wtorek, 17 lutego 2015

54. Loving can mend your soul

Lekko czerwony czcionek! :D 


Loving can mend your soul



Milena

      Tego nie dało się opisać słowami. Moment, w którym Harry otworzył oczy, wypowiedział pierwsze, od kilkunastu dni, słowa, wyciągnął rękę by mnie przytulić. Naturalnie nie mogłam powstrzymać łez, które tym razem okazały się objawem rozsadzającego mnie szczęścia. Opadłam w jego ramiona, śmiejąc się i płacząc jednocześnie, a on nie puszczał mnie aż nie uznałam, że czas się odsunąć. 
      - Co się stało? - zapytał, wskazując na aparaturę wokół siebie i kable podłączone do jego żył. Otarłam łzy i pociągnęłam nosem, niezdolna jeszcze przez chwilę do wypowiedzenia słowa. Wreszcie wzięłam głęboki oddech i ujęłam jego dłoń w swoją. Wiedziałam, że powinnam zawołać lekarzy, ale potrzebowałam chwili. Nie mogłam pozwolić im popsuć tego momentu.
      - Co pamiętasz? - odpowiedziałam pytaniem, a on pokręcił głową i zmarszczył brwi, skupiając się na swoich wspomnieniach. 
      - Że wygrałem wyścig. Potem jechałem do warsztatu i rozmawiałem z mechanikiem… To on? Postrzelił mnie? - przeskanował spojrzeniem swoje ciało, jakby szukał rany od kuli. Zacisnęłam wargi i uśmiechnęłam się słabo.
      - Nie, Harry. Miałeś wypadek - odparłam, przykładając jego dłoń do swoich ust, co, w ostatnich dniach, stało się moim przyzwyczajeniem. Harry zamrugał szybko i skrzywił się, jakbym opowiadała mu o zupełnie niezrozumiałych rzeczach. 
      - Ja nie mam wypadków. Kto był za to odpowiedzialny? - warknął, a jego złość wywołała niekontrolowany ruch, który skończył się syknięciem bólu i chwyceniem się za niezrośnięte żebra. 
      - Uspokój się, jesteś jeszcze mocno poobijany. - położyłam mu płaską dłoń na klatce piersiowej, a potem sięgnęłam nią do jego policzka, głaszcząc uspokajająco. Zamknął oczy na krótką chwilę, ale jego szczęka wciąż była zaciśnięta. 
      - Kto to zrobił? - zapytał nieco ciszej, a mnie żołądek związał się w mały supełek. Nie mogłam powiedzieć mu prawdy, jeśli nie chciałam narażać bezpieczeństwa Phoebe. Calum miał rację, to wywołałoby wojnę. Nikt oprócz mnie, Kornelii i Phoebe o tym nie wiedział i wszystkie trzy uważałyśmy, że tak właśnie powinno zostać. 
      Oblizałam powoli wargę i spojrzałam gdzieś w bok, nie będąc w stanie na niego spojrzeć. 
      - Nie wiemy… - szepnęłam, wkładając kciuk w zęby i przygryzając go nerwowo. 
      - Ściemniasz. - stwierdził Harry osłabionym głosem, jakby próbował uniknąć kłótni. A może to przez leki i jego stan… Westchnęłam ciężko i odwróciłam w jego stronę głowę, by przyjrzeć mu się uważnie. Był blady, jego loki lepiły się do spoconego czoła, a ból połamanych kończyn wyraźnie dawał o sobie znać. 
      - Zawołam lekarza. Powinnam zrobić to już dawno. - szepnęłam, wstając z krzesła, ale on nie puścił mojej dłoni, zatrzymując mnie nagle. 
      - Kto to zrobił? - powtórzył swoje pytanie, mrużąc groźnie oczy. Nie tak wyobrażałam sobie jego pobudkę. Nie chciałam się kłócić po dwóch tygodniach obaw o jego życie. Przełknęłam ciężko ślinę i pochyliłam się nad nim, zamykając mu usta delikatnym pocałunkiem. 
      - Nie wiemy. Harry, potrzebujesz lekarza. Musimy się upewnić, że nam znowu nie zaśniesz - szepnęłam, głaszcząc go palcem po policzku. Jego oczy błądziły szaleńczo po mojej twarzy. Był skołowany, przez co spodziewałam się następnego pytania.
      - Ile czasu byłem nieprzytomny? - szepnął, a w moich oczach ponownie stanęły łzy. Otarł je szybko, patrząc na mnie uważnie. - Dziecino? - załkałam, słysząc zdrobnienie i uświadamiając sobie jak bardzo za nim tęskniłam. Jak mogłam się z nim kłócić, gdy prawie umarł? Jak mogłam na to pozwolić? Jego głos, choć wciąż zachrypnięty, sięgał moich uszu, tak, jak prosiłam o to los przez ostatnie kilkunaście dni. Jego zielone oczy patrzyły na mnie z tą samą miłością, która wcześniej wzbudzała we mnie niezrozumiałą niezręczność. 
      Sięgnęłam ponownie wargami jego ust, by odciągnąć swoje myśli od smutnego widoku nieprzytomnego Harry’ego. Pocałował mnie delikatnie, lekko, ale po chwili zacisnął powieki z sykiem bólu, więc odsunęłam się od niego pospiesznie. 
      - Przepraszam. - mruknęłam, a on tylko pokręcił głową, siląc się na słaby uśmiech. - Ponad dwa tygodnie, Harry… - dodałam, odpowiadając na jego pytanie. Łzy utorowały już sobie drogę na moje policzki, przez co skarciłam się w myślach. W ostatnich dniach zamieniłam się w płaczliwą katastrofę. 
      Harry kiwnął wolno głową. Jego twarz ponownie wykrzywił wyraz bólu, któremu, tym razem, towarzyszyło głośne jęknięcie. Przez moje ciało przelała się fala zdenerwowania, więc nacisnęłam pospiesznie przycisk, przywołujący lekarza. Harry w tym czasie zdążył chwycić się za bok i przeklął wulgarnie. 
      - Harry… - powiedziałam cicho, obawiając się go dotknąć, by nie wyrządzić mu większego cierpienia. Oddychał teraz głęboko i szybko, a z jego szyi spływały kropelki potu. 
      - W…W porządku. Chyba mój organizm zrozumiał, że już nie śpię… - wysapał, wciskając głowę w poduszkę i zaciskając powieki. Wtedy do sali wbiegł doktor Jones z pielęgniarką u boku. Ocenił szybko sytuację, a gdy zobaczył, że Harry się obudził, uśmiechnął się szeroko i kiwnął do mnie głową. Potem zabrał się za badanie Harry’ego i ocenianie stanu sytuacji, przez co zostałam zepchnięta na bok, zdana na przyglądanie się jego pracy. 
      Harry został wreszcie przeniesiony do sali, w której każdy mógł go odwiedzać bez pozwolenia lekarza. Jego stan się ustabilizował i czekaliśmy na wypisanie go ze szpitala. Niestety, potrzebowaliśmy na to nieco więcej czasu, ale dzięki temu mogłam unikać częstych spotkań z Kornelią. Dalej miałam jej za złe, że powiedziała Calumowi o moich zamiarach. Wciąż tliła się we mnie żądza zemsty za to, co stało się Harry’emu. W duchu postanowiłam, że Ashton miał zapłacić za swoje czyny. Musiałam tylko obmyślić dobry plan działania. 
      Przez pierwsze kilka dni po przebudzeniu, Harry był na mocnych lekach, które znacznie ograniczały jego zdolności poznawcze. Zapominał wiele faktów z naszej historii, często zachowywał się jak pijany, co mogło być zabawne, choć zaczęłam już tęsknić za swoim wrednym, mrocznym Harrym. Nie wiedziałam, że kiedyś to powiem. Że kiedyś będę modlić się o życie tego wrednego typa, który oskarżył mnie o bycie łatwą już pierwszego dnia naszej znajomości. Kto by pomyślał, że kilka miesięcy później będę siedzieć przy jego łóżku, myśląc o tym, jak bardzo jestem w nim zakochana. 
      Dzień przed wypisaniem Harry’ego siedziałam z nim na łóżku, oparta plecami o jego tors i bawiłam się jego długimi palcami. Harry trzymał w wolnej ręce egzemplarz Psa Baskerville’ów i czytał cicho, otulając moje uszy swoim zachrypniętym głosem. Słuchałam słów Conana Doyle’a, pamiętając, jak czytałam tę książkę po raz pierwszy i uśmiechnęłam się do siebie. Z ulgą przywitałam spokój, który gościł od niedawna w moim sercu. 
      Zwilżyłam powoli wargi, a potem, wpatrując się z napięciem w dużą dłoń, wyszeptałam: 
      - Kocham cię… - Harry zamilkł w sekundę i przez chwilę w powietrzu słychać było tylko nasze spokojne oddechy. Był to pierwszy raz od czasu jego pobudki, gdy odważyłam się to ponownie z siebie wydusić. Wciąż przychodziło mi to z trudem, ale wreszcie byłam pewna tych potężnych słów. Nie okłamywałam już siebie ani jego. Kochałam Harry’ego całym sercem i jeśli miał to być facet, który złamie mi serce, niech tak będzie. Czas skończyć ze strachem spowodowanym przez mężczyzn, którzy zawiedli mnie w moim życiu. Nie wszyscy byli tacy sami. Szczególnie Harry. Nie przeszkadzało mi, że był przestępcą, nie przeszkadzało mi, że zabił, że handlował nielegalną bronią i narkotykami, bo zrozumiałam wreszcie świat w którym żył. Rozumiałam ich zasady, rozumiałam więź jaka łączyła tych chłopaków, rozumiałam szacunek, jakim darzyli kobiety i rozumiałam powód, dla którego to robili. Można sobie wmawiać, że pieniądze nie są ważne, ale w sekrecie każdy chciałby żyć w takim luksusie, w jakim żyją Harry i jego przyjaciele. W jakim od jakiegoś czasu żyłam i ja. 
      Harry odłożył powoli książkę na półkę przy łóżku i poruszył się pode mną. Położył palec na mojej brodzie po czym odwrócił moją głową do siebie, przez co napotkałam mój ulubiony odcień zieleni. 
      - Powiedz to jeszcze raz - szepnął, przygryzając wargę i patrząc w oczekiwaniu na moje usta, jakby chciał wyłapać wszystko, co miało z nich wyjść. Zamrugałam szybko i przeczyściłam cicho gardło. 
      - Kocham cię - mruknęłam, z napiętym każdym mięśniem. 
      - Jeszcze raz - jego twarz zbliżyła się do mojej, a na ustach poczułam jego ciepły, miętowy oddech. 
      - Harry - wykręciłam nerwowo palce, czując się coraz bardziej niekomfortowo. Kącik jego ust powędrował w górę, a moim oczom ukazał się uroczy dołek w policzku. 
      - Jeszcze raz - rozkazał tonem nieznoszącym sprzeciwu. Wzięłam więc głęboki oddech i wyszeptałam z największą determinacją, na jaką było mnie stać:
      - Kocham cię. - miękkie usta dotknęły moich warg i przyjęłam głodny, czuły pocałunek Harry’ego. Jego ręce nie były już ograniczone przez rurki, a kości niemal się zrosły, więc już po chwili znalazłam się pod nim, a moja szyja była obsypywana namiętnymi pocałunkami. 
      - A już myślałem, że mi się to śniło - mruknął. Słyszałam, że się uśmiechał. Poczułam chłód na brzuchu, gdy moja bluzka została przez niego podniesiona w górę, a duże dłonie ujęły moje piersi. Parsknęłam śmiechem i skierowałam jego twarz ku swojej, by móc spojrzeć w jego pociemniałe, głodne oczy. 
      - Harry, jesteśmy w szpitalu - skarciłam go, kręcąc z dezaprobatą głową. 
      - Nic mnie to nie obchodzi, nie miałem cię przez miesiąc. 
      - Z czego połowy nie pamiętałeś - zaśmiałam się i poczułam, jak mój stanik rozluźnia się, odpięty przez sprawne palce. 
      Gorąco buchnęło we mnie niespodziewanym płomieniem. Przez cały ten czas nie myślałam o tak przyziemnych sprawach, jak seks. Najważniejsze dla mnie było zdrowie Harry’ego, lecz teraz, gdy już czuł się dobrze, a większość leków miał odstawioną, ten pomysł nie wydawał się taki zły. Problemem były wiecznie otwarte drzwi sali, w której się znajdowaliśmy i dziesiątki ludzi na korytarzu za nimi. 
      Nie zdążyłam podzielić się z Harrym swoimi wątpliwościami, bo moja koszulka już znalazła się na podłodze, a stanik właśnie zsuwał się z moich ramion. Pieprzyć to, pomyślałam i wpiłam się ustami w te głodne wargi, pociągając przy tym za krawędź szpitalnej białej koszulki Harry’ego. Chwilę później leżał już na mnie nagi od pasa w górę, a ja czułam na swojej skórze jego twarde mięśnie. Długie palce dostały się sprawnie pod materiał moich legginsów i majtek, rozbudzając namiętność, o której już prawie zapomniałam. Przeklęłam głośno i zacisnęłam zęby na doznania, w które właśnie wprawiał mnie Harry. Czułam na brzuchu jego rosnącą męskość, więc chwyciłam ją zachłannie i zaczęłam poruszać w górę i w dół, wywołując u niego niskie warknięcia. 
      - Pan Styles, O BOŻE - znieruchomieliśmy nagle, gdy do sali weszła niska pielęgniarka, w której ręce znajdował się plik papierów. Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, gdy, nad ramieniem Harry’ego, dojrzałam jej szeroko otwarte usta i oczy. Po pierwszej fali szoku zasłoniła ręką oczy i zaczęła wycofywać się powoli z pomieszczenia. 
      - Przepraszam, przepraszam, wrócę później, przepraszam, przepraszam! - powtarzała głośno aż wreszcie zatrzasnęły się za nią drzwi, a my z Harrym spojrzeliśmy na siebie, on uśmiechnięty szeroko, a ja przerażona. 
      - Złaź - skarciłam go i popchnęłam, przez co opadł obok mnie na łóżku i zaśmiał się głośno. 
      - Oj, dziecino! Teraz już na pewno tu nie wróci, chodź, dokończmy to - jęknął, gdy sięgałam przez łóżko do podłogi, by pochwycić swój stanik. Prychnęłam na niego, nie mogąc przetworzyć wstydu, który właśnie przedzierał się przez moją głowę, ale po chwili znów poczułam na sobie ciepłe dłonie, które ujęły delikatnie moje, wciąż nagie piersi. Powolne pocałunki pozostawiły wilgotne ślady na moim ramieniu i szyi, przez co wola dosięgnięcia ubrań, leżących na podłodze, słabła z każdą sekundą. Odchyliłam głowę, dając Harry’emu lepszy dostęp, a potem znów poczułam palec na swoim najczulszym miejscu. 
      - Widzisz? Wcale nie chcesz przestać - mruknął mi do ucha, a potem rzucił mnie nagle na łóżko i zdarł ze mnie legginsy z energią, której nie spodziewałam się po chłopaku, który jeszcze niedawno nie był w stanie podnieść się samodzielnie na łóżku. Jęknęłam głośno, a potem zagryzłam wargę, przypominając sobie, że wciąż byliśmy w szpitalu, gdy Harry wszedł we mnie jednym nagłym ruchem. Niedorzeczność tej sytuacji sprawiała tylko większe podniecenie. Zauważyłam, że ciągnęło mnie do niedozwolonych rzeczy i fakt, że właśnie uprawialiśmy seks w szpitalnej sali tylko dodał pikanterii do tego, co właśnie się działo z moim ciałem. 
      - Powiedz to - rozkazał Harry, którego ruchy były szybkie, gwałtowne, jakby długa rozłąka zniecierpliwiła go do granic możliwości. Uśmiechnęłam się, co przyszło mi z trudem przez fale cudownego doznania, w które mnie sprowadzał. Oddychałam szybko, próbując zebrać się w sobie, aż wreszcie wyszeptałam z wysiłkiem:
      - Kocham cię - a potem jęknęłam głośno, co Harry zagłuszył głębokim pocałunkiem. 
      - Ja ciebie też, dziecino - szepnął, po czym już się nie odzywał, omamiony podnieceniem, a do sali nie weszła żadna nieproszona pielęgniarka. 


*** 
      Widok Harry’ego w moim mieszkaniu sprawiał, że miałam ochotę skakać ze szczęścia. Nie mogłam zliczyć ile razy go całowałam, ile zaciągnęłam do sypialni, ile słów z nim zamieniłam, by móc nacieszyć się jego towarzystwem. Nie uszło jego uwadze, że było coś nie tak między mną a Kornelią, ale zbywałam jego pytania wymijającymi mruknięciami. Kornelia próbowała co jakiś czas namówić mnie do rozmowy, ale nie miałam na to ochoty. Coś nie pozwalało mi jej wybaczyć tego, co zrobiła.
      Niestety, kilka dni po wyjściu Harry’ego ze szpitala musiałam udawać, że nie gniewałam się na przyjaciółkę, ponieważ Liam i Caroline urządzili przedślubną kolację w Irresistible. Mieli się pobrać już w przyszłym tygodniu, a ja nie mogłam być bardziej podekscytowana. Zastanawialiśmy się z Harrym nad prezentem, ale wciąż sprzeczaliśmy się nad kolejnymi pomysłami, przez co nie mogliśmy dojść do porozumienia. Całe szczęście, mieliśmy jeszcze tydzień. 
      Usiedliśmy wszyscy przy dużym stole: Caroline i Liam na środku, obok Liama usiadł Zayn, któremu towarzyszyła czarnowłosa Silvia, a obok Caroline Phoebe, trzymająca z czułością dłoń Nialla. Postarałam się, by usiąść obok Louis’ego zamiast Kornelii, co umożliwiłoby mi lepsze udawanie, że wszystko w porządku, a potem skupiłam całą swoją uwagę na narzeczonych. Zauważyłam, że przy stole było jeszcze kilka wolnych miejsc, więc domyśliłam się, że miało przyjść więcej osób. Może ktoś z rodziny Liama lub Caroline? 
      - Dobra! Nie wiemy czy reszta gości się zjawi, więc zacznijmy! - zawołał Liam, a Caroline spojrzała na niego z czułością i uśmiechnęła się szeroko. Niall ziewnął szeroko, a Liam rzucił w niego zaczepnie chusteczką. 
      - Ej! Nie zachowuj się jak świnia w mojej restauracji! - skarcił go blondyn. Liam prychnął ostentacyjnie i pokręcił głową ze śmiechem. 
      - To nie ziewaj jak prosiak. - odgryzł się, przez co został mu pokazany środkowy palec. 
      - Jest kilka spraw do omówienia. Skoro nasza śpiąca królewna raczyła się obudzić, mieliśmy czas poprosić ją o udostępnienie swojego cudownego domu do naszej ceremonii - Liam wyszczerzył do Harry’ego zęby, a ja uśmiechnęłam się szeroko. Tak, obiło mi się o uszy, że ślub miał się odbyć w willi Stylesa, ale przez moje zaabsorbowanie Harrym nie zwracałam na te informacje uwagi. 
      - Milena, sprawa do ciebie. - odezwała się Caroline, a ja spojrzałam na nią zaskoczona. - Kornelia zgodziła się zaśpiewać, ale nasza firma dekorująca trochę nas zawiodła…
      - TROCHĘ?! Spierdolili na tydzień przed ślubem! - warknął Liam i przekręcił oczami. Zayn poklepał go zabawnie po plecach i zaśmiał się wesoło. 
      - Spokojnie, przyjacielu, ty masz się martwić o inne rzeczy - powiedział, a Liam uniósł jedną brew i spojrzał na niego najbardziej morderczym wzrokiem, na jaki było go stać. Caroline odkaszlnęła głośno i rzuciła im karcące spojrzenie, przez co obaj wyprostowali się w swoich krzesłach i uśmiechnęli krzywo. Jakim cudem tak różne osoby mogły się tak dobrze zgrać? Pytanie… Spójrz na siebie i Kornelię… Nagle zrobiło mi się smutno, że moja relacja z przyjaciółką wisiała na włosku. Kochałam ją, jak siostrę i nie chciałam, by to, co budowałyśmy przez kilka lat popsuło się przez jedną głupią sprawę. Obie zawiniłyśmy… Porozmawiam z nią po kolacji…
      - Tak czy inaczej. W końcu jesteś projektantką wnętrz. Pomyśleliśmy, że może też czułabyś się dobrze w takich dekoracjach? Jeśli nie, zrozumiemy. Ale potrzebujemy kogoś do udekorowania holu i ty wydajesz się najodpowiedniejszą osobą… - powiedziała Caroline, uśmiechając się do mnie zachęcająco. Ścisnęłam rękę Harry’ego i wyszczerzyłam zęby. 
      - No jasne! Od jutra się za to zabiorę! - zawołałam entuzjastycznie, a ona i Liam rozpromienili się nagle i odetchnęli z ulgą. 
      Spojrzałam na Kornelię, która miała spuszczony wzrok i zdawała się nie przysłuchiwać rozmowie. Zmarszczyłam brwi, niepewna co mogło ją gryźć. Chodziło o mnie? Nie… Nawet z naszą kłótnią w tle, potrafiłam słyszeć śmiech, dochodzący z jej sypialni. Zwróciłam swój wzrok na Louis’ego, gdy Caroline i Liam zaczęli omawiać z Niallem i Zaynem warunki wieczoru kawalerskiego. Dłonie mojej przyjaciółki i jej chłopaka nie były splecione, jak miały to w zwyczaju, a Louis siedział napięty, zaciskając wyraźnie szczękę. Pokłócili się? Zdążyłam już zauważyć, że przez ostatnie kilka dni Louis nie odwiedzał nas tak często, jak zwykle, ale co jakiś czas słyszałam dźwięki, które przekonywały mnie o ich dobrej, wręcz wspaniałej relacji. Czasami aż miałam ochotę im przerwać, bo Kornelia potrafiła jęczeć głośniej niż zwykle. 
      Byłam skołowana. Chciałam wiedzieć, co działo się pomiędzy tą dwójką, ale nie mogłam przez ciche dni między mną i Kornelią. Westchnęłam lekko i powróciłam wzrokiem do narzeczeństwa, którzy omawiali kolejne punkty z listy rzeczy potrzebnych na ślub. Kolor sukienek druhen, godzinę ceremonii, liczbę gości i ich umiejscowienie przy stołach. 
      Ziewnęłam w połowie listy, próbując zrobić to mniej ostentacyjnie niż Niall, a potem ożywiłam się nagle, gdy do restauracji weszło kilka osób. Gdy tylko je zobaczyłam od razu zrozumiałam, że to dla nich zostały ustawione dodatkowe miejsca przy stole. Louis napiął się obok mnie, a na jego szyi pojawiła się gruba żyła. Dopiero wtedy sięgnął po dłoń Kornelii i przyciągnął ją ostentacyjnie do ust. Nie mogłam powstrzymać uśmiechu. Moja przyjaciółka natomiast patrzyła z przerażeniem na przystojnego Japończyka, który właśnie stanął przy stole i przywitał się kulturalnie ze wszystkimi. Wskazał miejsce swoim trzem towarzyszom, wśród których poznałam tylko jednego z pamiętnej kolacji, na której Louis dał pokaz swojej zazdrości. 
      Ciemne oczy Kaitō ulokowały się nagle na Kornelii. Obszedł stół i stanął przy jej krześle, wyciągając rękę. 
      - Kornelio… Jesteś piękniejsza niż zapamiętałem. - wszystkie oczy zwróciły się ku mojej przyjaciółce i Louis’emu w oczekiwaniu na reakcje obojga. Niebieskie oczy dziewczyny rozszerzyły się w zdziwieniu, gdy wstała i spojrzała z obawą na swojego chłopaka. W momencie, w którym Kaitō ucałował jej dłoń, Louis podniósł się z krzesła z cichym warknięciem i objął Kornelię w pasie. Japończyk zamrugał zdezorientowany, oceniając szybko sytuacje, a potem uśmiechnął się ze zrozumieniem i kiwnął głową. 
      - Louis - podał Tomlinsonowi rękę, którą ten uścisnął, nieco zbyt mocno. 
      - Kaitō - odparł zimnym tonem. Ciemne oczy przeskakiwały z niego na Kornelię, aż w końcu Kaitō kiwnął głową i zaśmiał się podejrzanie cicho. 
      - Rozumiem - mruknął tajemniczo i usiadł na swoim miejscu. 
      Szykuje się ciekawe wesele… pomyślałam, patrząc, jak Louis siada obok Korneli, zaciskając mocno swoje palce na jej dłoni. 


#TTDff - HASZTAGUJMY JAK SZALONE! DOPROWADŹMY TEGO BLOGA DO 100 000 WYŚWIETLEŃ! :D 

KOCHAMY <3 

A. <3 & M. xx

poniedziałek, 9 lutego 2015

53. I'm gonna tell you something you don't want to hear

Hej, kochane! Wiadomość od nas! 
A i M jadą bawić się z Edem i pozwiedzać stolicę, więc kolejny rozdział wejdzie dopiero po weekendzie :( Mamy nadzieję, że nam wybaczycie dłuższą przerwę? 

A tak poza tym to:
Czerwona czcionka! Dla zboczuchów! Wiemy, że się cieszycie :> :D

Nie zapomnijcie skomentować i podzielić się wrażeniami pod #TTDff (może kiedyś uda nam się dostać do trendów :> :D)

Kochamy!!! 




Kornelia

       To było niczym błyskawica szczęścia, uderzająca w nasze drzewo rozpaczy. Harry się obudził. Choć wciąż był słaby, mogliśmy z nim porozmawiać, mogliśmy dowiedzieć się co pamiętał, co przeżył. Zgromadziliśmy się wszyscy wokół jego łóżka. Milena, trzymająca go za rękę, Louis, ja, Liam, Zayn, Niall, Caroline i Phoebe. Wszyscy uśmiechali się szeroko, szczęśliwi z powolnego powrotu sił Stylesa, przekrzykujący się nawzajem, by zdać Harry’emu relację z tego tygodnia, by dostać od niego jak najwięcej informacji. 
       Wraz z jego obudzeniem się został przeniesiony do prywatnej sali, bo lekarze uznali, że największe niebezpieczeństwo minęło. Nie musieliśmy czekać na pozwolenie któregoś z nich, by odwiedzić przyjaciela. Byłam szczęśliwa. Choć Milena nie mogła mi wciąż wybaczyć tego, że zadzwoniłam po Caluma, gdy próbowała zemścić się na Ashtonie, wieść o poprawie stanu Harry’ego wdmuchnęła nową nadzieję do mojego serca. Próbowałam wytłumaczyć sobie, że to dla dobra Mileny, że nie mogłam pozwolić jej umrzeć, a sama nie miałabym też siły powstrzymać jej przed lekkomyślnym czynem. Mileny zdawało się to nie obchodzić. Przez ostatnie dni nie zamieniła ze mną więcej niż kilka słów. Zwykle, gdy musiałam coś zrobić w mieszkaniu. Mogła być zła, ale ja w duchu dziękowałam bogom, że Calum zgodził się pomóc mi po tym, jak go potraktowałam. Jego miłość do mnie mogła być mocniejsza niż przewidywałam. Zachowywał się, jakby nic się nie stało, jakby miał to zrobić z przyjemnością. Może myślał, że gdy mi pomoże, zapunktuje? Nie wiedziałam, ale dzięki niemu Milena żyła i, choć osobiście nie byłam z tego faktu zadowolona, przeżycie Ashtona też wiele wnosiło do spokoju między naszymi grupami. 
       - Jak się spało, Aurora? - zapytał Niall, szczerząc do Harry’ego zęby. Styles przekręcił oczami i przyciągnął do ust dłoń Mileny. 
       - Spierdalaj - warknął, uśmiechając się przy tym wesoło i musnął wargami skórę mojej przyjaciółki. 
       - Jak się czujesz? - zapytała z obawą Phoebe, trzymając między zębami czubek kciuka. Ona wydawała się być najbardziej zdenerwowana. Spojrzałam na nią ze współczuciem, pamiętając co powiedziała mi Milena po powrocie z mieszkania Ashtona. Brunetka była zdana na łaskę chłopców Michaela. Zdradziła, że to oni zaatakowali Harry’ego, ale póki Michael o tym nie wiedział była bezpieczna. Póki chłopakom nic się nie działo. 
       - Boli mnie wszystko, ale mają taką magiczną rzecz zwaną morfiną. Tommo, powinniśmy tym zacząć handlować - Harry uśmiechnął się idiotycznie do, stojącego za mną Louis’ego, a ten parsknął głośno i objął mnie w pasie. 
       - Chyba nieźle cię nafaszerowali, skoro nie wiesz, że istnieje coś takiego jak morfina - zakpił, a Harry wzruszył ramionami z błogim uśmiechem. 
       - Najważniejsze, żebyś wydobrzał do ślubu. W końcu to już niedługo - wtrącił Liam, trzymając dłonie na ramionach Caroline. 
       - ŻENISZ SIĘ?! 
       Tak. Harry zdecydowanie był pod wpływem sporej ilości odurzających leków. Wszyscy wokół prócz Mileny i Phoebe wybuchnęli śmiechem, ale Harry zdawał się mieć to gdzieś i patrzył w szoku na Liama. 
       Reszta spotkania przebiegła spokojnie. Z Harry’ego niewiele dało się wyciągnąć, ale atmosfera w grupie zdecydowanie się rozluźniła. Musieliśmy czekać z wyjaśnieniami do czasu aż odstawią mu leki. A to stało się już po kilku dniach. Niestety, Harry niewiele pamiętał z momentu wypadku. Uznałam, że może to i lepiej. Będziemy miały z dziewczynami więcej czasu, by obmyślić sposób, w jaki poinformowałybyśmy chłopaków o tym, co wiedziałyśmy. Nie mogłyśmy przecież trzymać tego w sekrecie. 
       Louis wreszcie zaczął się uśmiechać, a cztery dni po przebudzeniu się Harry’ego stwierdził, że potrzebuje rozluźnienia. Prowadziliśmy długie negocjacje na temat tego, gdzie mogliśmy pójść aż wreszcie trafiliśmy pod Bobbles, w którym nie byliśmy wieki. Cieszyłam się, widząc Louis’ego tak zadowolonego. Weszliśmy do klubu, trzymając się za ręce i gawędząc beztrosko, oboje zadowoleni z perspektywy wspólnie spędzonego wieczora. Nie żeby było takich ostatnio mało, ale odbywały się one w napiętej atmosferze, którą teraz z ulgą mogliśmy pożegnać.
       Bobbles było zapełnione ludźmi. Niektórzy tańczyli, inni siedzieli przy swoich stolikach popijając trunki i przekrzykując rozmową muzykę. Louis pociągnął mnie za rękę do, znajomego mi już, boksu i usiadł na kanapie, sadowiąc mnie na swoich kolanach, przodem do niego. Zaśmiałam się wesoło, kręcąc z udawaną dezaprobatą głową. Patrzył na mnie z dołu z szerokim uśmiechem, nie odzywając się słowem. Położywszy rękę na mojej szyi przyciągnął mnie do siebie i złączył nasze usta w czułym pocałunku, którego brakowało mi przez ostatnie kilkanaście dni. Muskał czule swoimi wargami moje, wilżąc je raz po raz czubkiem języka. Nie mogłam powstrzymać przyspieszonego oddechu, w który wprawiły mnie te powolne ruchy. Wplotłam palce w brązowe włosy, niszcząc ich uczesanie, i pociągnęłam mocno, wywołując u Louis’ego gardłowe warknięcie. 
       - Ugh. Wynajmijcie pokój, czy coś - usłyszałam za sobą zdegustowane warknięcie i oderwałam się pospiesznie od swojego chłopaka, by spojrzeć przez ramię. Obok boksu stała czarnowłosa dziewczyna, której twarz wydawała mi się dziwnie znajoma. Wysiliłam się, by wyłapać w pamięci moment, w którym widziałam te zielone oczy aż moje wspomnienia dotarły do pierwszej wizyty w Bobbles. To była brunetka, która zerkała zazdrośnie w naszą stronę, gdy Harry i Louis postanowili postawić drinki mi i Milenie. Och, kiedy to było. Tyle zmieniło się od tego czasu… 
       - Hej, Shiloh, może zajmiesz się swoimi sprawami, co? - odgryzł się Louis, głaszcząc mnie ostentacyjnie po plecach. Shiloh przewróciła oczami i machnęła ręką, mierząc mnie z wyższością spojrzeniem. 
       - Widzę, że tym razem postanowiłeś zatrzymać zabawkę nieco dłużej… -  mruknęła w momencie, gdy w barze zapadła cisza między utworami. Louis westchnął ciężko i ostrożnie zsunął mnie ze swoich kolan po czym pocałował w czoło. Nagle poczułam się nieswojo pod miażdżącym spojrzeniem brunetki, która próbowała mi zasugerować, że byłam dla Louis’ego tylko kolejną panienką do bzykania. Wiedziałam, że to nieprawda, a mimo to przez moje serce przebił się mały sztylet niepewności. 
       - Chciałaś czegoś konkretnego czy po prostu postanowiłaś zepsuć nam humory? - zapytał Louis, ujmując moją dłoń w swoją. Zaczął delikatnie głaskać kciukiem jej wierzch, jakby chciał dodać mi otuchy. 
       - Tommo, Tommo. Przecież ty doskonale znasz moje potrzeby. - puściła mu oczko, a ja spuściłam wzrok, czując coraz większe zażenowanie. Skupiłam się na wilku na swoim udzie, śledząc uparcie linie tuszu na skórze. Miałam ochotę stąd wyjść, zostawić Louis’ego i Shiloh, by w spokoju sobie porozmawiali, nie musieć być świadkiem tej jawnej prowokacji. 
       - Shiloh, nie chcesz, żebym się pogniewał, więc po prostu nas zostaw, ok? Przyszliśmy się tutaj dobrze bawić. - westchnął Louis, ściskając mocniej moją dłoń. 
       - Och nie wątpię… - dziewczyna rozejrzała się dookoła i zawiesiła wzrok na mężczyźnie, który zajmował inny vipowski boks. Słyszałam, że to jakiś celebryta, którego nazwiska nie znałam. Shiloh wzruszyła ramionami i westchnęła ciężko, udając smutek. 
       - No nic, będę dzisiaj musiała zadowolić się kimś innym. Ale dzwoń, jeśli… “koleżanka” nie spełni oczekiwań - zaśmiała się melodyjnie, puszczając Louis’emu oczko, a ten zacisnął szczękę, ciskając w jej stronę piorunami z oczu. 
       - Spełnia je kilkaset razy lepiej niż ty w szczycie swojej formy - warknął, a twarz Shiloh nagle poczerwieniała, gdy zalała ją wściekłość. 
       - Zabawne - syknęła i ruszyła do boksu mężczyzny, przy którym gromadziły się grupki fanek. 
       Przygryzłam wargę, nie mając ochoty podnosić wzroku, ale Louis zmusił mnie do tego przez położenie palca na moim podbródku. 
       - Hej - powiedział cicho, uśmiechając się do mnie czule - Nie przejmuj się nią, jest zazdrosna, że przestała być w centrum uwagi. - wyjaśnił, a ja kiwnęłam tylko głową i ponownie wbiłam wzrok w swoje nogi. Louis wypuścił głośno powietrze z płuc i ujął moją twarz w dłonie. 
       - Kocham cię - powiedział, przeciągając zabawnie sylaby. Uśmiechnęłam się słabo, czując wciąż nieprzyjemne uczucie. Nie wiedziałam czy była to zazdrość, czy zwykły wstyd, ale miałam ochotę wstać i wrócić do domu, zostawiając Louis’ego w klubie. Wiedziałam, że moje myśli były irracjonalne. Niektóre kobiety miały tendencje do przesadzania i zazdrosnych zachowań, ale moja wątpliwa pewność siebie nie pozwalała na parowanie tych ciosów. Żałowałam, że nie było przy mnie Mileny, która zapewne obroniłaby mnie jakimiś błyskotliwymi komentarzami pod adresem Shiloh. 
       - Więc kto to był? - zapytałam, nie patrząc Louis’emu w oczy. 
       - Shiloh - odparł, a ja zacisnęłam wargi. Przełknął ciężko i potarł dłonią czoło - musimy teraz o tym rozmawiać? - zapytał
       - Louis, wiem, że przede mną miałeś inne kobiety. Nie jestem zazdrosna… - mruknęłam bez przekonania, a Louis parsknął śmiechem i pokręcił z niedowierzaniem głową. 
       - Wcale - zakpił, wywołując u mnie szczery uśmiech. 
       - No dobra, może trochę. - wzruszyłam ramionami, próbując udawać obojętną. 
       - Wymienialiśmy się nią kiedyś z Harrym - wyjaśnił, a ja podniosłam wzrok, patrząc mu prosto w oczy zszokowana. 
       - “Wymienialiście”? - zapytałam, krzywiąc się z niesmakiem. Louis oblizał nerwowo wargi i kiwnął głową. 
       - Było minęło. Byłem młody i głupi…
       - Najwyraźniej. - mruknęłam pod nosem. Tomlinson otworzył szeroko usta w sztucznym oburzeniu i szturchnął mnie zaczepnie z głośnym śmiechem. 
       - Ej! - zaprotestował, a ja uniosłam bezradnie ręce, rzucając mu niewinne spojrzenie.
       - Sam to powiedziałeś! - usprawiedliwiłam się. Zmrużył oczy, patrząc przez chwilę na mnie, jak drapieżnik na swoją ofiarę, a potem pochylił się i położył swoje usta na moich. 
       - Kocham cię - powiedział cicho - Jesteś jedyna, pamiętaj o tym - dodał, a ja zaczęłam wykręcać nerwowo palce, czując rosnący niepokój. Wciąż nie powiedziałam Louis’emu o tym, co zaszło między mną a Calumem. Bo jak miałam wyjaśnić moją obecność w jego mieszkaniu? Louis i Harry wciąż nie wiedzieli o tym kto zaatakował Stylesa. Wyjaśnienie historii mojego niechcianego pocałunku, bez wspomnienia tak ważnego faktu mogło zabrzmieć kilka razy gorzej niż w rzeczywistości ona wyglądała. Nie. Ten pocałunek był nieistotny. Louis nie musiał o nim wiedzieć, bo Calum nic dla mnie nie znaczył. Nie w tym sensie przynajmniej. Jak mogłam pomyśleć, nawet przez sekundę, że się w nim zakochałam? Nikt nie działał na mnie tak, jak Tomlinson. Calum nie dorastał mu do pięt. 
       Nagle poczułam nagłą potrzebę pozostania sam na sam z Louis’m. Pokazania mu ile dla mnie znaczył, jak wielkie uczucie we mnie wzbudzał. Zarzuciłam mu ręce na szyi i wpiłam się gwałtownie w jego usta, wdzierając do nich językiem. Louis od razu dostosował się do moich namiętnych ruchów i przeniósł swoje dłonie na moje biodra, głaszcząc delikatnie nagie ciało pod koszulką. 
       - Louis, chodźmy stąd - szepnęłam mu do ucha, a on zaśmiał się gardłowo i pokręcił głową. 
       - Potrzebuję drinka. - cmoknął mnie w policzek i wyplątał się z moich objęć, wstając z boksu. Westchnęłam zniecierpliwiona. 
       - Jeden drink - obiecał, więc kiwnęłam głową i opadłam na oparcie kanapy, patrząc, jak podchodzi do baru, zamawiając alkohol dla mnie i dla siebie. 
       Wtedy do klubu weszły dwie osoby, przez które moje serce podskoczyło gwałtownie. O nie, nie, nie Najpierw Shiloh, a teraz on. Przecież ten wieczór miał być miły. Ciemne oczy wyłapały mnie niemal od razu, nieświadomie kierując się ku boksowi, przy którym siedziałam. Uśmiech ozdobił pełne wargi i Calum odwrócił się do Luke’a wskazując na mnie palcem. Hemmings przekręcił oczami, ale kiwnął głową i odszedł, by zająć jakieś miejsce w głębi klubu. 
       Dlaczego Luke był na wolności? Czy Michael nie miał go ukarać w jakiś okrutny sposób? Oceniając po jego wyglądzie miał się dobrze i, nawet z tej odległości, widziałam, że zachował swoją irytującą arogancję. Musiałam odłożyć te myśli na później, bo Calum właśnie ruszył w moją stronę, rzucając krótkie spojrzenie Louis’emu, nieświadomemu jego obecności. 
       Wstałam gwałtownie, okrążając stół i wyszłam Calumowi naprzeciw. 
       - Co ty tu robisz? - warknęłam, wbijając palec w jego pierś. Uśmiechnął się krzywo i odepchnął delikatnie od siebie moją dłoń. 
       - Wow… ładnie to tak witać faceta, który uratował twoją przyjaciółkę? - zapytał, zdawkowym tonem, a ja poczułam bijący od niego odór alkoholu. 
       - Jesteś pijany - syknęłam, rzucając mu karcące spojrzenie. Wzruszył ramionami i uniósł jedną brew. 
       - Jestem także pełnoletni, mamo - zakpił. Zacisnęłam szczękę, niepewna dlaczego się złościłam. To, co robił Calum nie powinno mnie obchodzić. Szczególnie teraz, gdy dosadnie wyraziłam swoją opinię o naszej relacji. Gdy brutalnie odrzuciłam jego uczucie. 
       - Dlaczego tutaj przyszliście? - zapytałam, a on parsknął śmiechem i włożył mi za ucho różowy kosmyk. 
       - Dawno ich - wskazał na Louis’ego - tutaj nie było, więc uznaliśmy, że możemy częściej się tu bawić. Co jak co, ale to jeden z lepszych klubów w Londynie. - wyjaśnił, zadziwiająco logicznie. Gdybym go nie znała, nawet nie zauważyłabym, że był napruty. Jego aroganckie zachowanie zupełnie do niego nie pasowało, ale ktoś, kto nie był świadkiem jego słodkiej, uroczej natury, mógł uznać, że Calum był taki na co dzień. 
       - Calum, proszę, idźcie gdzie indziej, zanim Lou was zauważy - poprosiłam, zerkając z obawą w stronę mojego chłopaka. Barman już niósł dla niego dwie szklanki. Za późno… 
       - Och przestań, kruszyno. Przecież cię nie pocałuję czy coś. To już mam za sobą, prawda?
       - Co? - zamarłam, gdy głos Louis’ego zabrzmiał za moimi plecami. Zacisnęłam powieki, naiwnie modląc się, by nie usłyszał ostatnich słów Caluma.
       - Nic, Tommo, Nic. Miło cię widzieć - powiedział Hood i wyciągnął do Louis’ego rękę, ale ten ją zignorował i wbił tylko wściekły wzrok w jej właściciela. 
       - Co to znaczy, że masz za sobą jej pocałunek? - kurwa… 
       - Louis, wracajmy do domu - zaczęłam, błagalnym tonem, zamknięta między nimi dwoma, mierzącymi się nienawistnymi spojrzeniami. 
       - Nie, nie, nie, Kornelia, chcę to usłyszeć - odparł Louis. Jego głos obniżył się o kilka tonów. Wciąż trzymał w dłoniach szklanki, a jego palce pobielały od siły z jaką to robił. Bałam się, że szkło mogło rozpaść się w jego uścisku. 
       - Co chcesz usłyszeć, Tommo? Jak wyznałem twojej dziewczynie miłość, jak potem pocałowałem ją, a ona chętnie mi się oddała. Do dzisiaj czuję te usta na sobie… Swoją drogą smakują tak słod… - Calum nie zdążył dokończyć swojej wypowiedzi, bo szkło zostało nagle rozbite na jego skroni, a alkohol polał się po jego twarzy i ubraniach. Krzyknęłam, zaciskając powieki i czując ostre odłamki lądujące w moich włosach. Cofnęłam się o kilka kroków, trafiając na stół za sobą w momencie, w którym druga szklanka wylądowała na głowie Caluma. Louis chwycił go potem za czarną koszule i wbił pięść w jego policzek, ruchem, tak bardzo przypominającym ten z bitwy z Harrym, gdy dowiedział się o umowie w Irlandii. Jego oczy pociemniały w podobny sposób, a kontrolowane furią ruchy doprowadzały twarz Caluma do coraz gorszego stanu. 
       - Louis! - krzyknęłam, próbując przebić się przez entuzjastyczne wiwatowanie tłumu, który postanowił skorzystać z widowiska. W kręgu gapiów zobaczyłam Luke’a, który skrzyżował ręce na piersi i patrzył z półuśmiechem na bitwę. 
       - Louis, proszę! - zawołałam i podbiegłam do walczącej dwójki. Calum zdążył oddać Louis’emu kilka ciosów, rozrywając mu łuk brwiowy i nabijając siniaka pod okiem. Sam miał rozciętą wargę, a z jego nosa sączyła się krew. Louis powalił go nagle na ziemię dwoma potężnymi ciosami, a potem kopnął z niewyobrażalną siłą w brzuch. Calum zgiął się z głuchym jękiem w pół i objął rękami w pasie, a z jego ust popłynęła gęsta krew. Tomlinson uklęknął przy nim, ciągnąc go za materiał koszuli, by wyeksponować poranioną twarz do kolejnego ciosu. Zanim zdążył go zadać, chwyciłam jego uniesioną rękę i pociągnęłam go ku sobie. 
       - Louis! - krzyknęłam, bliska łez. Spojrzał na mnie przez mgłę wściekłości i odepchnął gwałtownie, sprawiając, że zachwiałam się na nogach. Oddychał ciężko, a stróżka krwi torowała sobie drogę od jego brwi do brody, pozostawiając na twarzy czerwoną ścieżkę. Dopiero wtedy Luke podszedł do, leżącego na ziemi, Caluma i zaoferował mu pomoc. Hood, wypluł na posadzkę krew i pokazał mu środkowy palec, po czym oparł się ciężko na rękach i podniósł z jękiem. Louis spojrzał na niego, potem na mnie i potarł brodę, rozsmarowując na niej krew. 
       - To prawda? - zapytał cicho. Usłyszałam go tylko dzięki ciszy, jaka zapanowała w klubie. Otworzyłam szeroko oczy i pokręciłam z niedowierzaniem głowa, a potem ruszyłam przed siebie sztywnym krokiem, wymijając ostentacyjnie jego i Caluma. Zanim wyszłam z głównej sali, odwróciłam się na pięcie i spojrzałam przez łzy na Tomlinsona. 
       - Najpierw go spierzesz, a potem pytasz? - warknęłam i wyszłam z sali, kierując się ku szatni. Odebrałam pospiesznie swój płaszcz, ale nie zdążyłam otworzyć drzwi wyjściowych, bo zostałam chwycona za rękę. 
       - Kocie - szept Louis’ego wywołał we mnie nieprzyjemne uczucie. Odwróciłam się do niego zapłakana i spojrzałam ze smutkiem w jego niebieskie oczy. Miałam go zranić, ale nie mogłam kłamać, skoro prawda wyszła już na jaw. 
       - Tak, Louis. Calum mnie pocałował. - oznajmiłam, a on zamrugał szybko i wyprostował się powoli, patrząc na mnie z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Mięśnie jego szczęki podskakiwały szybko. 
       - Ale ty nie…. - zaczął, a na moje policzki opadła kolejna porcja łez. 
       - Przepraszam… - powiedziałam cicho, nie mogąc wydusić z siebie nic więcej. Louis wypuścił z płuc powietrze i zaśmiał się bez wesołości po czym pokręcił lekko głową. 
       - Do samochodu - warknął przez zaciśnięte zęby i wypchnął mnie bezceremonialnie z klubu. Przestraszyłam się, widząc jego wściekłość. Nabroiłam, to fakt, ale miałam nadzieję, że Louis przyjmie to lepiej. Parkingowy niemal natychmiast podjechał pod wejście w Audi Louis’ego i oddał mężczyźnie klucze, ale ja nie ruszyłam się z miejsca. Tomlinson otworzył drzwi od strony kierowcy i miał już wsiąść, lecz zawiesił przedtem na mnie swój wzrok. 
       - Dalej - powiedział beznamiętnie, ale ja pokręciłam głową. 
       - Pojadę metrem. Jeszcze nie jest zbyt późno - szepnęłam, a on zmrużył oczy, patrząc na mnie przez chwilę, jakby rozważał tę propozycję. Wreszcie poruszył się niespokojnie i pokręcił głową. 
       - Nie bądź idiotką i wsiadaj. - warknął
       - Nie… Ja…
       - KORNELIA! - ryknął nagle, sprawiając, że podskoczyłam i skuliłam się nieznacznie na potęgę jego głosu - Po prostu wsiądź do tego jebanego samochodu! - jego głos potoczył się echem po opustoszałej ulicy, po którym zapadła cisza przerywana szczekaniem psów w oddali. Bałam się. Nie mogłam poruszyć mięśniem. Stałam pod wejściem do Bobbles, patrząc na Louis’ego w przestrachu. Wreszcie stracił cierpliwość i uderzył gwałtownie pięścią w dach Audi. 
       - Nie każ mi siebie wciągnąć do środka, bo oboje tego nie chcemy - syknął, obniżając głos. 
       - Louis, to nie jest dobry pomysł. Jesteś zły, porozmawiamy kiedy…
       - Kiedy co?! Hm?! Kiedy będę gotowy zmierzyć się z faktem, że moja dziewczyna mnie zdradziła?! Że postanowiła nadużyć mojego zaufania?! Wiesz co? Pieprz się. Jeśli chcesz jechać metrem to jedź metrem. - warknął i wsiadł do samochodu, uświadamiając mnie o powadze sytuacji. Nagle poczułam potrzebę wytłumaczenia się. Udowodnienia Louis’emu, że był dla mnie najważniejszy, że sytuacja z Calumem wyglądała inaczej niż to sobie zapewne wyobrażał. 
       Podbiegłam do drzwi pasażera zanim mężczyzna zdążył odjechać i otworzyłam je z impetem. Louis ruszył, gdy tylko usiadłam na fotelu pasażera, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. 
       - Porozmawiajmy - szepnęłam, bo moje gardło było zbyt zaciśnięte, bym mogła wydać z siebie głos. Ręce Louis’ego były zaciśnięte mocno na kierownicy, żyła na jego szyi pulsowała wyraźnie, a krew z rany na brwi zdążyła zaschnąć i poodpadała w niektórych miejscach. Nie wiedziałam w jakim stanie był Calum, ale nie mogło mnie to mniej obchodzić. W tym momencie najważniejsze było dla mnie odzyskanie zaufania Louis’ego. 
       - Kiedy to było? - zapytał zadziwiająco spokojnie, a ja przełknęłam ciężko ślinę i pokręciłam głową. Zaczął od najgorszego pytania. 
       - Lepiej, żebyśmy zostawili to do czasu aż będziemy w domu. - odparłam, a on parsknął śmiechem i pokręcił głową. 
       - Zawożę cię do waszego mieszkania i spieprzam do siebie. Nie mam zamiaru z tobą zostawać ani chwili dłużej - warknął, wbijając ostrze głęboko w moje serce. Nie mogłam powstrzymać szlochu, jaki wydobył się ze mnie po tych słowach. Otarłam szybko łzy i położyłam swoją dłoń na jego, spoczywającej na kierownicy, ale strząsnął ją natychmiast. 
       - Gadaj teraz albo w ogóle - syknął. 
       - Louis, prowadzisz… Bezpieczniej będzie jeśli porozmawiamy w mieszkaniu. - szepnęłam, a Louis zwolnił nagle i wjechał na pobliski parking. Zgasił silnik i odwrócił się w moją stronę, przyklejając na twarz sztuczny uśmiech. 
       - Proszę. Nie prowadzę. A teraz gadaj! - warknął, ponownie przybierając groźny wyraz. Wzdrygnęłam się, ale nie miałam wyjścia. Teraz albo nigdy. 
       - W zeszłym tygodniu - powiedziałam cicho, wiedząc, że miało to wzbudzić jeszcze większą wściekłość Louis’ego. 
       - W zeszłym tygodniu… - powtórzył powoli, kiwając głową - Kiedy Harry wciąż był nieprzytomny…Kiedy ja byłem najsłabszy - mruknął beznamiętnie, jakby liczył cenę zakupów. Zaśmiał się sztucznie. - No tak. Nie mogłem być w stanie nic zauważyć… Sprytnie, Kornelia, sprytnie. - zasalutował mi, a ja załkałam, kręcąc desperacko głową. 
       - Nie. Nie. Nie, to nie tak, Louis! Musiałam go odwiedzić z… pewnych względów. I wtedy on wyznał mi, że mnie kocha…
       - Więc całujesz każdego, kto powie ci, że mu się podobasz? - przerwał mi, wciąż tak samo kpiąco. Wiedziałam, że grał. Wiedziałam, że w głębi duszy cierpiał, ale jego przybrana obojętność wbijała mi tysiące noży w plecy. Miałam ochotę nim potrząsnąć, powiedzieć, żeby przestał, ale mogłam jedynie się tłumaczyć. 
       - Nie. Byłam na niego wściekła z pewnego powodu. Wyśmiałam jego wyznanie, powiedziałam, że jest żałosny. Ale wtedy mnie przyciągnął i pocałował. Rozumiesz? On mnie przyciągnął - łzy spływały mi strumieniami po policzkach. 
       - Ale oddałaś pocałunek…
       - Za drugim razem - szepnęłam, po czym zamarłam, zdając sobie sprawę co właśnie zrobiłam. Louis wyprostował się powoli, brwi rzuciły cień na jego oczy. 
       - Za drugim razem? - zapytał cicho, groźnie, wywołując ciarki na moich plecach. 
       - Ja…
       - Może jeszcze powiedz, że tak jakoś przypadkiem wskoczyłaś mu do łóżka? Hm? To też przede mną ukrywasz? Że Calum Hood zrobił z ciebie swoją małą dziwkę, co?! - wrzasnął, a ja skuliłam się na siedzeniu i pokręciłam szybko głową. 
       - Nie! Louis, do cholery, nie! Nie poszłam z nim do łóżka, nigdy bym tego nie zrobiła! 
       - Skąd mam wiedzieć? Przecież już się obściskujecie za moimi plecami!
       - Bo cię kocham, rozumiesz? I nie obściskujemy się! To był jeden raz
       - Dwa… 
       - LOUIS! - ryknęłam, czując, że wzbiera we mnie wściekłość. Miałam ochotę go uderzyć, zła na jego kpiący ton. Dlaczego był takim idiotą? Dlaczego nie mógł zachować się normalnie? 
       - Nie zdradziłam cię! Tak! Calum mnie pocałował, ale odpowiedziałam na to tylko dlatego, że chciałam go bardziej zranić! Zrobił coś niewybaczalnego i miałam ochotę dać mu jak największą nauczkę! Dlatego odpowiedziałam na pocałunek, żeby pomyślał, że ja też coś do niego czuję! Potem zostawiłam go samego z sobą, mówiąc mu, co o nim myślę! To wszystko! To była tylko gra! Ten idiota nic dla mnie nie znaczy! NIC! Jesteś tylko ty, ok? Jesteś jedyny, pamiętaj o tym! - wrzasnęłam, używając jego własnych słów. Patrzyliśmy się na siebie w milczeniu, wsłuchując w ciężkie oddechy, a potem Louis odwrócił się do kierownicy i odpalił silnik. Wycofał auto z parkingu i ruszył w stronę mojego mieszkania. 
       - Louis… - szepnęłam, obserwując, jak skupiony patrzył na drogę. Jego szczęka wciąż zaciskała się i rozluźniała, ale poza tym wydawał się być spokojny. Nie odpowiedział, nie zareagował w żaden sposób. Po prostu prowadził dalej, ignorując mój zrozpaczony ton.
       - Louis, proszę…
       - Cicho bądź - przerwał mi, nie podnosząc głosu. Zacisnęłam pięści, wbijając w skórę paznokcie. Co miało się teraz stać? Co planował? Bałam się słów, które mogły wyjść z jego ust. Bałam się, że cierpliwość Louis’ego się skończyła. Że to był nasz koniec. Kornelia przekroczyła linię i Kornelia zapłaci za to odpowiednią cenę. 
       Audi zatrzymało się łagodnie pod budynkiem, w którym mieszkałam z Mileną, a ja poczułam rosnącą desperację, by zatrzymać Louis’ego przy sobie jak najdłużej. Nie mogłam pozwolić mu odejść. Nie na takich podstawach. 
       - Chodź ze mną na górę - szepnęłam, a on uniósł jedną brew i spojrzał na mnie z wyższością. Czułam się malutka pod tym spojrzeniem, jakbym nie była w stanie pokonać muru, którym Louis się otoczył. 
       - Proszę? - dodałam błagalnie, wycierając pospiesznie łzy. 
       - Idź już. - mruknął i potarł z westchnieniem czoło, a, gdy jego dłoń dotarła do policzka, krew skruszyła się pod jej dotykiem, opadając na spodnie Louis’ego. Załkałam, zaciskając powieki i pokręciłam uparcie głową. 
       - Nie. Chodź ze mną - poprosiłam, a on opuścił niecierpliwie głowę na zagłówek fotela. 
       - Nie ośmieszaj się jeszcze bardziej, Kornelia. Wyjdź z mojego samochodu, chcę jechać do domu - powiedział beznamiętnie, przez co rozpłakałam się na dobre. Nie mogłam uwierzyć, że był tak zimny, tak bezwzględny, gdy jeszcze kilka chwil temu zapewniał mnie o swojej miłości. Masz, czego chciałaś Kornelia. To się dzieje, gdy ciągniesz nieodpowiednią znajomość. Konsekwencje nigdy nie miały być miłe. 
       W akcie desperacji, odchyliłam się na fotelu i ujęłam twarz Louis’ego w dłonie, po czym przycisnęłam swoje usta do jego. Nie wiedziałam co mogłam zrobić innego. Słowa nie pomagały, pozostały czyny. Louis mnie nie odepchnął, nie odsunął od siebie. Gdy musnęłam językiem jego wargi, rozchylił je zapraszająco, budując nadzieję w moim sercu. Odpowiadał na każdy mój ruch, dostosowując się do rytmu, który nadałam. Nie chciałam przerywać tego pocałunku. Pragnęłam, żeby trwał wiecznie, chciałam udowodnić sobie, że Louis tak naprawdę nie był zły, że po prostu musiał to wszystko przetrawić, ale wiedziałam, że się oszukiwałam. Louis był wściekły i spodziewałam się, że jeden pocałunek nie miał tego naprawić. 
       Wreszcie odsunęłam się od niego o kilka centymetrów i spojrzałam w jego błękitne oczy, w których, na sekundę, błysnął smutek. 
       - Skończyłaś? - zapytał sucho, a mnie pękło serce. Błękit zafalował, zasłonięty przez łzy. Zostałam osamotniona na polu bitwy, bo w Louis’m nie było nawet krzty woli walki. 
       - Uwierz mi. Uwierz mi, że jesteś najważniejszy. Nie ma nikogo poza tobą. Uwierz, że to była tylko gra, by zniszczyć Caluma. Uwierz, że cię kocham. - szeptałam przez zaciśnięte gardło, czując się przegrana. Schowałam dumę, mogłam błagać, mogłam paść przed Louis’m na kolana, bo był najważniejszą osobą w moim życiu. Dzięki niemu odkryłam swoją silniejszą naturę, dzięki niemu poczułam się piękna, dzięki niemu miałam wspaniałe życie, o którym zawsze marzyłam. Nie bałam się błagać. Nic nie przekonało mnie bardziej o mojej miłości do niego, niż ten moment. Mogłam lubić Caluma, mogłam być jego przyjaciółką, wahać się co do uczuć, które do niego żywiłam, ale w ostatecznym rozrachunku to zawsze Louis był na pierwszym miejscu. 
       - Uwierz… Mam to gdzieś. - warknięcie mężczyzny rozbiło ostatnie odłamki nadziei, które w sobie nosiłam. Pochylił się nade mną i otworzył drzwi z mojej strony, patrząc na nie wymownie
       - Żegnam - powiedział oficjalnym tonem, nie zaszczycając mnie nawet jednym spojrzeniem. 
       Koniec. Dałam za wygraną. Powolnymi ruchami, z wrażeniem, że byłam odległa od swojego ciała, wyszłam z Audi i zamknęłam za sobą drzwi. Louis ruszył od razu, nie pozostawiając po sobie nic prócz zapachu gumy spod kół i uczucia pustki, które wypełniło w całości mój świat. Weszłam do budynku na sztywnych nogach, nie zdając sobie sprawy z tego kiedy wstukałam kod, otwierający drzwi. Nie pamiętałam momentu, w którym wyszłam z windy i znalazłam się w mieszkaniu. Jedyne z czego zdawałam sobie sprawę to to, że leżałam na swoim łóżku zanosząc się płaczem i w taki sposób spędziłam całą noc. 
       Louis milczał. Nie spodziewałam się od niego żadnych wiadomości, a jednak miałam nadzieję, że zjawi się w moim mieszkaniu, przepraszając i wybaczając mi mój błąd. W południe zawibrował mój telefon, niemal przyprawiając mnie o zawał serca. Rzuciłam się do niego, odbierając wiadomość trzęsącymi się rękami, a potem zmarłam, wpatrując się w jej treść. 

       Od: Calum Hood

       Przepraszam…

       Zacisnęłam szczękę, z trudem powstrzymując chęć rzucenia aparatem o ścianę. Wzięłam głęboki oddech i wystukałam odpowiedź: 

       Do: Calum Hood

       Nie kontaktuj się ze mną więcej.

       Nawet nie zdążyłam wstać z łóżka, gdy wibracja ogłosiła wiadomość przychodząca. Westchnęłam ciężko, ale odczytałam to, co Calum miał do powiedzenia:


       Od: Calum Hood

       Zachowałem się jak ostatni gówniarz. Mam nadzieję, że Louis nie jest na ciebie zły. Wybacz mi, kruszyno…



       Do: Calum Hood

       Louis i ja nie rozmawiamy ze sobą dzięki tobie. Pewnie jesteś zadowolony, bo prawdopodobnie znów jestem wolna.
I nie mów tak do mnie więcej. Daj mi spokój. 



       Od: Calum Hood

       Nie jestem zadowolony, bo nawet stąd mogę powiedzieć, że cierpisz. Przepraszam, byłem pijany, palnąłem z zazdrości. Porozmawiam z nim, jeśli chcesz. 



       Do: Calum Hood

       Nie wtrącaj się już więcej w nasze sprawy. Daj. Mi. Spokój. 


       Po tej wiadomości telefon już się nie odezwał. Schowałam twarz w dłoniach i zaczęłam płakać. Milena była na mnie wściekła, Louis był na mnie wściekły, Calum zawiódł mnie po raz kolejny. Jedyną pozytywną rzeczą, na której mogłam się oprzeć to wybudzenie Harry’ego. Otarłam łzy i postanowiłam wziąć szybki prysznic, po którym ubrałam się i umalowałam, chowając pod warstwą makijażu opuchnięte oczy. Oceniając efekt w lustrze, kiwnęłam do siebie głową i wyszłam z mieszkania. Zawołałam taksówkę i powiedziałam kierowcy, by jechał do szpitala,w  którym leżał Harry. Nie mogłam siedzieć w mieszkaniu, pogrążając się w smutku. Nie mogłam pozwolić sobie na kolejne łzy. Spotkanie z Harrym wydawało się dla mnie najlepszym wyjściem. Chciałam go zobaczyć, upewnić się, że i on nie był na mnie o coś pogniewany. 
       Zastukałam w otwarte drzwi, uśmiechając się szeroko do leżącego na łóżku mężczyzny. Sprawdzał coś w swoim nowym telefonie, który kupił mu Louis. Stary został zniszczony podczas wypadku. Gdy mnie zobaczył uśmiechnął się serdecznie, a jego pobladła twarz nabrała nieco kolorów. 
       - Hej, wariatko - powiedział, gdy podeszłam do niego i pocałowałam w policzek. 
       - Jak się czujesz? - zapytałam, siadając na krześle obok łóżka. 
       - Dobrze, dobrze. Próbuję namówić Eda, żeby zgrał jakiegoś ważnego profesora i kazał tym kretynom mnie stąd wypuścić - wzruszył ramionami, a ja parsknęłam śmiechem i pokręciłam głową. 
       - Harry, wciąż jesteś osłabiony, a kości jeszcze się nie zrosły. - powiedziałam, a on przekręcił oczami. 
       - Zrosną się w domu. Ed się wszystkim zajmie - pokazał mi język. 
       - I to niby ja jestem wariatką… - zakpiłam, a on zaśmiał się cicho, po czym skrzywił z bólu. Spojrzałam wymownie na jego klatkę piersiową i skrzyżowałam ręce na piersi. 
       - Dobra, dobra… Jeszcze trochę tu zostanę… - jęknął, widząc moją minę. Kiwnęłam z aprobatą głową i rozejrzałam się po sali, zauważając zaistniałą zmianę. 
       - Gdzie Milena? - zapytałam, a wyraz jego twarzy zmienił się nagle, z grymasu bólu w pełen nieopisanej miłości. Powstrzymałam szybko, cisnące się do oczy łzy. 
       - Wygoniłem ją do domu. Padała na twarz, ale wciąż uparcie mówiła, że nie jest zmęczona - wyjaśnił, uśmiechając się czule. 
       - Och. Musiałam się z nią minąć - odparłam, czując, że smutek ponownie zaczął mnie ogarniać. Harry nagle spojrzał ponad moim ramieniem i wyszczerzył zęby, witając osobę, która pojawiła się za mną. 
       - Heeej, stary! - powiedział, wywołując moje zaciekawienie. Spojrzałam za siebie i wypuściłam ze świstem powietrze z ust. Dlaczego akurat w momencie, w którym tu byłam Louis’emu też zebrało się na odwiedziny? Był prawie tak samo blady, jak Harry, a gdy na mnie spojrzał, na jego twarz wlał się smutek. Musiał dać upust wściekłości w ciągu minionej nocki. Usiadł po drugiej stronie łóżka Harry’ego , a ja wstałam pospiesznie i odkaszlnęłam nerwowo. 
       - Ja… Zostawię was samych. - powiedziałam cicho, nie patrząc na żadnego z mężczyzn. 
       - Jasne…
       - No co ty? - odezwali się jednocześnie, po czym Harry spojrzał zszokowany na Louis’ego i, wbrew bólowi, rozdzierającego jego klatkę, poprawił się na łóżku. Jego zielone oczy przeskakiwały z przyjaciela na mnie i z powrotem, a ja niemal słyszałam trybiki, obracające się w jego głowie, gdy próbował zrozumieć co się właśnie stało. 
       - Co jest z wami? - zapytał, ale nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Louis przygryzł wnętrze policzków i spojrzał na kroplówkę, podłączoną do ramienia Harry’ego, a ja potarłam nerwowo ramię. 
       - Wszystko w porządku - powiedziałam w końcu, uśmiechając się do Stylesa uspokajająco, co wyszło mi beznadziejnie. 
       - Czy wy musicie zawsze się kłócić, gdy dzieją się jakieś kłopoty? - warknął, patrząc karcąco na Louis’ego. Obwiniał go, choć wina leżała tylko i wyłącznie po mojej stronie. Chciałam go poprawić, ale nie mogłam się odezwać. 
       - Wiadomość dla was obojga. Kłopotów będzie tylko więcej i więcej! Wiecie czym się zajmujemy - skarcił nas, a potem syknął z bólu i złapał się za miejsce, w którym było jedno ze złamanych żeber. 
       - Harry, naprawdę wszystko w porządku. Nie zamartwiaj się tym tylko się kuruj - powiedziałam spokojnie. Pochyliłam się nad nim i dałam mu buziaka w policzek. - Wpadnę kiedy indziej - dodałam, chwytając z krzesła swoją torebkę i, obawiając się spojrzeć na Louis’ego, wyszłam z sali. Zanim zrobiłam kolejny krok oparłam się o ścianę przy drzwiach i uderzyłam w nią głową. 
       - Co się stało? - usłyszałam po chwili ciszy pytanie Harry’ego. Otworzyłam szeroko oczy i wytężyłam słuch, czekając na odpowiedź Lou. Milczał, więc Harry popędził go, wypowiadając jego imię. 
       - Za bardzo spoufaliła się z Hoodem - warknął, na co zacisnęłam powieki, kręcąc powoli głową. Miałam ochotę się rozpłakać, ale wiedziałam, że musiałam zachować ciszę. Nie mogli wiedzieć, że podsłuchiwałam. 
       - Zdradziła nas? - zapytał Harry, poważniejąc. 
       - Nie nas. Mnie. - niski, zachrypnięty głos Louis’ego był wypełniony bólem. Zakryłam usta dłonią, by zagłuszyć szloch, który się z nich wydostał. 
       - Z Hoodem? Bądź ostrożny. Pamiętaj, że za zdradę będzie trzeba się jej pozbyć. - mruknął cicho Harry, a mnie po plecach przebiegł dreszcz przerażenia. Pozbyć? 
       - Nie, Hazza. Ona nie zrobiłaby czegoś takiego. To, że postanowiła pobawić się z innym facetem nie znaczy, że zdradzi mu nasze sekrety. - pewność w głosie Louis’ego dodała mi nieco otuchy. O “taką” zdradę chodziło Harry’emu. Emocje odebrały mi logiczne myślenie, budząc obawę, że miałam pożegnać się z życiem przez głupi pocałunek z Calumem. Louis miał rację. Nigdy nie zdradziłabym ich grupy. Stali się dla mnie rodziną. Nie życzyłam im źle w żadnym aspekcie. 
       - Więc co się stało? - gdy usłyszałam pytanie Harry'ego, odepchnęłam się od ściany, niezdolna do słuchania tego dłużej. Miałam dość. Ze łzami, spływającymi po policzkach, rozmazującymi mój makijaż ruszyłam do, stojącej pod szpitalem, taksówki. 

       Gdy weszłam do mieszkania Milena rzuciła mi obojętne spojrzenie i, z kubkiem w dłoni, zamknęła się w swojej sypialni, nie wypowiadając przedtem nawet słowa. Tego było za wiele. Rzuciłam wściekle torebkę na podłogę i rozpłakałam się na dobre, chowając twarz w dłoniach. Trzęsłam się przeraźliwie, w brzuchu czułam nieprzyjemny uścisk. Wszystkie bliskie osoby odwróciły się ode mnie, bo popełniałam błąd za błędem. I wszystko przez pieprzonego Caluma Hooda. Louis miał rację. Ta znajomość przyniosła tylko kłopoty. Nie słuchałam, zauroczona adoracją, jaką dostawałam od bruneta. Jego urokiem osobistym, tym, jak świetnie się dogadywaliśmy. Nigdy więcej… Skończyłam z Calumem Hoodem. 
       Powolnym krokiem ruszyłam do sypialni i rzuciłam się na łóżko, szlochając głośno w poduszkę. Nie minął nawet dzień, a ja już tęskniłam za miłością Louis’ego. Jego nienawistne spojrzenia pojawiały się uparcie w moich wspomnieniach, torturując mnie coraz mocniej i mocniej. Potrzebowałam przycisku, który mógłby je usunąć. Nie mogłam znieść myśli, że Louis czuł do mnie niechęć, że był na mnie wściekły. Nienawidziłam siebie za to, co zrobiłam. Za to, że nie powiedziałam wcześniej Louis’emu. Gdybym wytłumaczyła mu spokojnie co zaszło między mną a Calumem może przyjąłby to w inny sposób. Może zrozumiałby, że ten gest nic dla mnie nie znaczył. 
       Spływający tusz zapiekł mnie w oczy, ale miałam to gdzieś. Nie chciałam ruszyć się do łazienki i go zmyć. Nie chciałam nic robić. Musiałam zasnąć. Zapomnieć na chwilę o tym, co działo się wokół mnie. Zapomnieć, że wszystkie osoby, które kochałam mnie nienawidziły. I udało mi się. Ciemność otoczyła mój świat, gdy wyczerpana po nieprzespanej nocy opadłam w objęcia Orfeusza. Błoga nieświadomość zajęła wreszcie mój umysł. 
       Obudził mnie dzwonek do drzwi. Jęknęłam przeciągle, zła, że coś wyrwało mnie ze snu, a potem świadomość ostatnich wydarzeń uderzyła we mnie niczym fala tsunami. Skuliłam się na łóżku, ściskając brzuch, jakby był źródłem wszystkich złych emocji, które właśnie czułam. Usłyszałam, jak Milena przechodzi przez salon i otwiera drzwi. Na dworze było już ciemno. Która to godzina? Kto chciał odwiedzać nas tak późno? Nie skupiłam się na rozmowach, dochodzących mnie z salonu. Chciałam oczyścić umysł, próbowałam myśleć o czymś przyjemnym, ale wszystko, co wywoływało uśmiech na moich ustach było związane z Louis’m, przez co ponownie się rozpłakałam. 
       Nagle drzwi mojej sypialni otworzyły się powoli, wpuszczając do środka światło z salonu. Zaskoczona spojrzałam przez ramię, a potem usiadłam gwałtownie na łóżku, widząc kto postanowił mnie odwiedzić. 
       - Louis… - szepnęłam, ocierając ostatnie łzy. Nie widziałam pod światło jego twarzy, a gdy zamknął drzwi, ogarnął nas mrok, odbierając mi zupełnie jego widok. Usłyszałam kroki, a potem coś ciężkiego opadło na łóżko obok mnie. Zanim moje oczy zdążyły przyzwyczaić się do ciemności, poczułam na swoich wargach ciepło jego ust. Zaskoczona zamarłam chwilowo, a potem chwyciłam zachłannie jego włosy i przyjęłam pocałunek, oddając go ze zdwojoną siłą. Poczułam na swoim gardle uścisk, a potem Louis, niemal brutalnie, rzucił mnie na łóżko i zdjął ze mnie pospiesznie koszulkę. Ponownie wpił się w moje usta, obejmując dłońmi moje, wyswobodzone wcześniej ze stanika, piersi. 
       Żar, który wybuchnął teraz w moim wnętrzu, przysłonił wszystkie zmartwienia i smutki. Całowałam desperacko swojego ukochanego, zrzucając z niego i siebie na ślepo rzeczy, aż wreszcie poczułam go głęboko w sobie i usłyszałam jego gardłowe warknięcie. Jęknęłam, oddając się doznaniu wypełnienia, nie zastanawiając się nad powodem wizyty Louis’ego. Nie obchodziło mnie nic prócz jego dotyku, tego, jak rozkosznie wbijał się we mnie wściekłymi ruchami. Oddychał ciężko, obsypując moją szyję pocałunkami aż w końcu zaczął ją gryźć, zostawiając po sobie widoczne ślady. 
       - Nie rób tego więcej - to były pierwsze słowa, jakie z siebie wydusił. Jego głos brzmiał słabo, jakby ledwo nad sobą panował. Jęknęłam, gdy sięgnął wyjątkowo czułego miejsca, a potem kiwnęłam głową. 
       - Nigdy… - wysapałam, kierując jego usta ku swoim. Louis pociągnął mnie za włosy i przyszpilił jeszcze mocniej do materaca, wywołując mój niekontrolowany krzyk. Złość budziła w Louis’m brutalną naturę, którą potrafił cudownie wykorzystać podczas seksu. Jeśli tak miała się kończyć każda nasza kłótnia… Nie. Nawet to nie było warte chwil rozpaczy, które przeżyłam. 
       Louis oparł się nagle na prostych rękach i spojrzał na mnie z góry, nie przerywając swoich ruchów. Wreszcie mogłam dojrzeć w ciemności jego twarz. Oddychał głośno, zaciskając szczękę, wyglądając rozkosznie seksownie. Powstrzymując, cisnące się do moich ust jęki, wydusiłam z siebie jedyną rzecz, która przychodziła mi do głowy. 
       - Kocham cię… - wymruczałam, a on zacisnął powieki i pochylił się, by mnie pocałować. Jęknęłam w jego usta, czując nadchodzące spełnienie. Louis warknął nisko i chwycił między zęby moją dolną wargę, przygryzając ją mocno. Jego oddech stał się nieregularny, wymrukiwał stale moje imię aż wreszcie doprowadził nas obojga na sam szczyt przyjemności, na który wspięliśmy się w akompaniamencie mojego krzyku. 
       Byłam szczęśliwa. Cudownie spełniona, pełna nadziei, że Louis przemyślał sprawę. Nie mogłam pomyśleć o lepszym sposobie pogodzenia się. Leżałam pod nim naga, spocona, czująca na swoim ciele jego przyspieszony oddech, gdy dochodził do siebie po przeżytym orgazmie. Schował twarz w zgięciu między moim ramieniem a szyją i lizał czubkiem języka rozgrzaną skórę, doprowadzając mnie do szaleństwa. Gęsia skórka ozdobiła moje ręce, ukazując stan w jakim się znajdowałam. Wreszcie nasze oddechy ucichły, a Louis wysunął się ze mnie, wywołując drżenie mojego uwrażliwionego ciała. Opadł plecami na materac, a ja przewróciłam się na bok i spojrzałam na niego ze smutkiem. 
       - Przepraszam - szepnęłam cicho. Louis zacisnął wargi i objął mnie ręką w pasie, przysuwając do siebie. 
       - To prawda? - zapytał, wywołując moją konsternację - Że zrobiłaś to tylko dlatego, żeby go zranić?
       Zaśmiałam się cicho, znacząc palcem szlaki na jego mokrej klatce piersiowej. 
       - Znów działasz zanim zapytasz - zauważyłam, a on wzruszył ramionami i spojrzał na mnie wyczekująco. Wzięłam głęboki oddech i pocałowałam go w policzek. 
       - Tak, to prawda. Calum nic dla mnie nie znaczy, nie chciałam cię zdradzić. Nigdy. Wiesz przecież, że cię kocham - odparłam szczerze. 
       - Wiem… - szepnął i położył swoje wargi na moim czole. - Ja też przepraszam - dodał po chwili zastanowienia. Pokręciłam głową i oparłam się na łokciu, patrząc mu w oczy. 
       - Nie masz za co. To ja nabroiłam. Powinnam powiedzieć ci wcześniej, powinnam być z tobą szczera… - przerwał mi leniwym, powolnym pocałunkiem, który rozluźnił rozkosznie moje mięśnie. 
       - Za to, jak cię wczoraj potraktowałem. Byłem okrutny - oparł swoje czoło o moje i zacisnął powieki. 
       - Miałeś pełne prawo być. Gdyby role się odwróciły nie zawahałabym się, by ci wpierdolić - odparłam, a on parsknął śmiechem i, odsunąwszy się lekko, pstryknął mnie zaczepnie w nos. 
       - Nigdy bym cię nie uderzył, kocie. - powiedział, poważniejąc. 
       - Ale jestem pewna, że twoje mieszkanie nie wygląda najlepiej… - mruknęłam, unikając jego wzroku. Oblizał nerwowo wargi.
       - Ta… będę musiał zatrudnić ekipę sprzątającą. 
       - Ważne, że wyładowałeś swoją złość. 
       - Na dwa sposoby. - mruknął z uwodzicielskim tonem i pocałował mnie delikatnie. 
       - Zdecydowanie bardziej podobał mi się ten drugi - zażartowałam, wywołując jego śmiech. Nagle pociągnął mnie i usadowił bez problemu na swoich biodrach. Podniósł się tak, że nasze twarze zrównały się ze sobą i zacisnął ręce na moich biodrach.
       - Wiesz… wydaje mi się, że jestem jeszcze trochę zły… - szepnął, a jego usta zaczęły znaczyć palące ślady od mojej szczęki aż do piersi. 




*powiem ci coś, czego nie chcesz usłyszeć