Pokazywanie postów oznaczonych etykietą through the dark fanfiction. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą through the dark fanfiction. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 lipca 2014

13. I can't forget my English love affair

Kornelia

       Całą drogę nie mogłam się uspokoić, podejrzewając i wyobrażając sobie najgorsze rzeczy, jakie mogły spotkać moją przyjaciółkę. Gdy taksówka zatrzymała się pod naszym hotelem wybiegłam z niej jak poparzona i dopadłam drzwi hoteliku, prawie je wyważając.  W pośpiechu ciężko było mi znaleźć klucze, lecz w końcu pochwyciłam je gdzieś we wnętrzu mojej torebki i wbiegłam do cuchnącego korytarza. Pokonywałam po trzy stopnie schodów, wspinając się na trzecie piętro, aż w końcu dotarłam do naszego pokoju. Moje dłonie trzęsły się jak galaretka, gdy próbowałam trafić kluczem do zamka. 
       - No dalej, kurwa, dalej! - warknęłam do siebie, gdy chybiłam po raz kolejny. Wreszcie zamek ustąpił, a ja niemal wylądowałam na podłodze, tracąc przed sobą opór drzwi. Z walącym sercem rozejrzałam się po pokoju, a potem z moich płuc wydostało się głośno powietrze. Nic nie mówiąc, podbiegłam do siedzącej na swoim łóżku Mileny i przytuliłam ją najmocniej jak potrafiłam. 
       - Ja pierdole, ja pieprzę, Milena, Jezu, Milena, żyjesz! - plotłam bezmyślnie, nie chcąc jej puszczać. Poczułam, że jej ręce oplatają się na moich plecach, gdy ścisnęła mnie mocno i usłyszałam, stłumione przez materiał mojej marynarki, przekleństwo. Po kilku minutach wreszcie się od niej oddaliłam i uspokoiłam oddech. Opadłam bezsilnie na jej łóżko i złapałam się za głowę. 
       - Też mieliście jakąś dziwną sytuację z Louis’m? - Milena wpatrywała się we mnie z napięciem. Pokiwałam głową i oparłam się o ścianę. Opowiedziałam jej całą sytuację, która zaistniała w Bobbles, a potem ona zrelacjonowała mi jej „randkę” z Harrym. 
        - BROŃ?! - wrzasnęłam zszokowana i zaczęłam ponownie trząść się jak osika. Milena jednak BYŁA w niebezpieczeństwie. 
        - Tak mi się zdaje. Cała sytuacja wydawała się tak dziwna, że równie dobrze mogła to być bazooka. Tak czy inaczej, na pewno nie był to telefon. Telefon nie wydaje takiego dźwięku. - odpowiedziała półżartem i zaśmiała się do siebie bez wesołości. - Dzwoniłam do ciebie jak tylko tu dotarłam, ale najpierw nie odbierałaś, a potem byłaś niedostępna. Wywnioskowałam, że może przeżywacie właśnie z Louis’m jakieś miłe chwile na osobności... - mrugnęła do mnie, ale zaraz potem jej uśmiech ponownie znikł z twarzy. 
       - Co?! - rzuciłam się do swojej torebki w poszukiwaniu telefonu. Gdy nacisnęłam przycisk menu nic się nie stało. Ekran wciąż pozostawał czarny. - Ech... Musiał mi się rozładować w Bobbles. W taksówce na pewno usłyszałabym, że dzwonisz - powiedziałam, rzucając jej przepraszające spojrzenie. Pokręciła głową i machnęła ręką, dając mi znać, że nic się nie stało. Dopiero w tym momencie zauważyłam, że coś w jej wyglądzie się zmieniło. 
       - Gdzie twoje ciuchy? - zapytałam, wskazując na małą czarną elegancką sukienkę, której Milena na pewno nie przywiozła ze sobą z Polski. Spojrzała w dół i westchnęła przeciągle. 
       - O nie, zapomniałam! - jęknęła i dotknęła czarnego materiału, jakby chciała sprawdzić czy był prawdziwy - Harry pożyczył mi tę sukienkę zanim wylądowaliśmy w Hiltonie. Powiedział, że nie mogę się tam pokazać w moich ciuchach. A te zostały w jego domu - kolejny żałosny jęk wydostał się z jej ust. 
       - Byliście u niego w domu? - zapytałam, czując jak ciekawość przejmuje we mnie kontrolę. Milena kiwnęła powoli głową i spojrzała na mnie rozmarzonym wzrokiem. 
       - W jego pieprzonej willi. Jak Londyn kocham, Kornela, ta chata mogłaby robić za letnią rezydencję królowej - powiedziała, a ja zauważyłam, że jej humor nieco się poprawia. Wyszczerzyłam zęby, wyobrażając sobie wielki budynek, przypominający pałac Buckingham i wzrok mojej przyjaciółki, która do niego weszła. 
       - Czym oni się zajmują?! Takie młode szczyle i takie kasiaste - warknęła. Przypomniałam sobie rozmowę z Liamem. 
       - Poznałam ich kolegę. Albo przynajmniej kolegę Louis’ego. Powiedział, że zajmują się handlem zagranicznym - powiedziałam, wzruszając ramionami. Oczy Mileny zrobiły się wielkie jak spodki, a potem chwyciła moje ramię w swoje szpony, ściskając mocno. 
       - KORNELA! Miałaś rację! ONI HANDLUJĄ NIEWOLNIKAMI! - wykrzyknęła, patrząc na mnie, jakby właśnie odkryła formułę wyjaśniającą działanie równoległych wszechświatów. Parsknęłam głośnym śmiechem i pokręciłam z niedowierzaniem głową. - ALE NAPRAWDĘ! Zobacz! Broń, podejrzane typki, najprawdopodobniej śledzące tych dwóch! Wszystko pięknie się łączy! Ktoś, kto handluje pieprzonymi zabawkami nie będzie potrzebował pistoletów, nikt mu nie będzie groził! - wyrzuciła z siebie wszystko na jednym wydechu i wbiła we mnie tak intensywny wzrok, że po chwili jej oczy zaszły łzami.
       - Oddychaj, mrugaj, ogarnij się. Oni są nadziani, nawet jeśli handlowaliby pieprzonymi prezerwatywami to mieliby od cholery wrogów. Kasa, kasa, moja droga. Dlatego, kiedy już zostaniemy sławnymi miliarderkami, musimy zaopatrzyć się w pięć tysięcy ochroniarzy. Przystojnych. - odpowiedziałam i mrugnęłam do niej uspokajająco. Westchnęła ciężko i odsunęła się ode mnie, ale widziałam, że nie była przekonana. Położyłam dłoń na jej ramieniu i uśmiechnęłam się delikatnie. 
       - Ej, głupolu... Wiem, że to był dla ciebie duży stres, kurde sama myślałam, że wyjdę z siebie, jak ten cały Hood pogroził Harry’emu. Miałam w głowie najgorsze myśli. Ale, jak już powiedziałaś, to są szczyle. Myślą, że kupią sobie broń, bo mają kasę, a do tego testosteron i sodówka im pewnie uderzyła do głowy to się nawzajem straszą wyolbrzymionymi słowami. Spokojnie. Prawda jest taka, że pewnie nic nam obu nie groziło, a oni tylko przechwalali się rozmiarami swoich pukawek. Poza tym, nawet nie wiemy czy to na pewno była broń... - wyjaśniłam cicho i wstałam z łóżka, rozciągając plecy. Spojrzałam na zegarek w telefonie Mileny. Dochodziła jedenasta. Pokręciłam głową w niedowierzaniu na to, co wydarzyło się w ciągu tylko kilku godzin i zwróciłam ponownie wzrok w kierunku mojej przyjaciółki. Patrzyła na mnie ze zmarszczonymi brwiami, jakby coś analizując. 
       - Ech... będę musiała odzyskać swoje ciuchy - powiedziała cicho i wzięła do ręki telefon - Szlag! - warknęła pod nosem, a potem zrobiła zabawną minę zbitego szczeniaka i wydęła wargi. - Nie mam jego numeru.
       - Powiedział, że jutro się odezwie, co nie? Możesz wtedy zażądać od niego zwrotu i oddać mu to małe cudo. - wskazałam na czarną sukienkę. Usta Mileny ułożyły się w małe „o”, gdy rozważała tę opcję, a potem kiwnęła stanowczo głową i wstała z łóżka. Położyła dłonie na biodrach, stukając stopą.
       - A potem zero kontaktu! Na wieki! Już nigdy. Zadzwoni, odda mi ciuchy, dostanie sukienkę i już nigdy więcej nie zobaczę go na oczy! - skinęła głową, jakby upewniając samą siebie, że tak właśnie będzie, gdy Harry się odezwie. 

       Ale się nie odezwał. Cały drugi dzień spędziłyśmy na ręcznym praniu wykorzystanych ostatnio rzeczy, a Milena raz po raz spoglądała nerwowo na swój telefon, który uparcie nie chciał wydać z siebie dźwięku. W pewnym momencie prawie się połamała, biegnąc do rozdzwonionego urządzenia, tylko po to, by dowiedzieć się, że jej babcia przyjeżdża za dwa tygodnie w odwiedziny.
       - Dlaczego on nie dzwoni? - warknęła zniecierpliwiona, składając właśnie w kostkę czarne spodnie. Westchnęłam ciężko i przeszłam przez pokój, sięgając po swój, podłączony do ładowarki, telefon. Wahałam się przez moment, ale w końcu wybrałam numer, z którego wczoraj dostałam dwa smsy i nacisnęłam przycisk „zadzwoń”. Po krótkiej chwili ciszy kobiecy głos oznajmił po angielsku, że wybrany numer jest niedostępny.
       - Numer Louis’ego nie odpowiada - powiedziałam, zagryzając wnętrze swojego policzka. Milena warknęła głośno, rzuciła trzymanymi spodniami o ścianę i opadła bezsilnie na łózko. Obserwowałam ją z wyszczerzonymi zębami, kręcąc głową. 
       - Dobra tam, nie denerwuj się. Nawet jeśli się nie odezwą... Sprzedamy tę sukienkę i kupisz sobie za to pięć razy więcej lepszych ciuchów niż te, które zostawiłaś u Harry’ego. - oznajmiłam 
       - Ale ja nie chcę lepszych ciuchów, chcę moje! - powiedziała i usiadła zrezygnowana na łóżku, zezując nieufnie na czarną sukienkę, jakby ta miała zaraz ożyć i ją zaatakować. 
       No tak, do drogich rzeczy Milena zawsze podchodziła z dużą ostrożnością. Byłam pewna, że bała się teraz dotknąć sukienki, mimo że miała ją na sobie cały wczorajszy wieczór. To nie był jej świat. Ta dziewczyna wolała obejść wszystkie second handy, znajdujące się w jej okolicy, a potem stworzyć cuda z pozornie nieładnych rzeczy, które kupowała za śmiesznie niskie ceny. Ja natomiast byłam fanką „sieciówek”, bo mój brak modowej wyobraźni nie pozwalał na takie pomysły. 
       Milena wstała z łóżka i ruszyła kontynuować swoją część pracy, ale nagle stanęła na środku pokoju, a jej oczy zaszły mgłą, jakby głęboko się nad czymś zastanawiała. 
       - Poza tym... - zaczęła cicho, ale przerwała, jakby łapiąc się na tym, że nie powinna się odzywać. Zdziwiona, zmarszczyłam brwi i zachęciłam ją do kontynuowania. Pokręciła głową i ruszyła w stronę, w którą poleciały rzucone spodnie. 
       - No gadaj! - zażądałam, przyglądając się jej uważnie. Zacisnęła szczękę, intensywnie zastanawiając się nad czymś przez chwilę, ale w końcu się poddała. 
       - Tu nie chodzi o ciuchy... Trochę się martwię. Może powinnyśmy zawiadomić policję? - zaczęła wykręcać palce ze wzrokiem wbitym w podłogę. Stałam przez chwilę bez ruchu, rozważając jej słowa, ale potem potrząsnęłam głową.
       - Nawet nie wiemy kim są, a sytuacje, których byłyśmy świadkami nie wystarczają do oskarżeń czy dowodów. - powiedziałam rzeczowym tonem, starając się przekonać samą siebie do tych słów. Milena westchnęła cicho i przytaknęła po czym wzięła głęboki oddech, jakby chciała dodać sobie odwagi
       - Dobra, nieważne. Mamy lepsze rzeczy do roboty, niż martwienie się jakimiś nieznajomymi typkami. Ostatnie dni w Londynie! - oznajmiła i sięgnęła po rzucone przed chwilą spodnie. Otrzepała materiał i zabrała się za składanie. Przyglądałam jej się przez chwilę, wiedząc, że wcale tak nie myślała. Nie reagowała jednak, więc powróciłam do składania swoich ubrań.

       Trzy dni później byłyśmy już pewne, że nie odzyskamy rzeczy Mileny. Harry nie odezwał się ani razu, a numer Louis’ego wciąż był niedostępny. Zupełnie jakby te przedziwne dwa dni były tylko naszymi sennymi wymysłami, a „Hazza” i „Lou” w ogóle nie istnieli. Tylko czarna sukienka, leżąca na nocnej szafce, pozostająca nietknięta przez cały ten czas, była dowodem, że nasze dwie małe i szalone przygody rzeczywiście się odbyły. 

       - No nic. Będzie się trzeba wybrać na zakupy - westchnęła Milena, gdy siedziałyśmy w kawiarni, niedaleko London Eye, żegnając się z naszym ulubionym miastem. Wzruszyłam ramionami, czując, że emocje związane z tym całym wydarzeniem już nieco opadły. Milena także była o wiele bardziej rozluźniona. Jedyne co trzymało nas teraz w złych humorach to myśl, że już jutro wysiądziemy na lotnisku w Polsce, a piękne widoki Londynu pozostaną tylko w naszych wspomnieniach i na zdjęciach. Żadna z nas nie była w nastroju do rozmowy, czując napięcie związane ze, zbliżającym się wielkimi krokami, powrotem. 
       Wpatrywałam się tępo w białą filiżankę, głaszcząc palcem jej śliską powierzchnie i odgradzając się od dźwięków otaczającego mnie świata. Dwa piękne tygodnie właśnie dobiegały końca, a ja przeczuwałam, że czeka mnie "powyjazdowa depresja". 
        - Kornelia! - wołanie Mileny dotarło do mnie przytłumione, jakby moją świadomość przyćmiła mgła. Potrząsnęłam głową i spojrzałam zdezorientowana na przyjaciółkę. 
       - Hm? 
       - Gadam do ciebie od pięciu minut, a ty mnie nie słuchasz - powiedziała z udawanym wyrzutem. Jej oczy błysnęły wesoło. 
       - Ojej... Przepraszam - powiedziałam cicho, wracając do wpatrywania się w filiżankę, lecz skupiając tym razem uwagę na tym, co mówiła przyjaciółka. 
       - Ej, wrócimy tutaj, obiecuję ci! Nie wiem jak to zrobimy, ale damy radę - jej zapewnienia wywołały uśmiech na mojej twarzy, choć wiedziałam, że były marne szanse ich spełnienia. Mimo to pokiwałam głową. 
       - Poza tym! W Polsce na pewno nie trafimy na tych dwóch kretynów - dodała i zachichotała cicho pod nosem. Parsknęłam szyderczo, przyglądając się ludziom wsiadającym do wagoników London Eye. 
       Dzień był szary i deszczowy, a ja wmawiałam sobie, że to Londyn płacze z powodu naszego wyjazdu. Duże krople rozbijały się o szybę, za którą siedziałyśmy, spływając powoli w jej dół niczym setki zimnych łez. Mój nastrój idealnie odpowiadał tej pogodzie, a jedyne czego mi brakowało do dopełnienia tej sceny to smutna piosenka w tle. 
       - Ale ogólnie to byli przystojni - powiedziałam, ni z gruchy, ni z pietruchy, przypominając sobie przepiękne błękitne oczy, skanujące moją twarz. Milena zaśmiała się głośno, po czym przygryzła wargę, przybierając minę dziecka, które właśnie rozbiło ulubiony wazon mamy. 
       - CO ZROBILIŚCIE?! - zapytałam, wybudzając się z sennego smutnego nastroju i czując w brzuchu typową babską ekscytację. Przyjaciółka ponownie wybuchnęła śmiechem. 
       - Technicznie to nic. Ale była taka sytuacja w windzie... Ojej, Kornela... Gościu był dupkiem, ale wiedział jak użyć tych swoich wdzięków. A wiesz, że mnie niełatwo uwieźć... - powiedziała, przybierając pełen poczucia winy ton. Zmarszczyłam brwi, wyszukując w wyrazie jej twarzy niewypowiedzianych słów, ale chyba mówiła prawdę i nic więcej się nie stało. Opadłam ponownie na oparcie fotela i zaczęłam kołysać w dłoni filiżankę. 
       - W windzie, mówisz... - mruknęłam zaczepnie. Pokazała mi język i założyła ręce na piersi. 

       Huk silników zagłuszył wszelkie rozmowy, więc zrezygnowałyśmy z komunikowania się ze sobą. Kolejka na schodach prowadzących do wejścia samolotu była długa, a ja tupałam szybko stopą w zniecierpliwieniu na jej żółwio-żółwie tempo. Wreszcie dopchałyśmy się do drzwi, podałyśmy bilety uśmiechniętej stewardessie i wyszukałyśmy wyznaczonych nam miejsc. Wyciągnęłam słuchawki i podłączyłam je do telefonu, po czym usiadłam, gdy Milena wpakowała już swój bagaż do półki nad siedzeniami. Rozpoczął się pokaz środków bezpieczeństwa, który znałam już na pamięć. Rozjaśniłam więc ekran telefonu w celu włączenia sobie muzyki, na którym wyświetliła się informacja o otrzymanym smsie. W pośpiechu otworzyłam wiadomość. 

od: Nr Nieznany

Miłego lotu, Londyn będzie za Tobą tęsknił. 


Zamarłam... 
       - Prosimy zapiąć pasy i wyłączyć wszelkie elektroniczne urządzenia lub przestawić je na "tryb samolot", jeśli posiadają taką opcję. Życzymy miłego lotu!





*Nie potrafię zapomnieć o moim angielskim romansie

niedziela, 6 lipca 2014

11. What if the way we started made it something cursed from the start...

  Kornelia 

       Louis stał przy barze, zamawiając mi kolejnego drinka, więc miałam chwilę dla siebie. Rozejrzałam się po pomieszczeniu, zauważając, że, tak samo jak poprzedniego dnia, niektóre dziewczyny rzucały mi nienawistne spojrzenia. Trudno, moje drogie, wasz ukochany jest dzisiaj ZE MNĄ. Pomyślałam i zachichotałam. Nie czułam specjalnego pociągu do tego faceta. Był zbyt pewny siebie i bezpośredni, a ja osobiście, jak na żałosną romantyczkę przystało, szukałam szarmanckiego rycerza na białym rumaku. Albo w czarnym Mustangu... Jednak zazdrosne spojrzenia, wypucowanych bogatych paniuś, sprawiały mi grzeszną satysfakcję. Chociaż jedna rzecz, w której jestem od nich lepsza. A może to alkohol zaczynał powoli działać... 
       Zauważyłam, że muzyka w Bobbles była zupełnie inna niż wczoraj. W moich uszach rozbrzmiewały futurystyczne dźwięki dance, które sprawiały, że noga sama podrygiwała w jej takt. Osoby, które przesadziły nieco z alkoholem, wychodziły na wolną przestrzeń między stolikami, i pląsały w najlepsze. Zachichotałam na widok mężczyzny, który szarpał swoją bogu ducha winną partnerką w ruchach tanecznych, które zapewne uważał za genialne. Wreszcie piosenka się skończyła, zabawna para wróciła do swojego stolika, a w barze rozbrzmiał piękny kobiecy głos, rozpoczynający kolejny utwór. 







       Ciężki wolny bas wprawił moją głowę w kołysanie i zamknęłam oczy, dając się ponieść hipnotyzującej melodii. 
       - Chodź - usłyszałam przy uchu szept Louis’ego, a gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam ofiarowaną mi dłoń. Zdziwiona chwyciłam ją bez zastanowienia i zostałam pociągnięta na „parkiet”. Ludzie podążali za nami wzrokiem, gdy Louis przyciągnął mnie gwałtownie do siebie i położył dłonie na moich biodrach. Nie zaprotestowałam. Uwielbiałam taniec, który dla mnie często równał się z namiętnością, mogącą istnieć tylko w czasie jego trwania. Zaplotłam więc ręce na szyi mężczyzny i zaczęłam kołysać się zmysłowo do rytmu piosenki. Louis pochylił nade mną głowę, a nasze czoła spotkały się w połowie drogi. Nie odrywaliśmy od siebie wzroku, gdy nasze ciała zsynchronizowały się w powolnych, intymnych ruchach. Przygryzłam wargę, czując, że jedna z dłoni spoczywających na moich biodrach zaczęła piąć się ku górze, głaszcząc delikatnie mój bok i żebra, a następnie zeszła powoli w dół ramienia, dotykając pieszczotliwie moją skórę. Nasze palce splotły się w mocnym uścisku i Louis odepchnął mnie delikatnie od siebie, po czym okręciłam się wokół własnej osi, prowadzona jego sprawnymi ruchami. Przyciągnął mnie z powrotem i przywarłam do jego klatki piersiowej, na której położyłam swoje dłonie. Nie odrywając jednej z nich od jego ciała, zaczęłam okrążać go kocimi ruchami, a gdy ponownie stanęłam przed nim, zrobiłam zmysłowy piruet i wplotłam palce w jego włosy. 
       Uśmiechnął się do mnie psotnie i pochylił ponownie głowę, przybliżając się, tym razem o wiele bardziej. Domyśliłam się co zamierza zrobić, lecz byłam szybsza i z karcącym spojrzeniem, zablokowałam mu drogę, kładąc palec na jego ustach. Nie na długo.  Gdy tańczyłam, często traciłam poczucie samokontroli. Przyciągnęłam go więc do siebie i oddaliłam dłoń od jego twarzy, pozwalając, by nasze usta przybliżyły się do siebie ponownie. Pogłaskałam nosem jego nos i, w momencie, gdy znów spróbował mnie pocałować, zgięłam kolana, schodząc w dół, wzdłuż jego ciała, kołysząc się delikatnie. 
       Zauważyłam, że przygryzł wargę, która nie zaznała dotyku mojej, a w jego oczach pojawił się błysk uznania. Gdy podciągnęłam się powoli, wracając do pozycji stojącej, muzyka nabrała nieco mocy, a Louis, wiedząc już, że się z nim droczę, przyciągnął mnie gwałtownie do siebie, a następnie obrócił tak, że stałam teraz do niego odwrócona plecami. Położył dłonie na moim brzuchu i wprawił nasze biodra w zsynchronizowane ruchy. Oparłam głowę na jego ramieniu, oddając się całkowicie temu, jak mnie prowadził. Musiałam przyznać przed sobą, że ruszał się świetnie. Dodałam więc ten punkt do krótkiej listy jego zalet. 
       Zamknęłam oczy i przycisnęłam nieznacznie swoje biodra do jego. Oczywiście błyskawicznie dostosował się do delikatnej zmiany ruchów, ale mojej uwadze nie uszło, krótkie zdziwione westchnienie, które z siebie wydał. Uśmiechnęłam się do siebie, gdy poczułam, że pod materiałem jego spodni, zaczyna coś rosnąć. Postanowiłam jednak udać, że wcale tego nie zauważyłam, co było żałosnym kłamstwem, zważywszy na to, jak bardzo nasze ciała przywierały do siebie. 
       - Wredna psotnica - usłyszałam w swoim uchu szept, a potem zostałam ponownie pociągnięta i napotkałam jego błękitne oczy, które teraz pociemniały nieznacznie. 
       - Daj mi siebie pocałować - mruknął w moje usta, oddalone od jego o milimetry. W tym momencie zapadła cisza, gdy nastąpił koniec piosenki. Wbiłam intensywny wzrok w jego oczy, które teraz znajdowały się tak blisko, i zaśmiałam się cicho. 
       - Nie - powiedziałam i oderwałam się od niego, odwracając plecami i ruszając w kierunku naszego boksu. Gdyby wzrok niektórych dziewczyn, znajdujących się w Bobbles, mógł zabijać, zginęłabym już ze dwanaście razy. 
       Opadłam z gracją nosorożca na skórzaną kanapę i spojrzałam na pusty kieliszek. Westchnęłam zawiedziona i zwróciłam tęskny wzrok w stronę baru. Alkohol powoli zaczynał szumieć mi w głowie, ale wciąż miałam ochotę coś wypić. Szczególnie po tym gorącym tańcu, który właśnie odbyliśmy. Nim zdążyłam się powstrzymać, pacnęłam się ręką w czoło i parsknęłam cicho. Głupia... Co ty wyczyniasz? Uznałam, że alkohol w połączeniu z boską muzyką i przystojnym zabawnym facetem źle na mnie działają. Spojrzałam na Louis'ego, który właśnie ponownie podszedł do baru, odbierając od barmana zamówione wcześniej drinki (moja "pijaczynowa" część duszy przyklasnęła ochoczo) i przyjrzałam mu się uważnie. Szczupły, dobrze ubrany, ze świetną fryzurą... I te oczy... Błękitne niczym wzburzone morze podczas sztormu lub letnie czyste niebo... Kornelia? Ogarnij się. Jesteś upita. Skarciłam się w duchu za te dziwne pijackie myśli i pokręciłam głową ze śmiechem, wpatrując się w podłogę.
       - Hej!
       - Nie. - Louis, stał naprzeciwko mnie z drinkiem i whisky w rękach, wpatrzony napiętym wzrokiem w chłopaka, który właśnie wyciągał do mnie rękę. Miał ciemną karnację i czarne włosy. Wesołe brązowe oczy, przygasły teraz nieco, gdy spojrzał na mojego towarzysza. 
       - Tomlinson, nie wiedziałem, że ona jest z tobą - powiedział, prostując się i unosząc dumie głowę. 
       - Hood, gówno prawda, właśnie ze sobą tańczyliśmy, co widział cały klub. A teraz zabieraj dupę z mojego boksu i powiedz swoim szefom, że nie macie tu nic do roboty. To czysto towarzyski wypad. - Louis postawił naczynia na stoliku i zbliżył się nieznacznie do nieznajomego, uśmiechając ironicznie.  Stali tak przez chwilę, mierząc się bez słowa. Byli prawie równego wzrostu, z małą przewagą nowo przybyłego gościa. Przyglądałam mu się uważnie, nieco zawiedziona, że Louis wydawał się go nie lubić. Roześmiane ciemne oczy sugerowały, że był to sympatyczny facet. Wreszcie niezręczna cisza została przerwana.  
       - O, popatrz, widzę, że ty też zabrałeś tu swoją dziewczynę, więc chyba rozumiesz - Louis wskazał na, stojącego za nieznajomym, młodego chłopaka. Ciemnooki uśmiechnął się bez wesołości i kiwnął głową, oddalając się nieznacznie od Lou.
       - Zabawne - powiedział sarkastycznie - Miło słyszeć, że nie broisz - dodał i skinął głową na swojego towarzysza, a następnie skierowali się w stronę boksu, znajdującego się po przeciwległej stronie sali. Louis jednak zatrzymał przybysza, chwytając go za ramię.
      - Powiedz pozostałej dwójce swoich kochasiów, że Styles też dzisiaj ma wolne. Możecie sobie odpocząć - powiedział i puścił mu oczko, zanim go uwolnił. 
       - O to się nie martwię. Harry już nie będzie naszym problemem - nowy wykonał ten sam gest, a na jego twarzy pojawił się szeroki uśmiech, nie sięgający jednak oczu. Co? Wytrzeźwiałam w jednej chwili, wyczuwając niebezpieczeństwo czyhające za tymi słowami. Ale... jeśli to ten Harry... 
       - Co? - nie dało się nie zauważyć strachu, jaki ogarnął na sekundę Louis'ego. I nie tylko jego. Nie znałam znaczenia tych słów, lecz reakcja Lou upewniła mnie, że nie było to nic dobrego. Poczułam jak zimny pot zalewa mi dłonie i wstałam gwałtownie, zwracając na siebie uwagę mężczyzn.
       - Milena... - powiedziałam cicho, drżącym głosem.
       - Hm. Powodzenia - tylko tyle. Nic więcej, żadnej informacji. Poczułam, że zaczynam się cała trząść.
       - Chodź - Louis pociągnął mnie za rękę, chwytając pospiesznie moją torebkę i wybiegł z klubu na zimne nocne powietrze. Przywołał gestem taksówkę i podał kierowcy adres.
       - Louis, kto to był? - zapytałam bezbarwnym tonem, nim wsiadłam do pojazdu. 
       - Nikt ważny, nie martw się. Milenie nic nie jest, ale musisz już jechać - powiedział, rozglądając się na boki nerwowo. Wiedziałam, że kłamał. Próbował ukryć targające nim emocje, lecz z marnym skutkiem. Miałam ochotę się rozpłakać z wściekłości i strachu, ale nie dostałam nawet szansy wyciągnąć czegokolwiek z Louis'ego, bo wepchnął mnie siłą do taksówki i nakazał kierowcy dostać się do hotelu jak najszybciej. W cichym wnętrzu auta słyszałam swoje galopujące serce. 

środa, 2 lipca 2014

10. I don't even like you, why'd you want to go and make me feel this way?

       

Milena



    Galvin At Windows - głosił złoty napis na drewnianej ścianie przed wejściem do pięknej restauracji. Całe pomieszczenie skąpane było w brązach i beżach. Okrągłe stoliki, nakryte białymi długimi obrusami zasłaniały drewnianą posadzkę. Królowała tutaj elegancka prostota, której byłam wielką fanką. Jednak sam wystrój pomieszczenia nie był rzeczą, która robiła największe wrażenie. Ten zaszczyt przypadł widokowi, który został zapewniony dzięki oszklonym ścianom, ukazującym Londyn w trzystu sześćdziesięciu stopniach. Gdziekolwiek się odwróciłam, widziałam to duże piękne miasto, żyjące własnym życiem dwadzieścia osiem pięter pod nami. W dali majaczyły niebieskie światła wolno obracającego się London Eye, a ja byłam pewna, że gdybym przyjrzała się nieco dokładniej, mogłabym dostrzec Big Bena. 

       Westchnęłam zachwycona, a moja dłoń powędrowała do serca. Zobaczyłam kątem oka, że Harry uśmiechnął się z satysfakcją. 
       - Mówiłem, że nie zabieram cię tu na noc - powiedział cicho, lecz nie miałam szansy odpowiedzieć, ponieważ podszedł do nas wysoki mężczyzna ubrany w czarno-biały frak. 
       - Witamy w Galvin At Windows, czy złożyli państwo rezerwację? - zapytał, uśmiechając się do nas uprzejmie. 
       - Milena i Harry Styles - odpowiedział Harry sucho. Stęknęłam cicho w dezaprobacie, lecz ten stał wciąż niewzruszony. Źrenice kelnera rozszerzyły się momentalnie, a brwi uniosły, lecz otrząsnął się ukradkiem, a profesjonalny uśmiech powrócił na jego twarz. 
       - Naturalnie! Stolik już na państwa czeka. Pani Styles, wygląda pani przepięknie - powiedział, po czym wskazał dłonią wnętrze pomieszczenia. Ruszył sztywnym krokiem w kierunku okien, znajdujących się naprzeciwko wejścia, a my podążyliśmy za nim. „Pani Styles”... Powinnam w tym momencie zrobić Harry’emu scenę i stąd wyjść. Zrezygnowałam jednak z tego pomysłu, bo widok na Londyn z miejsca, do którego doprowadził nas kelner był zbyt piękny. Egoistycznie więc postanowiłam wykorzystać to wyjście, nawet jeśli miało mnie to kosztować długie chwile irytacji. 
       Okazało się, że Harry wybrał najlepsze miejsce. Stolik stał przy oknie, z którego widać było Tamizę przedzielającą Londyn na dwoje, niczym wolno sunący gigantyczny wąż. Kelner już sięgał do krzesła po mojej stronie, lecz Harry go wyprzedził. Opanowanym, choć szybkim, ruchem chwycił za oparcie i odsunął mebel, wskazując mi siedzenie, a kelnerowi rzucając pełne wyższości spojrzenie. Przekręciłam oczami i usiadłam, uśmiechając się przepraszająco do mężczyzny. 
       - Czy życzą sobie państwo szampana na początek? - zapytał, kładąc przed nami menu, gdy Harry zajął już miejsce po przeciwnej stronie okrągłego stolika. Szampana, co? Hm... 
       - Och! Jak najbardziej! Poproszę lampkę najdroższego szampana, jakiego macie - uśmiechnęłam się niewinnie do mierzącego mnie szmaragdu. Dojrzałam w nim błysk zrozumienia i na twarz Harry’ego wpłynął delikatny psotny uśmiech. 
       - Dla mnie to samo - powiedział do stojącego nad nami mężczyzny, nie zaszczycając go nawet wzrokiem. Biedny... Ile bogatych bufonów musi znosić każdego dnia? Kelner kiwnął ze zrozumieniem głową i oddalił się bez słowa. O nie... Nie wiedząc, co zrobić ze swoimi rękami, schowałam je pod stół i zaczęłam przyglądać się światłom Londynu za oknem. 
       - Najdroższego, huh?  - usłyszałam niski groźny głos. Uśmiechnęłam się z poczuciem satysfakcji, a następnie odwróciłam powoli głowę. Zmierzyłam Harry’ego wzrokiem i wzruszyłam ramionami. 
       - Och, chyba mi nie powiesz, że cię nie stać? - zadrwiłam, nie spuszczając wzroku z wbitych we mnie szmaragdowych oczu. 
       - Och, mnie stać. Nie wiem czy ciebie - odpowiedział, znudzonym tonem i zaczął przyglądać się swoim paznokciom. Poczułam gorące uczucie paniki, ogarniające całe moje ciało, które uleciało szybko, gdy szmaragd ponownie zwrócił się ku mnie, a ja dojrzałam w nim psotny błysk. Gnojek...
       Po krótkiej chwili do naszego stolika wrócił kelner, niosąc butelkę szampana, z wypisaną na niej nazwą, której nigdy nie byłabym w stanie wymówić, i wlał jej zawartość do lampek stojących na białym obrusie. Następnie Harry zamówił dla nas dania o równie dziwnie brzmiących nazwach, a gdy kelner zniknął z naszych oczu, oparł się niedbale na krześle i zaczął wpatrywać we mnie ze skupieniem. Postanowiłam, że nie dam się tej jawnej prowokacji, więc bez wahania podjęłam wyzwanie i wbiłam w niego wzrok. Nie wiedziałam w co się wpakowałam...
       - Skończyłeś? - zapytałam, gdy już dostaliśmy przystawki, a on wciąż się nie poddawał. 
       - Nigdy nie kończę pierwszy - odpowiedział, a ja o mało nie zakrztusiłam się szampanem, którego chciałam spróbować w taki sposób, by nie przegrać tej małej dziecinnej gierki. Brawo, Milena! Zakasłałam kilka razy, co zmusiło mnie do odwrócenia wzroku. Uśmiech triumfu zaznaczył dołki w policzkach. 
       - Widzisz? - jego brwi uniosły się w aroganckim wyrazie, a ja obrzuciłam go nienawistnym spojrzeniem. 
       - Dziwny jesteś - powiedziałam i ostrożnie uniosłam lampkę do ust. 
       - Mógłbym powiedzieć to samo o tobie - odparł, zupełnie nieświadomie wykonując ten sam gest. Szampan nie był dobry. Był okropny... Gorzki, zbyt gorzki, i bąbelków miał za mało. Skrzywiłam się, nie grzesząc przy tym subtelnością, i odstawiłam lampkę na stół obrzucając ją spojrzeniem kogoś, kto właśnie zobaczył pełzającą wielką larwę. 
       - Czekaj aż spróbujesz najlepszej jakości kawioru - Harry zachichotał gardłowo. Musiałam włożyć sporo siły w to, by mu nie zawtórować. Czy wszystkie luksusowe produkty były tak ohydne? To chyba dobrze, że nie mam pieniędzy. I czy ten wredny, tajemniczy facet właśnie zażartował ze świata, w którym żył? Może jednak znajdowała się w nim jakaś ludzka cząsteczka
       Harry przerzucił odruchowo wzrok na drzwi restauracji, gdy do środka weszła jakaś para. Uśmiech mojego towarzysza w jednej chwili spełzł z jego twarzy, a ciało napięło się jak struna. Zdziwiona przyjrzałam się wysokiemu blondynowi, który prowadził za rękę niską, drobną dziewczynę o bardzo długich ciemnych włosach. Niebieskie oczy skanowały pomieszczenie, aż zatrzymały się na Harrym, który wstał gwałtownie, gdy nieznajomy ruszył w naszą stronę, ciągnąc za sobą swoja towarzyszkę. Wzdrygnęłam się na tę reakcje i ogarnął mną lekki strach, czując burzę wrogiej energii, która właśnie otuliła naszą czwórkę. 
       - Co tutaj robisz? - warknięcie Harry’ego było niskie i kryło w sobie niewypowiedzianą groźbę. Zacisnęłam pięści na obrusie, czekając w napięciu. Blondyn podszedł bliżej, wyraźnie naruszając osobistą przestrzeń Harry’ego, a na jego twarzy zagościł niewinny uśmiech. Zauważyłam, że jego wargę zdobiło czarne kółeczko. 
       - Spokojnie, STYLES, też przyszedłem na randkę - wskazał głową na mnie i przyciągnął do siebie dziewczynę, która rozglądała się nerwowo na boki, zapewne czując się tak samo niezręcznie jak ja. Jeszcze przez długą chwilę, mierzyli się spojrzeniami. Szmaragd walczył z błękitem o dominację. Bitwa ta została jednak przerwana przez zjawiającego się kelnera
       - Jakiś problem, panowie? - zapytał, unosząc rękę w uspokajającym geście. Nieznajomy przeniósł na niego wzrok, a jego twarz zmieniła wyraz z wrogiego na rozpromieniony. 
       - Och, żaden, niech nam pan wybaczy tę małą scenę. Mój kolega złości się, że nie zadzwoniłem do niego po ostatniej nocy. Ale już wszystko dobrze, prawda Hazza? - ponownie zwrócił się ku Harry’emu, którego pięści zbielały, a jego szczęka zaciskała się w szaleńczym tempie. Wciąż nie odrywał wzroku od tego zarozumiałego faceta. Po krótkiej chwili, rozluźnił jednak dłonie i spojrzał na kelnera. 
       - Wszystko w porządku, przepraszam za zamieszanie. Poprosimy o rachunek - powiedział drżącym jeszcze od gniewu głosem. 
       - Och, ale nie otrzymali jeszcze państwo głównego dania. 
       - Nie szkodzi, zapłacimy za całość, nic nie stracicie - w jego głosie słychać było frustrację, a ja dostrzegłam formującą się na jego szyi żyłę. Kelner kiwnął tylko głową i wrócił do kuchni. 
       - W innym miejscu, Hemmings... Już byś nie żył - słowa te były wypowiedziane bardzo cicho, lecz wciąż byłam w stanie je dosłyszeć Zapewne wbrew woli Harry’ego. Nie wiedziałam jak się zachować i co zrobić. Przenosiłam wzrok z jednego mężczyzny na drugiego, czekając w napięciu na wyrzucone pięści czy kopniaki, lecz nic takiego się nie stało. 
       - Miło było cię zobaczyć, jak zawsze - blondyn puścił oko brunetowi i podążył za, czekającym na niego i jego towarzyszkę, młodym kelnerem. Dopiero wtedy Harry usiadł na swoim krześle i westchnął ciężko, a jego długie palce zaczęły masować skronie. Spojrzałam na niego oszołomiona.
       - Co to miało być? - zapytałam, wciąż będąc w szoku po tym żałosnym pokazie sposobu działania testosteronu. 
       - Nie lubimy się - odpowiedział cicho, pochylony nad swoim talerzem.
       - No nie pierdol! A ja myślałam, że to twój BFF - prychnęłam, wyrzucając w górę oczy. Usłyszałam cichy słaby śmiech, dochodzący zza kurtyny ciemnych loczków. 
       - Zawsze tak przeklinasz? - zapytał, dalej nie unosząc głowy. 
       - Zawsze jesteś takim skończonym dupkiem? - odbiłam piłeczkę, krzyżując pod stołem nogi i obrzucając brązową czuprynę pogardliwym spojrzeniem. 
       - Zawsze - powiedział, a ja usłyszałam w jego głosie, że się uśmiecha. 
       - Zawsze - odparłam i sama zaśmiałam się cicho, bezskutecznie próbując zakryć to dłonią. Wreszcie, pełen wesołości szmaragd dosięgnął mych oczu i Harry mrugnął do mnie porozumiewawczo. Uniosłam brwi, starając się powstrzymać cisnący się na moje usta szeroki uśmiech. 
       - Rachunek - kelner przeszkodził naszej wymianie spojrzeń. Nie odwracając ode mnie wzroku, Harry rzucił na stół gruby plik banknotów. 
       - Kup sobie coś ładnego - powiedział do kelnera i klepnął go mocno w plecy. Ten nie zareagował, wpatrzony w pieniądze z rozdziawionymi ustami. 
       - Milena? - Harry zignorował zszokowanego mężczyznę i podał mi dłoń. 
       - Chyba śnisz - powiedziałam i wstałam, omijając ją szerokim łukiem. Kiwnęłam głową do kelnera i podziękowałam mu uprzejmie, choć wątpiłam, by mnie słyszał, stojąc w tym samym miejscu, z tym samym wyrazem niedowierzania na twarzy. Zachichotałam i ruszyłam w stronę złotych drzwi windy. Gdy zamknęły się za mną i Harrym, westchnęłam przeciągle i zaczęłam kołysać się nieznacznie, przenosząc ciężar ciała z pięt na palce i z powrotem. 
        - Coś ci randka nie wyszła - powiedziałam, przygryzając wargę i wpatrując się z wyrazem triumfu na twarzy.
       - Tak sądzisz? - zapytał cicho i gardłowo, aż wibracje jego głosu dotarły pod moją skórę. W wygłuszonym pomieszczeniu windy, wydawały się być jeszcze niższe i męskie.
       - A ty nie? - spojrzałam na niego zdziwiona, ignorując jego dłoń, która znalazła się właśnie na moich plecach. 
       - Myślę, że okazała się sukcesem - powiedział, a jego palce zacisnęły się na czarnym materiale sukienki. Moje serce postanowiło spłatać mi figla i przybrać szaleńcze tempo. Harry szarpnął nagle za pochwycony skrawek mojego ubrania i obrócił mnie ku sobie, pochylając się nade mną. Osłupiona patrzyłam w jego oczy, w których igrała teraz mroczna i tajemnicza iskra. Poczułam jak miękną mi wszystkie mięśnie, gdy jego twarz zbliżyła się niebezpiecznie do mojej. 
       - Dziwny jesteś - powiedziałam cicho.
       - Mógłbym to samo powiedzieć o tobie - odparł szeptem, oddalony o milimetry od moich ust. 

W moich uszach rozbrzmiał dzwonek windy, kobiecy głos oznajmił, że znajdujemy się na parterze, a drzwi rozsunęły się, ukazując przed nami korytarz. 

wtorek, 24 czerwca 2014

Ogłoszenie nr 1

W związku z urwaniem głowy, którego przyczyną jest sesja, następna notka na blogu pojawi się najpóźniej we wtorek - 1.07. PRZEPRASZAMY!

Poza tym jesteśmy genialne i nie zwróciłyśmy uwagi na to, że na blogu mamy wyłączone komentarze dla anonimowych użytkowników. Właśnie to zmieniłyśmy, więc zapraszamy do komentowania. :)

I ostatnia informacja - opowiadanie ma swoją stronę na twitterze: klik, na którą również zapraszamy.

Autorki. x

środa, 18 czerwca 2014

8. Clothes, shoes, diamond rings...

             

Milena

              Przez całą drogę, przebytą w pięknym czarnym Maserati Grancabrio Harry’ego, siedziałam w ciszy. Dopiero w momencie, w którym auto zatrzymało się przed wielką stalową bramą, za którą stała ogromna posiadłość zbudowana z surowej przypalanej cegły odważyłam się odezwać.
            - Gdzie jesteśmy? - zapytałam, starając się brzmieć na mniej zaintrygowaną tym miejscem, niż byłam w rzeczywistości. Harry odpiął pas bezpieczeństwa i wyjrzał przez przednią szybę, przyglądając się budynkowi.
            - W moim domu - odpowiedział obojętnie, jakbym pytała o brzydkie mieszkanie, znajdujące się w bloku. Mimo że starałam się jak mogłam, nie byłam w stanie powstrzymać wyrazu szoku na twarzy. Postanowiłam jednak wciąż grać osobę totalnie obojętną i obrażoną, więc już po chwili otrząsnęłam się i uniosłam brwi.
            - Zabierasz mnie do swojego domu? Wolałabym jednak pojechać gdzieś, gdzie będzie więcej ludzi. - powiedziałam patrząc na niego z wyższością. Harry zaśmiał się pod nosem, a na jego policzku uformował się delikatny dołeczek. Jak ktoś, z tak delikatną, robiącą wrażenie urodą, mógł być tak wielkim dupkiem? Spojrzał na mnie z uniesionymi brwiami.
            - Potrzebujesz świadków, w razie gdybym zdecydował się ciebie odurzyć i wykorzystać? - zapytał tonem, który ociekał sarkazmem. Prychnęłam ostentacyjnie i skrzyżowałam ręce na piersi.
            - Albo wysłać na handel kobietami - warknęłam tak cicho, by tego nie usłyszał. Usłyszał. Jego głośny śmiech poniósł się głucho po aucie, gdy sięgnął do klamki drzwi, by wyjść na zewnątrz. Przez chwilę zostałam sama, więc postanowiłam ponownie przyjrzeć się willi. Tylko parter był ceglany. Pierwsze piętro zostało otynkowane i pomalowane na biało. Gdzieś z tyłu budynku górowała wąska wieżyczka z otworami wielkości okien w każdej ścianie. Skośny dach unosił się i opadał na kilku poziomach, obłożony czerwoną dachówką.
            Po krótkiej chwili, musiałam jednak przerwać wgapianie się w posiadłość, ponieważ Harry stanął za drzwiami pasażera i otworzył je szeroko. Ofiarował mi dłoń, lecz ja tylko zmierzyłam ją nieufnym wzrokiem, nie ruszając się z miejsca. Mężczyzna westchnął ciężko i przeniósł ciężar ciała na drugą nogę.
            - Nie martw się, nie zostaniemy tutaj. Po prostu muszę coś zabrać - powiedział, a ja wyczułam w jego głosie zniecierpliwienie. Spojrzałam na niego z wyrzutem.
            - Więc idź, ja tutaj poczekam - warknęłam i zatopiłam się jeszcze bardziej w wygodnym skórzanym siedzeniu Maserati, nie spuszczając wzroku z mężczyzny. Zacisnął szczękę i powolnym ruchem podciągnął rękawy czarnej dopasowanej marynarki, którą miał na sobie.
            - Wolałbym, żebyś ze mną poszła - powiedział, a potem spuścił wzrok i przygryzł wargę, jakby coś głęboko rozważał - proszę - dodał już ciszej i spokojniej, rzucając mi pełne napięcia spojrzenie. Jęknęłam zrezygnowana i zła, że postanowił użyć miłej karty, którą tak ciężko było mi zignorować. Z wahaniem odpięłam więc pas i wyszłam z auta, ignorując podaną mi ponownie dłoń. Kątem oka zobaczyłam jak pokręcił głową i zatrzasnął drzwi. Usłyszałam dźwięk automatycznego zamka samochodu i już po chwili kroczyłam za Harrym długim kamiennym podjazdem ku podwójnym drewnianym drzwiom wejściowym posiadłości.
            Otworzyłam szeroko oczy w zdziwieniu na to, co zobaczyłam, gdy weszliśmy do środka. Stałam teraz w ogromnym pomieszczeniu, na którego końcu znajdowały się szerokie lekko zaokrąglone schody, które w połowie wysokości rozchodziły się na dwie strony. W miejscu ich rozdzielenia stała wysoka biała rzeźba pięknej anielicy. W obu bocznych ścianach na parterze, znajdowały się po dwie pary drzwi, między którymi stały skórzane barokowe sofy, natomiast miejsce na samym środku parkietu zostało ozdobione ogromnym brązowym fortepianem. Podeszłam powoli do instrumentu i dotknęłam idealnie wyrzeźbionego i polakierowanego drewna. Nie potrafiłam grać, lecz żaden z fortepianów, które widziałam w swoim życiu, nie był tak piękny i wielki. Harry nie skomentował mojego zachowania i tylko rzucił klucze od Maserati na zasłaniającą struny nakrywę. Wspiął się na schody i skierował w lewo, znikając na kilka minut. Przekręciłam oczami na jego niekulturalne zachowanie i nieśmiało uniosłam klapę, a moim oczom ukazały się śnieżnobiałe klawisze, kontrastujące wyraźnie z mniejszymi - czarnymi. Palcem wolnej ręki nacisnęłam jeden z nich, a po pomieszczeniu rozległ się pojedynczy głośny dźwięk. Pomyślałam, że Kornelia byłaby zachwycona, gdyby mogła zagrać na tym cudeńku. Nawet ja, choć nie byłam muzykiem, potrafiłam docenić głębię i czystość odgłosu, który wydostał się spod nakrywy.
            - Grasz? - zaskoczona i wyrwana z rozmyśleń, przez głos dochodzący ze szczytu schodów, opuściłam nieostrożnie klapę, a fortepian zajęczał żałośnie. Syknęłam cicho, mrużąc oczy w obawie przed złością Harry’ego, lecz ten tylko się roześmiał. Dopiero po chwili zauważyłam, że trzymał w dłoniach wieszak, na którym, w folii, wisiała mała czarna sukienka. Zmarszczyłam brwi zaintrygowana, wpatrując się w lejący, delikatny materiał.
            - Nie, Kornelia gra. Co to? - spoliczkowałam się wewnętrznie za głupie pytanie, lecz postanowiłam zrobić dobrą minę do złej gry i wbiłam intensywny wzrok w ubranie trzymane w dłoniach mężczyzny.
            - Sukienka - ding, ding, ding! Głupie pytanie, głupia odpowiedź. Warknęłam zniecierpliwiona i założyłam dłonie na biodrach, niezłomnie czekając na konkretną odpowiedź. Harry przejechał wzrokiem po materiale, a gdy już znalazł się przy fortepianie, podał mi wieszak. Uniosłam jedną brew.
            - Ubierz się - rzucił od niechcenia i wcisnął mi sukienkę w ręce. Osłupiałam. Przez chwilę patrzyłam na niego jak na totalnego wariata, lecz zanim zdążyłam się odezwać, Harry wskazał jedno z pomieszczeń po prawej stronie.
            - Możesz to zrobić tam. - powiedział i, jak gdyby nigdy nic, wziął telefon do ręki i usiadł na sofie, stojącej obok wskazanych drzwi. Poczułam jak gniew wzbiera się we mnie coraz bardziej, więc odchrząknęłam głośno i położyłam sukienkę na instrumencie.
            - Mam na sobie ubrania - warknęłam, wskazując na siebie dłońmi. Harry zmierzył mnie tak intensywnie przeszywającym wzrokiem, że nagle poczułam się, jakbym stała przed nim naga. Przełknęłam ciężko ślinę i mimowolnie skrzyżowałam ręce na piersi. Poruszyłam się nerwowo i odchrząknęłam, przywracając sobie odwagi.
            - Tam, gdzie idziemy, nie możesz pokazać się w czymś takim. - rzucił obojętnie i, nie czekając na żadną reakcję z mojej strony, powrócił do wpatrywania się w ekran swojego telefonu.
            Jeszcze przez chwilę, stałam na swoim miejscu, lecz potem zdałam sobie sprawę, że sprzeczanie się z tym pretensjonalnym dupkiem nie miało żadnego sensu, więc wzięłam w rękę delikatny materiał i ominęłam mężczyznę, unosząc przy tym dumnie głowę. Zatrzasnęłam drzwi, trochę gwałtowniej niż to było potrzebne, i rozejrzałam się po pokoju. Okazało się, że stałam w ogromnej garderobie, dwa razy większej niż moje mieszkanie w Polsce. Mimowolnie westchnęłam, zachwycona widokiem ścian przepełnionych ubraniami i butami. Zaintrygowało mnie, że połowa z nich była damska. Oczywiście musiałam wykluczyć opcję, że Harry mieszkał sam w tej wielkiej posiadłości, lecz zdziwił mnie fakt, że chciał się ze mną umówić, skoro mieszkała z nim młoda kobieta. Większość ubrań na to wskazywała. Może lubił zdradzać? A może to była jego taktyka zdobywania dziewczyn? Zabierał nieświadome niczego kobiety do swojego domu i dawał im ubrania? Może myślał, że w taki sposób kupi każdą z nich? No cóż, Haroldzie. Ze mną tak nie będzie. Ponownie westchnęłam i ruszyłam w stronę wysokiego potrójnego lustra, stojącego na środku garderoby.
            Uniosłam folię i zdjęłam sukienkę z wieszaka, przyglądając się jej uważnie. Była bardzo prosta, cała gładka, bez dekoltu i dopasowana od pasa w górę. Jedyną jej ozdobą były liczne cyrkonie, zasypujące szerokie ramiączka. Już miałam ją powiesić na lustrze, by zacząć się rozbierać, gdy moją uwagę przykuła metka, znajdująca się na wewnętrznej stronie części pleców. Serce zabiło mi mocniej, gdy zobaczyłam na niej rażące „D&G”. Poczułam jak nogi uginają się pode mną i musiałam usiąść na krześle, stojącym naprzeciw lustra, by nie posiniaczyć tyłka. Sukienka pachniała nowością, nie była w żadnym miejscu pognieciona, więc byłam prawie pewna, że została kupiona niedawno. Zakręciło mi się w głowie, zdając sobie sprawę, że trzymam w dłoniach coś wartego grube tysiące złotych. Wbiłam tępy wzrok w kamyczki, zastanawiając się czy rzeczywiście są one tylko zwykłymi cyrkoniami, czy może dziesiątkami diamentów, które za moment będę dźwigać na swoich ramionach. Bardzo powoli wstałam i nieśmiało dotknęłam jednego z ramiączek. Zimne i twarde, mieniące się mozaiką kolorów w sztucznym świetle licznych lamp, rozjaśniających garderobę.
            No dobra, Milena. Weź się w garść. To tylko sukienka. Kawałek materiału. A to na pewno nie są diamenty. Potrząsnęłam głową i zaśmiałam się do siebie nerwowo. Spojrzałam za siebie w stronę drzwi, sprawdzając czy na pewno są zamknięte, mimo że wyraźnie słyszałam kliknięcie klamki, gdy je zatrzaskiwałam. Zdjęłam z siebie ubranie, wdzięczna, że zdecydowałam się tego dnia założyć czarną bieliznę, i wzięłam do ręki sukienkę. Jeszcze raz przyjrzałam jej się dokładnie i, w końcu, przerzuciłam przez głowę, czując się, jakbym popełniała przestępstwo. Przygładziłam zmarszczki materiału na brzuchu i przyjrzałam się sobie w lustrze. Nie było źle. Sukienka nie całkiem odpowiadała mojemu stylowi, lecz i tak prezentowała się pięknie. Niezbyt wyzywająca, lecz na tyle krótka, by skutecznie nadać jej delikatnego pazura i aury tajemniczości. Złożyłam swoje ubrania w kostkę i zamarłam, gdy spojrzałam na buty -  płaskie, stworzone do noszenia wyłącznie ze spodniami. Przygryzłam wargę zaskoczona, że poczułam zmartwienie. Teraz, gdy miałam na sobie tę piękną (i zapewne drogą) sukienkę, nie miałam ochoty jej zdejmować. Jęknęłam przeciągle i ruszyłam boso w stronę drzwi.
            Gdy wyjrzałam zza progu, zobaczyłam, że Harry wciąż siedział w tej samej pozycji, lecz tym razem wysilił się na to, by na mnie spojrzeć. Wiedziałam, że mógł zobaczyć tylko moją głowę i, wciąż kierowana dumą, postanowiłam tego nie zmieniać.
            - Nie mam odpowiednich butów. Będziemy musieli iść w miejsce, w którym nie będę  się WSTYDZIĆ swoich ciuchów - powiedziałam głosem pełnym napięcia. Harry uniósł jedną brew i zacisnął wargi. Dołeczki na sekundę złagodziły rysy jego twarzy.
            - Nonsens. W garderobie są buty, wybierz parę, która najbardziej ci się podoba. Jestem przekonany, że będą pasować. - odpowiedział obojętnie. Dołeczki zniknęły. Zmarszczyłam brwi i spojrzałam za siebie na półkę wypełnioną butami. Przygryzając wargę, zastanowiłam się chwilę nad odpowiednią parą i wreszcie chwyciłam w dłonie czarne proste i niezbyt wysokie szpilki. Przymierzyłam. Pasowały idealnie. Zdziwiona przyjrzałam się w lustrze, okręcając kilka razy i wreszcie wyszłam z garderoby. Harry przeniósł przeciągle wzrok z telefonu na mnie, a kącik jego ust uniósł się w pełnym pewności siebie uśmiechu.
            - Widzisz? - wstał i wskazał dłonią wyjście - To teraz możemy iść - obróciłam się za siebie, patrząc na leżące na krześle rzeczy.
            - A co z moimi ubraniami? - zapytałam cicho. Harry przewrócił oczami i ruszył w stronę drzwi.
            - Przywiozę Ci je jutro - odpowiedział tylko i znikł mi z oczu. Nie mogłam zignorować fali irytacji, która przedarła się przez moje ciało. Warknęłam głośno i, łapiąc za torebkę, wyszłam za nim sztywnym krokiem.
            Jazda ponownie przebiegła w niezręcznej ciszy. Nie wiedziałam czy powinnam podziękować Harry’emu za te ubrania. A nawet gdyby, to moja duma nie pozwalała wydusić z siebie nawet jednego miłego słowa skierowanego w stronę tego irytującego faceta. Poprawiłam dyskretnie krótką sukienkę, naciągając ją bardziej na uda i umościłam się wygodnie w skórzanym fotelu. Samochód zamruczał drapieżnie, gdy Harry przydusił pedał gazu. Pędziliśmy, oświetlonymi milionami świateł, ulicami Londynu, do nieznanego dla mnie celu. Zastanawiałam się jak bardzo ekskluzywne musi być miejsce, w które zabiera mnie Harry, skoro musiałam założyć tę piekielnie kosztowną sukienkę. Czułam, że w żołądku zaczynają szamotać mi się motyle, gdy pomyślałam o sobie, bawiącej się, w jakimś niezwykle drogim klubie, w którym nie umiałabym ukryć, że nie należę do burżuazji... Nie! Pieprzyć to! Sprawię, że ten gnojek będzie żałował, że był dla mnie tak okropny. Pokażę mu piękność z klasą, której nigdy nie zabierze do łóżka.
            Uśmiechnęłam się do siebie i, z tak ułożonym planem, spojrzałam na budynek, przed którym się zatrzymaliśmy. Wysoki na prawie 30 pięter, górujący dumnie ponad ulicami Londynu, oświetlony błękitnymi lampami. Nad wejściem niebieskie litery dumnie głosiły „London Hilton on Park Lane”. Poczułam jak krew odpływa z mojej twarzy, a całe ciało zostaje obezwładnione przez przejmującą wściekłość. Zacisnęłam pięści i spojrzałam zabijającym wzrokiem na Harry’ego.
            - Chyba nie zabierasz mnie do hotelu? Nie spędzę z tobą nocy, masz mnie za dziwkę? Znów? - warknęłam i zaczęłam szamotać się z pasem, by jak najszybciej wydostać się z samochodu. Wreszcie zapinka puściła, a ja gwałtownie otworzyłam drzwi i wysiadłam szybko z Maserati, nie dając nawet Harry’emu czasu na odpowiedź.
-   Milena! Milena czekaj! Nie bądź głupia, nie zabieram cię na noc do hotelu! -
krzyknął za mną i prędko wybiegł z samochodu. Okrążył maskę i położył dłonie na moich ramionach, przyciskając mnie do karoserii. Szarpnęłam się, lecz uścisk był zbyt mocny. Zacisnęłam zęby i odwróciłam wzrok, w obawie, że jeśli na niego spojrzę, zrobię coś, z czego nie byłabym później dumna. Wściekłość kipiała ze mnie i wolałam nie dawać się jej poprowadzić.
            - Uwierz mi. Zaufaj moim grzecznym, anielskim i cnotliwym intencjom i chodź ze mną tam, gdzie cię zabiorę - powiedział, oddychając nieco szybciej niż normalnie, zmęczony szamotaniną. Prychnęłam pogardliwie i przygryzłam wargę. Jeszcze przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w czerwoną budkę stojącą na krawędzi chodnika, aż wreszcie przeniosłam wzrok na zielone oczy. Patrzyły na mnie w napięciu i nadziei. Jeśli nie zarezerwował pokoju to co tutaj robiliśmy? Nie wiedziałam, ale bardzo chciałam się dowiedzieć, więc kierująca mną ciekawość pozwoliła mi pokiwać nieznacznie głową. Harry wyszczerzył zęby i ofiarował mi szarmancko swoje ramię. Wyglądało to tak groteskowo, że prawie parsknęłam śmiechem. Udało mi się jednak powstrzymać, chcąc pokazać mężczyźnie, że wciąż jestem zła i mu nie ufam. Przyjęłam gest i owinęłam swoją rękę wokół jego, starając się dotykać go jak najdelikatniej.
            Poprowadził mnie przez obrotowe drzwi do jasno oświetlonej recepcji, której nawet nie zdążyłam się dobrze przyjrzeć, bo mężczyzna pociągnął mnie w stronę złotych drzwi windy. Gdy nacisnął przycisk przywołujący, złoto rozsunęło się momentalnie, ukazując obite drewnem pomieszczenie, lśniące w świetle lamp. Weszliśmy do środka, a Harry przycisnął guzik z wyrytą na nim liczbą „28”. Drzwi zamknęły się z cichym szumem i winda ruszyła, zostawiając w moim żołądku zabawne uczucie. Po dłuższej chwili, usłyszeliśmy dzwonek, kobiecy głos ogłosił, że znajdujemy się na piętrze dwudziestym ósmym i drzwi rozsunęły się powoli. Oniemiałam... 

7. I wear it like a new tattoo and I'll be so happy that I'm stuck with you

       


       Drzwi zatrzasnęły się przede mną, gdy tylko powiedziałam ostatnie słowa pożegnania do Mileny i zostałam sama w naszym pokoju hotelowym. Choć nie spodziewałam się takiego obrotu zdarzeń, byłam pewna, że nie wstrząsnął on mną tak bardzo, jak było to w przypadku mojej przyjaciółki. Zachichotałam cicho i rozejrzałam się po pokoju, gotowa stawić czoła perspektywie swojej randki z drugim mężczyzną z duetu natrętów.
       Nie wiedziałam dlaczego godziłam się na to wyjście. To prawda, Louis był przystojny, wesoły, zabawny, ale był też bardzo bezczelny, a  jego wczorajsze zachowanie trochę mnie niepokoiło. Owszem, kilka razy poczułam dreszcz podniecenia, gdy mnie dotykał, lecz która dziewczyna by tak nie miała przy pięknym mężczyźnie. Westchnęłam ciężko i otworzyłam walizkę w poszukiwaniu rzeczy, w które mogłabym się ubrać. Wiedziałam, że Louis zabiera mnie do Bobbles, więc nie miałam kłopotu z dobraniem stylu do miejsca. Mimo to, długo wpatrywałam się w stertę ubrań, aż wybrałam czarną bokserkę, która idealnie odsłaniała mój tatuaż na łopatce, i czarne skórzane leginsy. Gdy rzuciłam ubrania na łóżko i wreszcie się wyprostowałam, spojrzałam na siebie w lustrze. Milena spisała się świetnie. Makijaż był staranny i piękny. Kocia kreska podkreślała oko, lekki podkład wyrównał koloryt mojej bardzo jasnej cery. Długie, proste włosy opadały jasnoróżowymi kaskadami aż do poziomu pośladków. Miałam na sobie duża męską koszulkę z komiksowym nadrukiem i krótkie dresowe spodenki. Zwykle tak właśnie się ubierałam, gdy nie musiałam nigdzie wychodzić. Byłam wielką fanką męskich T-shirtów, więc często na zakupach ignorowałam damską część sklepów odzieżowych. 
       Rozebrałam się do bielizny i przyjrzałam swojemu ciału. Dużo czasu i wysiłku zabrało mi zapracowanie na nowe kształty, którymi cieszyłam się od roku. Zgrabne, choć krótkie, nogi kiedyś były dwa razy szersze. Płaski brzuch, z lekko zarysowanymi mięśniami, nie zawsze był tak idealny. Musiałam przyznać przed sobą, że gdyby nie Milena, możliwe, że nigdy nie byłabym zadowolona ze swojego ciała. To ona namówiła mnie do zdrowszego odżywiania, a potem razem zaczęłyśmy uprawiać sport. Jak to mówią: razem raźniej, a my odnalazłyśmy w tym dobrą zabawę.  
       Choć moja samoocena wciąż nie była zbyt wysoka, po zmianie wyglądu nieco podskoczyła. Rok temu nie odważyłabym się ozdobić ciała takimi tatuażami, jakie aktualnie posiadałam. Na żebrach, pod lewą piersią, piękne ozdobne zawijasy układały się w słowa: 

We will find a way through the dark...

       Identyczny tekst zdobił żebra Mileny. Postanowiłyśmy uwiecznić nasza przyjaźń niecałe pół roku temu, a słowa, które wybrałyśmy, idealnie podsumowywały nasze podejście do świata. 
      Przeniosłam wzrok nieco wyżej i dotknęłam palcami narysowanych trzech czerwonych zadrapań, które ciągnęły się od obojczyka, w górę ramienia. Prowadziły do wyciągniętych pazurów groteskowego czarnego kota, wspinającego się po mojej prawej łopatce. Z tej samej strony, na nadgarstku, widniała czarna, uskrzydlona nutka - najstarszy z moich tatuaży, zrobiony jeszcze na drugim roku studiów. Gdybym się odwróciła, ujrzałabym na swoim karku maleńkie ptasie pióro zakończone stalówką, które wypisywało pierwsze litery imion moich rodziców. Na płatku lewego ucha znajdowała się natomiast kolejna maleńka, pojedyncza nutka, a zaraz za uchem - drobna pięciolinia, na której dźwięki zostały zapisane serduszkami. Na prawym udzie widniała głowa czarnego wilka, ozdobiona okrągłą ramką, którą otaczały kolorowe kwiaty i muzyczne znaki; na lewym - głowa białego królika na tle szachownicy, również znajdująca się w ramce, otoczonej różowymi wstążkami.
       Uśmiechnęłam się do swojego odbicia i sięgnęłam po wybrane ubrania. Uwielbiałam swoje tatuaże i wiedziałam, że najświeższy z nich - królik - nie był ostatnim. Wciągnęłam przez głowę bokserkę i założyłam leginsy. Sięgnęłam po szczotkę do włosów i zabrałam się za ujarzmianie różowego bałaganu. Zdecydowałam się na luźnego, pozornie niedbałego, koka, z którego spływało wolno kilkanaście pojedynczych kosmyków. Założyłam kolczyki - 5 w prawym uchu i jeden w lewym - i ponownie przyjrzałam się w lustrze. Nieźle, całkiem nieźle. Brakowało tylko butów i czegoś, co dodałoby koloru czarnemu strojowi. Narzuciłam więc na ramiona bladoróżową marynarkę, ozdobioną ćwiekami i (zdecydowanie za wcześnie) włożyłam na stopy czarne proste szpilki. 
       Opadłam z westchnieniem na łóżko Mileny i rozłożyłam ramiona. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że w żołądku czuję łaskotanie spowodowane zdenerwowaniem. Choć nie chciałam tego przed sobą przyznać, wystroiłam się dla Błękitnookiego. Jakaś samolubna część mnie pragnęła zobaczyć w jego oczach aprobatę. Postukiwałam szybko obcasem w podłogę i zaczęłam przyglądać się luźnym kosmykom włosów, które nakręcałam na palce. Co, jeśli będzie nudno? Co, jeśli nie będziemy mieli o czym rozmawiać? Co, jeśli porwie mnie i sprzeda jako prostytutkę? Może dlatego jest taki bogaty. Może jest handlarzem niewolników... Pacnęłam się otwartą dłonią w czoło i parsknęłam śmiechem na niedorzeczność swoich myśli. 
       - O BOŻE! - krzyknęłam na cały pokój, w nadziei, że pomoże to uspokoić chmarę nerwowych motyli w brzuchu. Niestety, postanowiły mnie zignorować. Warknęłam i usiadłam na krawędzi materaca, łącząc ze sobą kolana. Rozglądałam się po pokoju w poszukiwaniu zajęcia, gdy ciszę rozdarło pukanie do drzwi. No dobra, przesadziłam. Pukanie było bardzo ciche, lecz wpływ, jakie miało ono na moje ciało, sprawiał, że mogło to równie dobrze być walenie w drewno stada nosorożców. Podskoczyłam jak oparzona, a moje ręce od razu zalał pot. Sięgnęłam po czarną, skórzaną torebkę leżącą na krześle przy drzwiach i nadusiłam klamkę. Szeroki uśmiech zdobił piękną twarz, a błękitne oczy przymrużyły się wesoło. 
       - Wołałaś? - zapytał Louis i zachichotał. Och nie! Słyszał mój bezmyślny krzyk. Przygryzłam wargę zażenowana i spojrzałam na niego z prośbą o litość w oczach. Mrugnął do mnie porozumiewawczo i pochwycił w swoją dłoń moją. 
       - Wyglądasz pięknie - powiedział, po czym pochylił się i przycisnął swoje wargi do mojej rozgrzanej skóry. Poczułam znajomy dreszcz, który przebiegł przez moją dłoń do kręgosłupa. Zakłopotana, nie wiedziałam jak zareagować, więc tylko uśmiechnęłam się i wydusiłam z siebie ciche podziękowanie. Prawda była taka, że on też świetnie wyglądał. Na biały t-shirt z nadrukiem nałożoną miał czarną prostą marynarkę. Ciemne wąskie spodnie uwydatniały jego umięśnione długie nogi. 
       W swoich szpilkach sięgałam mu do ramienia, więc wciąż musiałam zadrzeć brodę, by spojrzeć na jego twarz. Trzydniowy zarost dodawał ostrych rys jego twarzy, a długie ciemne rzęsy otaczające jego jasne oczy wciąż robiły na mnie takie samo wrażenie jak wczoraj. Złapałam się na tym, że się na niego gapię. Potrząsnęłam głową i zrobiłam krok, by wyjść na korytarz, lecz mężczyzna zablokował mi drogę. Położył dłonie na moich ramionach i pochylił się, przykładając usta do mojego policzka. Zadrżałam. 
       - Może zostaniemy tutaj. Łóżko wygląda niezwykle wygodnie... - mruknął. Jego głos przybrał niskie tony, których jeszcze u niego nie słyszałam. Mogłabym przysiąc, że dostrzegłam iskry, które przebiegły po moim ciele. Zaszumiało mi w uszach od przyspieszonego pulsu, lecz ignorując prymitywne potrzeby ciała oddaliłam się nieznacznie od Louis’ego. 
       - Myślę, że wolałabym zrealizować oryginalny plan i pójść do Bobbles - zachrypnięty głos zdradził stan, w jakim się znajdowałam. Wbiłam wzrok w przestrzeń między naszymi butami i czekałam na odpowiedź. Zamiast niej, w polu widzenia pojawiła się ofiarowana mi dłoń. Uśmiechnęłam się z ulgą i, choć wydawało mi się to zbyt intymne, pozwoliłam sobie ją pochwycić. Wyszliśmy na korytarz, zatrzasnęłam drzwi i wolnym krokiem ruszyliśmy do wyjścia z hotelu. Kciuk Louis’ego znaczył kółka na mojej skórze, a każde z nich paliło równie mocno i nieznośnie. Gdy wyszliśmy na dwór mężczyzna wyciągnął z kieszeni spodni kluczyk do samochodu. Och. 
       - Nie jedziemy metrem? - zapytałam cicho. Louis spojrzał na mnie z góry, jakbym oszalała. 
       - Metrem? Z tym? - wskazał na mnie dłonią i zmierzył mnie od stóp do głów. 
       - Z czym? - zapytałam nieco poirytowana. Wstydził się mnie? Chyba nie mogłam wyglądać aż tak źle, prawda? Może, gdy leżałam na łóżku, moja fryzura wymknęła się spod kontroli? Pospiesznie poprawiłam koka, lecz czułam, że wszystko z nim w porządku. Louis westchnął i zrobił coś, co zbiło mnie z pantałyku. Wyciągnął iPhone’a z wewnętrznej kieszeni marynarki i zrobił mi zdjęcie. Podszedł do mnie i wskazał na ekran. Zobaczyłam siebie stojącą, wyprostowaną, z idealną fryzurą i makijażem. Wyraz twarzy wykrzywiała złość, lecz poza tym byłam pewna, że wszystko w porządku. 
       - Z tym - powiedział, jakby była to najbardziej oczywista rzecz we wszechświecie. Wypuściłam ciężko powietrze z ust i zaczęłam stukać podeszwą w chodnik. 
       - O co Ci chodzi. Wstydzisz się podróżować ze mną wśród ludzi? - zapytałam wreszcie i napięłam się w oczekiwaniu na odpowiedź. Przez jego twarz przebiegł wyraz zrozumienia, a potem pokręcił gwałtownie głową. Schował telefon z powrotem do kieszeni i położył jedną dłoń na moim biodrze.
       - Wstydzić się? Nigdy. Stałbym w wagonie i starał się pokazać każdemu dupkowi, który by na ciebie spojrzał, że dzisiaj należysz do mnie - mruknął, zbliżając się powoli w moją stronę. Jego oczy pociemniały, przybierając barwę granatu - Problem w tym, że ja nienawidzę, gdy przypadkowe dupki gapią się na moje rzeczy, a Ty przyciągałabyś wiele spojrzeń - jego twarz była już centymetr od mojej.
       Przełknęłam ciężko ślinę i onieśmielona, spuściłam wzrok. Nie na długo, ponieważ pod mój podbródek powędrował ostrożny palec, zmuszający mnie, bym spojrzała ponownie w niebieskie oczy, które wwiercały się w moją duszę. Brwi nad nimi były zmarszczone, jakby wciąż jeszcze nie wymazał z wyobraźni owych „dupków” w metrze. Dłoń, która podpierała mój podbródek teraz spoczęła na moim policzku. Czułam jak serce obija mi się o żebra, a na twarz wpływa rumieniec. Wiedziałam do czego zaraz dojdzie, musiałam więc włożyć wiele sił w to, by zapobiec zrobieniu czegoś, czego bym żałowała. Za wcześnie na takie gesty. Zamknęłam oczy i wydusiłam z siebie słowa, które pierwsze przyszły mi na myśl
       - Nie jestem twoja - cisza. Bałam się unieść powieki, bo nie wiedziałam jaki widok mógłby mnie spotkać. Chłodny powiew wiatru na mojej twarzy zasugerował, że twarz Louis’ego oddaliła się od mojej. Zdobyłam się na odwagę i spojrzałam na niego, przekonując się, że to prawda. Patrzył na mnie z zawadiackim uśmieszkiem. Kciukiem pogłaskał mój policzek, zanim zdjął z niego swoją dłoń. 
       - Jeszcze - powiedział i nadusił guzik automatycznego otwierania drzwi na kluczyku, a ja usłyszałam charakterystyczny podwójny dźwięk alarmu, dochodzący gdzieś z lewej strony. Wypuściłam głośno powietrze, w połowie z ulgi, w połowie z irytacji spowodowanej jego ostatnim słowem i ruszyłam za nim, gdy skierował się w stronę swojego samochodu. 

sobota, 14 czerwca 2014

6. One way or another I'm gonna win ya!


Milena

Będę o ósmej. Bobbles

       Głosiła wiadomość wyświetlona na ekranie telefonu komórkowego Kornelii. Spojrzałam na przyjaciółkę, która ciskała pioruny z oczu w nicość przed sobą i zachichotałam. 
       - Oj weź przestań, wczoraj dogadywaliście się świetnie - powiedziałam, oddając jej telefon. - Sprawa z numerem i telefonem nie była tak wielka. Myślę, że troszkę przesadziłaś z negatywną reakcją przez alkohol. - dodałam, przypominając sobie, co Louis wczoraj wyczynił. Tak, reakcja na to zachowanie zdecydowanie była przesadzona. Kornelia spojrzała na mnie spode łba i warknęła niczym rozwścieczony pies, a ja ponownie parsknęłam śmiechem. 
       - Przynajmniej nie zasugerował, że jesteś tanią dziwką - powiedziałam, patrząc na nią wymownie, na co wyraz jej twarzy nieco złagodniał. Westchnęła ciężko i podrapała się po głowie, a róż roziskrzył się landrynkowymi odcieniami w świetle popołudniowego słońca. Spojrzałam na zegarek. Piętnasta trzydzieści... 
       - Cóż... Jeśli chcesz wyglądać jak bóstwo na swojej randce, lepiej się zbierajmy. - rzekłam i podciągnęłam się na kolana, zbierając z koca paczki krakersów i butelki. Włożyłam wszystko do swojej torby, do której wrzuciłam także książkę i zaczęłam zwijać swoją stronę koca. Kornelia wciąż siedziała, wpatrując się w głąb placu. 
       - A co jeśli okaże się gwałcicielem? Sprzedawcą organów? - zapytała, nie odwracając wciąż wzroku. Wybuchnęłam maniakalnym śmiechem i klepnęłam ją w ramię, by wstała z koca. Uniosła się, lecz wyraz jej twarzy w ogóle się nie zmienił. 
       - Widziałaś jak on wygląda? Raczej nie musi uciekać się do gwałtu, żeby zaciągnąć jakąś laskę do łóżka. A nawet, jeśli żadna nie będzie chciała, to jest bogaty, kupi sobie seks. - wzruszyłam ramionami, składając koc w kostkę. 
       - No właśnie! Nerki na czarnym rynku są bardzo drogie! Uśpi mnie i zabierze mi nerki. Milena, ja lubię swoje nerki! - kolejny wybuch śmiechu sprawił, że musiałam złożyć koc po raz drugi. Wiedziałam, że Kornelia nie jest do końca poważna, więc nie bałam się wyśmiać jej absurdalnych pomysłów. 
       - Uspokój się! Jeśli stwierdzisz, że coś ci wrzucił do drinka to dzwonisz do mnie, a ja na policję - pokazałam jej język, a ona wreszcie wyszczerzyła zęby i puściła mi oczko. 
       Zdołałyśmy spakować wszystko, co miałyśmy ze sobą, w dość krótkim czasie i już po kilkudziesięciu minutach stałyśmy pod drzwiami wejściowymi naszego hotelu. Wyszukałam kluczy w torbie i wpuściłam nas do środka. Wąski hol przywitał nas słabym oświetleniem i zapachem stęchlizny. Zmarszczyłam nos, kiwnęłam na powitanie młodej dziewczynie, siedzącej w portierni, i ruszyłam przodem po schodach. Gdy znalazłyśmy się już w naszym pokoju, Kornelia rzuciła wszystkie swoje toboły na podłogę i opadła bezsilnie na łóżko, a z jej ust wydarło się przeciągłe głośne warknięcie. Westchnęłam i szturchnęłam ją w kolano, otrzymując w odpowiedzi pełne wrogości spojrzenie. 
       - Przestań użalać się nad swoim tragicznym losem i zasuwaj do łazienki zrobić porządek z włosami. Potem zrobię ci makijaż - powiedziałam, grzebiąc w kosmetyczce w poszukiwaniu przyborów potrzebnych mi do wykonania wyznaczonego sobie właśnie zadania. Moja przyjaciółka jęknęła przeciągle i bardzo powolnymi ruchami podniosła się wreszcie z łóżka, po czym zatrzasnęła za sobą drzwi łazienki. Poukładałam w tym czasie cienie, podkłady i tusze do rzęs w rządku na nocnym stoliku, stojącym przy moim łóżku i wybrałam te, które najbardziej odpowiadały typowi urody Kornelii. Od dawna interesowałam się wizażem. Czytałam wiele podręczników na ten temat, doskonaląc z czasem swoje umiejętności i dlatego często to właśnie ja robiłam z nas bóstwa przed jakimkolwiek wyjściem. Odnajdywałam w tym trudną do opisania przyjemność. Było coś magicznego w obserwowaniu jak, dzięki mnie, dziewczyny czuły się piękne i bardziej pewne siebie.
       Po niecałych dziesięciu minutach, przebrana już w „domowe” ciuchy, Kornelia wyszła z łazienki z foliowym czepkiem na głowie, pod którym kryły się jej mokre włosy odżywiane właśnie nawilżającą maską. Człapiąc niezgrabnie, podeszła do walizki, lecz zaraz potem odwróciła się na pięcie i pokręciła głową. Rozbawiona jej postawą wskazałam miejsce, na którym miała usiąść i wzięłam do ręki wybrane wcześniej kosmetyki. 
       - Nie za wcześnie na makijaż? - zapytała, gdy posłusznie zajęła swoje miejsce. 
       - Musisz wyglądać idealnie, więc jeśli nie wyjdzie, będzie potrzebny czas na poprawę - odpowiedziałam i powoli zaczęłam smarować jej twarz nawilżającym kremem. Uniosła jedną brew i spojrzała na mnie, jakby widziała mnie po raz pierwszy w życiu. 
       - Przecież tobie zawsze wychodzi za pierwszym razem!
       - Zamknij się, bo będzie krzywo - mruknęłam, sięgając po najjaśniejszy podkład, jaki posiadałam. 
       - Przecież jeszcze mnie nie malujesz! - zaprotestowała załamując ręce i kręcąc głową. Przyłożyłam palec wskazujący do ust i uciszyłam ją jednym „szszsz!”. Spojrzała na mnie z wyrzutem, a ja zachichotałam złowieszczo i zaczęłam nakładać podkład na jej jasną skórę. Kupno odpowiedniego dla niej odcienia było nie lada wyzwaniem, lecz wreszcie, po odwiedzeniu kilkunastu drogerii, znalazłyśmy taki, który pasował idealnie. 
       Gdy uporałam się z wyrównaniem kolorytu jej cery, przyszedł czas na makijaż oczu. Kornelia lubiła, gdy był dość ostry. Skrzyżowałam więc ręce na piersi i oddaliłam się o kilka centymetrów, wpatrzona w jej twarz, oceniając jaki makijaż najlepiej zrobić. 
       - W co się ubierzesz? - zapytałam
       - Nie wiem... Nie mam pojęcia... Zrób coś neutralnego, strój dobierzemy później - odpowiedziała, wciąż tak samo zrezygnowanym głosem. Wzruszyłam ramionami i wybrałam czarny eyeliner i dwa cienie do powiek. Ciemno szary oraz bardzo jasny różowy. 
       Po kilkunastu minutach, twarz Kornelii była gotowa, więc wygoniłam ją do łazienki, by spłukała z włosów maskę. Schowałam w tym czasie wszystkie swoje przybory i włożyłam kosmetyczkę z powrotem do walizki. Wyprostowałam plecy, po czym spojrzałam na zegarek. Dochodziła siedemnasta. Postanowiłam zaplanować sobie resztę dnia, wiedząc, że wieczorem zostanę sama.
       Spojrzałam w wysokie, sięgające prawie do sufitu lustro. Nie było źle. Makijaż zrobiony rano wciąż trzymał się idealnie, musiałam jednak poprawić fryzurę, ponieważ kilka kosmyków moich długich, miodowych fal wypadło ze zrobionego rano koka. Uwolniłam więc z niego resztę włosów, które sięgały mi do krzyża, i rozpoczęłam ich rozczesywanie. Ponownie zaplotłam je z tyłu głowy, w koka, przypominającego amerykańskiego pączka i oceniłam efekt w lustrze. No. Teraz moja fryzura wyglądała idealnie. Chciałam jeszcze wyjść na miasto, więc wolałam nie wyglądać jak zużyta miotła.
       Stanęłam na wprost lustra i przebiegłam wzrokiem, po swoim odbiciu, od stóp do głów. Rano nie chciałam się stroić, więc postawiłam na wygodę, zakładając jasną, jeansową koszulę i czarne wąskie spodnie. Jeszcze trwający, marcowy lekki chłód, powstrzymywałam kremowym wełnianym kominem, otaczającym moją szyję. Kiwnęłam z aprobatą głową, stwierdzając, że jest to odpowiedni strój na wieczorny spacer po Londynie i odwróciłam się od lustra w momencie, w którym Kornelia wyszła z łazienki. Jej włosy, wciąż wilgotne opadały teraz na ramiona, błyszczącymi strąkami.
       Podeszła do swojej nocnej szafki, sięgnęła po butelkę z odżywką i spryskała je na całej długości. Zauważyłam, ze na jej twarzy wciąż nie pojawiał się uśmiech, więc westchnęłam ciężko, usiadłam na swoim łóżku i poklepałam miejsce obok siebie. Spojrzała na mnie ze zmarszczonymi brwiami, lecz posłusznie usiadła. Objęłam ją w talii ramieniem i zmierzyłam zatroskanym spojrzeniem. Zaśmiała się cicho. 
       - Będzie dobrze - powiedziałam ściskając delikatnie jej bok. Pokręciła wolno głową i warknęła. 
       - Oby... Mam tylko nadzieję, że to spotkanie szybko dobiegnie końca - odpowiedziała wykręcając sobie palce. Usłyszałam nieprzyjemny trzask i skrzywiłam się nieznacznie. 
       - Ja też. Nie chciałabym... - przerwało mi głośne pukanie do drzwi. Spojrzałam w ich kierunku z wyrazem zdziwienia. Zegarek wskazywał osiemnastą czterdzieści pięć, więc przez godzinę jeszcze nie spodziewałyśmy się nikogo. 
       - Pewnie sprzątaczki... - powiedziała moja przyjaciółka i wstała, by otworzyć drzwi. Przytaknęłam i spojrzałam w swój telefon, sprawdzając czy nie dzwonił do mnie nikt z domu. Ekran nie wskazywał jednak żadnych nieodebranych połączeń i wiadomości, więc westchnęłam tylko ciężko i pochyliłam się, by odłożyć go z powrotem na szafkę. Gdy już się prostowałam, znieruchomiałam nagle w połowie, czując nieprzyjemny dreszcz przebiegający po moich plecach. 
       - Przyjechałem po Milenę - oznajmił po angielsku niski, zachrypnięty głos. Bałam się spojrzeć w stronę drzwi, choć była to reakcja zupełnie irracjonalna. Doskonale wiedziałam, kogo zobaczę w progu. Przełknęłam głośno ślinę i bardzo powoli wyprostowałam się na łóżku. 
       - Gotowa? - nie mogłam udawać, że go nie słyszę, więc zmuszona, obróciłam wreszcie głowę. Harry spoglądał, ponad ramieniem Kornelii, w moją stronę. Z wściekłością złapałam się na myśli, że wyglądał jeszcze przystojniej niż wczoraj. Przez twarz mężczyzny przebiegł cień uśmiechu, gdy nasze spojrzenia się skrzyżowały, lecz poza tym wyraz jego twarzy był tak samo mroczny i tajemniczy, jak wczoraj. Poczułam, przechodzący przez moje ciało, dreszcz i wzdrygnęłam się nieznacznie, mając nadzieję, że ani moja przyjaciółka, ani mężczyzna, który to spowodował, tego nie dostrzegli. 
       - Milena? - Kornelia odezwała się cicho, patrząc na mnie wyczekująco, ponieważ wciąż się nie odzywałam. Wstałam powoli i podeszłam do niej bez słowa. Zielone oczy nie odrywały się ode mnie, a ja czułam się niezwykle niekomfortowo pod tym skanującym spojrzeniem. 
       - Nigdzie z tobą nie idę - warknęłam tonem ociekającym jadem. Zamrugał szybko, lecz moje słowa wydawały się nie zrobić na nim żadnego wrażenia. 
       - Nonsens, wszystko już jest gotowe, ty piękna, więc pójdziesz ze mną - odpowiedział tonem zbyt pewnym siebie. Parsknęłam nienawistnym śmiechem i odwróciłam się do niego plecami. Od razu poczułam palce zaciskające się na moim ramieniu. 
       - Słuchaj, wczoraj byłem trochę pod wpływem, powiedziałem za dużo, chcę ci to wynagrodzić - mimo tak przejmującej treści słów, jego głos wciąż był wyprany z jakichkolwiek emocji. Wściekła, spojrzałam na niego ostro, lecz jego zmiana postawy, sprawiła, że zawahałam się przez chwilę. Wyłapał to bez trudu. Przez jego oczy przebiegł błysk zadowolenia, a uścisk na moim ramieniu wzmocnił się na chwilę.  
       - Chodź ze mną - jego ton zmiękł nieco, a ja mogłabym przysiąc, że w kącikach jego oczu dostrzegłam wesołą iskierkę. Dopiero w tym momencie zdałam sobie sprawę, że, stojąca między nami, Kornelia szczerzy bezczelnie zęby. Spojrzałam na nią jak na wariatkę, a ona, choć wydawało się to niemożliwe, uśmiechnęła się jeszcze szerzej. Harry również zwrócił swe szmaragdowe, zaskoczone oczy w jej kierunku. 
       - Będzie dobrze - zwróciła się do mnie po polsku - Jeżeli stwierdzisz, że coś ci wrzucił do drinka to dzwonisz do mnie - dodała, używając moich własnych słów. W tym momencie miałam ochotę walnąć z całej siły w tył jej mokrej głowy, lecz musiałam powstrzymać tę potrzebę. Zamiast tego, cisnęłam w jej stronę piorunami z oczu i zrzuciłam z siebie dłoń Harry’ego. Na jego twarzy pojawił się wyraz oczekiwania i niepewności, który zmienił się we wszechogarniający triumf, gdy zobaczył, że sięgam powoli po buty. 
       Nie było mniejszego sensu sprzeciwiać się temu popaprańcowi, więc zaczęłam powoli opracowywać w głowie strategię zniechęcenia go do siebie. Nie wiedziałam, czy będzie potrzebna, ponieważ i tak nie zamierzałam mizdrzyć się do niego w czasie tego spotkania, lecz potrzebowałam czegoś w pogotowiu. Dam mu się wyciągnąć, lecz nie potrwa to długo, a ja sprawię, że będzie chciał, żeby trwało jeszcze krócej - myślałam gorączkowo, naciągając na stopy płaskie botki - jazzówki w kolorze nude. Spojrzałam ukradkiem w lustro, oceniając szybko czy wszystko jest na swoim miejscu i odwróciłam się w kierunku drzwi. Moje oczy spotkał rzadki widok Harry’ego z szerokim, wesołym uśmiechem na ustach, podkreślającym dołeczki w policzkach. Nadawały mu one pewnego rodzaju niewinności, która tak bardzo kontrastowała z okropną osobowością. Minęłam Kornelię bez słowa i przekroczyłam próg pokoju, unosząc dumnie głowę i nie zaszczycając Harry’ego nawet jednym spojrzeniem. 
       - Masz być pod komórką - warknęłam do przyjaciółki. Pokiwała ze zrozumieniem głową i życzyła mi dobrej zabawy. Miałam ochotę ją udusić, lecz przeszkodził mi w tym Harry, zatrzaskujący przed moim nosem drzwi. Korytarz był nieprzyjemnie cichy i pusty, zbyt pusty. Stałam w miejscu, wpatrując się w dal, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, zaciskając z nerwów szczękę. Czułam na sobie palący wzrok mężczyzny, lecz postanowiłam nie reagować na to w żaden sposób. Po dłuższej chwili ciszy, sięgnął dłonią do moich pleców, lecz odskoczyłam gwałtownie, spoglądając wreszcie w jego oczy. 
       - Łapy przy sobie - powiedziałam przez zaciśnięte zęby, a Harry uśmiechnął się tylko nieznacznie i pokręcił głową, po czym wskazał dłonią schody. 
       - Możemy? - zapytał, a ja ruszyłam przed siebie bez słowa.