sobota, 11 kwietnia 2015

62. You fall through the trees

    Wybaczcie długą nieobecność! Od dzisiaj wracamy z regularnymi rozdziałami! Tęskniłyśmy za Wami, gangu!!! :* 

Kochamy!

A. <3 & M. xx



 You fall through the trees

Kornelia

       - Nie! - krzyk Caluma rozlał się echem po hangarze, gdy lufa została wycelowana prosto w moje czoło. Nie zdążyłam nawet zdać sobie sprawy z zagrożenia, gdy cień wysokiego bruneta padł na mnie i zostałam odepchnięta w tył. Spojrzałam przez ramię Caluma na zszokowaną twarz Michaela. 
       - Co ty odpierdalasz? - warknął wściekle szef wrogiej grupy. 
       - Nie skrzywdzisz ich. Najpierw będziesz musiał pokonać mnie - Calum pochylił się nieco w jego stronę, jak gotowy do skoku, wściekły tygrys. Kącik ust Michaela uniósł się w kpiącym uśmieszku. 
       - Nie baw się w rycerzyka, Hood. Wykonujemy transakcję, jak zawsze - oznajmił w momencie, w którym położyłam dłoń na ramieniu bruneta. Calum zerknął na mnie ukradkiem i pokręcił gwałtownie głową, rzucając Michaelowi wyzywające spojrzenie.
       - To nie jest transakcja “jak zawsze.” - wycedził przez zęby i wyciągnął ramię, by przesunąć za siebie także Milenę, której broń drżała w wyciągniętych dłoniach. Spojrzałam na Michaela, który wciągnął policzki i pokiwał głową, jakby właśnie zrozumiał co tu się działo. 
       - Chyba nie chcesz nas zdradzić dla dupy Tomlinsona, co? - jego głos brzmiał nisko, groźnie, gdy wbił wzrok w ziemię, opuszczając przy tym broń. Jego oczy zniknęły w cieniu, a mnie oblał zimny strach. 
       - Nikogo nie zdradzam. Po prostu powinieneś to przemyśleć. Oni i tak mają już wystarczającą motywację, by wyrżnąć nas wszystkich, gdy będziemy spali. - wyjaśnił Calum, a kropelka potu spłynęła po jego szyi. Oddychał ciężko jakby przebiegł maraton, wciąż próbując zasłonić mnie swoim ciałem. Zamarłam, bo Michael ponownie wycelował w nas pistolet. Tym razem lufa skierowana była w sam środek klatki piersiowej Caluma
       - Oni je tutaj przysłali, zostaną potraktowane, jak każdy inny klient - warknął Clifford, a ja wyraźnie dojrzałam, jak wszystkie mięśnie Caluma napinają się w strachu. - A teraz się odsuń - dodał i nacisnął kurek, dodając swoim słowom groźby. 
       - Mikey - Calum przestąpił z nogi na nogę, jego głos drżał nieznacznie. Kątem oka dojrzałam, jak Milena poprawia uchwyt  na pistolecie, więc ścisnęłam swój, czując jak ślizga się w mojej spoconej dłoni. 
       Michael zmrużył powieki i posłał Calumowi mordercze spojrzenie. Podniósł broń, by wycelować w jego czoło. 
       - Zejdź. Mi. Z. Drogi. - cichy szept był doskonale słyszalny w hangarze. Nikt się nie odzywał, a napięcie narastało z każdą sekundą. Ashton trzymał na muszce Milenę, ona Michaela, Hemmings wciąż siedział w samochodzie Michaela, przyglądając się bacznie tej stresującej scenie.  
       - Nie, Michael, nie pozwolę ci jej zabić - powinnam zezłościć się, że Calum bronił głównie mnie, gdy Milena była w całości na widoku wroga, ale nie miałam czasu o tym myśleć. Coś mi mówiło, że to nie ona była w poważnym niebezpieczeństwie. To też nie byłam ja. Wszystkie trzy pary męskich oczu zwrócone były teraz w stronę bruneta, który tak dzielnie i uparcie osłaniał mnie przed ewentualnym strzałem. Dłoń, którą trzymałam na jego ramieniu zacisnęłam lekko, ale Calum nawet nie zareagował. Wbijał wściekły wzrok w Michaela, podejmując nieme wyzwanie, które ten mu rzucił. Wreszcie Clifford westchnął przeciągle i zabezpieczył broń, którą potem wsadził za pas spodni. 
       - Naprawdę mam to zrobić? - zapytał, załamując ręce. Ashton także schował broń, ale Milena wciąż celowała w jego szefa z determinacją. 
       - Póki żyję włos jej z głowy nie spadnie - warknął Calum, co wywołało we mnie łzy. Powaga tych słów niemal zwalała mnie z nóg. Wiedziałam, że już za chwilę mogłam patrzeć na jego zwłoki. 
       - Calum… - zaczęłam cicho, ale mi przerwał
       - Nie, Kornelia. Tomlinson nie powinien cię tutaj wysyłać. Styles nie powinien wysyłać Mileny. - rzucił, co spotkało się z kpiącym prychnięciem Mileny. 
       - Nie jesteśmy bezbronnymi niewiastami - warknęła i potrząsnęła grzywką, gdy Ashton parsknął śmiechem. 
       - Opuść broń, złotko, coś czuję, że nic wam nie grozi do czasu pokonania tego idioty - rzucił w stronę Mileny i puścił jej oczko. Moja przyjaciółka nie ruszyła się nawet o milimetr, wciąż uparcie celując w jego blond czuprynę. 
       - To, że wy jesteście na tyle durni, by odsłonić się przed wrogiem, nie znaczy, że zrobię to samo. - syknęła
       - DOŚĆ TEGO! - ryknął nagle Michael i wszystkie oczy zwróciły się ku niemu - Hood, odsuń się i nie rób z siebie kretyna. Mieli nam spłacić dług, a nie się targować. Jeśli nie potrafią dokonywać transakcji to ich strata. Posłali swoje dziewczyny, choć wiedzieli jak kończy się niesubordynacja! ODSUŃ SIĘ OD TEJ MAŁEJ DZIWKI! - jego cierpliwość musiała wyczerpać się w czasie krótkiej wymiany zdań między Ashtonem a Mileną. Widziałam żyłę na jego czole, która wyraźnie pulsowała od wysiłku, jaki włożył w ostatni krzyk, który odbił się wielokrotnie od metalowych ścian, ale zdawało się to nie robić wrażenia na Calumie, który rzucił tylko:
       - Po moim trupie 
       - Wedle życzenia - mruknął Michael, pocierając powoli brodę, jakby był bardzo zmęczony - Ash - dodał od niechcenia, a Ashton od razu przystąpił do działania. Ruszył biegiem w stronę Mileny w momencie, w którym Luke wysiadł z samochodu i niespodziewanie doskoczył do mnie, wytrącając mi z ręki pistolet i ściskając moje dłonie za plecami. Calum odwrócił się, gdy jęknęłam z bólu, a na jego twarzy nie było nic poza przerażeniem. 
       - Hemm… - zaczął, ale przerwało mu silne uderzenie pięścią w brzuch. Krzyknęłam, patrząc jak zgina się z bólu, a Michael szykuje się do kolejnego ciosu. Na szczęście Calum szybko zareagował i, wciąż zgięty, natarł na Michaela, powalając go na ziemię z hukiem. Szarpałam się w uścisku Luke’a, obserwując jak Clifford próbuje zrzucić z siebie przeciwnika. Uderzali pięściami jeden w drugiego, nie zważając na konsekwencje. Ich walka zdawała się być wyrównana, lecz już po chwili Michael zyskał przewagę. Przewrócił Caluma na bok i usiadł na jego biodrach a jego pięści rozmazywały się przed moim wzrokiem od prędkości, z jaką wbijał je w jego twarz. 
       - Stop! - wrzasnęłam, ponownie szarpiąc rękami, ale uchwyt Luke’a był nie do pokonania. Łuk brwiowy Caluma trysnął krwią, brudząc jego twarz i jasną koszulę. Wtedy Michael chwycił za poplamiony materiał i szarpnął Caluma za sobą, stawiając ich obu na równe nogi. Brunet zachwiał się gwałtownie, ale palce, które wciąż zaciskały się na jego koszuli, powstrzymały go od upadku. Czułam, że przerażenie całkowicie już ogarnęło moje ciało, a adrenalina wprawiała je w gwałtowne drżenie. 
       - Przestań się szarpać, a wszystko będzie w porządku - syknął mi do ucha Luke, budząc we mnie nową nadzieję. Mimo że brzmiał wrogo, poczułam w jego głosie jakieś wsparcie. Coś mówiło mi, że Luke chciał pomóc. Znieruchomiałam, patrząc w jego jasne oczy, a on kiwnął niemal niezauważalnie głową i rozluźnił palce, którymi otaczał moje nadgarstki. Powróciłam wzrokiem do Caluma, który dyszał ciężko, ale zebrał już na tyle sił, by stać bez “pomocy” Michaela. Wokół jego oka formował się spory siniak, warga była rozcięta, a z brwi wciąż sączyła się krew. Michael wyglądał o wiele lepiej, z lekko obdartym policzkiem. Wbijał wściekły wzrok w swojego podwładnego, synchronizując swój przyspieszony oddech z jego. 
       - Już?! Nauczyłeś się?! - krzyknął, szarpiąc materiałem w swoich rękach. Calum uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie okiem, które wciąż było sprawne. 
       - Calum… - szepnęłam, czując zbierające się łzy. - W porządku… Wszystko w porządku - rzuciłam mu błagalne spojrzenie, ale on tylko pokręcił głową i wykrzywił z nienawiścią twarz. 
       - Kornelia! - skarciła mnie Milena, a Ashton pociągnął ją gwałtownie do siebie. 
       - Pierdoleni Romeo i Julia. Zamierzasz wciąż stawać na drodze transakcji, dla tej dziewczyny? - palce Michaela zacisnęły się na podbródku Caluma, gdy patrzył na niego z wyższością. 
       - Nie rozumiesz - zaczął Hood, ale przerwał szybko, bo Michael wyciągnął swoją broń wolną ręką i wycelował ją prosto w moje czoło. 
       - ZAMIERZASZ STAWAĆ MI NA DRODZE DLA TEJ DUPY?! - ryknął i odbezpieczył pistolet. Calum zareagował błyskawicznie, wytrącając przedmiot z jego uchwytu i odpychając Michaela od siebie. Metal uderzył o brudną podłogę, rozniecając wokół tumany kurzu, ale Michael nie rzucił się po niego. Zamiast tego, kopnął z całej siły Caluma w brzuch, wywołując jego głośne jęknięcie, po czym uderzył go pięścią w twarz. Brunet nie otrzymał nawet chwili wytchnienia, gdy drugi kopniak powyżej pasa sprawił, że wypluł krew, której kropelki trafiły w twarz Michaela. Kolejny cios i znów stróżki krwi wypłynęły z ust Caluma aż wreszcie osunął się na kolana i opadł ciężko na ziemię, tracąc przytomność. 
       - CALUM! - krzyknęłam i, korzystając z rozluźnionego uchwytu Luke’a, uwolniłam się i padłam na ziemię obok mężczyzny, przyciągając jego głowę do swojej klatki piersiowej, patrząc z nienawiścią na Michaela.
MIESIĄC WCZEŚNIEJ

       Silniki samolotu buczały w moich uszach, mimo słuchawek, dostarczających do nich głośne melodie rockowej muzyki. Ciepłe palce na mojej prawej dłoni znaczyły nieokreślone figury, pozostawiając łaskoczące ślady. To nie była moja decyzja. To była decyzja wszystkich innych. Mieliśmy wrócić i nie mogłam ich zostawić. Nie mogłam zostawić Mileny, nie mogłam zostawić Louis’ego. Ale ciężko mi było pożegnać się z mamą. Ciężko było zostawić bezpieczną Polskę. Kraj, którego przecież kiedyś nienawidziłam, z którego chciałam uciec i nigdy do niego nie wrócić. Tym razem nie byłam pewna czy moją Polską nie stał się Londyn. 
       Mimowolnie odsunęłam od Lou dłoń i wcisnęłam ją między uda. Spojrzał na mnie ze zmartwieniem, unosząc w żalu brwi. Powiedział coś, ale silniki i muzyka go zagłuszyły. Z niechęcią wyciągnęłam słuchawki, przekazując mu spojrzeniem, że mógł mówić. 
       - Przepraszam - powiedział cicho i zacisnął szczękę. Patrzyłam na niego przez chwilę, nie reagując na jego przeprosiny po czym kiwnęłam tylko głową i ponownie sięgnęłam po słuchawki, ale powstrzymał mnie delikatnym ruchem ręki. 
       - Powiedz coś - szepnął błagalnie, więc posłałam mu blady uśmiech
       - Louis… W porządku. Wszystko w porządku. - mruknęłam, ale on cmoknął niezadowolony i położył palec na moim podbródku. 
       - Jeśli chcesz wrócić… - zaczął cichym głosem, a ja zacisnęłam powieki i odtrąciłam jego rękę. 
       - Nie chcę. Potrzebuję po prostu czasu - odparłam, wpatrując się w błękitną wodę pod nami. 
       - Pokłócimy się? - zapytał lękliwie, wywołując mój cichy śmiech. Spojrzałam na niego wesoło i kiwnęłam głową. 
       - Oczywiście, że tak. Jeszcze nie raz. - powiedziałam, a on zacisnął wargi, wewnętrzna część brwi ponownie powędrowała w górę. 
       - Ale za to cię kocham - dodałam i pochyliłam się do niego, zatrzymując swoje usta milimetry od jego warg - Za to, że nieważne jak często się pokłócimy, wciąż mam pewność, że mnie kochasz. Nieważne jak źle wyglądają sprawy, wiem, że mi wybaczysz i wiem, że ja ci wybaczę - szepnęłam. Musnęłam swoimi wargami jego, pogłębiając po kilku chwilach pocałunek i poczułam jak uśmiecha się pod moim dotykiem. 
       - Nie bądź taka pewna - zażartował, oddalając się ode mnie. 
       - Za późno - odparłam, a on parsknął śmiechem i cmoknął mnie w czoło. 

       - Milena! Kornelia! Aaaaaa!!! - Phoebe biegła w naszą stronę, w jej dłoni znajdowała się kartka z napisem “Czwórka zjebów”, na widok której parsknęłam śmiechem. Niall kroczył powoli za nią, kręcąc z zażenowaniem głową, ale już po chwili straciłam go z widoku, gdy jego dziewczyna przyciągnęła mnie i Milenę do niedźwiedziego uścisku. 
       - I jak pobyt w Polsce? Tęskniliście? - zasypała nas pytaniami. W tym czasie Niall zdążył już do nas dołączyć. 
       - Szalenie - rzucił od niechcenia Harry, a Phoebe pokazała mu język i chwyciła swojego chłopaka za rękę. 
       - Jak sprawy? - zwrócił się do Nialla Styles. Blondyn spuścił wzrok i zacisnął wargi. 
       - Tak, jak ci mówiłem przez telefon. Z Zaynem jest źle. Caroline wciąż nie daje się odciągnąć od narkotyków - powiedział i cała wesoła atmosfera powitania prysnęła jak najcieńsza mydlana bańka. Ludzie przepychali się wokół nas próbując zdążyć na swoje loty lub spotkać się z bliskimi po podróży, a nasza szóstka stała nieruchomo, jakby czas zatrzymał się na kilka chwil. 
       - Co się dzieje z Zaynem? - zapytałam, a Niall wzruszył ramionami. 
       - Według mnie trochę sfiksował… Jest przepełniony żądzą zemsty, nic nie przemawia mu do rozumu. 
       - Wszyscy się zemścimy. Śmierć Liama nie ujdzie im na sucho - wtrącił Louis, obejmując mnie mocniej w pasie. 
       - Tak, z tym, że Zayn nie myśli o niczym innym. Nie wiem kiedy ostatnio jadł, a myje się chyba tylko dlatego, że Silvia mu każe. Jest strasznie cierpliwa. 
       - Czyli straciliśmy kolejnego? - zapytał Harry, a Niall w odpowiedzi pokiwał głową
       - Na to wygląda. - mruknął smutno. Harry westchnął przeciągle i chwycił w rękę walizkę, którą wcześniej upuścił. Nikt już nic więcej nie powiedział. Wszyscy w milczeniu wyszli z lotniska. 

       - Daj mi spokój Styles! 
       - Opanuj się! Ogarnij! Wszyscy chcemy tego samego, nie rób żadnych głupot!      
       - Chcę zabić Hemmingsa!
       - I to zrobisz! Gdy go złapiemy to ty pociągniesz za spust, ok?
       - Wy wyjeżdżacie sobie na wakacje, zostawiając to wszystko za sobą. Macie w dupie jego śmierć!
       Spojrzałam ze smutkiem na Milenę, której kubek z kawą przestał już parować. Ścisnęła go mocniej i oparła się na schodku za nią. Przywołane krzykami, dochodzącymi z gabinetu Harry’ego, wyszłyśmy z jego biblioteki i ruszyłyśmy w dół schodów, zatrzymując się w ich połowie. Nie musiałyśmy się skradać, bo wszystko było doskonale słyszalne z tej odległości. Opadłam na stopnie, popijając powoli swoją gorącą czekoladę, gdy Milena stukała długimi paznokciami w kubek. 
       - Nigdy nie słyszałam, żeby Zayn tak krzyczał - mruknęła, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie. Kiwnęłam głową, potwierdzając jej słowa w momencie, w którym w gabinecie Harry’ego rozległ się huk tłukącego się szkła. 
       - Stary! - Louis
       - Pierdolę. Was wszystkich! - Zayn
       - Zayn, nikt się tego nie spodziewał, ale wierz mi, że Michael spodziewa się zemsty i ją dostanie. Potrzebujemy tylko czasu na przygotowanie. - Harry
       Głośne parsknięcie nienawistnym śmiechem i drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie, waląc klamka w ścianę. Zayn ukazał się naszym oczom, a mnie przeszył wewnętrzny ból, gdy zobaczyłam jego twarz. Jego policzki wydawały się zaostrzone, był blady, a podkrążone oczy niemal sprawiały wrażenie trupich. Zagryzłam wargę prawie do krwi, próbując powstrzymać łzy. Minęły dopiero cztery dni od naszego powrotu do Anglii, a ja niczego nie żałowałam bardziej jak swojej decyzji o opuszczeniu rodzinnego kraju. 
       Wszystko się sypało. Zayn szalał z pragnienia zemsty, nie mógł sobie poradzić ze śmiercią przyjaciela, podobnie jak Caroline, która każdą wyciągniętą do niej dłoń odrzucała, zatapiając się w narkotykowym szale. Zdążyłam odwiedzić ją raz w jej mieszkaniu i to, co zastałam przerosło moje najgorsze oczekiwania. Brud, nieznani mi ludzie, których wygląd był co najmniej podejrzany i ona. Blada, chuda, bez cienia troski w jej zachowaniu. Była zaćpana. Obojętna, nie wiedziała co działo się wokół niej. Na podłodze w przedpokoju leżały nieotwarte listy, które listonosz wrzucił przez otwór w drzwiach, kuchnia była zastawiona nieumytymi talerzami. 
       - Caroline, musisz się pozbierać - powiedziałam wtedy, kładąc dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na mnie, jakbym była z innej planety i zaśmiała się cicho. 
       - Kornelia, musisz się wynosić - odparła, a jakiś ćpun siedzący na kanapie klasnął głośno w dłonie i zaśmiał się kpiąco na tę ripostę. Zmierzyłam go wzrokiem z wyższością, ale nic nie powiedziałam, zamiast tego ponownie zwróciłam się do Caroline.
       - Chcemy ci pomóc, wiesz, że możesz na nas liczyć - szepnęłam, ale ona tylko pokręciła głową. 
       - Nie chcę mieć z wami już nic wspólnego - warknęła
       - Liam…
       - LIAM NIE ŻYJE! - wrzasnęła i wypchnęła mnie z mieszkania, zatrzaskując mi przed nosem drzwi. 
       Mimo zdecydowanych różnic w ich wyglądzie, Zayn przypominał ją teraz tak bardzo, że było to niemal przerażające. Czułam, że sytuacja z nimi związana miała się pogorszyć. Coś wisiało w powietrzu i razem z Mileną doskonale o tym wiedziałyśmy. 
       - Co zamierzasz zrobić? - zapytał Harry, przywołując mnie do realnego świata. Zayn uniósł jedną brew i podszedł do drzwi wyjściowych willi. Zanim je za sobą zatrzasną odwrócił się do naszej czwórki i rzucił tylko:
       - Na pewno nie czekać aż łaskawie wybierzecie moment - zimowe słońce zgasło na posadzce razem ze szczęknięciem zamka. Louis krzyknął wściekle i walnął pięścią w klapę fortepianu, a struny zajęczały żałośnie od wstrząsu. Harry spojrzał na Milenę i mnie smutnym wzrokiem po czym usiadł obok mojej przyjaciółki i objął ją szczelnie ramieniem. 
       - Robi się nieciekawie - zauważyła, na co on kiwnął głową i pocałował ją w czoło, zaciskając przy tym powieki. Przerzuciłam wzrok na Louis’ego, który opierał łokcie na instrumencie, wpatrując się w skupieniu na drzwi, za którymi zniknął jego przyjaciel. Wstałam powoli ze schodów i podeszłam do niego w ciszy, która nas otaczała. Objęłam go delikatnie od tyłu w pasie i położyłam policzek na jego plecach. 
       - Poradzicie sobie. Zawsze sobie radzicie - szepnęłam, a on odwrócił się do mnie przodem i uśmiechnął blado. 
       - Obyś miała rację - mruknął, głaszcząc mnie delikatnie kciukiem. Wbił we mnie wzrok, jakby się nad czymś zastanawiał po czym wypuścił ciężko powietrze z płuc i wyprostował plecy.
       - Chodźmy - zaproponował, na co zgodziłam się natychmiastowo. 
       Pożegnaliśmy się z Harrym i Mileną i pojechaliśmy do jego apartamentu, gdzie opadliśmy na kanapę, nie przerywając ciszy, jaka między nami nastała już w samochodzie. Siedzieliśmy obok siebie, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy bez cienia niezręczności. Nie potrzebowaliśmy rozmowy, nie musieliśmy starać się wymyślać na siłę tematu. Po prostu Louis potrzebował mnie, a ja potrzebowałam Louis’ego i to nam wystarczyło. Po kilkunastu minutach pochylił się do mnie i pocałował lekko, wolno, długo. Położyłam dłoń na jego policzku, dodając mu otuchy, a gdy wreszcie się ode mnie oderwał skrzywił się lekko, jakby powstrzymywał się przed płaczem. 
       - Hej, wszystko będzie w porządku - szepnęłam, ale on tylko wzruszył ramionami i przełknął ciężko. 
       - Może - mruknął bez przekonania, więc szturchnęłam nim lekko, żartobliwie
       - Będzie! Ja tu jestem. Ze mną nikt nie zadziera - oznajmiłam, a on zaśmiał się nieśmiało. 
       - Kocham cię - szepnął
       - A ja ciebie - odparłam i ponownie go pocałowałam. Chwilę później znaleźliśmy się w jego sypialni. 

       Tydzień minął bez znaku życia od Zayna czy Caroline, a Clifford zdawał się nie wchodzić w drogę naszej grupie. Może wciąż się kurował, może zajęły go inne sprawy. Miałam ochotę zadzwonić do Caluma, zapytać o to czy wie co się szykuje, ale uznałam, że lepiej nie odnawiać kontaktu po naszym ostatnim spotkaniu. Cokolwiek to było dało nam iluzję spokoju, którego końca coraz bardziej się obawiałam. I słusznie…

       - CO KURWA?! - wrzask Louis’ego obudził mnie w środku nocy, dwa tygodnie po naszym powrocie z Polski. - Powtórz to! - spojrzałam w ciemności na jego stronę łóżka, ale była pusta. Rozejrzałam się po sypialni i znalazłam Louis’ego stojącego w samych bokserkach przy oknie, rozmawiającego z kimś przez telefon. Oparłam się o ramę łóżka i podciągnęłam kołdrę pod brodę, chroniąc się przed chłodem. 
       - Kiedy? Mhm… mhm… - Louis wciąż był skupiony na rozmowie. Jego głos drżał ze złości, ale starał się już nie krzyczeć, bo zauważył, że się obudziłam. - Phoebe, nie mogłaś go jakoś… Jebany gnojek. Uduszę go… - Phoebe? Dlaczego dzwoniła do Louis’ego o trzeciej dwadzieścia w nocy? - Dobra… Dzięki za informację, skarbie. - rozłączył się i odwrócił do mnie, a jego oczy zabłyszczały lekko w ciemności. 
       - Wybacz, że cię obudziłem - powiedział cicho i potarł nerwowo kark. 
       - Co się stało? - zapytałam, próbując dojrzeć jego wyraz twarzy. Westchnął głośno i wdrapał się na łóżko, a potem położył głowę na moim brzuchu, otulając mnie ramieniem. 
       - Straciliśmy kontakty z Japonią - szepnął, a ja zamarłam, myśląc o Kaitō, którego ostatnio widziałam na pogrzebie Liama. To wyjaśniało dlaczego Phoebe uraczyła Lou telefonem.
       - CO?! Jak to?! - zapytałam, przeczesując palcami jedwabiste włosy, teraz kruczoczarne. 
       - Zayn…
       - Zayn?
       - Miał zająć się negocjacjami, dostarczaniem towaru po śmierci Liama. - miałam wrażenie, że jeszcze bardziej wcisnął w mój brzuch swoją głowę, jakby próbował schować się przed nadchodzącymi kłopotami.
       - Nic nie wychodziło i nic nie przychodziło, a Adachi nie należy do cierpliwych. - dodał, stłumionym przez koszulkę mojej piżamy, głosem. 
       - Ale przecież… Musi rozumieć, że każdy z nas potrzebował czasu po tych okropnych wydarzeniach? - zaprotestowałam, wywołując jego ponury śmiech.
       - Interesy to interesy… “Traciliście już ludzi i wszystko było w porządku” - zakpił z japońskiego akcentu Kaitō po czym warknął przeciągle i przeturlał się na drugi bok, uwalniając mnie od swojego ciężaru. 
       - Co w takim razie zrobicie? - zapytałam, obejmując go ramieniem od tyłu i całując w łopatkę. 
       - Będziemy negocjować. Dzięki tym gnojkom mieliśmy niezłe zyski - mruknął wciąż rozeźlonym głosem. 
       - Mam nadzieję, że wam się uda. Tym razem już bez zrywania umów. - powiedziałam szczerze. 
       - Lecimy za tydzień do Japonii - oznajmił bez ostrzeżenia, przez co znieruchomiałam nagle, a w moim żołądku rozpoczęła swój lot uparta chmara motyli. 
       - My też? - zapytałam, mając na myśli siebie i Milenę. 
       - Nie. - odparł sucho, niemal od razu mordując brutalnie mój entuzjazm. 
       - Dlaczego? - odsunęłam się od niego lekko obrażona i usiadłam wyprostowana. Zdawałam sobie sprawę ze swojego dziecinnego zachowania, ale mimo wszystko nie mogłam powstrzymać zawodu. Zawsze chciałam zwiedzić Japonię, więc, skoro Harry i Louis się tam wybierali, dlaczego nie mogli zabrać nas ze sobą?
       - Bo to są interesy, w które nie powinnyście się mieszać. - odpowiedział i odwrócił się ponownie w moją stronę. Przekręciłam oczami. 
       - Wy możecie sobie negocjować, a ja bym pozwiedzała - burknęłam, krzyżując ręce na piersi. 
       - Kocie… - zaczął błagalnym tonem, ale szybko mu przerwałam
       - Nie, w porządku, rozumiem. Interesy. W Japonii. Itp. Żadnych dziewczyn. Blabla. - parsknął śmiechem i również wyprostował plecy.
       - Właściwie to dziewczyny będą. Phoebe też leci - oznajmił, na co wyrzuciłam ręce w powietrze, wypuszczając oburzona głośno powietrze z płuc
       - Oczywiście, że Phoebe leci - prychnęłam, a gdy Louis spróbował mnie objąć, odtrąciłam jego dłoń.
       - Ona ma najlepszy kontakt z Kaitō - wyjaśnił. Spiorunowałam go wzrokiem, od którego odchylił się lekko do tyłu, jakby miał go fizycznie trafić. 
       - A co ze mną? Podobam mu się, może uda mi się go przekonać! -zaproponowałam, na co oczy Louis’ego zniknęły pod zmrużonymi powiekami
       - Nie. - uciął krótko. Jęknęłam przeciągle i uderzyłam pięściami w pościel
       - Louiiiiis, też chcę do Japonii! - nalegałam niczym niewychowany pięciolatek. Louis rozluźnił się i nagle popchnął mnie na poduszki, kładąc po obu stronach mojej głowy dłonie i zawisnął nade mną. 
       - Zabiorę cię tam. Tylko my, w spokoju, ale innym razem, hm? - zaproponował, używając swojego najbardziej uwodzicielskiego głosu. Moje serce szarpnęło się nagle i wyszczerzyłam zęby
       - Jak najszybciej 
       - Gdy tylko ponownie staniemy na nogi - zapewnił, więc przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam najmocniej jak potrafiłam. Mimo późnej godziny Louis zdawał się być chętny na małe igraszki.  Chciałam mu pomóc rozładować stres.
       - Za bardzo cię rozpieszczam - mruknął mi do ucha, gdy jego ręka znalazła się pod materiałem moich spodenek. Nie odpowiedziałam tylko westchnęłam z rozkoszy, jaką mi dawał.


       I znów umierałam z nudy, czekając aż Louis wróci ze swojej podróży. Milena ponownie zaczęła odwiedzać strzelnicę, a ja zaczęłam układać nowy program występów w Irresistible. Kryzys kryzysem, ale praca wzywała, więc postanowiłam zmienić nieco formę, by zająć czymś myśli. Szukałam w internecie piosenek i tekstów, zapisując te, które miałam zaproponować George’owi, przerywając tylko na czas posiłków. Milena nie wracała do późnego wieczora, ale nie martwiłam się. Little Things przechodziło mały kryzys przez nieobecność Zayna i moja przyjaciółka była zmuszona zostawać po godzinach, więc na strzelnicę miała tylko wieczory. Minął tydzień od wyjazdu chłopaków i obie zdawałyśmy się coraz gorzej znosić ich nieobecność. Milena wracała coraz później, ja zatapiałam się w muzyce, próbując nie myśleć o dzwonieniu do Louis’ego co pięć sekund.
       Gdy siedziałam na kanapie, ucząc się tekstów nowych piosenek, drzwi otworzyły się cicho i do salonu weszła moja przyjaciółka, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w kartkę, którą trzymała w ręku. Przekrzywiłam głowę, zainteresowana tym, co czytała, ale postanowiłam się nie odzywać. 
       - Kornelia… - zaczęła cicho i spojrzała na mnie z przestrachem. Od razu się napięłam, jakby moje ciało już uwarunkowało się na ostrzegawcze znaki i nie traciło nawet chwili na obronne reakcje. 
       - Co jest? - zapytałam kiedy Milena podeszła do mnie powolnym krokiem. Zamiast odpowiedzi podała mi kartkę, a ja chwyciłam ją drżącą dłonią. 

Wisicie Michaelowi 500 000 £
Jutro.
Powodzenia,
Caroline

       - Co? - podniosłam wzrok, zdezorientowana, a Milena pokręciła głową ze skonsternowanym wyrazem twarzy. Sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła z niej telefon. 
       - Wisiało na drzwiach. Ale dlaczego u nas? Przecież nie mamy żadnych długów u Clifforda… - mówiła cicho, jakby wciąż próbowała przeanalizować tajemniczą notkę od Karoliny
       - Wąpię też, żeby Harry i Louis mieli - odparłam i obie zamilkłyśmy, gdy Milena przyłożyła aparat do ucha. Czekałyśmy chwilę aż usłyszałam zniekształcony głos, dochodzący z telefonu. Milena przełączyła Harry’ego na głośnik i położyła komórkę na stole
       - Harry, dostałyśmy dziwną notkę od Caroline… 
       - Wiem. - Harry przerwał jej natychmiast rozeźlonym głosem. 
       - Wiesz? - zapytałam. Usłyszałyśmy jak bierze głęboki oddech.
       - Dostaliśmy od niej smsy. Najwyraźniej ktoś jej poradził by korzystać z towaru Michaela, ale na nasz koszt - warknął i coś huknęło, jakby rzucone ciężko na podłogę.
       - Za 500 000?! - wykrzyknęła Milena
       - Cóż, jej ostatnie imprezy już okryły się niezłą sławą w Londynie - usłyszałam głos Louis’ego i uśmiechnęłam się mimowolnie. 
       - Musimy jej pomóc - powiedziałam
       - Ona nie chce naszej pomocy - mruknął Harry
       - Bo jest zaćpana!  Gdyby otrzeźwiała…
       - Kornelia! Ona nie chce naszej pomocy! - krzyk Louis’ego wywiał ze mnie zadowolenie, jakie wcześniej obudził jego głos. 
       - Louis! Ona nie wie co robi! - odkrzyknęłam, a Milena skrzywiła się lekko
       - Nie kłóćcie się! - skarciła nas - Kornelia ma rację. Musimy jej pomóc, ale najpierw trzeba pozbyć się długu, jaki nam narobiła - dodała racjonalnie i wszyscy zamilkliśmy, nie chcąc wypowiedzieć słów, które wisiały nieuchronnie w powietrzu. 
       - “Jutro” - moja przyjaciółka była pierwszą, która odważyła się zwrócić uwagę na kłopotliwy szczegół w liściku Caroline - To znaczy, że do jutra mamy czas, tak? - upewniła się. Niemal widziałam jak Harry zaciska wargi w napięciu gdzieś tam w Japonii. 
       - To znaczy, że na jutro zostało wyznaczone spotkanie - powiedział słabo, jakby był wyczerpany
       - Spotkanie? Nie możemy po prostu przelać im tej kasy? - zdziwiłam się, a Milena pokiwała głową, zgadzając się ze mną. 
       - Taka kwota byłaby zbyt podejrzana. Banki zwykle kontrolują tak spore transakcje. Clifford potrzebuje gotówki - wyjaśnił Louis, a ja zagryzłam wargę. To miało sens. Wszystkie “akcje” i transakcje, których Harry i Louis dokonywali w terenie. 
       - Więc… - zaczęła Milena, wywołując wszechogarniające napięcie - Nie macie kogo posłać… - zauważyła. To prawda. Niall i Phoebe byli z nimi w Japonii, na Zayna nie mogliśmy liczyć… Ale zaraz, zaraz
       - A co z innymi? Przecież w waszej grupie jest od cholery ludzi - powiedziałam
       - Większość z nich jest rozrzucona po świecie, z czego połowa w Ameryce, gdzie mamy sporą transakcję - oznajmił Harry
       - Ale zostawiliście kogoś w Anglii? - zapytałam, unosząc wysoko brwi
       - Samych świeżaków - z łatwością usłyszałam zniesmaczenie,  brzmiące w głosie Louis’ego. Opadłam plecami na oparcie kanapy, zastanawiając się nad tym co powiedział. Świażaków nie wysyłali nigdzie z dużą ilością pieniędzy ze względu na brak zaufania i obawę o kradzież. Nie mogliśmy dać im ot tak pięciuset tysięcy funtów. 
       - My pójdziemy! - zawołała Milena, a jej oczy zabłyszczały z podekscytowania. Osobiście obawiałam się jej coraz intensywniejszego zaangażowania w nielegalne interesy grupy. Przełknęłam ciężko ślinę, czując jak nieistniejące kowadło opada na samo dno mojego żołądka. 
       - Nie. - głos Harry’ego był zadziwiająco spokojny. Usta Mileny wygięły się w podkówkę. 
       - Nie ufacie nam? - zapytała
       - Nie bądź głupia - zrozumiałam dlaczego Harry zdawał się być opanowany. Po prostu powstrzymywał wybuch złości, która się w nim kotłowała.
       - Harry…
       - Milena! Powiedziałem nie! - jego samokontrola zdawała się gdzieś umykać
       - W takim razie tylko dodacie sobie kłopotów! Jak myślisz, co zrobi Michael jeśli nie dostanie tej kasy?! - Milena zacisnęła pięści z taką siłą, że pobielały jej knykcie.
       - Wyślemy młodych
       - Okradną was! 
       - KONIEC DYSKUSJI! - zadrżałam, gdy potęga głosu Harry’ego sprawiła, że głośnik telefonu zatrzeszczał żałośnie. Przez chwilę w pokoju rozlegały się ciężkie oddechy Mileny i Harry’ego. Pomyślałam o opcji, którą proponowała moja przyjaciółka i poczułam przypływ nadziei, gdy przypomniałam sobie o pewnej, zakochanej we mnie po uszy osobie.
       - Zróbmy to - powiedziałam cicho, a Milena spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami
       - Kornelia… - groźba w głosie Louis’ego nie zrobiła na mnie wrażenia. Był daleko stąd. 
       - Louis, nic nam nie zrobią. Wiem o tym - powiedziałam z pewością siebie
       - Nie wiesz tego - warknął mój chłopak
       - Calum na to nie pozwoli - przerwałam mu i cieszyłam się, że był teraz na innym kontynencie i nie mogłam dojrzeć jego zawiedzionego wzroku. Zapadła długa cisza w czasie której liczyłam sekundy. Przy pięćdziesiątej postanowiłam ponownie się odezwać
       - Nie macie innego wyjścia - powiedziałam. Milena niemal drżała z podekscytowania. Uśmiechała się szeroko, posyłając mi wdzięczne spojrzenie.
       - Zadzwonię do niego - mruknął Louis zrezygnowanym tonem
       - TOMMO! - zaprotestował Harry
       - One mają rację. Poza tym to duże dziewczynki, potrafią o siebie zadbać
       - Ale…
       - Calum oddałby za nią własne życie. Nie podoba mi się to, ale wiele razy mi to udowodnił. Będzie je chronił. - Louis brzmiał tak smutno, że poczułam uścisk w gardle, a łzy zniekształciły mi widok na komórkę, leżącą na stole. 
       - Obyś się nie mylił… - mruknął Harry i już po chwili słyszeliśmy Louis’ego, który ze swojego telefonu zadzwonił do Caluma, grożąc mu, że jeśli pozwoli nas komuś dotknąć straci wszystkie kończyny. 

       Kierowałam ciemnym Audi Louis’ego, czując jak broń ciążyła mi w pasie. Miałam wrażenie, że parzyła skórę, której dotykała. Milena polerowała w dłoniach swój pistolet, pogwizdując wesoło. Dostałyśmy informacje odnośnie adresu wczesnym rankiem od Harry’ego. Nieużywany hangar, w którym kiedyś składowano drewno zdawał się dla mnie najstraszniejszym miejscem na ziemi, a przecież jeszcze go nie widziałam. 
       - Zdajesz się wyjątkowo spokojna - zauważyłam, odrywając myśli od tego, co miało nas czekać
       - Jestem spokojna - odparła Milena i uśmiechnęła się do mnie czarująco. 
       - Zmieniłaś się - mruknęłam pod nosem, a ona zmarszczyła brwi, poważniejąc
       - Ty też - odpowiedziała - Nie bój się, to tylko mała zapłata za narkotyki - dodała już weselej
       - To spotkanie, w którym każdy ma broń, a my dwie walizki z 500 000 funtów - burknęłam
       - Wszystko pójdzie sprawnie, zobaczysz

       I zobaczyłam. Cwaniacki uśmiech Michaela, zmartwiony wzrok Caluma, satysfakcję na twarzy Ashtona i stres na tej Luke’a. 
       - Nie taka była umowa! - krzyknęła Milena, robiąc krok w stronę Clifforda
       - Siedemset tysięcy funtów i ani pensa mniej  - szef wrogiej grupy wzruszył obojętnie ramionami. 
       - Dostałyśmy informację o pięciuset tysiącach! - moja przyjaciółka nie dawała za wygraną, grawitując dłonią w okolicy swojej broni. Nie chciałam doczekać momentu, w którym ją chwyci. 
       - Caroline się popieprzyło. Jeśli nie macie siedmiuset tysięcy, spadajcie do domu. Rozliczymy się w inny sposób. 
       - Clifford, nie pogrywaj ze mną - cisnęła przez zęby, a Michael zagwizdał z podziwem
       - Widzę, że Styles dobrze cię wytresował. Gorzej z różowowłosą księżniczką. Może byłoby lepiej jakby przysłał tylko ciebie. Choć i to, że w ogóle wyznaczył was jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. - wyznał i zaśmiał się pod nosem. 
       - Nie obchodzi mnie jak bardzo jesteś zafascynowany naszym towarzystwem. Bierz kasę i spierdalaj - syknęła Milena, ale on tylko pokręcił głową
       - Nie, wybacz, złotko. Brakuje mi dwustu tysięcy…
       - Pieprzony gnojku, nie denerwuj mnie - krzyknęła Milena i wyciągnęła broń, a Ashton i Michael zareagowali niemal natychmiastowo, wykonując ten sam ruch. Teraz dwie lufy były skierowane w Milenę, jedna w Michaela. Chwyciłam swój pistolet, ale nie uniosłam go w górę, bojąc się, że wypadnie mi z rąk. Drżałam na całym ciele przerażona niebezpieczeństwem, w jakim właśnie się znalazłyśmy.
       - Opuść broń, maleńka, nie chcemy wam zrobić krzywdy - powiedział cicho Clifford, ale Milena zdawała się nie mieć zamiaru go posłuchać. Mężczyzna westchnął tylko przeciągle i powolnymi ruchami przesunął lufę, która tym razem wycelowała prosto w moje czoło. Zamarłam, a w mojej głowie pojawił się obraz Evana Petersa, gotowego pociągnąć za spust. Poczułam w oczach piekące łzy. 
       - Może to cię przekona - warknął Michael.
       - Nie! - usłyszałam głos Caluma

***

       - Zapłacisz mi za to - warknęłam, gdy krew Caluma zabarwiła w większości front mojej bluzki. - Gnojku, zapłacisz! - rozpłakałam się i położyłam swoje czoło na czole Caluma
       - Cal - szepnęłam, walcząc o to, by odzyskał przytomność. 
       - Słodkie - prychnął Michael i, bez ostrzeżenia, odepchnął mnie od bruneta i szarpnął za jego rzeczy, z siłą uderzając nim o ziemię. Wstrząs wybudził mężczyznę, który spojrzał na swojego oprawcę zmrużonymi oczami i kaszlnął kilka razy, wylewając z siebie krew. 
       - Cl… Clifford, dość - powiedział słabym, zachrypniętym głosem, ale Michael już pociągał go za jego koszulę. 
       - Wciąż żyjesz - warknął tylko i wyciągnął wolną rękę, a Ashton podał mu broń. Błysnęło mi bielą przed oczami i zdawałam się utracić chwilowo słuch, skupiona na śmiercionośnym przedmiocie. Przerażenie opanowało mnie całą, kierując moimi ruchami, gdy rzuciłam się między mężczyzn, odpychając Michaela od Caluma
       - Nie! Błagam, Michael, zapłacimy! Zapłacimy! Daj nam czas do jutra! - krzyczałam, chowając Caluma za sobą. Michael uśmiechnął się z satysfakcją i ku mojemu zdziwieniu schował pistolet.
       - Cóż. Łatwo poszło - wzruszył ramionami i skinął na Ashtona i Luke’a, którzy ruszyli powolnym krokiem do samochodu. - Jutro w tym samym miejscu, o tej samej porze. Ach i - podszedł do walizek, rzuconych wcześniej przez nas pod jego nogi - To już sobie wezmę i przeliczę. - dodał i wsiadł z nimi do samochodu, którego koła zakręciły się w miejscu z głośnym warknięciem silnika, wyrzucając w powietrze tumany kurzu. 
       Rozpłakałam się i odwróciłam twarzą do Caluma, obejmując go mocno i mocząc jego szyję swoimi łzami. Zakaszlał cicho i chwycił się za brzuch. 
       - Głupia… - wycharczał, ściskając w pięści moją bluzkę - Prawie dałaś się zabić - dodał, patrząc na mnie niespuchniętym okiem. Strumienie łez zalały moją twarz, gdy ponownie przycisnęłam go do siebie. Milena milczała uparcie, ale nie dbałam o to. 
       - Więcej tego nie rób! - skarciłam Caluma przez ściśnięte gardło. Oddychał ciężko, spazmatycznie, jakby większa ilość powietrza w płucach sprawiała mu ból
       - Nie mogę obiecać - szepnął i opadł bezwładnie w moich ramionach, po raz drugi tracąc przytomność. 



#TTDff

sobota, 28 marca 2015

61. And let me kiss you

Hej! Wybaczcie tak długą nieobecność, sprawy osobiste :(
Wiemy, że mamy teraz ciężki czas w fandomie i mamy nadzieję, że wszystkie się jakoś trzymacie! Pamiętajmy, że Zayn zrobił to dla siebie i, skoro nie był szczęśliwy w 1D, może będzie szczęśliwy teraz :) Trzymajmy za niego kciuki!
Ponownie! Nie zapomnijcie skomentować i podzielić się wrażeniami pod tagiem #TTDff ! 

Kochamy! 

A. <3 & M. xx

And let me kiss you


       To nie miało na celu spowodować, że zapomnielibyśmy o Liamie, to nie miało na celu udowodnić, że jego śmierć w ogóle na nas nie wpłynęła. To miało na celu odjąć nam nieco stresu, pozwolić uwierzyć, że szczęście i miłe chwile wciąż były dla nas możliwe. Oboje z Harrym zgodziliśmy się na wyjście do baru. Co było w stanie nam pomóc zapomnieć lepiej niż alkohol?
       Mimo że w całym Poznaniu panował świąteczny nastrój w barze zdawało się tylko przybywać ludzi. Siedzieliśmy w czwórkę przy jednym ze stolików, a na nasze twarze padał cień i przyciemnione światło, zmieniając ekspresje, które przybieraliśmy. Kornelia uwiesiła się ramienia Louis’ego i dotykała go przy każdej lepszej okazji w miejscach niewidocznych dla większości ludzi. Przekręcałam wtedy oczami z uśmiechem, rzucając jej porozumiewawcze spojrzenia. Nie wiedziałam co stało się w domu jej rodziców, ale musiało to wywołać konkretną zmianę w relacji tej dwójki. Miałam nadzieję, że tak miało zostać, bo często panująca niezręczna cisza i ich kłótnie doprowadzały mnie już do szału. 
       Spojrzałam na Harry’ego, stojącego teraz przy barze i gawędzącego beztrosko z jakimś mężczyzną, podczas gdy barman przygotowywał napoje, które ten zamówił. Uśmiechnęłam się do siebie, przypominając sobie, jak wyglądała jego ostatnia wizyta w mojej i Kornelii ulubionej miejscówce. Stłukł wtedy na kwaśne jabłko Macieja, mojego byłego chłopaka, który zdradzał mnie na lewo i prawo podczas naszego związku. Uznałam to w tamtym dniu za brutalny akt. Dobre sobie. Nic nie było bardziej brutalne od morderstwa Liama…
       Pochyliwszy głowę, zmarszczyłam brwi, przypominając sobie wylewającą się z gardła mężczyzny krew, tworzące się w niej pęcherzyki powietrza, gdy Liam próbował złapać oddech. Zacisnęłam pięści na stole z trudem powstrzymując łzy. 
       - Hej - Harry pocałował mnie w czubek głowy, kładąc dłonie na ramionach. - Co jest? - zapytał, widząc moją ponurą minę. Wzięłam głęboki oddech i zamknęłam na dłuższą chwilę oczy, próbując wyrzucić z głowy wszystkie nieprzyjemne obrazy.
       - Nic. Wszystko w porządku - uśmiechnęłam się do niego uspokajająco i odebrałam piwo, które dla mnie trzymał. Gdy siadał, obserwował mnie uważnie, jakby spodziewał się, że miałam wybuchnąć płaczem, ale ja tylko chwyciłam jego dłoń i ścisnęłam mocno, by go uspokoić. 
       - Wciąż nie mogę w to uwierzyć - warknął Louis, uderzając pięścią w stół, przez co szklanki zadzwoniły w różnych tonacjach. Kornelia wybuchnęła śmiechem i cmoknęła go w policzek, po czym upiła połowę zawartości swojego kieliszka. Pokręciłam głową na tempo jej picia. To już trzeci drink, a ona wciąż była trzeźwa. 
       - W co nie możesz uwierzyć? - zapytał Harry, kołysząc w dłoni szklanką, a złota whisky zatańczyła, połyskując w świetle słabych żarówek. Louis machnął ręką, jakby odganiał się od muchy i warknął przeciągle, co wywołało kolejny wybuch śmiechu mojej przyjaciółki. 
       - Moja rodzina go upiła w wigilię - powiedziała i przyłożyła usta do szkła. 
       - To jest takie straszne? - zdziwiłam się, a Louis spiorunował mnie wzrokiem. Uniosłam ręce w geście poddania, gdy Kornelia pokręciła głową. 
       - Nie. Straszne jest to, że tamtej nocy poszliśmy do łóżka i było cudownie - jej słowa wywołały na mojej twarzy lekki uśmiech. Domyśliłam się gdzie to mogło zmierzać.  - A on na drugi dzień niczego nie pamiętał - Harry i ja wybuchnęliśmy śmiechem w akompaniamencie głośnego jęknięcia bezradności Louis’ego. 
       - Bardzo śmieszne - mruknął pod nosem, na co Kornelia wydęła wargi i pogłaskała go po głowie.
       - Oooooj, ktoś tu jest smutny - zakpiła, przeciągając sylaby, a Louis odtrącił jej dłoń i wypił do dna swoją whisky 
       - Jesteś okropna - pokazał jej język i, nim zdążył się odwrócić, Kornelia pocałowała go głęboko, wytrącając go chwilowo z równowagi. 
       - Za to mnie kochasz - szepnęła, pocierając nosem o jego nos. 
       - Ugh, zaraz się zrzygam - Harry zakrył usta, jakby rzeczywiście miał za chwilę zwymiotować, na co szturchnęłam go w ramię, parsknąwszy śmiechem. 
       Po kilkunastu minutach DJ zarządził początek karaoke, a Kornelia zerwała się z krzesła, by zamówić sobie piosenkę. Zachowywałyśmy się jak za dawnych czasów. Ten sam bar, to samo karaoke, te same przyzwyczajenia, tylko mężczyźni u naszego boku inni. Łatwo było zapomnieć o życiu w Anglii, gdy nagle praktycznie znalazłam się w przeszłości. Jakiś chłopak o ciemnych włosach wyszedł na małe podwyższenie, chwytając w dłoń mikrofon. W barze rozbrzmiały dźwięki znanej polskiej piosenki, a Kornelia wróciła do nas rozpromieniona i cmoknęła Louis’ego w policzek, mówiąc, że idzie po kolejnego drinka. Czwarty… 
       - Daj spokój, dzisiaj wszystko idzie na mnie - zaoponował Louis, ale Kornelia tylko poczochrała jego włosy i już w podskokach zmierzała do baru. Radek - znajomy barman - posłał jej szeroki uśmiech i zabrał się za robienie odpowiedniego drinka, bez potrzeby wysłuchania jej polecenia. 
       - Wiesz. - zaczęłam, splatając swoje palce z długimi, zgrabnymi palcami Harry’ego. - Miałeś mi powiedzieć od czego to się zaczęło - spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami i kiwnął głową. 
       - Prawda - potwierdził, a Louis opadł na oparcie krzesła, opierając rękę na krześle Kornelii. 
       - Poczekajcie z tym na kota. Też musi usłyszeć - powiedział, doskonale rozszyfrowując naszą rozmowę. Spojrzał w stronę baru, przy którym Kornelia gawędziła beztrosko z Radkiem. Louis westchnął ciężko i przekręcił oczami
       - Hej! Kocie - zawołał, na co moja przyjaciółka zareagowała natychmiastowo. Louis przywołał ją gestem, więc kiwnęła głową na Radka i dołączyła do nas. 
       - Co jest? - zapytała, siorbając ze smakiem nowo przyrządzonego drinka. 
       - Czas na opowiadanie naszych historii - wyjaśnił Louis i kiwnął do barmana, unosząc w górę pustą szklankę. Kornelia klepnęła go w kolano z rozeźloną miną. 
       - On nie jest kelnerem - zaprotestowała, a Louis zaśmiał się cicho. 
       - Jest, jeśli chce dalej dostawać tak wysokie napiwki - odparł, marszcząc nos. Kornelia zmrużyła oczy, ale wtedy pojawił się Radek ze szklanką napełnioną do połowy złocistym trunkiem. Louis uśmiechnął się do niego szeroko i przekazał mu pięciokrotną wartość napoju, który właśnie dostał. 
       - Dzięki, stary - oczy Radka zrobiły się okrągłe jak spodki, gdy liczył pieniądze. Myślałam, że mógł się już do tego przyzwyczaić, bo Louis i Harry rzucali mu pieniędzmi jak szaleni, ale on wciąż zdawał się być tak samo zachwycony. Po spojrzeniu Kornelii zrozumiałam, że już wybaczyła swojemu chłopakowi chłodną postawę wobec barmana. Wystarczył miły gest. 
       - No więc, o jakie historie chodzi? - zapytała, sącząc przez słomkę alkohol. 
       - Mieliśmy wam opowiedzieć skąd wziął się pomysł na nasz biznes - wyjaśnił Harry, a Kornelia nagle zbliżyła się ku niemu, wyraźnie pokazując jak zainteresował ją temat. Sama pochyliłam się do przodu, upewniając się, że nikt nie mógł podsłuchać naszej rozmowy. 
       - Wierzcie lub nie, nigdy nie lubiliśmy działać zgodnie z prawem - Harry zaśmiał się, zatapiając wspomnienia w przeszłości. Patrzył niewidzącym wzrokiem w blat stołu. 
       - Mhm… Mama Styles tego nie znosiła - zażartował Louis, a Harry pokiwał wolną głową. 
       - Często wpadaliśmy w kłopoty. Za dzieciaka były to tylko drobne kradzieże w spożywczakach, potem okradanie posiadłości na drogich osiedlach - zamrugałam szybko i spojrzałam na Kornelię, która rozdziawiła usta. Alkohol chyba zaczął wreszcie na nią działać. 
       - Ale dlaczego? - zapytałam zdezorientowana. 
       - Bieda, nuda, bunt - Harry wzruszył ramionami - Obaj pochodziliśmy z rozbitych rodzin, obaj nie mieliśmy kasy - dodał
       - Poza tym miałem na niego zły wpływ - wtrącił Louis, a ku mojemu zdziwieniu, Harry mu przytaknął. 
       - Byłem dobrym chłopcem - wyszczerzył się do mnie, na co zachichotałam
       - Bleh, za dobrym. “Nie mogę wyjść, muszę pomóc mamię w robieniu kolacji”, “Nie, Tommo, to nielegalne” - Louis zaczął parodiować wysokie tony głosu młodego Harry’ego. 
       - Byłem dobrze wychowany, ok? - zaprotestował mój chłopak. 
       - Ja też! - żachnął się Louis, a my z Kornelią spojrzałyśmy na siebie z politowaniem. 
       - Mając wokół tyle sióstr ciężko się wyrwać z bycia przebieranym i malowanym. Musiałem znaleźć sobie męskie zajęcie. Naoglądałem się filmów akcji i chciałem być wielkim szefem mafii - Louis łyknął zdrowo whisky i syknął przez palący mu gardło alkohol. 
       - Tak czy inaczej, nagle ten debil znalazł kontakty i zaczęliśmy mały handel narkotykami. Miałem wtedy może szesnaście lat? Wtedy poznaliśmy Liama i Zayna… - Harry przerwał na chwilę i wbił wzrok w śpiewającą teraz dziewczynę o rudych włosach. Każdy z nas zdawał się wyciszyć - Mniejsza. Udało nam się z tym handlem i wreszcie dostaliśmy dużą robotę. Jakaś transakcja dla wielkich przemytników, kupa kasy, coś, co nigdy się nie zdarzało. Mogłem zapłacić za studia Gemmy i kupić nowy dom dzięki tej kasie. Niestety podczas akcji nastąpiła strzelanina. - Kornelia zakryła usta dłonią, która plasnęła głośno o jej twarz. Louis parsknął mimowolnie śmiechem, pochylony nisko nad stołem. 
       - Okazało się, że nie tylko proszki tam szły w ruch. Niall był w jednej z tych grup. Mieli do sprzedania kilkaset gnatów dla grupy z zagranicy, a nasze narkotyki miały robić za rozrywkę podczas imprezy świętującej zakup. Niestety coś się nie zgadzało w warunkach. Poszło od słowa do słowa i zanim zdążyliśmy nawet wtrącić swoje trzy grosze, rozpętało się piekło. Krew tryskała dookoła, słyszałem tylko krzyki i strzały, bo Tommo wciągnął mnie pod jakiś samochód. Gdy wszystko ucichło okazało się, że pozostało niewielu żywych. Oczywiście nie mogliśmy nic zgłosić, bo sami wpadlibyśmy do ciupy. Niall i kilku innych okazało się giermkami właścicieli broni, którzy teraz leżeli martwi. Cały arsenał okazał się być bezpański, więc zwerbowaliśmy Horana i dwóch innych kolesi. Mieli kontakty, więc już po kilku dniach znaleźli innego klienta. Iii…Wow. Wow, dziewczyny, co to była za kasa. Miliony. Miliony, o których nigdy nie marzyliśmy. 
       - Mniam, mniam - skomentował Louis, patrząc marzycielsko w dal - Mieliśmy szczęście. Wtedy Niall zgodził się nam pomóc i jakimś sposobem rozkręciliśmy biznes. Najpierw w kraju, potem za granicą. Początkowo w handlu pomagała nam mała firma, którą sam zacząłem prowadzić. Ściągaliśmy zza granicy różne Auta, w których werbowaliśmy broń. Ale gdy poznaliśmy Phoebe wszystko nabrało szaleńczego tempa. Ta mała sroka wie jak zakręcić wokół siebie klientów - Louis zakończył opowieść, pozostawiając mnie z uczuciem niedosytu. 
       - I to tyle? - mruknęłam, wywołując u mężczyzn zdziwione spojrzenia. - Spodziewałam się tragicznych historii, niespełnionych miłości, konfliktów, zdrad, życia pod mostem - upiłam trochę piwa, zlizując pospiesznie pianę znad swoich ust. Louis prychnął głośno i opadł na oparcie krzesła. 
       - Nie żyjemy w tanim romansidle - pokazał mi język, na co wzruszyłam ramionami. 
       - Mi się podoba ta historia. - zawołała Kornelia, której piosenkę właśnie zapowiedział DJ. Nie czekając na naszą odpowiedź, podbiegła do mikrofonu, żeby ją wykonać. 
       - Wybacz, że zawiodłem cię swoim nudnym żywotem - szepnął do mojego ucha Harry. 
       - To nie tak, że mnie zawiodłeś, ale… Tak to ukrywaliście i w ogóle… - zagryzłam dolną wargę. Zmarszczył brwi, patrząc na mnie zabawnie zdezorientowany. 
       - Nigdy tego nie ukrywaliśmy. Nie chcieliśmy wam o niczym opowiadać, jeśli miałybyście zostać w Polsce. Ale teraz? Teraz same w tym siedzicie. - pochylił się, by ucałować delikatnie moją szyję. Westchnęłam cicho i kiwnęłam głową. 
       - Niech ci będzie - mruknęłam. 

       Drink za drinkiem, Kornelii wzrok zaczął błądzić po barze, a jej słowa stały się mniej wyraźne. Ale nie tylko ona zaczęła dawać oznaki upicia się. Louis i Harry również stali się bardziej weseli, a mnie świat wirował lekko przed oczami. 
       - Mam pomysł! - krzyknęła moja przyjaciółka, wystrzeliwując palec wskazujący w sufit. Jęknęłam żałośnie, obawiając się jej pijackich zabaw. 
       - Harry mnie pocałuje…
       - CO?! - krzyknęłam, wstając gwałtownie z krzesła. Louis rzucił przyjacielowi wyzywające spojrzenie. 
       - Co ty pierdolisz - warknął do Kornelii. 
       - Ćśśśśśśśś! - dłoń mojej przyjaciółki uderzyła w stół - A ty! - niemal dźgnęła mnie palcem w nos - Pocałujesz miłość mojego życia
       - Czyli ciebie? - zażartowałam, pochylając się ku niej sugestywnie 
       - Pffff, nie! Louis’ego Williama Tomlinsona 
       - Ale… po co? - zapytał Harry, nie mogąc powstrzymać szerokiego uśmiechu. Kornelia przekręciła oczami, jakby odpowiedź na to pytanie była najbardziej oczywistą rzeczą na świecie. 
       - Nigdy się nie zastanawialiście jak to jest? W sensie nie, że zazdrościć i w ogóle, EJ! Nie patrz tak na mnie - popchnęła Louis’ego, nieco zbyt mocno, przez co prawie spadła z krzesła, bo ten nie ruszył się nawet o centymetr pod jej dotykiem. 
       - Patrzycie na mnie i Tomlinsona i kurwa. Nie zastanawiacie się? - zapytała, a ja spojrzałam na Louis’ego, potem na jego wąskie usta, próbując wyobrazić sobie ich dotyk na swoich. Zacmokałam kilka razy, czując, że Kornelia miała słuszność. Nie podobał mi się jej chłopak, nie widziałam w nim obiektu romantycznego, ale ciekawość gdzieś tam mnie popychała, by przyznać jej rację. A może to po prostu wina alkoholu?
       - Ej! - zawołał Harry, patrząc na mnie z wyrzutem
       - Co? - zapytałam, używając tego samego tonu, co on. 
       - Myślisz o tym!
       - Oczywiście, że tak, a ty nie myślałeś nigdy, żeby pocałować Kornelię?
       - Ej! - tym razem to Louis wyrzucił z siebie frustrację. Kornelia zachichotała niczym chochlik, planujący swój kolejny psikus. 
       - Jesteście szalone - Harry przekręcił oczami i podszedł do baru po trunek. 
       - A wy nudni - zawołałam za nim, na co pokazał mi środkowy palec. Kornelia wydęła wargi i założyła ręce na piersi. Zaśmiałam się, widząc jej zawiedzioną minę. Jej pomysł wydawał się wzięty znikąd, szalony i bez sensu, a mimo to miałam ochotę go zrealizować. 
       - Zróbmy to - postanowiłam, a Kornelia pisnęła z podekscytowania. 
       - No nieee… - jęknął Louis i spojrzał błagalnym wzrokiem na, siadającego znów przy stoliku Harry’ego - One chcą to zrobić - załamał ręce. Harry warknął gardłowo i nagle podniósł szklankę do ust i wypił całą jej zawartość. Uderzył naczyniem o blat stołu i, podniósłszy się z krzesła, wziął głęboki oddech. 
       - Dobra! Chodź tutaj, wariatko - spojrzał z determinacją na Kornelię, a ona klasnęła podekscytowana dłońmi. Wyszczerzyłam zęby i uniosłam sugestywnie brwi w stronę Louis’ego, ma co ten parsknął śmiechem
       - No dooobra - powiedział, wypuszczając z płuc ze świstem powietrze. Zmienił się z Harrym miejscami, by móc siedzieć obok mnie i potarł powoli brodę. 
       - Serio? - zapytał, na co Kornelia kiwnęła szaleńczo głową, wyrzucając w powietrze swoje różowe kosmyki. 
       - Po kolei czy w tym samym czasie? - zapytałam, a Kornelia zastanowiła się chwilę, przykładając do ust palec. 
       - Po kolei. My pierwsi - zarządziła
       - Ej, bo zaraz pomyślę, że chcesz mi odbić faceta - ostrzegłam ją, wywołując jej prychnięcie. Machnęła na mnie ręką. 
       - Jest zbyt nudny - rzuciła
       - Co?! - oburzył się Harry - wcale nie jestem nudny!
       - Ale nie jesteś też okrutnie interesujący - odparła przyjaciółka, wywołując wybuch śmiechu Louis’ego. - Dobra! Koniec gadania! Pokaż mi czym tak zachwyca się Milena!
       - Nie! Czekaj! - Louis pochylił się nad stołem, odsuwając ich pospiesznie od siebie. - My pierwsi! - dodał, a ja zachichotałam, widząc jak zazdrość buzuje w nich obu. 
       - Kornelia? - oparłam się niedbale na krześle, czekając na odpowiedź przyjaciółki. Ta wzruszyła ramionami i gestem wskazała, że czeka. Louis kiwnął głową i spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami. 
       - To jest głupie - mruknął, kiedy położyłam dłoń na jego policzku.
       - Całuj, nie gadaj - rzuciłam i pochyliłam się ku niemu, ale on zaraz odsunął mnie od siebie. 
       - Ale… Jak? - spojrzał strachliwie na Kornelię. Moja przyjaciółka przekręciła oczami. 
       - Tak, jakbyś pocałował mnie - poleciła, na co Louis przełknął ślinę. Był zabawny. Wielki przestępca, który bał się pocałować inną dziewczynę, gdy jego miłość wszystkiemu się przyglądała. Odwróciłam jego twarz ku sobie, czując podekscytowanie spowodowane głupim pomysłem, na które normalnie wpadają nawalone nastolatki. Ponownie przyciągnęłam go ku sobie i dotknęłam ustami jego warg. 
       Od razu poczułam różnicę. Jego usta nie układały się w ten cudowny sposób, co usta Harry’ego, jego wargi nie były tak rozkosznie pełne. Zamknęłam oczy, próbując skupić się na kolejnych różnicach, gdy Louis rozluźnił się wreszcie i rozluźnił szczękę, pozwalając naszym językom rozpocząć swój powolny taniec. Pocałunek był przyjemny, to prawda, ale ruchy Louis’ego zdawały się nie pasować do moich, były zbyt łagodne, delikatne, jego język nie budził w moim brzuchu łaskotania. Ot, przyjemny pocałunek bez fajerwerków. Oddaliliśmy się od siebie po kilkunastu sekundach i Louis wyszczerzył się do mnie z ulgą. 
       - Nie było tak źle - powiedział, na co zachichotałam i spojrzałam na Harry’ego i Kornelię. Moja przyjaciółka uśmiechała się szeroko, składając ręce jak do pacierza, ale Harry zabijał właśnie wzrokiem Louis’ego. 
       - Czas na zemstę - warknął nagle i przyciągnął niespodziewanie Kornelię do siebie, łącząc jej usta ze swoimi i niemal natychmiast wpychając tam swój język. Poczułam ukłucie zazdrości, które stłumiłam pospiesznie, przypominając sobie, że przed chwilą zrobiłam to samo. Harry zdawał się być agresywniejszy. Trzymał Kornelię za kark, poruszając zmysłowo ustami, co obudziło we mnie nagłą potrzebę pocałowania go. Moja przyjaciółka wplotła palce w jego długie loki, oddając się z chęcią rytmowi, jaki nadawał. Zaczęłam stukać palcami o blat, czekając na to aż skończą, ale oni zdawali się nie mieć takiego zamiaru. 
       - EJ! - wrzasnął Louis, na co Kornelia oderwała się od Harry’ego, a ten posłał mu złowieszczy uśmieszek. - My nie całowaliśmy się tak długo! - zaprotestował Tomlinson
       - Bzdura! Miałem wrażenie, że robicie to wieczność! - odgryzł się Harry, na co Louis zwęził powieki.
       - Mmmmmhm - mruknął i podszedł do Kornelii. Wytargał Harry’ego za kołnierz ze swojego miejsca i wpił się w przyjaciółkę ustami, zapewne mając w głowie wobec niej takie same myśli, jakie ja miałam wobec Harry’ego. 
       Gdy Styles usiadł obok mnie nie czekałam nawet chwili. Chwyciłam go za włosy i pociągnęłam do siebie, przekonując się, że te usta były jedynymi, które chciałam całować. Harry poddał się od razu, chwytając mnie w pasie z przyjemnym mruknięciem. Oddalił się ode mnie na kilka milimetrów, jakby chciał coś mi powiedzieć, ale wtedy za moimi plecami rozległ się głos, który wywołał we mnie obrzydzenie. 
       - Milena? - odwróciłam się powoli w stronę Macieja, który stał oddalony o zaledwie kilka centymetrów ode mnie. Dojrzałam, że przy barze, za nim, znajdował się Dawid. 
       - Czego? - warknęłam i poczułam mocny uścisk Harry’ego na swoim biodrze. 
       - Wróciłaś do Polski? - Maciej zdawał się być nieporuszony towarzystwem Harry’ego i Lou. Uśmiechał się serdecznie, jakbyśmy byli najlepszymi przyjaciółmi, przez co miałam ochotę wybić mu każdy jeden bielutki ząb, który właśnie widziałam. 
       - Przyjechałam w odwiedziny - poprawiłam go, a on pokiwał ze zrozumieniem głową. 
       - Nie przywitasz się ze mną? - wypalił nagle, puszczając mi oczko. Zacisnęłam pięści. 
       - Nie - warknęłam
       - Eeej, księżniczko, wciąż chowasz urazę?
       - Korni! - Dawid podał Maciejowi piwo i wyszczerzył się do mojej przyjaciółki. Ona tylko przekręciła na niego oczami i pokazała mu środkowy palec, opadając plecami na tors Louis’ego.
       - Spierdalaj Dawid, nie masz wagin do poruchania? - warknęła, co wywołało wybuch śmiechu Macieja. 
       - Wow. Boleśnie - skomentował. Westchnęłam ciężko, zastanawiając się dlaczego w ogóle kiedyś z nim byłam. 
       - Dobra. Nie będziemy wam przeszkadzać. Uścisk na zagojenie ran? - Maciej popełnił błąd, pochylając się w moją stronę, bo Harry wstał gwałtownie i chwycił go za koszulę, przyciągając go do siebie nade mną. Piwo wyleciało z dłoni chłopaka, rozbijając się z trzaskiem o ziemię. Usunęłam się szybko z pola rażenia, a kilka głów odwróciło się w naszą stronę, zaciekawione zamieszaniem. Radek przekręcił oczami, przeczuwając kolejną bójkę i zakasał rękawy, gotów powstrzymać mężczyzn. 
       - Nie dotykaj jej - warknął mój chłopak, który drżał teraz na całym ciele. Maciej przełknął głośno ślinę i uniósł ręce w geście poddania.
       - Dobra, stary, spoko. - mierzyli się jeszcze chwilę spojrzeniami w napięciu aż wreszcie Harry odepchnął Macieja od siebie. 
       - Chyba czas na nas - zarządził Louis i pomógł pijanej Kornelii pozbierać się z krzesła. 
       - Przegrałeś swoją szansę, nie licz na kolejną. - warknął Harry w stronę Macieja, który mierzył go nienawistnym spojrzeniem. 
       - Weź ją sobie. Jest niewiele warta - odrzekł i nie zdążył nawet się odwrócić, bo Harry przyłożył mu pięścią z taką siłą, że Maciej upadł na posadzkę. Kilka osób wstało ze swoich miejsc, przestraszeni bójką inni zaczęli się śmiać, a ja uniosłam z satysfakcją kącik ust. Nigdy nie znudzi mi się widok cierpiącego Macieja. Masz za swoje, skurwielu. 
       - Co jest z tobą i biciem ludzi - jęknął, pocierając zaczerwienioną szczękę. Dawid zanosił się śmiechem, gdy pomagał mu wstać. 
       - Co jest z tobą i byciem małą cipą? - odgryzł się Harry i pociągnął mnie do wyjścia. Poszłam za nim niechętnie, patrząc jeszcze przez ramię na słabego mężczyznę. 
       Wyszliśmy we czwórkę na zimne powietrze, a Kornelia wyrzuciła w powietrze pięść. 
       - Wooooohoooo! - krzyknęła, zataczając się na chodniku. Louis ruszył jej na ratunek, łapiąc w pasie, zanim uderzyła twarzą w bruk. - Dobrze, Harry! Dobrze! Należało mu się! - wrzeszczała, jakby nie zdawała sobie sprawy, że przed chwilą straciła prawie wszystkie zęby. Louis pacnął się płaską dłonią w czoło, wzdychając z niecierpliwością. 
       W naszą stronę szła grupka rozchichotanych młodych dziewczyn, wyraźnie bawiąc się tej nocy w jednym celu, na który wskazywały ich krótkie spódniczki. Wzdrygnęłam się na myśl o gołych nogach w tym mrozie. 
       - Heeeej cudny - jedna z nich spojrzała uwodzicielsko na Louis’ego, a ten zamrugał zdezorientowany, nie rozumiejąc jej języka - Może zostawisz tego pijanego dziwoląga i pójdziesz zabawić się z nami? - zagryzła wargę, na co przekręciłam oczami. 
       - Heeeej, dziwko! - zawołała za nią Kornelia, używając tego samego, przesłodzonego tonu - Może uderzysz pyskiem w mur, żeby twoja twarz dorównywała poziomem mózgowi? - wybuchnęłam śmiechem, a Kornelia zawtórowała mi po chwili, gdy panienki zamknęły buzie i ruszyły pospiesznie w przeciwnym kierunku. Gdy otarłam łzy, przetłumaczyłam chłopakom co się właśnie stało i obaj zaśmiali się głośno, a Louis wtulił w Kornelię. 
       - Moja lwica - zażartował. 
       - Dobrze, że nie zarywały do ciebie - szepnęłam do Harry’ego. Spojrzał na mnie zagadkowo z półuśmiechem. 
       - Dlaczego? 
       - Bo ja nie użyłabym słów tylko pięści - pokazałam mu język, a on przycisnął usta do mojego czoła. 
       - Szerszeń - stwierdził - Możesz przekierować tę agresję na mnie, dzisiaj w łóżku - chwycił między zęby moją wargę, zanim pocałował mnie głęboko na środku chodnika wśród śniegu i ludzi. 

       Tydzień minął niepostrzeżenie krótko i zanim się obejrzałam pakowałam walizkę. Harry z Louis’m zarządzili po południu spotkanie w domu Kornelii, a my obie nie miałyśmy pojęcia o co mogło chodzić. Wylot zaplanowany był nazajutrz, więc domyśliłam się, że mogło to mieć coś wspólnego z Anglią. 
       Oznajmiłam mamie, że wychodzę i wskoczyłam w tramwaj, który miał mnie zabrać do domu Madejów. Zapukałam w drzwi, a przede mną stanął Harry i przytulił mnie na powitanie długo i mocno. Zmarszczyłam brwi, czując niepokojącą atmosferę, ale odpowiedziałam na gest i wtuliłam się w niego z uczuciem. Po kilku chwilach byłam już prowadzona za rękę do salonu, po którym krzątała się pani Madej.
       - Dzień dobry - przywitałam się z uśmiechem, a ona uśmiechnęła się serdecznie i odpowiedziała tymi samymi słowami, po czym czmychnęła do kuchni, usprawiedliwiając się gotującym się obiadem. Po kilku sekundach usłyszałam, jak po schodach schodzą Kornelia i Louis, więc usiadłam na kanapie, wykręcając powoli palce. Przyjaciółka opadła obok mnie, patrząc z zaciekawieniem na mężczyzn. 
       Louis usiadł na fotelu, a Harry oparł się o stół jadalniany i skrzyżował na piersi ręce. Wokół panowała cisza, którą przerywało co jakiś czas ciche pogwizdywanie pani Madej, dochodzące z kuchni. Rozejrzałam się nerwowo po salonie, a Kornelia wpatrywała się ze zmarszczonymi brwiami w ziemię. 
       - Czas zdecydować - oznajmił nagle Harry, zbijając nas z pantałyku. 
       - Zdecydować? - zdziwiłam się, na co Louis kiwnął głową. 
       - Czy wracacie z nami do Anglii - szepnął
       - Co?! - oburzyłam się, wstając gwałtownie z kanapy - Oczywiście, że wracamy z wami, co to za głupoty! - krzyknęłam. Harry podniósł ręce w uspokajającym geście, ale było już za późno. Czułam jak puls podnosi mi się gwałtownie, wściekłość szumiała w głowie. W przeciwieństwie do mnie, Kornelia siedziała cicho na swoim miejscu, przykładając palce złożonych dłoni do ust. 
       - Spokojnie, Milena. Spokojnie. Decyzja w pełni należy do was. - Harry podszedł do mnie i objął w pasie, po czym odsunął się na odległość ramion i ujął moją twarz w dłonie - Zabraliśmy was tutaj, żebyście były pewne. Wszystko wróci. W Anglii wszystko będzie jak tydzień temu. Zayn wciąż nie może pogodzić się ze śmiercią Liama, nie wspominając o Caroline. Michael dochodzi do siebie i planuje zemstę. MY planujemy zemstę. Nie będziemy was oszukiwać, chcemy ich śmierci. Każdego z nich - spojrzał wymownie na Kornelię, a ona skrzywiła się, jakby miała zaraz się rozpłakać
       - Calum… - szepnęła, na co Louis potarł nerwowo uda i schował twarz w dłoniach, opierając ręce na kolanach. 
       - Będzie brudno. Będzie brutalnie - kontynuował Harry - Jeśli ten tydzień przekonał was, by zostać w Polsce, nie będziemy was powstrzymywać. Chcemy, żebyście były bezpieczne i zrobimy co w naszej mocy, by ta wojna do was nie dotarła… - przerwałam mu nagle i pocałowałam desperacko. 
       - Jedziemy z wami! Pomożemy wam wygrać tę wojnę, prawda, Kornelia? - spojrzałam przez ramię na przyjaciółkę, ale ta wciąż milczała. Wpatrywała się ślepo przed siebie, zaciskając w szybkim tempie szczękę. 
       - Kornelia - szepnął Louis, a ona przeniosła wzrok na niego, w jej oczach zabłysnęły łzy. 
       - Nie wiem… - wymamrotała przez ściśnięte gardło. Louis napiął się nerwowo i kiwnął sztywno głową. - Nie wiem, przepraszam… 
       - Przestań. Pamiętasz, jak od nich uciekłyśmy? To ty mnie namawiałaś, żeby wrócić! Kochasz to miejsce, przecież doskonale o tym wiesz! Wygramy tę wojnę! Nikt więcej nie zginie. Nikt prócz…
       - Grupy Michaela - dokończyła za mnie, rzucając mi pełne wyrzutu spojrzenie. Louis westchnął ciężko
       - Możemy pomóc Calumowi - oznajmił niechętnie. - Pomógł nam wiele razy. W razie potrzeby możemy upozorować jego śmierć, pozwolić mu na ucieczkę - widziałam z jakim trudem przychodziły mu te słowa. 
       - To nie tylko to. Ja… Już byłam na muszce. Nie chcę się tak bać. Nigdy więcej. - słone krople spłynęły po jej policzkach. Louis wstał z fotela i uklęknął przed nią
       - Nie będziesz już nigdy na muszce. Prędzej dam się zabić niż pozwolić komukolwiek ci zagrozić - oznajmił z determinacją, chwytając w dłonie jej twarz. 
       - Nie chcę, żebyś umierał - szepnęła
       - Nie umrę, bo nikt nie ośmieli się na ciebie podnieść nawet głosu
       - A co jeśli… Co jeśli my będziemy całkowicie bezpieczne, a ty… Co jeśli Michael cię dorwie? 
       - Obiecuję ci, że nie umrę. Przynajmniej jeszcze nie teraz…
       - Nie możesz tego obiecać… 
       - Ale właśnie to zrobiłem.
       - Louis! - wykrzyknął nagle Harry - Nie próbuj jej przekonywać! To ma być jej decyzja - warknął. Wtedy Kornelia wstała nagle ze swojego miejsca i, odpychając od siebie Lou, podeszła do pani Madej, która właśnie wkroczyła do salonu. 
       - Ojej, kochanie, czemu płaczesz? - zapytała kobieta, a Kornelia uwiesiła się jej szyi i rozpłakała na dobre. 
       - Po prostu… Będę za tobą tęsknić - szepnęła, ściskając tym samym moje serce - Kocham cię. Was wszystkich - dodała
       - Oooj, córa, my ciebie też kochamy. Nie becz, zobaczymy się za jakiś czas - zażartowała, a Kornelia pokiwała głową i otarła łzy. 
       Gdy pani Madej ponownie opuściła salon, nastała niczym niezmącona cisza. Kornelia doprowadziła się do względnego porządku i przeczyściła gardło.
       - Ok - szepnęła. - Nie byłabym w stanie siedzieć tutaj i zastanawiać się czy wasza trójka przeżyła - podeszła do Louis’ego i objęła go mocno w pasie. 
       - Błagam nie dajcie się zabić. 
       - Tak łatwo się nas nie pozbędziesz - Harry uśmiechnął się do niej dobrodusznie, a ona odwzajemniła to i ponownie się rozpłakała.