiańsko mój brzuch. Z ust wyrwało mi się ciche westchnienie i ozdobiłam twarz półuśmiechem.
- Ta koszulka widziała już bardzo dużo pod twoją nieobecność - szepnęłam, a w jego oczach błysnęło pożądanie, które zapewne z trudem opanował. Zmierzył mnie bezwstydnie wzrokiem i oblizał wargi
- Ach tak? Nie mogłaś się powstrzymać, by na mnie poczekać? - długie palce wdarły się pod moją bieliznę, wydzierając ze mnie cichy pisk.
- Tak długo… Ach…tak długo cię nie było, a po każdej rozmowie telefonicznej odczuwałam p… pięć raz-razy bardziej twoją nieobecność - jąkałam się przez sprawny masaż, jaki właśnie na mnie wykonywał. Wolną ręką sięgnął mojego warkocza i pociągnął mocno, eksponując moją szyję, w którą wpił się wargami, zostawiając na skórze widoczne ślady. Przyjemność budowała się we mnie coraz gorętszymi falami, pozbawiając mnie siły woli do dalszych prób wyciśnięcia z siebie choćby słowa.
Harry wbił we mnie dwa palce, wznosząc na szczyt moją ekstazę wraz z każdym ich ruchem. Zacisnęłam dłonie na jego włosach, ciągnąc za nie mocno i schowałam twarz w zgięciu między jego szyją a ramieniem, tłumiąc tym samym coraz głośniejsze jęki.
- Jestem pewny, że bawiąc się sama nie czułaś nawet jednej dziesiątej przyjemności, jaką daję ci teraz - warknął, zahaczając zębami o moje ramię. Gdybym znajdowała się w innej sytuacji, wyśmiałabym jego pewność siebie, ale w tym momencie nie mogłam wydusić z siebie słowa, a do tego musiałam przyznać, że miał rację. Nikt nigdy nie był w stanie doprowadzić mnie do tak beznadziejnego stanu rozsypki, spowodowanej rozkoszą, jak Harry.
Z tą myślą dotarłam na szczyt, pojękując głośno i wplatając między niezrozumiałe dźwięki imię mojego cudownego sadysty. Poczułam, jak siła opuszcza każdy mój mięsień, a ja opadam bezwładnie na materac, dysząc ciężko. Zamknęłam oczy, uśmiechając się do siebie błogo, gotowa zasnąć, ale Harry miał inne planu.
- Hej, gdzie płyniesz? - zapytał, jednym sprawnym ruchem zdzierając ze mnie majtki. Zaśmiałam się do siebie, gdy zdejmował spodnie i bieliznę. Skrzyżowałam nogi, zakrywając nagość koszulką, którą, jakimś cudem, wciąż miałam na sobie i otarłam dłonią pod z czoła. Harry wrócił do mnie dosłownie po sekundzie i wcisnął dłoń między moje uda. Czując się w nastroju do psot, zaparłam się mocno, nie pozwalając mu ich rozszerzyć.
- Nie zgrywaj świętoszki, oboje wiemy, że ci to nie pasuje - mruknął w półuśmiechu, na co pokazałam mu język i dalej walczyłam z jego silną dłonią. Wreszcie się poddał i położył ręce po obu stronach mojej głowy, pochylając się nisko nade mną.
- Wracam zmęczony z Japonii… - zaczął cicho, skanując moją twarz głodnym wzrokiem. Czułam na udzie jego twardą męskość. - Witam łaskawie moją kobietę rozkosznym orgazmem - dodał zniżając swoją twarz do mojej - A ona tak mi się odwdzięcza? - jego język odnalazł drogę do wnętrza moich ust, a ja przyjęłam go chętnie. Oddawaliśmy się chwilę gorącym pocałunkom, ale gdy spróbował rozdzielić moje nogi kolanem z chichotem mu na to nie pozwoliłam. Oddaliwszy się nieco od mojej twarz, zmrużył groźnie oczy i zacisnął szczękę.
- Ach tak… - nagle wcisnął swoją dużą dłoń pod moje plecy i przerzucił mnie na swoje biodra, jakbym ważyła tyle co piórko, a sam zajął moje miejsce na materacu. Nie miałam wyjścia, musiałam rozszerzyć nogi, by nie stracić równowagi. Serce waliło mi jak młotem przez zaskakującą zmianę pozycji, a oddech przyspieszył, kiedy poczułam, ocierającego się o moje wejście, nabrzmiałego członka. Zachłysnęłam się powietrzem, gdy Harry uniósł sugestywnie biodra.
- Wiem, że tego chcesz - puścił mi oczko, a ja prychnęłam ostentacyjnie, ale moja przygotowana odzywka szybko zmieniła się w jęk rozkoszy, gdy Harry nakierował się odpowiednio i przyciągnął mnie do siebie, przez co poczułam cudowną ciepłą rozpychającą przyjemność w swoim wnętrzu. Zacisnęłam zęby, bo, gdy się poruszyłam, poczułam elektryzujący impuls, który oślepił mnie na chwilę i zabrał powietrze z płuc.
- Widzisz? - wycisnął z siebie. Czując budzącego się we mnie demona, poruszyłam się z własnej woli, unosząc lekko na kolanach i opadając z powrotem na biodra Harry’ego, tłumiąc dłonią głośny jęk.
W końcu nabrałam tempa, wywołując u Harry’ego przyspieszony oddech i sporadyczne powarkiwania, które szybko wznosiły mnie ku spełnieniu. Podniósł się z materaca i zrównał ze mną, przygryzając moją wargę, którą szybko musiał puścić, by wydać z siebie ciężki oddech.
- Milena… - szepnął, a ja przez mgłę zauważyłam jego zaróżowione policzki i opętane żądzą oczy. Wiedziałam, że był blisko, ale ja nie zostawałam w tyle. Ciepło, które rozlało się po moim ciele, było teraz tak intensywne, że musiałam zacisnąć powieki i nawet moja dłoń nie była w stanie wyciszyć jęków podniecenia, które wydobywały się z mojego gardła.
Przyspieszyłam ruchy, przyciskając do siebie Harry’ego, na co zaklął siarczyście i pokierował moimi biodrami, kładąc na nich swoje duże dłonie aż wreszcie warknął drapieżnie, a ja poczułam ciepło rozlewające się po moim wnętrzu. Widok jego opanowanej rozkoszą twarzy był ostatnim dźwiękiem, zapowiadającym kulminację arii ekstazy. Doszłam gwałtownie, drżąc w jego ramionach i pojękując żałośnie, aż ostatnie fale orgazmu nie spłynęły ze mnie, pozostawiając moje przeczulone ciało na łaskę Harry’ego.
- Koch… - zaczęłam, ale ciemność przysłoniła mi świat.
Promienie słońca padły na moją twarz, rozjaśniając czerń pod powiekami. Czułam na policzku łaskotanie, więc otworzyłam oczy, napotykając piękną, uśmiechniętą twarz Harry’ego, którego loki były w kompletnym nieładzie, nadając mu seksownego wyglądu.
- Hej - szepnęłam i przeciągnęłam się leniwie. Harry oblizał wargi i pocałował mnie w czoło. Zamknęłam oczy.
- Zemdlałaś - powiedział z trudem ukrywając dumę w głosie. Zamrugałam szybko, przypominając sobie wczorajszą noc i parsknęłam śmiechem
- To prawda - potwierdziłam.
- Tak ci było dobrze…
- Nie schlebiaj sobie, ja odwaliłam większość roboty - przerwałam mu, grożąc palcem, a on otworzył szeroko usta w oburzeniu i prychnął ostentacyjnie, wywołując mój śmiech.
- To wszystko zasługa mojego małego przyjaciela - wskazał na swoje krocze, schowane pod kołdrą i uniósł jedną brew.
- Mmmmmhmm - cmoknęłam go w policzek i wstałam z łóżka, podchodząc do komody, w której trzymałam czystą bieliznę. Wtedy rozdzwonił się telefon Harry’ego, ale nie zdążyłam usłyszeć, jak go odbiera, bo zamknęłam za sobą drzwi do łazienki i puściłam pod prysznicem gorącą wodę.
Po odświeżającej kąpieli wysuszyłam się ręcznikiem i ubrałam w czyste ciuchy. Umyłam zęby i nałożyłam lekki makijaż, po czym opuściłam łazienkę w pełni gotowa na podbój świata. Harry kroczył po sypialni w tę i z powrotem z przyłożoną do ucha komórką, a między jego brwiami pojawiła się wyraźna zmarszczka.
Mimowolnie się napięłam i sztywnym krokiem podeszłam do łóżka, opadając na miękki materac i przyglądając się swojemu chłopakowi.
- Mhm… Nie. Nie obchodzi mnie to. Tak. Niall! Idziemy na całość! W dupie mam twoje zmartwienia, jeśli Phoebe chce iść to nikt jej nie zmusi do siedzenia na dupie. Nie… - jego głos przybrał smutniejszych tonów i Harry spojrzał na mnie zmartwionym wzrokiem - Jeśli będzie chciała, pozwolę jej. Poradzą sobie. Niall, wszystko już ustaliliśmy. Nic nie zmieniamy. Dowiedz się co z Zaynem. - pauza - Och… Ach tak. To dobrze. Więcej rąk, więcej gnatów - zamarłam, bo w tym momencie domyśliłam się o czym rozmawiali. Moje serce obijało się o ściany klatki piersiowej, jakby chciało z niej uciec.
- Dobrze. Dzięki stary. Mamy trochę czasu na przygotowania. Tak. Trzymaj się - komórka wylądowała na łóżku, a Harry przeciągnął dłonie przez swoje włosy i spojrzał na mnie zbolałym wzrokiem.
- Liam… - szepnęłam, a on tylko kiwnął głową. Mieliśmy datę ostatecznej bitwy w naszej małej wojnie.
- Trzynasty luty - oznajmił Harry bez żadnych zbędnych wstępów
- Ale to… - zaczęła Kornelia
- Za dwa tygodnie - przerwał jej Louis, który, w samych bokserkach, rozsiadł się wygodnie na kanapie, otaczając ramieniem moją przyjaciółkę, mającą na sobie jego koszulę. Skuliła się cała, przypominając różowego kociaka, który szykował się do spania. Kornelii jednak daleko było do senności. Jej oczy były szeroko otwarte, dłonie drżały wyraźnie, a głos załamywał się zbyt często, by mogła to zrzucić na poranną chrypkę.
- Niecałe. W sumie to troszkę ponad tydzień - mruknęłam, opierając głowę na klatce piersiowej Harry’ego. Siedzieliśmy razem w fotelu, przez którego ramię przerzucone były nogi mojego chłopaka. Leżałam na nim, rysując nerwowe kółka na wierzchu jego dłoni, którą trzymał na moim brzuchu.
- Więc… jak zamierzacie to zrobić? - cichutki głos Kornelii cudem przebił się przez szum Londynu, dochodzący zza okna. Louis zacisnął wargi i rzucił Harry’emu ukradkowe spojrzenie, którego nie zdążyła wychwycić moja przyjaciółka. Widziałam jak Tomlinson ledwo zauważalnie kręci głową.
- Nie będziemy was okłamywać - zaczął Harry, marszcząc brwi
- Hazza! - zaprotestował Louis, ale Harry podniósł rękę, by go uciszyć
- Nie, Tommo. Kłamanie tu nic nie da - chwila ciszy, która nastała między nami, tylko spotęgowała, panujące już napięcie. - Trzynastego lutego Michael będzie przeprowadzał transakcję z naszymi sojusznikami. Oczywiście zamiast naszych kolegów, na miejscu pojawimy się my.
- Zamierzacie urządzić Cliffordowi zasadzkę - oznajmiłam obojętnym tonem. Harry kiwnął głową i potarł podbródek palcem. Wziął głęboki oddech, ale zanim zdążył się odezwać, wyprzedziła go Kornelia
- Zamierzacie ich zabić - wyszeptała, wbijając wzrok w podłogę
- Co do jednego - potwierdził Louis. Spodziewałam się protestów czy płaczu ze strony Kornelii, ale ona tylko kiwnęła głową. Najwyraźniej, gdy Calum nie należał już do grupy Michaela, nie zależało jej na ich bezpieczeństwu. Dlaczego też miałoby. Calum był jedynym powodem, dla którego Kornelia mogłaby mieć jakiekolwiek obiekcje co do planu chłopaków.
- Kocie… - Louis nagle wyraźnie się napiął. Poprawił się na kanapie i odgarnął mojej przyjaciółce włosy z czoła.
- Hm? - opuściła powieki, wtulając się bardziej w jego ramię.
- Nie możesz nic zdradzić Hoodowi… - ku naszemu zdziwieniu Kornelia zaśmiała się cicho i wzruszyła ramionami. Jej oczy wciąż były zamknięte.
- Nie martwcie się, to nie będzie problem… - odparła, a Louis zmarszczył brwi - Michael z pewnością już wyjebał go z gangu - dodała. Kiwnęłam głową na znak potwierdzenia, a Harry i Lou spojrzeli po sobie ze zdziwieniem.
- Ta… Jest jeden szczegół, o którym wam nie powiedziałyśmy - Kornelia wreszcie otworzyła oczy i wyprostowała się na swoim miejscu, bawiąc się nerwowo brzegiem koszuli. - Nie chciałyśmy wam mówić, żeby was nie martwić. Gdy Michael zażądał 200 000 więcej nie zgodziłyśmy się. Po krótkiej wymianie zdań stracił cierpliwość i nam zagroził. Calum wyszedł nam z obroną, przez co prawie przypłacił życiem. Poprosiłyśmy Eda, żeby go poskładał. Wątpię, żeby po takim wybryku Clifford pozwolił mu wrócić
- Dlaczego go nie zabił? - głos Lou był zimny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. Coś podpowiadało mi, że bardzo żałował, że Calum uszedł z życiem.
- Lou… - skarciła go Kornelia, która prawdopodobnie wyczuła to samo.
- Tylko pytam. - czułam na sobie wzrok Harry’ego, gdy nas przyjaciele przeprowadzali ten mały dialog. Był na mnie zły, to jasne. Od początku nie był pogodzony z faktem, że jechałyśmy na akcję, a wiadomość, że nam grożono tylko pogłębiła jego przekonanie o beznadziejności tego pomysłu.
- Bo zgodziłam się na warunki, oczywiście - odezwała się Kornelia, co zakończyło wszelkie dyskusje. Gdyby Calum zginął, mogłyśmy znaleźć się w niebezpieczeństwie, więc Louis darował sobie wszelkie odzywki. I dobrze. Nasza pierwsza akcja nie była idealna, ale która była? Chłopcy nie mieli się czego uczepić.
Uciekając od kłótni, wybiegłam szybko z mieszkania, tłumacząc się spóźnieniem do pracy. Nie zamierzałam wysłuchiwać narzekań Harry’ego na to, jak nieodpowiedzialnie postąpiłyśmy, jak mogłyśmy zginąć. Miałam to w dupie. Byłyśmy częścią grupy i chciałam dla niej zapracować. To niebezpieczny zawód, ale skoro już w tym siedziałyśmy, mogłyśmy go chociaż dobrze wykonywać. W dodatku, dzięki temu, żyłyśmy jak królowe. Pojedyncze akcje a życie bez codziennych stresów, które zapewniał wieczny brak pieniędzy? Nie widziałam w tym problemu.
- Amunicja, drugi pistolet, strzelba. Używaj jej tylko, gdy skończą ci się naboje. CZYLI NIGDY - Harry przekazał mi wszystkie wymienione przedmioty, gdy stałam przed nim opleciona paskami, podtrzymującymi kabury. Kilkanaście dni zleciało jak z bicza strzelił, a Harry nawet nie zaprotestował, gdy oznajmiłam, że jadę z nimi.
Wcisnęłam pistolet w kaburę przy moim lewym biodrze, a pasek strzelby przełożyłam przez pierś. Harry sprawdzał wszystko dokładnie, łącznie z kamizelką kuloodporną, którą kazał mi założyć. Sam miał na sobie podobną. Wreszcie, gdy przestał sprawdzać wytrzymałość moich gadżetów, położył dłoń na mojej twarzy i zamilkł, wpatrując się we mnie zrozpaczonym wzrokiem. Uśmiechnęłam się do niego pocieszająco, ale on wciąż miał na twarzy ten smutny wyraz.
- Błagam… - zaczął cicho - Zrób to dla mnie i nie wychylaj się dopóki nie będzie to konieczne - patrzyłam mu w oczy, próbując dodać mu otuchy, nie używając do tego słów. Wreszcie westchnęłam i chwyciłam jego szyję, przyciągając go do pocałunku.
- Harry, potrafię o siebie zadbać - zapewniłam, szarpiąc go lekko za włosy. Kiwnąwszy głową, uśmiechnął się blado.
- Wiem…
- Wyjdziemy z tego cało. WSZYSCY!
- Dziecino…
- Wszyscy!
Zamilkł, patrząc na mnie przez dłuższą chwilę po czym wziął głęboki oddech i kiwnął głową.
- Kocham cię - szepnął, przytulając mnie nagle, gwałtownie i mocno. Przycisnęłam go do siebie, wdychając jego cudowne perfumy.
- Ja ciebie też - odpowiedziałam w jego szyję. Staliśmy tak przez dłuższy czas, aż wreszcie odsunął się ode mnie i sięgnął po leżący na łóżku płaszcz.
- Ubierz się. Recepcja nie może widzieć tej broni. - oznajmił, sam chwytając torbę wypełnioną szerokim wachlarzem broni.
Byliśmy w Szweckim hotelu, bo właśnie w tym kraju, miała odbyć się domniemana transakcja Michaela z ludźmi Harry’ego. “Neutralny grunt” Choć ten tytuł przyprawił mnie o ciarki, wiedziałam, że nie mogłam dać się obezwładnić emocjom. Przynajmniej nie była to Irlandia…
Wyszliśmy z pokoju, opatuleni płaszczami, trzymając się za ręce. Kornelia i Louis zjawili się w głównym holu hotelu po kilku minutach. Zdziwiłam się, gdy przyjaciółka oznajmiła mi kilka dni temu, że też wybiera się do Szwecji. Byłam pewna, że po ostatniej akcji będzie chciała zostać w Anglii, może nawet wrócić do Polski lub zdecyduje się uciec z Calumem. Ona jednak trwała przy boku Louis’ego, dzielnie znosząc tortury, jakie sprzedawały jej własne emocje.
- I jak tam? - zapytałam ją po polsku, gdy przywitała się kiwnięciem głowy. Wzruszyła ramionami, wciskając zaciśnięte pięści w kieszenie płaszcza.
- W miarę dobrze. Rzygałam tylko raz - odparła, siląc się na mały żart. Zaśmiałam się i poklepałam ją po plecach. Nie wiedziałam czy kłamała, bo jej twarz była naprawdę blada, nawet pod warstwą delikatnego makijażu, jaki miała na sobie. Może stres zjadł ją do tego stopnia, że musiała to z siebie wyrzucić.
Harry usiadł na kanapach pod bogatym, kryształowym żyrandolem i położył rękę wzdłuż oparcia, obserwując bacznie mnie i Kornelię. Louis usadowił się obok niego i szepnął mu coś do ucha, na co ten pokiwał głową. Postanowiłam ich ignorować, bo dodatkowa złość o ich nadmierną opiekuńczość mogła zakłócić moje trzeźwe myślenie podczas akcji.
- HEJ, SUKI! - zawołała Phoebe, zbiegając tanecznym krokiem po schodach. Zastanawiałam się czy ona cokolwiek brała poważnie. Nie miałam jej za złe wesołej postawy, wręcz przeciwnie, wprowadzało to trochę światła do napiętej, mrocznej atmosfery, jaka otoczyła nas w ostatnich dniach.
- Hej - odparłam, całując ją w policzek. Dostrzegłam Nialla, kroczącego za nią z napiętym wyrazem twarzy i Zayna, idącego zaraz za nim z lekkim uśmieszkiem na ustach. Od czasu ustalenia terminu zemsty, jego stan zadawał się poprawić. Znów elegancko układał swoje włosy, dbał o nieskazitelność swoich garniturów i starał się być uprzejmym w rozmowach jakie przeprowadzaliśmy. To jednak nie uśpiło mojej czujności. Wszyscy bywaliśmy często na treningach i spotkaniach, w których omawialiśmy szczegóły planu. Wtedy widziałam jego szaloną naturę. Żądzę krwi, bezwzględność z jaką traktował kukły, które miały robić za nasz cel, brak emocji, gdy opowiadał o tym, co chciał zrobić z Hemmingsem.
Tak jak teraz. Wyglądał nieskazitelnie. Czarny, idealnie dopasowany garnitur, pod którym prawdopodobnie kryła się kamizelka kuloodporna, doskonała fryzura i ten uśmieszek. Ledwie uniesiony kącik ust, który, w połączeniu z jego zimnym, apatycznym wzrokiem, nadawał jego przystojnej twarzy upiornego wyrazu.
Phoebe uściskała mocno Kornelię i potarła dłońmi żywo jej ramiona, za co przyjaciółka podziękowała cicho. Wszyscy martwiliśmy się o jej stan psychiczny. Poradzi sobie na polu bitwy? A może wszystko skończy się tak szybko, że nawet nie zdąży wyciągnąć broni?
- Gotowi? - Harry wstał z sofy i objął mnie ramieniem. Wszyscy kiwnęliśmy głowami i ruszyliśmy do wyjścia z hotelu. Wzięliśmy trzy samochody, w razie zniszczenia któregoś z nich. Trzy dziewięcio-osobowe busy, którymi kierowali Harry, Louis i Niall.
Patrzyłam przez okno, podziwiając widoki za oknem, które niewiele różniły się od pozamiejskich okolic Anglii. Oparłam łokieć na uchwycie drzwi, a brodę na dłoni, próbując uspokoić przyspieszone bicie serca. To, co miało stać się za kilkanaście minut mogło odwrócić moje życie do góry nogami, bądź nie mieć na nie żadnego wpływu. Czy było coś pomiędzy? Czy śmierć któregokolwiek z przyjaciół, jadących z nami byłaby dla mnie obojętna? Odwróciłam się do Harry’ego, próbując wyrzucić z głowy obraz, w którym otrzymuje kulkę w czaszkę. To nie czas na obawy. To czas na uzbrojenie serca i otoczenie go metalowymi murami. Emocjami zajmę się jutro.
Czy mi się zdawało, czy dopiero co wyjechaliśmy z hotelu, a już znajdowaliśmy się pod niedokończonym budynkiem, którego konstrukcja została zawieszona na czas nieokreślony. Kilkadziesiąt metrów od nas dojrzałam dwa czarne vany. Zamarłam na chwilę, by przywitać mocne, jak nigdy dotąd, walenie serca. Harry zaczął nagle oddychać szybko i uścisnął moją dłoń. Spojrzał mi głęboko w oczy przerażonym wzrokiem.
- Jeśli coś mi się stanie…
- Harry! - przerwałam mu, bliska łez. Pokręcił głową, zaciskając powieki i wzmocnił swój uchwyt
- Jeśli coś mi się stanie. Mi, Louis’emu… Jeśli nie będzie miał kto was bronić. Uciekajcie. Zabierz Kornelię i Phoebe, i uciekajcie - poprosił. Ujęłam pospiesznie jego twarz w dłonie i pocałowałam go desperacko.
- Nic wam się nie stanie. Nic NAM się nie stanie. Już ci coś obiecałam. Wszyscy…
- Dziecino, proszę! Proszę… - przyłożył swoje czoło do mojego - Kocham cię. - wzięłam kilka głębszych oddechów i kiwnęłam głową.
- Dobrze… Ja ciebie też.
Wyszliśmy z samochodu, spotykając się przy drugim busie z resztą przyjaciół. Niall trzymał dłonie na policzkach Phoebe i szeptał coś do niej, Louis zdawał się sprawdzać sprawność broni Kornelii, a gdy powstrzymała wreszcie jego nerwowe ruchy, kładąc rękę na grzbiecie pistoletu, zacisnął szczękę i wbił wzrok w ziemię. Kornelia przyciągnęła go do siebie i pocałowała aż nie rozluźnił się nieco. Zdziwiłam się tą zamianą ról, ale cieszyłam się, że moja przyjaciółka używała zdrowego rozsądku. Zayn obracał w dłoni swój mały karabin maszynowy, jakby była to zwykła zabawka, w drugiej trzymając butelkę z wypełnionym, łatwopalnym płynem, z której, szczelnie zablokowanej, szyjki wystawała szmatka. Część pierwsza naszego planu…
- Idziemy! - zarządził Harry, przywołując nas wszystkich gestem. W jednej grupie ruszyliśmy powolnym krokiem, nie przerywając ciszy, jaka nas otaczała. Stopy trącały kamienie i pozostałości po niewykorzystanych materiałach budowlanych, oddechy mieszały się ze sobą i nadmorskim wiatrem, który mierzwił włosy chłopaków. Każda z dziewczyn miała na głowie ciasny warkocz. Broń przy broni, metal przy metalu, błyszczały, gotowe do wystrzału, gotowe do pozbawienia trzech żyć.
Cień budynku, pozbawił włosy błysku, gdy dotarliśmy do progu. Zamiast drzwi była tam drewniana płyta, rzucona przed nami na podłogę. Pewnie odpowiedzialne za to były psotne nastolatki, które musiały też narysować graffiti na ścianie przed nami, o niezrozumiałej dla mnie treści. Nasze kroki odbiły się długim echem od pustych ścian, szkło rozbitych butelek trzeszczało pod naszymi stopami. Pokój za pokojem maszerowaliśmy w ciszy, czekając na znak Harry’ego, który pojawił się po trzecim przeciętym pomieszczeniu. Podniesiona ręka zatrzymała nas wszystkich w tym samym momencie.
- Nie zjawią się - głos zrezygnowania przetoczył się cicho przez tę część parteru. Kornelia zakryła nagle usta dłonią, tłumiąc gwałtowne nabranie powietrza.
- Calum… - szepnęła, a ja zacisnęłam palce na uchwycie pistoletu. Co on tutaj robił? Przecież został wywalony przez Michaela. Tak przynajmniej wniosłyśmy po tym, co mówił. Czyżby ubłagał ich o powrót? Może ta akcja była szansą na odkupienie swoich win?
- Zjawią się, spokojnie. To Hiszpanie, oni zawsze się spóźniają - Clifford. Z ulgą zrozumiałam, że nasz plan wypalił i wrogowie się nas nie spodziewali.
Harry odwrócił się twarzą do nas, położył ostrożnie torbę z bronią na ziemi i, zatrzymując wzrok na mnie, kiwnął głową.
Louis rzucił zapalniczkę Zaynowi, ten podpalił szmatkę, wystającą z napełnionej butelki i, robiąc kilka kroków, przykleił się plecami do ściany przy progu. Nie wychylając się zbyt mocno, zbadał wzrokiem, sąsiadujące z naszym, pomieszczenie, a potem rzucił koktajl Mołotowa w wymierzony wcześniej cel. Hałas rozbijanego szkła został zakłócony przez huk ognia, rozprzestrzeniającego się po rozlanym płynie
- CO DO?! - krzyknął Michael, a w sekundę później zawtórował mu pełen bólu, przeraźliwy wrzask, który zdawał się nie mieć końca.
- Ugaś go!
- Ale…
- GŁUCHY JESTEŚ, HEMMINGS?! UGAŚ GO! Ja zajmę się tymi gnojkami!
Harry kiwnął do nas głową i wszyscy, z wycelowanymi przed siebie broniami, wbiegliśmy do gorącego, rozjaśnionego ogniem pomieszczenia. Za ścianą płomieni dojrzałam Ashtona, leżącego na podłodze. Jego ubranie wciąż dymiło, a ciałem wstrząsały niekontrolowane drgawki, które miały mi się śnić po nocach. Krzyczał głośno i trzymał się za twarz, przez co nie mogłam dojrzeć na niej skali zniszczeń. Luke klęczał przy nim, trzymając rękę na jego lewym biodrze, którego zdawał się nie dosięgnąć ogień.
- NA ZIEMIĘ! - wrzask rozdarł mi uszy. Nie zdążyłam zobaczyć kto krzyczał, bo Calum i Michael już zdążyli się schować za przeciwległą ścianą i małym, niedokończonym murkiem. Rozległy się strzały, a w górę wystrzelił pył, gdy kilka pocisków trafiło miejsce, w którym przed chwilą znajdował się Clifford.
Pociągnęłam Kornelię za kołnierz i wepchnęłam ją za próg, za którym przed chwilą krył się Zayn. Phoebe pobiegła za nami, chowając się po drugiej stronie.
- “W ostateczności” - szepnęła, a ja kiwnęłam głową. Kornelia oparła dłoń na murze i pochyliła głowę, kasłając kilka razy. Opadła na kolana, raniąc sobie dłonie na odłamkach butelek, leżących na ziemi i zwymiotowała. Chciałam jej pomóc, podać wodę czy pocieszyć, ale pilnowałam sytuacji w drugim pomieszczeniu, a ta była kiepska.
Luke spojrzał przerażony na miejsce, w które przed chwilą wbiło się kilka naboi z broni Nialla i chwycił mocno rzeczy Ashtona, ciągnąc go ku wyjściu, za którym zniknął Michael. Irwin jęczał głośno, a opadający płomień pozwolił mi dostrzec jego sylwetkę. Ogień musiał ująć cały jego prawy bok. Ubrania były do połowy czarne, pod nimi widziałam krwawe rany i stopniałą skórę, przez co miałam ochotę dołączyć do Kornelii i zwrócić śniadanie. Mężczyzna zakrywał wciąż twarz dłońmi, z których prawa wyglądała naprawdę żałośnie. Byłam pewna, że ogień pozbawił go charakterystycznej dziecięcej urody, którą posiadał.
Hemmings się nie poddawał. Czołgał się po podłodze, próbując ochronić przyjaciela. Dyszał ciężko i warczał przy każdym pociągnięciu.
- Nie tak szybko, gnoju - nie widziałam nawet kiedy Zayn pojawił się za nim i wycelował broń w dół, przykładając ją do blond włosów Hemmingsa. Nie wstając z podłogi, mężczyzna wyprostował plecy i otworzył szeroko oczy, a jego oddech jeszcze bardziej przyspieszył. Malik oparł tył karabinu o ramię, ale, zanim wystrzelił, w budynku rozległ się wrzask Michaela.
- Syles! Nie rób tego!
Przerzuciłam wzrok na Harry’ego i ze zdziwieniem zobaczyłam, że uniósł kącik ust. Zaśmiał się głośno i kiwnął do Zayna, na co ten wyszczerzył zęby. Pochylił się do ucha Luke’a, kładąc dłoń na jego ramieniu i ściskając je najmocniej jak mógł
- To za zabicie mojego przyjaciela - warknął, wyprostował się i, zanim Luke zdążył zareagować, pociągnął za spust.
Krew rozbryznęła się od siły wystrzału, ochlapując twarz i ubranie Zayna. Zabarwiła blond włosy na czerwono, znacząc upiorne smugi wzdłuż twarzy. Opadała na zamknięte oczy, usta, wlatywała do uszu, ale Luke już tego nie czuł, już nie żył.
Ze zdziwieniem usłyszałam, że hukowi, który rozległ się w budynku towarzyszył krzyk dziewczyny. Spojrzałam na Phoebe i zamarłam. Zakryła sobie usta dłonią i zsunęła się po ścianie, zalewając łzami i kręcąc głową, jakby zaprzeczała temu, co właśnie się stało.
- Luke, Luke… - szeptała pod nosem, zaciskając powieki. Odgłos ciała, opadającego na podłogę zdawał się być zadziwiająco cichy w porównaniu do wcześniejszego, rozdzierającego uszy, wystrzału.
- LUKE! - Calum wybiegł ze swojej kryjówki i wypuścił kilka strzałów, krzycząc przy tym, jak szaleniec. Coś wybuchnęło i nagle całe pomieszczenie wypełniło się ciemnoszarą substancją, a Hood i Zayn zniknęli mi z oczu. Granat dymny.
Chwilę później wszystko wokół utonęło w hukach kul, pędzących szybciej od dźwięku. Harry, Louis i Niall znaleźli odpowiednie osłony i próbowali zza nich trafić w Caluma, w Michaela czy Ashtona, ale wszystkiemu przeszkadzał dym, który ustępował w zbyt wolnym tempie. Obserwowałam z napięciem Harry’ego, który mrużył oczy, próbując dojrzeć cokolwiek przed sobą. Gdy dym zaczął się przerzedzać, strzały ucichły, jakby każda strona chciała sprawdzić wyniki tej przerażającej gry. W budynku słychać było tylko przyspieszone oddechy i kliknięcia przeładowywanej broni. Wreszcie dym ustąpił, a czas nagle zdawał się zatrzymać, gdy ogarnęła nas głucha cisza.
To, co ukazało się naszym oczom, przewróciło mój żołądek na drugą stronę. Ashton zniknął gdzieś, przeniesiony przez Caluma, którego również nie było w zasięgu wzroku. Za to Michael stał, doskonale widoczny, z dużym nożem wbitym w dolną część pleców Zayna. W tym milczeniu, nawet moje serce zdawało się ograniczyć swoje uderzenia.
Malik blednął z każdą chwilą, jego oliwkowa cera przeszła w zieleń, potem w biel. Zakasłał, a z ust pociekła mu obfita struga krwi, na co zatkałam usta, by nie krzyknąć z przerażenia. Wciąż stał o własnych siłach, lecz z rąk wypadł mu karabin. Trzymał dłoń na brzuchu, jakby chciał zatrzymać, przeszywający go ból. Pod rozpiętą marynarką dostrzegłam, że jednak nie założył kamizelki kuloodpornej. Zayn!
- Zayn! - krzyknął Louis
- Pierdoleni idioci! - ryknął Michael, szarpiąc nożem, a Zayn jęknął, wykrzywiając twarz w cierpieniu. Z jego ust pociekło więcej szkarłatnej krwi, płynącej powolnym strumieniem po brodzie i brudzącej jego nieskazitelny garnitur. - Myśleliście, że zrobicie to łatwo?! Bez ofiar?! Dobre sobie! - krzyczał, jak szaleniec, co chwilę tocząc więcej krwi z ust Zayna. Zaszlochałam, widząc swojego szefa w tak beznadziejnej sytuacji. Modliłam się w duchu, by Michael stracił koncentrację i pozwolił mu uciec, ale było to naiwne myślenie.
- Poddaj się, Clifford, jest was trzech na sześcioro! - odkrzyknął Harry. “Sześcioro”? Spisał już Zayna na straty?
- Jesteś uroczy, Hazza, naprawdę uroczy. Oczywiście, jak się poddamy, czeka nas śmierć, prawda?
- Czasami zaskakujesz mnie inteligencją - zakpił Harry
- Wybacz, ale chyba nie skorzystam. Opuście broń albo rozwalę Elegancika! - zza jego pleców wyszedł Calum, który trzymał przed sobą pokaźnych rozmiarów karabin maszynowy. Musiał kryć się za wyjściem przy prostopadłej ścianie do naszego. Tym, za które wcześniej uciekł Michael.
- Pozwól zrobić mi rachunek i stwierdzić, że jest was trzech. Te piękne panie, które się chowają nie będą zbyt użyteczne - warknął tonem, którego nigdy u niego nie słyszałam. Louis przeniósł wzrok z Michaela na niego i wycelował bronią prosto w jego czoło.
- On gra… Louis, on gra… - szept Kornelii ledwo dotarł do moich uszu. Przyjrzałam się jej ze zmartwieniem. Była blada, w drżącej ręce trzymała pistolet i patrzyła przez łzy na Caluma. - Nie strzeli do ciebie - szeptała, jakby wierzyła, że Louis mógł ją usłyszeć.
Dość tego! Cofnęłam się od wyjścia, poza zasięgiem wzroku chłopaków i ruszyłam pochylona wzdłuż ściany, za którą rozgrywała się ta dramatyczna scena. Szczęśliwa uznałam, że ten korytarz prowadził bezpośrednio do wyjścia, z którego korzystali nasi wrogowie. Przyciskając plecy do muru, skręciłam i ruszyłam powolnym krokiem, starając się powodować jak najmniej dźwięków. Dotarłam do dziury, w której powinny znajdować się drzwi i, nieznacznie się wychyliwszy, spojrzałam na plecy Michaela i Caluma. Sprawdzając odbezpieczenie pistoletu, weszłam do pokoju, najciszej jak potrafiłam i wymierzyłam w głowę Clifforda. Harry zadrżał, a przez jego twarz przebiegł cień przerażenia, lecz szybko opanował swoją reakcję i powrócił wzrokiem do Michaela.
- Myślę, że nie doceniasz naszych kob… - głos Louis’ego został przerwany przez niski, pozostawiający w moich uszach piszczenie wystrzał. Niestety to nie ja nacisnęłam spust, to nie Michaela krew spływała teraz po moich ubraniach.
Opadłam na kolana z krzykiem, gdy rozdzierający, parzący ból przeszył moje ramię, nie chcąc ustąpić. Bolało, tak bardzo bolało. Czułam gorącą kulę, palącą mięso we wnętrzu mojego ciała. Ciepła krew zabarwiła biały rękaw koszuli na czerwono. Trzęsącą się dłonią chwyciłam ranę obok obojczyka, co było niewybaczalnym błędem, bo w ramieniu wybuchnęła kolejna porcja bólu. Spojrzałam za siebie na postać leżącą za ścianą, na ziemi.
Niespalone pół twarzy uśmiechnęło się do mnie krzywo, zdrowa ręka trzymała spust karabinu snajperskiego. Ashton nie widział na jedno oko, które zalewała krew, nadając jego spalonej skórze jeszcze upiorniejszych wyrazów. Prawa strona wargi nie przypominała ust, z policzka pozostała groteskowa krwawa lśniąca mozaika. Tak zraniony, wciąż zdołał mnie unieszkodliwić.
Nie zdążyła minąć nawet sekunda od wystrzału, gdy Michael zobaczył mnie, klęczącą za nim na ziemi. W przeciwieństwie do reszty, która stała wciąż w szoku, on zadziałał. Przytrzymując szyję Zayna, wyciągnął nóż z jego pleców, a krew trysnęła z rany. Malik krzyknął z bólu, ale szybko zamilkł, gdy ostrze przebiło mu serce. Zanim straciły blask życia, jego oczy otworzyły się szeroko w szoku. Zayn zdążył chwycić się za pierś i wypluć więcej krwi, po czym umarł, a Michael popchnął jego martwe ciało na zwłoki Hemmingsa.
Krzyknęłam w proteście i bólu, trzęsąc się na całym ciele. Patrzyłam przez łzy w zastygłą w cierpieniu twarz Zayna i wyciągnęłam do niego rękę, jakbym tym mogła przywołać jego życie z powrotem do ciała. To wszystko stało się tak szybko, zaledwie w odstępie kilku sekund. Harry wrzasnął wściekle, patrząc to na mnie to na ciało Zayna z rozpaczą i rzucił się na Michaela, ale ten zdążył już do mnie dotrzeć. Pociągnął mnie w górę za włosy, dodając do skali bólu jeszcze jedną nutę i przyłożył do mojego gardła, ozdobiony krwią Zayna, nóż.
- ANI KROKU DALEJ, STYLES! - ryknął, a Harry zatrzymał się posłusznie, oddychając szaleńczo. - Ani. Kroku. Dalej… - szepnął. Kornelia i Phoebe wybiegły ze swojej kryjówki. Obie ze łzami w oczach przebiegły wzrokiem po ciele Malika, po czym skupiły się na mnie. Niall zdawał się być w szoku, z bronią opuszczoną nisko. Calum wycelował swój karabin w Harry’ego, co wybudziło go z transu i, razem z Phoebe, skierowali lufy w głowę Hooda, ale gdy Louis nacisnął kurek, by pozbyć się problemu, w pomieszczeniu rozległ się krzyk Kornelii.
- Nie! Louis, nie! - obaj z Calumem spojrzeli na nią, Louis wściekłym, Calum smutnym wzrokiem, po czym na powrót skupili się na swoich celach.
- Kornelia, to nie jest czas na twoje romantyczne zapędy! - warknął Louis, poprawiając w dłoni pistolet.
- On ją zabije, Michael zabije Milenę, jeśli to zrobisz, błagam, błagam, Louis. - dopiero wtedy moja przyjaciółka wybuchnęła płaczem. Michael zaśmiał się, potrząsając nami obojgiem. Przez wywołany ruch nadziałam się na ostrze, które wycięło cienką linię na mojej szyi. Syknęłam cicho. Czułam, że opadałam z sił. Ramię krwawiło mi intensywnie, głowa bolała od uścisku Michaela na moich włosach.
- No brawo. Może jednak nie są tak bezużyteczne. Twoja dziewczynka zdaje się być o wiele bardziej inteligentna od ciebie, Tomlinson. Może dlatego ten idiota się w niej zakochał - Calum spojrzał na Michaela z wyrzutem, ale nie skomentował jego uwagi.
- Opuście broń. Wszyscy - warknął Clifford, przybierając mroczny ton. Miałam nadzieję, że nikt go nie posłucha, ale Harry jako pierwszy zaczął zniżać lufę, a za nim podążyła reszta.
- Przestańcie! Co wy rob… - zaczęłam słabym głosem, ale Michael przełożył nóż do drugiej ręki i nagle wsadził palec wskazujący do, zadanej mi przez Ashtona, rany. Ból oślepił mnie na kilka sekund. Krzyczałam, bo nie mogłam znieść palenia, jakie rozdzierało moje ciało. Nie wiedziałam już czy bolało mnie ramię, głowa, ręka czy noga. Każda kończyna zdawała się być obdzierana ze skóry. Palenie rozlało się na każdą komórkę mojego organizmu.
- Przestań! Przestań, kurwa! - ryknął Harry i rzucił broń na ziemię. - Nikt do was nie celuje, ok?! Zostaw ją! - był zdesperowany, jego głos drżał przeraźliwie.
Michael wycofał palec z mojej rany, czemu towarzyszyło ciche mlaśnięcie, ale ból ustąpił tylko w niewielkim procencie. Dyszałam ciężko, czując, że brakowało mi powietrza. Chciałam, żeby przestało boleć, proszę niech przestanie boleć…
- Dobrze. A teraz Calum przejdzie ładnie po sali i zbierze pistoleciki. Nie chcemy, żeby komuś stała się krzywda, prawda? - głos Michaela stał się przesadnie łagodny, jakby przemawiał do dzieci. - Tylko żadnych fałszywych ruchów, bo ta dziwka już dzisiaj pożegna się z życiem - dodał cicho.
Calum rozpoczął swój marsz po sali, wieszając na ramionach paski od strzelb i karabinów i kopiąc pistolety w stronę szefa.
- Jak się trzymasz, Ashton? - zawołał w między czasie Clifford, zdejmując ze mnie strzelbę i wyrzucając za siebie dwa pistolety.
- Zamknij ryj, M…Michael i pos… pospiesz się - usłyszeliśmy słabe warknięcie, dochodzące zza ściany.
- Co z nim? - zwrócił się Michael do Caluma, który właśnie podchodził do Kornelii. Zatrzymał się przy niej i wyciągnął rękę, jakby chciał pogłaskać ją po policzku, ale w porę się powstrzymał. Patrzyła na niego przez łzy, kręcąc powoli głową. Jej twarz wyrażała niedowierzanie i żal. Usta Caluma ułożyły się w słowo “przepraszam”, ale Kornelia odwróciła wzrok i zacisnęła powieki.
- Kiepsko. Musimy go zabrać do szpitala - powiedział i naprzeciw zdrowemu rozsądkowi, pocałował ją w czubek głowy. Louis szarpnął się ze swojego miejsca, ale Michael przycisnął nóż do mojej szyi i zacmokał kilka razy niezadowolony. To zatrzymało działania przyjaciela.
- Stój, ładnie, Tomlinson - rozkazał.
Idioci. IDIOCI! Mieli przewagę liczebną, mogli ich zdjąć, nawet jeśli Miałabym przypłacić za to życiem. Już nie chodziło tylko o Liama. Teraz ci skurwiele zabili też Zayna. Musieli zginąć. Wszyscy! Bez względu na ofiary! Dlaczego ich nie zabijecie? Idioci!
Wszystkie pistolety były teraz pod moimi nogami, Calum przyniósł torbę, którą Harry zostawił przy “naszym” wejściu do pokoju i spakował do niej każdą broń, prócz swojego karabinu. Cała moja grupa stała teraz, oddychając ciężko i wpatrując się we mnie w napięciu. Phoebe, Niall, Louis, Kornelia i wreszcie Harry, którego policzki lśniły od łez. Wszyscy jesteście idiotami. Wszyscy daliście się opanować słabym emocjom.
- A teraz pan, Panie Styles, pójdzie z nami - oznajmił Michael, wywołując u wszystkich zdziwienie.
- Co? - Harry zrobił niepewny krok w naszą stronę
- Zabierzemy ciebie i pannę Smyk na małe przesłuchanie - wyjaśnił, a mnie zrobiło się niedobrze, gdy domyśliłam się co mogło się kryć za tymi słowami. Twarz Harry’ego pociemniała. Obnażył wściekle zęby i ruszył przed siebie, zatrzymany nagle przez broń Caluma. Nie została ona wycelowana jednak w niego, a we mnie. Spojrzałam z wyrzutem na Hooda, na co ten przełknął ciężko ślinę. Czy mi się zdawało, czy on minimalnie pokręcił głową. Co chciał przez to powiedzieć? “Nie zabiję cię”? “Przepraszam, nie mam wyjścia”?
- Jak widzisz, jesteś w niekomfortowej sytuacji. Tutaj nóż, tu karabin, a za nami snajperka, wszystkie są wycelowane w twoją ukochaną. Zrób cokolwiek nieodpowiedniego a ona zginie, nawet, jeśli mielibyśmy podzielić jej los. - Michael wzruszył ramionami. - A teraz podejdź grzecznie do Caluma i daj się obezwładnić. - długa cisza, która nastąpiła po tych słowach została przerwana przez echo kroków Harry’ego. Patrząc z nienawiścią na Michaela, podszedł do Hooda i odwrócił się do niego plecami, trzymając za sobą ręce. Calum wyciągnął z walizki, leżącej pod oknem, która musiała należeć do jego grupy, plastikowy pasek z ząbkami i naciągnął go mocno wokół nadgarstków Harry’ego. Zacisnęłam zęby i wzięłam głęboki oddech, co było błędem, bo ból znów zaatakował.
- Harry, nie rób tego, to nic…
- Milena! Bądź cicho - tym razem to Harry, nie Michael, przerwał moje protesty. - Proszę cię, bądź cicho… - szepnął, a Calum wziął torbę z bronią i popchnął go ku wyjściu, za którym znajdował się zraniony Ashton.
Michael zaśmiał się cicho i pociągnął mnie za sobą, co uświadomiło mi jak bardzo byłam osłabiona. Nogi w kolanach ugięły mi się nagle i, gdyby nie uścisk Clifforda, padłabym twarzą na ziemię.
- Ojoj… Straciliśmy za dużo krwi. - skomentował to i bez ostrzeżenia podniósł mnie na ręce, przerzucając sobie przez ramię. Gdybym miała siłę, ponownie krzyknęłabym z bólu. Zamiast tego załkałam cicho.
- Clifford! - zawołała nagle Kornelia. Nie, proszę, nie prowokuj go. Michael odwrócił się do mojej przyjaciółki. - Masz - nie wiedziałam o co jej chodziło, ale rzuciła coś, co Michael zdołał z łatwością złapać.
- Jak miło - mruknął i podał mi biały bandaż - Trzymaj. Na później - nakazał, więc chwyciłam materiał, zbyt słaba, by protestować.
- Zawsze przyjemnie z wami robić interesy! - zawołał przez ramię, gdy wyszedł z nieszczęsnego pokoju. - Zadzwoń do Jamesa, niech zabierze jutro ciało Hemmingsa - szepnął do Caluma, a ten kiwnął głową i dźgnął lufą w plecy Harry’ego.
- Idź, im szybciej to załatwimy tym lepiej.
- Wiesz, gnoju, że mamy na ciebie haka, prawda? - warknął do niego Harry. Calum skrzywił się w nienawiści
- Zamknij się, kretynie - syknął i pociągnął Harry’ego za włosy, szepcząc mu coś do ucha. Michael zdawał się tego nie zauważyć, zbyt zajęty, ocenianiem stanu Ashtona.
- Zaraz po ciebie przyjdziemy - mruknął do jęczącego chłopaka i ruszył przed siebie. Rzuciłam jeszcze spojrzenie na pomieszczenie, w którym byli moi przyjaciele. Ostatnim widokiem, jaki stamtąd zapamiętałam były puste, pozbawione życia, szeroko otwarte oczy Zayna. Zaszlochałam cicho, nie mogąc uwierzyć w jego śmierć. Do głowy wdarł mi się obraz Sylvii, która dowiaduje się o tym zdarzeniu i rozpłakałam się na dobre.
Co teraz będzie? Co stanie się ze mną i Harrym? Co stanie się z resztą? Myślałam gorączkowo, wściekając się na naszą porażkę. Niestety moje rozmyślenia zostały szybko przerwane przez nagłą ciemność i ciszę, które ogarnęły mój świat, gdy Michael rzucił mnie na tylne siedzenie czarnego vana.
Meliski? :>
Nie zapomnijcie skomentować i podzielić się wrażeniami pod tagiem #TTDff !!
Kochamy :*