poniedziałek, 9 marca 2015

58. I'll give you one last chance to hold me

Hej, hej, hej, kochane! Tak tylko piszemy z małym komunikatem:
Wkroczyłyśmy w część trzecią i najbardziej intensywną. Choć w tym rozdziale żaden kolor czcionki nie jest potrzebny to ostrzegamy, że w kolejnych pojawią się treści i sceny mocno kontrowersyjne w wielu tego słowa znaczeniach! 
No! to tak tylko ku przestrodze :D 
Kochamy i dziękujemy za ponad 100 000 wyświetleń! Jesteście niesamowite! Nie przestawajcie promować bloga! Może TTD spodoba się jeszcze wielu osobom, co jest naszym marzeniem :) Komentujcie, dzielcie się wrażeniami pod naszym tagiem (#TTDff), a my mamy nadzieję dać Wam przyjemność (nawet jeśli są to smutne feelsy, wiemy, że i tak je uwielbiacie XD) z czytania tego ff!!!


Kochamy! 

A. <3 & M. xx



I'll give you one last chance to hold me*

Kornelia

        Szarpałam palcami róg strony, na której utknęłam, wpatrując się ślepo w literki przed sobą. Nic nie miało sensu, żadne słowo nie układało się w coś, co mogłoby nadać znaczenia tekstowi, któremu się przyglądałam. Zerknęłam na zegarek wiszący na ścianie i westchnęłam cicho. Długo nie wracali. Milena machała nogą, wystającą zza fotela, na którym siedziała, przygryzając zębami końcówkę ołówka. Haseł na jej krzyżówce zdawało się nie przybywać i już po chwili rzuciła zeszyt na stół i skrzyżowała nogi. Zaczęła wpatrywać się we mnie badawczym wzrokiem, lecz udawałam, że tego nie widzę, wciąż obserwując bezsensowne literki. 
        - Chyba czas zająć się twoimi włosami. Odrosty są już strasznie długie - odezwała się z lekkim uśmiechem, a ja zamknęłam książkę i chwyciłam w dwa palce bladoróżowy kosmyk. Obracałam go, przyglądając się matowym, rozdwojonym końcówkom. Za dużo stresu…
        - Wiesz… - mruknęłam cicho, nie odrywając wzroku od włosów. - Tak myślałam, że… Może czas wrócić do swojego naturalnego koloru - stwierdziłam i, podobnie jak ona, rzuciłam książkę na stół. Milena zamrugała szybko kilka razy i pokręciła głową. 
        - Żartujesz, prawda? - podniosła głos, jakbym powiedziała coś obraźliwego. Przekręciłam oczami i potarłam palcami czoło. 
        - Wydaje mi się… Myślę, że ten kolor nie jest odpowiedni - wzruszyłam ramionami, czując ogarniający mnie ponownie tego tygodnia smutek. 
        Milena wyprostowała się na swoim fotelu i zmarszczyła brwi. 
        - Nieodpowiedni do czego? - zapytała z wyraźnym w jej głosie wyrzutem. 
        - Do sytuacji… - mruknęłam i przygryzłam lekko wargę. Milena prychnęła ostentacyjnie i rzuciła mi rozeźlone spojrzenie. Dlaczego tak się złościła?
        - Nie, nie, nie, nie! Nie pozwolę ci zmienić tego koloru! To jest coś, co może pozwolić mi zapomnieć o ostatnich wydarzeniach. Coś, co wydaje się zatrzymywać normalność, którą straciliśmy! - wrzasnęła. Przekrzywiłam głowę, uśmiechając się lekko. 
        - Moje włosy są różowe. Nie ma w nich nic normalnego - stwierdziłam, ale ona uciszyła mnie machnięciem ręki. 
        - Były różowe, gdy się tu przeprowadziliśmy. Były różowe, gdy cię poznałam! Twoje włosy aktualnie są dla mnie najnormalniejszą rzeczą na świecie! - jej determinacja, by odwieść mnie od decyzji zmiany koloru na głowie, rozjaśniła nieco, ostatnio poszarzały, świat. Uśmiechnęłam się do niej z wdzięcznością i kiwnęłam głową. 
        - I tak nie chcesz tego zrobić. - mruknęła pod nosem, sięgając po krzyżówkę. 
        - Nie chcę. - potwierdziłam, a ona uniosła z wyższością brwi, jakby ciężko było jej wybaczyć mi mój pomysł. 
        - Więc nie pierdol. Jutro pójdę do miasta po farbę i zajmę się twoimi odrostami 
        - Nie musisz. - powiedziałam, smutniejąc nagle - Kupiłam farbę na… na ślub. Miałam cię poprosić o odświeżenie mojego koloru… - szepnęłam, a Milena spojrzała na mnie przez mgłę wspomnień i skrzywiła się nieco. Kiwnęła prawie niezauważalnie głową i szybko otarła policzki, choć łzy nie zdążyły jeszcze na nie spaść. 

        Nie zauważyłyśmy kiedy zegar wybił północ. Siedziałyśmy wciąż na tych samych miejscach, czekając na wiadomość od Lou i Harry’ego, ale nasze telefony milczały. Piętnaście po dwunastej postanowiłam wreszcie zadziałać i wykręciłam numer swojego chłopaka, ale do mieszkania nagle wpadły dwie postaci i aparat wypadł mi z ręki. 
        Harry i Louis stanęli w salonie. Zauważyłam na rękawie koszuli tego drugiego ciemnoczerwoną plamę. Serce podskoczyło mi do gardła, widząc, że podobna, choć o wiele większa plama widniała na nogawce Harry’ego. Nie powiedzieli nam gdzie szli, żebyśmy się nie martwiły, to jasne. Teraz było jasne, że chodziło o zemstę.
        Milena wstała z fotela, a krzyżówka zsunęła się z jej kolan, opadając bezwładnie na podłogę. 
        - Zabiliście go? - zapytała zimnym tonem. Louis rzucił mi mroczne spojrzenie, po czym potarł pobrudzony rękaw o swoje czarne spodnie. 
        - Nie. Przeszkodziła nam policja - warknął, a Harry zmarszczył brwi i podszedł do mojej przyjaciółki. Pocałował ją w czoło i spojrzał głęboko w oczy. 
        - Jak się czujesz? - zapytał, a ona uśmiechnęła się do niego uspokajająco i kiwnęła głową. 
        - Dobrze - szepnęła. Nie patrzyłam na nich, wbijając wzrok w, stojącego wciąż w progu Louis’ego. Po chwili wpatrywania się w podłogę, szarpnął się lekko i zamknął za sobą drzwi. Zaczął rozpinać guziki koszuli i, nie patrząc na żadnego z nas, wszedł bez słowa do mojej sypialni. Byłam zdezorientowana, a przez moją głowę zaczęło przelatywać tysiące myśli, mogących wyjaśnić jego osobliwe zachowanie. Spojrzałam z obawą na Harry’ego, a ten zacisnął wargi i przycisnął mocniej do siebie Milenę. 
        - Po prostu do niego idź - powiedział cicho, nie siląc się na wyjaśnienia. Bez protestów powędrowałam do swojej sypialni, a gdy otworzyłam ostrożnie drzwi napotkałam widok Louis’ego, pozbywającego się swojej koszuli. Szepnęłam jego imię, a on obrzucił mnie ponurym spojrzeniem. 
        - Schudłaś - rzucił nagle, zbijając mnie z pantałyku. Spojrzałam na swój brzuch, zasłonięty luźną, męską koszulką. 
        - Ach… Tak, odchudzałam się do ślubu… Wiesz, musiałam się zmieścić w najlepszą sukienkę - mruknęłam na odczepne, a on uniósł jedną brew. 
        - Kłamiesz. Byłaś już wystarczająco chuda. - stwierdził, wywołując we mnie poczucie winy. - Ile dziś zjadłaś? - zapytał. Odwróciłam wzrok i przygryzłam policzek. 
        - Nie byłam głodna - powiedziałam wymijająco - Co się stało z… nim? - zmieniłam szybko temat i wskazałam na poplamioną koszulę, leżącą teraz na podłodze. 
        - To dla was za dużo - mruknął pod nosem, jakby nie usłyszał mojego pytania. Nie wytrzymując, podeszłam wreszcie do niego i sięgnęłam dłońmi jego twarzy. 
        - Louis, co się stało - zapytałam cicho, wpatrując się w jego podkrążone oczy. Zwilżył dolną wargę i chwycił mnie jedną ręką w pasie. 
        - Chcieliśmy pozbyć się Clifforda - odparł szczerze, nie odrywając wzroku od moich ust. 
        - I dlaczego nam nie powiedzieliście? - zapytałam, sięgając kosmyków jego włosów i pociągając lekko. Poczułam uścisk na biodrze. 
        - Jesteś koścista - szepnął, zaciskając powieki i pochylając nieco głowę. 
        - Dlaczego nam nie powiedzieliście? - powtórzyłam, ignorując jego komentarz. Wziął głęboki oddech. 
        - Bo byście protestowały. 
        - Nie doceniacie nas - zmrużyłam oczy, pociągając mocniej za jego włosy, a on spojrzał na mnie z nieukrywanym zdziwieniem. - Zabił Liama - warknęłam
        - Wpadałaś w panikę, gdy powiedziałem ci o osobach, które zabiłem… - zaczął niepewnie, tracąc swoją mroczną postawę, której trzymał się od wejścia do mieszkania.
        - Wpadam teraz w panikę? - zapytałam rozeźlona. Jego usta ułożyły się w słowo “nie”, a potem przyciągnął mnie do siebie i schował twarz w zgięciu między moją szyją a ramieniem. 
        - Co się teraz stanie? - szepnęłam. Poczułam wilgoć jego ust na swojej skórze i zadrżałam. Długo nie odpowiadał, muskając wargami każdy nagi skrawek mojej szyi. Westchnęłam cicho, odchylając głowę, by dać mu większy dostęp, a on skorzystał z niego bez zastanowienia. Choć było mi niezwykle przyjemnie, wiedziałam, że musieliśmy dokończyć tę rozmowę, więc przywołałam go, wypowiadając cicho jego imię. 
        - Michael i reszta będą musieli się poddać. - ciepły oddech otulił moją skórę - albo ich zniszczymy - długie palce zacisnęły się mocno na mojej koszulce w momencie, w którym moje serce wykonało kilka nierównych uderzeń. 
        Oddaliłam się nieznacznie od Louis’ego. Był zmęczony. Prawdopodobnie nie spał całą noc, a mimo to wciąż miał siły, by planować zemstę. Nie dziwiłam mu się. Śmierć Liama dotknęła nas wszystkich, a skoro i ja, i Milena zostałyśmy nią mocno poruszone, nie potrafiłam sobie nawet wyobrazić co mogła czuć reszta. W szczególności Zayn i Caroline. To, co się wydarzyło pokazało nam, że gra właśnie się rozpoczęła i wszystkie chwyty były dozwolone. Michael zignorował zasadę wspólnego gruntu, zabił kogoś z najbliższych przyjaciół Harry’ego i Louis’ego. To nie mogło mu ujść na sucho. 
        - Rozumiem… - szepnęłam i odsunęłam się od niego. Sięgnęłam po, leżącą na ziemi, koszulę i przyjrzałam się ciemnej plamie na rękawie. - Raczej nie da się tego wyratować. Nie masz nic przeciwko, żebym ją wyrzuciła? - zwróciłam się do Louis’ego, siląc się na beztroski ton. Patrzył na mnie ze zmarszczonymi brwiami, pocierając nadgarstek, na którym również znalazło się kilka kropel krwi Michaela. 
        - Powinnaś wrócić do domu - powiedział nagle, mierząc mnie od stóp do głów wzrokiem. Stanęłam jak wryta, ściskając w pięściach zimny materiał. Mój oddech przyspieszył, niekontrolowany, w kącikach oczu zebrały się łzy. 
        - Żartujesz, prawda? - syknęłam, cofając się o kilka kroków, aż natrafiłam na ramę łóżka. - Nie wyjadę. Nie zostawię cię. Nawet nie próbuj mnie zmuszać, bo ci się to nie uda. Nie obchodzi mnie co zrobi Michael, ja tutaj zostaję. Jak możesz mówić w ogóle coś takiego? Jak możesz! - paplałam, jak idiotka, desperacko próbując udowodnić mu, że nie było nawet najmniejszej szansy, bym go posłuchała. 
        Pokręcił głową i podszedł szybko do mnie, a jego dłonie spoczęły na moich ramionach. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował głęboko, obejmując w talii. 
        - Nie to miałem na myśli - szepnął, gdy odsunął się ode mnie nieco i spojrzał mi w oczy. Zdezorientowana czekałam na kontynuację tego wątku, wciąż miętoląc w rękach koszulę, którą przed chwilą miał na sobie. Trzęsłam się na całym ciele, przestraszona perspektywą opuszczenia Louis’ego. Tak bardzo go kochałam, tak bardzo potrzebowałam. Chwile, w których miałam siedzieć sama w Polsce i zastanawiać się czy czasami nie zginął, byłyby dla mnie najgorszym koszmarem. 
        - Michael nie stanie na nogi przez pewien czas - szepnął i pocałował mnie krótko - Najbliższy tydzień, może dwa, będą względnie bezpieczne. Myślę, że powinnaś spotkać się z rodziną. Milena też… A wyjazd mnie i Harry’emu dobrze by zrobił - wyjaśnił, a ja odetchnęłam z ulgą. Wtuliłam się w niego mocno, czując jak miękną mi nogi. 
        - Chcecie zabrać nas do Polski? - zapytałam cicho, a w mojej głowie pojawił się obraz mamy, która wita mnie w progu naszego domu. Nagle zachciało mi się płakać. Żaden członek mojej rodziny nie wiedział o niebezpieczeństwach, które na mnie czyhały. Nawet nie zdawali sobie sprawy, że byłam porwana, że chciano mnie zabić. Nie wiedziałam, że perspektywa spotkania z nimi miała tak na mnie zadziałać. Zdawało się, jakbym już w myślach pożegnała się z rodziną na zawsze. Tym czasem Louis zaproponował, bym się z nimi spotkała. Załkałam cicho, wbijając paznokcie w nagą skórę jego pleców. 
        - Wylot pojutrze rano. - szepnął, całując mnie w czubek głowy. Kiwnęłam głową, nie będąc w stanie nic powiedzieć. Czułam nieopisaną ulgę, uświadamiającą mi stres, panujący nade mną ostatnimi dniami. 
        - Dziękuję - zaszlochałam, a on tylko pogłaskał mnie po plecach. Gdy na niego spojrzałam, zauważyłam, że się nie uśmiechał. Mroczna maska powróciła na swoje miejsce, ale postanowiłam o nią nie pytać. Wylot za granicę to żadna radość, gdy kilka dni temu straciło się przyjaciela. 

        Milena przygryzała kciuk, patrząc na stos swoich rzeczy. Obserwowałam jej walkę z walizką i debatę na temat potrzebnych ubrań aż w końcu opadła na kanapę i westchnęła ciężko. 
        - Nie wiem czy to jest dobry pomysł - mruknęła, a Harry, który bawił się jej pistoletem i Louis, na którego kolanach właśnie siedziałam, spojrzeli na nią skonsternowani. Louis poruszył się pode mną niespokojnie, a ja ścisnęłam lekko jego dłoń. 
        - Wszyscy musimy odetchnąć - powiedziałam cicho, zerkając ukradkiem na pociemniałe oczy Tomlinsona. 
        - Tak, ale… - Milena spojrzała z obawą na Harry’ego, który obserwował ją uważnie. - Zayn i Caroline nie powinni teraz zostać sami. Może… Może mogłybyśmy przekonać chłopaków, żeby ich wziąć? - zwróciła się do mnie po polsku. Harry zmrużył ostrzegawczo oczy, okazując, że nie podobała mu się zmiana języka naszej rozmowy, ale się nie odezwał. Louis zdawał się być myślami gdzieś daleko. Zagryzłam wargę, zastanawiając się nad jej propozycją, a potem kiwnęłam głową. 
        - Wątpię, by chcieli z nami lecieć, ale warto spróbować - mruknęłam. 
        Nie było ciężko przekonać chłopaków do pomysłu Mileny. Obaj się zgodzili, choć Louis wyglądał, jakby nie zdawał sobie sprawy o czym dyskutowaliśmy. Od wczorajszego pojawienia się w naszym mieszkaniu wydawał się być nieobecny. W rozmowach ze mną odpływał często albo krytykował mój spadek wagi i kazał mi jeść. 
        - Porozmawiam z Zaynem - zaproponował niespodziewanie po chwili ciszy, jaka zapadła w naszym salonie. Harry kiwnął głową, a Milena uśmiechnęła się do niego słabo. 
        - A ja pójdę do Caroline. - powiedziała. 
        - Pójdę z tobą - Harry podszedł do niej i pochylił się, by pocałować ją w ramię. 
        - W takim razie ja idę z tobą - spojrzałam na Louis’ego, a ten pokręcił głową. 
        - Zostań tu i się pakuj. Wszyscy oprócz ciebie już to zrobili - odparł, a potem pokazał mi gestem, bym z niego zeszła. Lekko zawiedziona, stanęłam na chłodnej podłodze, patrząc ze zmartwieniem, jak opuszcza w milczeniu mieszkanie. Poczułam na sobie współczujące spojrzenia dwóch par oczu i wzięłam głęboki oddech. 
        - W końcu dojdzie do siebie - szepnęłam, wysilając się na uśmiech
        - Nie jestem całkowicie pewien czy chodzi wyłącznie o Liama - odparł Harry, wywołując moje zaintrygowanie. Unikał mojego wzroku, a w końcu zaproponował Milenie, by się pospieszyli, bo Caroline nie odpowiadała na telefony, więc możliwe było poszukiwanie jej po mieszkaniach znajomych. 
        - Zaraz, co masz na myśli? - zapytałam, a Harry pokręcił tylko głową i zatrzasnął za Mileną drzwi, pozostawiając mnie w salonie samą.

        Pukanie do drzwi przerwało moją gonitwę w pakowaniu. Walizka była zapełniona górą nieposkładanych rzeczy, których zapewne połowa miała nie zmieścić się w środku przy próbie jej zapięcia. Wyprostowałam plecy i spojrzałam w stronę dźwięku, który odwrócił moją uwagę. Miałam pewne podejrzenia co do tego kto mógł przyjść mnie odwiedzić. Poza nieobecną trójką tylko jedna osoba mogła chcieć porozmawiać ze mną po śmierci członka mojej grupy. Powolnymi ruchami sięgnęłam pod poduszkę i chwyciłam pistolet, który otrzymałam od Louis’ego i Harry’ego. 
        Na palcach przecięłam salon i otworzyłam ostrożnie drzwi, nie uchylając ich zbyt mocno. Miałam rację. Calum popchnął drewno i wszedł nieproszony do środka, patrząc na mnie zbolałym wzrokiem. Zatrzasnął za sobą drzwi i oparł się o nie, nie wypowiadając ani jednego słowa. Przywoławszy się do porządku, wyciągnęłam przed siebie broń i wycelowałam ją w czoło mężczyzny. 
        - Daj mi jeden powód dlaczego miałabym nie pociągnąć za spust - warknęłam, czując, że całe moje ciało zaczyna drżeć lekko, a gardło zaciska się wbrew mojej woli. Calum uniósł brwi i odepchnął się od drewna, po czym ominął mnie, jakby moja groźba nie zrobiła na nim wrażenia. 
        - Masz zabezpieczoną broń - powiedział cicho i usiadł na oparciu fotela. Zaskoczona spojrzałam na pistolet, stwierdzając, że miał rację. Przeklęłam się w duchu, ale wciąż mierzyłam do niego, nie tracąc gardy. 
        - Odłóż ją, oboje wiemy, że mnie nie zabijesz - dodał, wywołując mój gniew. 
        - Zdziwiłbyś się - odparłam, poprawiając uchwyt. 
        - Więc dlaczego jej nie odbezpieczysz? - zapytał i oblizał lekko wargi. Moje dłonie zadrżały, jakby odpowiadając na jego pytanie. Calum podszedł do mnie i, nieprzerwanie patrząc mi w oczy, wyciągnął z moich rąk pistolet. Nie protestowałam, patrząc na niego przez łzy. Odłożywszy go na stole, położył ciepłą dłoń na moim policzku i pogłaskał je lekko kciukiem. 
        - Jak się czujesz? - zapytał, zrzucając z siebie maskę obojętności, którą przywdział od wejścia do mieszkania. Zacisnęłam szczękę i bez słowa ruszyłam do swojej sypialni. 
        - Kornelia!
        - Odejdź, zanim wróci Louis. - rzuciłam za siebie i uklęknęłam przed walizką. Zaczęłam wyrzucać z niej rzeczy w celu jak najlepszego ich poukładania. Calum stanął w progu i spojrzał ze zdziwieniem na to, co robiłam. 
        - Wyjeżdżasz? - zapytał, a w jego głosie pojawiła się nuta obawy. 
        - Tak. - odpowiedziałam wymijająco i otarłam pospiesznie, uparcie spływające po mojej twarzy, łzy. Calum zamrugał szybko i pokręcił głową, jakby nie był w stanie przeanalizować tego, co właśnie usłyszał. 
        - Gdzie…
        - Do Polski - ze zdziwieniem zauważyłam, jak się uśmiechnął. Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego zza góry ciuchów. 
        - To dobrze. Będziesz bezpieczna - powiedział cicho i uklęknął obok mnie, wystarczająco blisko, bym poczuła ucisk jego uda na swoim.
        - Milena też jedzie?
        - Oczywiście, że tak. Ona, Louis i Harry - warknęłam, odsuwając się od niego. Słysząc to, Calum ścisnął mój różowy szalik, który chwilę temu zagarnął z czubka stosu. 
        - Nie uciekacie? - spojrzał na mnie, mrużąc swoje ciemne oczy. 
        - Oczywiście, że nie. - parsknęłam i wyrwałam szalik z jego rąk. Nie zdążyłam się odsunąć dostatecznie szybko i poczułam uścisk na swoim nadgarstku. 
        - Więc zrób to ze mną - Calum spojrzał mi z determinacją w oczy, zbijając mnie z pantałyku. 
        - Co? 
        - Ucieknij ze mną - szepnął i puścił mój nadgarstek, by pogłaskać mnie po policzku. To uczucie było mi tak znajome, wywoływało na moich ramionach gęsią skórkę. Przełknęłam ciężko, patrząc na niego w ciszy. Nie wiedziałam co powiedzieć. Jego propozycja była zbyt nagła i niespodziewana. 
        - Robi się niebezpiecznie. Michael się leczy, ale, gdy będzie już na chodzie poleje się krew. Dużo krwi. - wyjaśnił i obrócił mnie ku sobie
        - Zabiliście Liama - szepnęłam - Odebraliście Caroline jej narzeczonego i chcecie się mścić za to, że Michael musiał za to zapłacić? - nie mogłam wydusić z siebie głosu. Czułam, że gdybym próbowała mówić głośniej, jedyne co wyszłoby z mojego gardła to rozpaczliwy szloch. 
        - Nie mieszaj mnie do tego - Calum zacisnął powieki, a jego druga dłoń również powędrowała do mojej twarzy. - Nie miałem z tym nic wspólnego. 
        - Gówno prawda! - krzyknęłam i wstałam, odpychając go od siebie. Zachwiał się na klęczkach, ale w porę złapał równowagę. - Zaufałam ci! Broniłam cię przed Louis’m, próbowałam, a ty… ty… - mój głos jakoś odzyskał swoją moc, gdy wrzeszczałam na Caluma, który wstał, górując teraz nade mną. Wykrzywił twarz, jakby moje słowa sprawiały mu fizyczny ból. 
        - Nie zgrywaj świętej! Wykorzystałaś moje uczucie, żeby mnie od siebie odsunąć! Pocałowałaś mnie, a potem zostawiłaś, jak ostatniego idiotę! - odkrzyknął, gdy wzięłam głęboki oddech przed kolejną salwą wyrzutów. Przekrzywiłam lekko głowę, po czym zaśmiałam się bez wesołości. 
        - Oh, oh, straszne! Straszne, jak chciałam chronić nas obojga, podczas, gdy ty mordujesz członka mojej grupy! 
        - Nie bądź idiotką! Nigdy, bym ci tego nie zrobił! Przysięgam, że nie miałem żadnego głosu w podejmowaniu tej decyzji! Każdy mój argument przeciw był ignorowany! 
        - Mogłeś zrobić cokolwiek! 
        - I dać się zabić?! - ryknął nagle, uderzając mnie falą wściekłości większą, niż kiedykolwiek od niego odebrałam. Stanęłam, jak wryta, patrząc na niego, dyszącego ciężko i myśląc o możliwościach, które mógł mieć przed sobą, gdy Michael podejmował decyzję o zabiciu Liama. Jakbym zareagowała, gdyby Calum zginął, broniąc Payne’a dla mnie? Boże…
        - Kocham cię, ale nie dam się zabić za Payne’a! Wtedy nie miałby cię kto chronić! - wrzasnął, wywołując u mnie kolejną falę łez. Mówił to z taką łatwością, jakby niczego innego nie był bardziej pewny niż tego pieprzonego uczucia do mnie. 
        - Louis mnie chroni - szepnęłam, spuszczając oczy. 
        - A kto ochroni cię przed nim?! - pięść powędrowała na ścianę obok Caluma i wydrążyła w niej kilka pęknięć. Zadrżałam. 
        - Jak myślisz?! Kto stanie się celem Michaela, kiedy zacznie planować zemstę na Stylesie i Tomlinsonie, co?! Wraz z jego głupim morderstwem wszystkie granice zostały przekroczone i ani on, ani ci dwaj nie cofną się przed niczym, byle tylko wygrać! - krzyczał na całe gardło, a przez wysiłek, jaki w to wkładał, na jego szyi i czole uwydatniły się pulsujące żyły. 
        - Mówisz tak tylko, by mnie do siebie przekonać - wyrzuciłam z siebie i usiadłam na łóżku, chowając ręce między udami i wbijając wzrok w podłogę. 
        - Może… A może mam rację i już niedługo będziesz na celowniku Clifforda - Calum ściszył wreszcie głos i uklęknął przede mną, kładąc dłonie na moich kolanach. 
        - Poradzimy sobie - warknęłam, pewna, że jego groźby były tylko strategią, by mnie zdobyć. Zacisnął pięści.
        - Nie bądź głupia! - krzyknął, ale nagle zacisnął powieki, przywołując się do porządku. - Ucieknij ze mną, proszę. - duże dłonie przesunęły się w górę moich ud. - Mam pieniądze. Zaszyjemy się w kraju, w którym nas nie znajdą. Mówiłaś, że kochasz Islandię, prawda? Dlaczego nie tam? Kupimy dom, zaczniemy własny, niewinny biznes… 
        - Calum… 
        - Dlaczego mamy siedzieć tutaj, ryzykować własnym życiem? Dlaczego nie możemy zacząć żyć bez, wiszącego nad nami, wiecznego niebezpieczeństwa?
        Łaskotał mnie przez jeansy, drżenie jego głosu wywoływało uścisk w moim gardle. Co stałoby się, gdybym przyjęła jego propozycję? Nie mogłabym być z Louis’m. Musiałabym pożegnać się z Mileną i rodziną. Odizolować się od wszystkich, których kochałam, dla zapewnienia bezpieczeństwa. Dla życia z Calumem? 
        - Wiem, że mnie kochasz. Może nie jest to uczucie tak silne jak do Tomlinsona, ale czujesz je. Gdyby tego nie było, właśnie leżałbym martwy w twoim salonie. Nie musisz tego mówić. Rozważ tylko moją propozycję, proszę… - odsunęłam go od siebie i wstałam z łóżka, podchodząc do przeciwległej ściany. Oparłam się o nią plecami i spojrzałam na, stojącego już, Caluma, którego twarz zastygła w wyrazie oczekiwania. 
        - Ja… - zawahałam się, co wywołało szok na jego twarzy. Jakby nie spodziewał się, że spełnię jego prośbę i zastanowię się nad tą propozycją. Wykorzystał tę chwilę niepewności i podszedł szybko do mnie. W znajomym już geście, ujął moją twarz w dłonie i oparł swoje czoło o moje. 
        - Zrób to, zrób to dla mnie, dla siebie. Możemy żyć beztroskim życiem, być ze sobą bez obaw o zemstę twojego chłopaka, bez zmartwień o czyjeś uczucia. Bez Michaela grożącego każdemu z nas i Stylesa opanowanego żądzą zemsty. Moglibyśmy… Moglibyśmy spędzić ze sobą całe życie, dożyć starości, mieć dzieci… - zawahał się, jakby bał się, że mógł mnie tym przestraszyć. Zaśmiałam się cicho i spojrzałam w jego oczy, gdy odchylił się nieco, by móc mi się przyjrzeć. Ujęłam jego dłoń w swoją i przycisnęłam do niej policzek. 
        - Nie chcę mieć dzieci… - szepnęłam, a on wyszczerzył zęby i pokręcił szybko głową. 
        - Ok, żadnych dzieci. Możemy mieć koty. Tysiące, jeśli chcesz. Jakoś zniosę towarzystwo tych diabłów - odparł pospiesznie, uśmiechając się szeroko. Uniosłam lekko kącik ust, a potem spuściłam wzrok, a moje policzki ponownie zalśniły od łez. 
        - Nie mogę… Louis… - zaczęłam.
        - Nie, nie, nie… Zaczęłaś to rozważać, chcesz to zrobić! - stwierdził desperacko, wplątując palce w moje włosy. Pokręciłam głową i spojrzałam na niego przez łzy. 
        - Nie chcę. Kocham go. - oznajmiłam, czując, że po raz kolejny wbiłam mu nóż w plecy. Calum pochylił się nagle nade mną, przyciskając mnie mocniej do ściany. 
        - Nie! - zatrzymałam go, zanim jego usta zdążyły dotknąć moich. Zawisnął kilka centymetrów od nich i pozostał w tej pozycji, przejeżdżając kciukiem po moich wargach. 
        - Powiedz, że tego nie chcesz. - mruknął, a jego nos otarł się lekko o mój.
Chcę
        - Nie chcę tego. - szepnęłam z wysiłkiem
        - Nie chcesz być bezpieczna? 
Chcę
        - Jestem bezpieczna. Ufam mu. 
        - Więc wcale nie chcesz, żebym cię teraz pocałował? - czułam na wargach jego miętowy oddech, czułam drżenie jego ciała, to z jaką siłą powstrzymywał się przed wykonaniem kolejnego ruchu. Jego bliskość nie pozwalała mi myśleć trzeźwo. Byłam pewna swojej decyzji. Choć perspektywa życia bez stresu wydawała się piękna, była też usłana cierpieniem. Nie mogłabym rozstać się z Louis’m. Za bardzo go kochałam, mimo sprzeczek, mimo jego zawodu i mojego dziwnego uczucia do Caluma to Louis był na pierwszym miejscu. To on zajmował największą część mojego serca. Człowiek potrafi kochać kilka osób naraz i jeśli w moim przypadku miałam wybierać, bo moje niesforne serce postanowiło oddać uczucie dwóm, wrogim sobie, mężczyznom, decyzja była jasna. Nie powstrzymywało to jednak przyspieszonego jego bicia, które czułam, gdy Calum trzymał mnie w swoich objęciach, nie powstrzymywało chęci sięgnięcia jego pełnych warg. Wzięłam głęboki oddech i wyszeptałam cicho:
        - Nie 
        - Zawahałaś się - odparł i, nim zdążyłam go powstrzymać, przycisnął swoje usta do moich. Krótko, delikatnie, pocałował mnie tak, jakby chciał przekazać, że jest to tylko dla niego, że tego potrzebował. Nie odepchnęłam go, nie stałam jak kołek. Po prostu oddałam ten lekki pocałunek, starając się myśleć o tym, jak ostatnim razem okropnie go potraktowałam. Byłam mu to winna. 
        Gdy się ode mnie oddalił, otarł kciukiem moje mokre policzki i uśmiechnął się smutno. 
        - Dziękuję - szepnął, doskonale rozczytując moje myśli. 
        - Ucieknij beze mnie. - powiedziałam, a on zmarszczył lekko brwi - Twoje uczucie do mnie tylko wpędzi cię w kłopoty. Wystarczyłoby, żeby Louis wpadł teraz do mieszkania i już padłbyś martwy. Proszę, Calum, jeśli chcesz być bezpieczny, zrób to beze mnie. - błagałam. 
        Calum pokręcił głową i przyciągnął moją dłoń do swoich ust. 
        - Jeśli ty zostajesz, to ja też. - powiedział. Skrzywiłam się z żalu i przytuliłam nagle do niego, ciągnąc nieświadomie za jego włosy. 
        - Wiesz, że nigdy nie będę w stanie odwzajemnić tego, co do mnie czujesz! Nie rób tego dla mnie, błagam! - koszulka na jego piersi była już zupełnie przemoczona przez moje łzy. Calum zaśmiał się cicho, smutno i pogłaskał mnie po plecach. 
        - Gdy będę miał pewność, ze jesteś już bezpieczna, odejdę. - zapewnił i odsunął mnie lekko od siebie. Nie mogłam powstrzymać rozpaczliwego płaczu, który uniemożliwił mi mowę. Wydarzenia ostatnich dni otworzyły nowe, niebezpieczne perspektywy i ta, w której Calum umiera, utkwiła mi nieproszona w głowie, wywołując wyrzuty sumienia za to, że tak okrutnie traktowałam go ostatnimi czasy. Śmierć stała się nagle czymś realnym, czymś co mogło przyjść w każdej chwili. Wreszcie zrozumiałam nagłe decyzje, które tu zapadały, intensywność uczuć, z jaką oni nas obdarzali. 
        Dźwięk otwieranych drzwi salonu sprawił, że Calum odskoczył gwałtownie ode mnie, skradając uprzednio jeszcze drugi, krótki pocałunek. Ku mojemu przerażeniu do sypialni wszedł Louis, który wbił ponury wzrok w Caluma. 
        - Tomlinson - Calum kiwnął głową na powitanie, nie zwracając nawet uwagi na jego zaciśniętą pięść. 
        - Hood - odpowiedział mój chłopak, a ja stanęłam jak wryta. Louis był wściekły, widziałam to na pierwszy rzut oka, a jednak nie zamachnął się, by uderzyć Caluma, nie wrzasnął na niego, nawet nie próbował mnie od niego odsunąć. Po prostu, mimo ociekania wrogością, się z nim przywitał. 
        - Myślałem, że już cię nie będzie - mruknął, a mnie zakręciło się w głowie. Co?! Calum pokiwał wolno głową ze smutnym wyrazem. Spojrzał na mnie przepraszająco i pogłaskał po policzku. Byłam pewna, że równie dobrze mógł sobie przyłożyć naładowaną broń do skroni i przekazać spust Louis’emu. Mój chłopak zacisnął szczękę i zrobił krok w naszą stronę
        - Coś mnie zatrzymało. Właściwie dopiero przyszedłem - oznajmił Hood i zatrzymał nagle Louis’ego, kładąc dłoń na jego piersi, gdy ten był dostatecznie blisko, by sięgnąć pięścią jego szczęki. Z tej odległości zauważyłam przyspieszony, nerwowy oddech swojego chłopaka. 
        - Mam nadzieję, że zdążyłeś powiedzieć co chciałeś. Twój czas się skończył - syknął, odtrącając rękę Caluma i wpatrując się w niego w napięciu. Calum spojrzał na mnie, potem na niego i kiwnął głową. 
        - Tak. Tak. Dzięki za tę szansę. - wycofał się do wyjścia z sypialni, ale nim z niej wyszedł odwrócił się jeszcze w naszą stronę. 
        - Moja propozycja jest ciągle aktualna. Jak tylko zmienisz zdanie… - urwał, gdy Louis uderzył pięścią w ścianę, w podobnym ruchu, jaki on wykonał kilkanaście minut temu. 
        - Spierdalaj - warknął cicho, a Calum zniknął w salonie i już po chwili usłyszeliśmy szczęk zamykanych drzwi wyjściowych. 
        Nawet wtedy napięcie nie opuściło mojego ciała. Kręciło mi się w głowie, a na nogach trzymała mnie tylko adrenalina. Spojrzałam w szoku na Louis’ego, gdy ten opadł wyczerpany na łóżko i zgarbił się, chowając twarz w cieniu. 
        - Co to miało być? - zapytałam, a on wzruszył ramionami i oparł czoło na swoich dłoniach, zagarniając w palce włosy. 
        - Chciał cię odbić, prawda? - szepnął, a ja parsknęłam nagle, nie wiedząc dlaczego budowała się we mnie wściekłość. Coś było nie tak, a pointa całej sytuacji omijała mnie szerokim łukiem. 
        - Ale zostałaś… - odpowiedział sam sobie
        - Nie jesteś zły? - palnęłam. Wyprostował nagle plecy i spojrzał na mnie czarnymi oczami. Wyglądał jakby się naćpał i postarzał o dziesięć lat. Jego oczy były podkrążone, źrenice rozszerzone do tego stopnia, że błękit niemal za nimi zniknął. Miałam wrażenie, że kilka włosów na jego głowie posiwiało, a na czole wydrążyły się zmarszczki, ale mogła to być wina kiepskiego oświetlenia. Przełknął ślinę i szarpnął się, jakby chciał coś uderzyć, ale powstrzymał się w ostatniej chwili. 
        - Oczywiście, że jestem zły - warknął, zaciskając pięści na krawędzi materaca. - Jestem wściekły. Najchętniej wyprułbym temu dzieciakowi flaki - syknął. 
        Nic nie rozumiałam. Skonsternowana patrzyłam, jak wściekłość wzdryga nim raz po raz, jakby decyzja o oszczędzeniu Caluma odebrała mu możliwość wyładowania tej całej negatywnej energii. 
        - Więc dlaczego…
        - Calum zrobił coś dla mnie, więc ja zrobiłem coś dla niego, dobrze? Nie zasypuj mnie pytaniami, nie mam na nie siły. - rzucił, a jego głos zadrżał na końcu zdania i Louis pochylił ponownie głowę, chowając, wykrzywioną w cierpieniu, twarz. Zaczął oddychać głęboko i wreszcie wydusił z siebie:
        - Powiedział nam gdzie mogliśmy znaleźć Michaela, ale tylko w zamian za jedną rozmowę z tobą - wyjaśnił cicho, garbiąc się jeszcze bardziej. Zakryłam usta dłonią i podeszłam do niego powolnym krokiem. 
        - Zdradził Michaela w zamian za jedną głupią rozmowę ze mną? - zapytałam cicho, myśląc o konsekwencjach jego nieodpowiedzialnego zachowania. Idiota! Jeśli ta umowa wyjdzie na jaw zostanie zabity! Zaklęłam głośno, a Louis wzruszył ramionami. 
        - Widocznie nie doceniłaś siły jego uczucia - mruknął
        - Widocznie nie doceniłam siły jego głupoty! Równie dobrze mógł wskoczyć do basenu pełnego rekinów! - krzyknęłam, czując kolejne łzy na swoich policzkach. - Pierdolony kretyn! 
        Louis zaśmiał się bez wesołości i podniósł wreszcie głowę, patrząc na mnie z największą rozpaczą, jaką u niego widziałam. Powolnym ruchem chwycił moją dłoń i przyciągnął do ust.
        - Dzięki niemu dostaliśmy możliwość zemsty - powiedział cicho z wyrzutem. 
        - Ja… Wiem, to dobrze, ale tak bardzo ryzykował. Jeśli Michael się dowie…
        - Skończ - przerwał mi szeptem i zacisnął powieki. - Za dużo ostatnio się działo, jeśli będę musiał jeszcze słuchać o twoich zmartwieniach na temat żałosnego żywota Caluma chyba skoczę z pierdolonego wieżowca. - warknął, a ja zamilkłam natychmiast, uświadamiając sobie jaką popełniłam gafę. 
        - Przepraszam - wyszeptałam 
        - Dlaczego zostałaś? - zapytał, muskając wargami opuszki moich palców. - Czuje na tobie jego wodę kolońską, więc jestem pewny, że wykorzystał najróżniejsze sposoby przekonania cię do siebie - dodał, doskonale odgadując to, co Calum zrobił kilka chwil temu. Nic nie mówiąc, popchnęłam go lekko, by się wyprostował i usiadłam okrakiem na jego kolanach, zrównując ze sobą nasze twarze. 
        - Nie zostawię cię. Nigdy - szepnęłam, ujmując swoją małą dłonią jego policzek. Nie patrzył na mnie i zaciskał wargi, oddychając głęboko. 
        - Nie obchodzi mnie jak bardzo jesteś na mnie wściekły. Nie obchodzi mnie jak bardzo chcesz teraz zamordować Caluma. Wiem, że gdyby nie ostatnie okropne wydarzenia do niczego podobnego by nie doszło i nie musiałbyś cierpieć podwójnie. Rozumiem twoją wściekłość. Louis! - zmusiłam go, by na mnie spojrzał - Zostałam, bo cię kocham. Zostałam, bo na samo wyobrażenie życia bez ciebie dostawałam mdłości. Zostałam, bo mnie teraz potrzebujesz i zostałam, bo ja nikogo nie potrzebuję bardziej niż ciebie. - wyjaśniłam, starając się przekazać w moim spojrzeniu jak najwięcej miłości. Jego oczy zaszkliły się niespodziewanie, a twarz poczerwieniała, jakby silił się na to, by się nie rozpłakać. 
        - Próbowałem… Chciałem cię odesłać, żebyś była bezpieczna - szepnął, przyciągając mnie bliżej siebie. - Powinnaś być z rodziną, ale… - położyłam palec na jego ustach i uśmiechnęłam się pogodnie, choć moje serce pękało na widok jego rozpaczy. 
        - Nie chcę wracać. Już ci powiedziałam, że nie dałbyś rady się mnie pozbyć - oznajmiłam - To jest moja decyzja, rozumiesz? - dodałam, by nie zadręczał się swoim egoizmem. Nie chciał, żebym wracała, chociaż wiedział, że tak byłoby rozsądniej. Zaczęła się wojna i każdy z jego grupy był w niebezpieczeństwie. Miałam uciekać od przyjaciół, bo tak mi wygodniej? Nie. Zamierzałam być z nimi do końca. 


*dam ci ostatnią szansę, byś mnie objął

#TTDff

niedziela, 8 marca 2015

Hemmings

       Sięgnął po kolejny kieliszek, który barman zapełnił trunkiem chwilę temu, i wlał jego zawartość w gardło. Czuł rozchodzące się w jego wnętrzu palące doznanie i zacharczał, popijając truciznę piwem. Idealne połączenie, pomyślał i uśmiechnął się do siebie zanim widok rozdartego gardła i topiącego się we własnej krwi Payne’a zasłonił mu widok na świat. Zacisnął szczękę i schował twarz w zgięciu ramienia, jakby miało to uchronić go przed natrętnymi wspomnieniami. 
       - Ej! - wrzasnął wściekle do barmana, który przekręcił oczami i ruszył w jego stronę. W odpowiedzi Luke chwycił kieliszek i roztrzaskał go nagle na barze, a kilka szklanych pocisków sięgnęło jego twarzy. Nie zwrócił na to uwagi, mierząc wściekłym spojrzeniem mężczyznę.
       - Nie przekręcaj na mnie oczu tylko rób co do ciebie należy, padalcu! - wrzasnął, wstając z barowego stołka i zachwiał się na własnych, zdezorientowanych przez alkohol, nogach. 
       - Hej, hej, hej! - poczuł na swoim ramieniu dłoń, która pomogła mu odzyskać równowagę. - Opanuj się, bo zaraz zgarnie cię policja - Irwin zaśmiał się i poprawił w kroku spodnie. Z męskiej toalety, w której przed chwilą był, wybiegła drobna, ładna dziewczyna, nakładająca pospiesznie ramiączko sukienki i układająca zmierzchwioną fryzurę. Ashton puścił jej oczko, a ona spłonęła rumieńcem, ale uśmiechnęła się uwodzicielsko i oblizała prowokacyjnie wargi. 
       - Mmm… dobra była. Powinieneś spróbować, zamiast zapijać smutki i straszyć barmana - Irwin poklepał Hemmingsa po plecach, a ten odepchnął go od siebie i ruszył chwiejnym krokiem do wyjścia. 
       - Spierdalaj, Irwin - warknął, uderzając ramieniem o ramę drzwi. Ashton westchnął ciężko i ruszył za przyjacielem, zabierając po drodze płaszcz, którego ten zapomniał. 
       - Nie mów, że dalej opłakujesz tego ćpuna - zaczął, ale Luke przerwał mu nagle, odwracając się do niego i popychając na ścianę pobliskiego budynku. 
       - Zamknij mordę, powiedziałem! Nikogo nie opłakuję! - czuł od siebie odór alkoholu, ale nie dbał o to. Alkohol pozwalał zapomnieć. Chyba… Ashton zacisnął wargi i uśmiechnął się ironicznie.
       - To właśnie dostajesz za bicie kobiet! Wiesz co Michael o tym myśli! - warknął i spróbował wyrwać się z uścisku wyższego mężczyzny, ale na marne. Choć pod wpływem alkoholu, Luke wciąż imponował krzepą. 
       - Mała suka zasługiwała na to! Widzisz co teraz robi? Puszcza się z tym pierdolonym Horanem - wściekłość targała nim od środka, a alkohol potęgował to wrażenie, przez co Luke miał ochotę rozpętać kłótnię. Uderzyć kogoś. Phoebe na to zasłużyła. A przynajmniej tak to sobie usprawiedliwiał. Rzucała się o wszystko i narzekała, wmawiając mu, że się zmienił. Taka praca! Wymagała zmian! Nie mógł pozostać mięczakiem! Za starania został ukarany przez swoją dziewczynę i Michaela? Pierdolony hipokryta.
       - Popierdoliło cię, Hemmings?! - krzyknął, gdy postanowił uświadomić mu, że dowiedział się o jego relacji z Phoebe. 
       - Michael, przecież wiesz, że nie zrobiłbym tego! Calum kłamie! - próbował się obronić, ale na marne. 
       - Nie pogarszaj swojej sytuacji! - Michael sprzedał mu prawego sierpowego, a gdy Luke leżał obolały na podłodze przed nim, warknął: 
       - I co, zamierzasz mnie zdjąć?! 
       - Wręcz przeciwnie - Michael uśmiechnął się i usiadł na krześle w swoim salonie. - Ty kogoś zdejmiesz. Pewien złodziej wciąż chodzi bezkarnie po ziemi i zamierza się ożenić.

       Luke skrzywił się nagle, tracąc z widoku twarz Ashtona. Czerwień zalała wszystko, co znajdowało się przed nim, wywołując mdłości. Krew i ohydne flaki. I ta kałuża na śniegu. Chciał chybić, skłamać, że coś nie wyszło i spróbuje kiedy indziej, ale zadrżała mu ręka. Pierdolony ćpun!
       - Puszcza się z nim, bo ty traktowałeś ją jak worek treningowy. - Ashton wyszczerzył zęby, przypominając Luke’owi o czym rozmawiali. Nie wytrzymał i wziął rozmach, celując w białe ząbki aroganckiego blondyna. Pięść trafiła policzek, ale alkohol znacznie spowolnił i osłabił ruch. Ashton warknął przeciągle i splunął krwią na chodnik obok siebie. 
       - Jeśli dobrze pamiętam sam nie jesteś wspaniałym rycerzem na białym koniu! Może czas, by Michael dowiedział się o twoim hobby - Luke uśmiechnął się złowieszczo, a Ashton szarpnął się, wkładając w to wszystkie swe siły i wreszcie wydostał z uścisku przyjaciela. 
       - Pierdol się. - warknął i wytarł strużkę krwi, która pozostała po zadanym mu ciosie. - I lepiej ogarnij. Bo od teraz TWOIM hobby może stać się zabijanie. Wybuchnęła wojna. 


#TTDff


środa, 4 marca 2015

57. I hope I'm still alive

EDIT: Zapomniałyśmy dodać, że poprzedni rozdział był zakończeniem części drugiej TTD - INTERLUDIUM! 
Tym samym wchodzimy w część trzecią, już niestety ostatnią - POSTLUDIUM. Przygotujcie się na huśtawkę emocjonalną, bardziej szaloną niż w dwóch ostatnich częściach razem wziętych! Jesteśmy ciekawe Waszych wrażeń!
Nie zapomnijcie skomentować i podzielić się tagiem (#TTDff) na tt. 
Kochamy!

A. <3 & M. xx

I hope I'm still alive*     


       Cisza panująca w domu Harry’ego była czymś zupełnie odmiennym od szmeru i chichotów, które towarzyszyły mu jeszcze trzy dni wcześniej. Kornelia stała w pokoju gościnnym, ubierając perłowe korale i wygładzając czarną prostą sukienkę, sprawdzając czy wszystko było na swoim miejscu. W odbiciu lustra, w którym się przyglądała, zobaczyła siedzącego na łóżku Louis’ego, który wpatrywał się gdzieś w przestrzeń z zamyślonym wyrazem twarzy. On również przywdział czerń. Koszula, którą miał na sobie zgnieciona była na brzuchu, przez jego zgarbioną postawę, gdy opierał łokcie na kolanach, przykładając do ust złożone palce. 
      Po uporaniu się z uciążliwym zapięciem korali, Kornelia odwróciła się powoli w stronę Louis’ego i uśmiechnęła do niego blado. Odpowiedział tym samym, patrząc na nią z dołu, a następnie powrócił do swoich myśli. Dziewczyna podeszła do niego bez słowa i uklęknęła, kładąc dłonie na jego udach. Chwycił jedną z nich i przycisnął do ust, zamykając oczy. 
      - Gotowy? - zapytała cicho, muskając delikatnie policzek mężczyzny. Spojrzał na nią z nieopisanym bólem w oczach i pokręcił głową. Jego usta ułożyły się w słowo „nie”, lecz głos uwiązł w gardle. Czy kiedykolwiek byłby na to gotowy? Kornelia, wyprostowała się z klęczek i usiadła na jego kolanach, a ten od razu przycisnął swoją głowę do jej piersi, niczym przestraszone dziecko, tulące się do matki. Dziewczyna zaczęła głaskać jego miękkie włosy, szepcząc bez ustanku słowa pocieszenia, choć wiedziała, że żadne z nich nie mogło tak naprawdę dać ukojenia w bólu obecnym w sercu Louis’ego. 
      Po drugiej stronie domu, w sypialni, Harry toczył małą bitwę z czarnym krawatem, którego nie był w stanie zawiązać przez mocno drżące dłonie. 
      - Cholera, cholera! - warczał, szarpiąc się bezskutecznie z materiałem. Milena, która wcześniej zniknęła za drzwiami toalety, wbiegła do pokoju i stanęła przed Harrym. 
      - Hej, hej, spokojnie. Ja to zrobię - powiedziała cicho i odciągnęła delikatnie duże dłonie. Mężczyzna westchnął ciężko i pozwolił jej zawiązać swój krawat. Gdy już się z tym uporała, podniosła wzrok i zamarła ze ściśniętym gardłem. Zielone oczy wpatrywały się gdzieś w przestrzeń, zaszklone przez zbierające się w nich łzy. Jedna zdołała opaść na policzek Harry’ego, a Milena stanęła na palcach, by ją pochwycić. Harry wciągnął głośno powietrze, starając się powstrzymać płacz, lecz kolejne dwie krople utorowały sobie drogę w dół jego twarzy. 
      - Harry... - szepnęła, patrząc na niego z bolącym sercem. 
      - W porządku. Jest w porządku - ścisnął kąciki oczu palcem wskazującym i kciukiem, i wziął głęboki oddech. - Przepraszam - dodał, patrząc na nią z wymuszonym uśmiechem. Milena pokręciła szybko głową i wtuliła się w niego mocno. Odpowiedział od razu, przyciskając ją do siebie z desperacją. Stali tak przez chwilę w ciszy, a potem odsunęli się od siebie, rozproszeni cichym pukaniem. 
      - Już czas - powiedział Ed, wychylający się przez próg. Harry i Milena równo kiwnęli głowami i, chwyciwszy się za ręce, ruszyli za Edem do wyjścia z willi.
      W holu czekali już na nich Niall i Phoebe, stojący ramię w ramię ze smutkiem bijącym z ich oczu. Nikt nie wiedział co powiedzieć, jakich słów użyć, bo każde wydawało się nieodpowiednie. Nic nie mogło poprawić sytuacji, w której znajdowali się od trzech dni. 
      Kornelia pociągnęła Louis’ego za rękę, gdy usłyszała na schodach kroki. Poczuła lekki opór, jakby Louis nie chciał wyjść naprzeciw temu, co ich czekało. Nie chciał pożegnać się z przyjacielem. Nie był na to gotowy. Ze łzami w oczach dziewczyna wyszeptała prośbę, a Louis zacisnął wargi i wstał, patrząc tępo w podłogę. Dał się jej poprowadzić, nie widząc przed sobą nic prócz martwych oczu chłopaka, który dzisiaj miał być już po ślubie. 
      Nigdy już nie będzie. Nigdy nie zobaczy swojej ukochanej w ślicznej białej sukni, kroczącej w jego stronę z szerokim uśmiechem, patrzącą z nadzieją na ich przyszłość. Ale nigdy też nie ujrzy jej smutnych, podkrążonych oczu, nie usłyszy jej rozpaczliwego wołania i płaczu, co mogło być dla Louis’ego lekkim pocieszeniem. Bo chciał znaleźć pocieszenie w każdym najmniejszym szczególe. To, co się stało było tak niespodziewane, tak nagłe, tak nieodpowiednie. 
      “Jest w lepszym miejscu” Gówno prawda, pomyślał, gdy schodził wolno po schodach, czując na skórze ciepły dotyk delikatnej dłoni swojej dziewczyny. Spojrzał na różowe włosy, ułożone starannie w prosty warkocz i pomyślał nagle o sytuacji, w której to ona leżała z dziurą w szyi, topiąca się we własnej krwi. Wzdrygnął się, czując nagłą rozpacz. Caroline była silna. Silniejsza od niego. Louis utraciłby wszystkie zmysły, gdyby spotkało go to, co ją. 
      Milena spojrzała na pobladłą twarz swojego ukochanego i ścisnęła mocniej jego dłoń. “Dasz radę”, chciała mu powiedzieć, a on zdawał się odpowiadać “nie dzisiaj”. Nie dzisiaj, gdy przeze mnie nie żyje jeden z moich przyjaciół, podpowiadały mu myśli. Zastanawiał się czy, gdyby nie przyjął z powrotem Liama do pracy, doszłoby w ogóle do jego śmierci. Jakie motywy mógł mieć Clifford, by zgotować wszystkim z jego grupy taki los? Nie wierzył w osobiste porachunki Payne’a z Hemmingsem. Luke musiał być narzędziem, a Harry zamierzał dowiedzieć się dlaczego. 
      Siódemka osób ruszyła w zupełnym milczeniu do dużego srebrnego Audi Eda. Caroline i Zayn z Silvią postanowili opuścić willę zaraz po śmierci przyjaciela. Ozdoby ślubne źle na nich wpływały, odświeżając niechciane wspomnienia i utracone nadzieje.
      Cisza towarzyszyła wszystkim nawet w drodze na cmentarz. Jedynym źródłem dźwięku, dotykającym uszy przyjaciół był pomruk silnika samochodu. Nikt nie patrzył sobie w oczy, nikt nie śmiał się odezwać. Gdzieniegdzie opadła łza, ktoś wytarł nos w chusteczkę, ale nikt nie łkał. Jakby wciąż nie mogli uwierzyć, że to działo się naprawdę.
W milczeniu opuścili pojazd, gdy ten zatrzymał się na cmentarzu. 
      Dziesiątki ludzi odzianych w czerń podążała powoli za konwojem pogrzebowym, a śnieg kontrastował z nimi, ubierając świat w scenerię jak ze starego filmu. Niektórzy płakali  rzewnie inni w ciszy oddawali się smutkowi. Kornelia i Milena trzymały się za ręce, krocząc przed siebie w akompaniamencie chrupotu świeżego śniegu i stukania obcasów. Policzki tej pierwszej były mokre od łez, oczy podpuchnięte. Druga jednak nie płakała. Zaciskała wargi, czując rosnące poczucie winy i chęć cofnięcia czasu. To ona przekonała Harry’ego, by Liam powrócił do grupy. 
      Trumna zawisła na noszach ponad wykopanym, prostokątnym dołem, a pastor zaczął obrządek, wypowiadając stałe regułki, które niemal dla nikogo nie miały znaczenia. Caroline stała w pierwszym rzędzie, nie patrząc na czarną, błyszczącą trumnę, której wieko zostało zakryte kocem z białych mroźnych płatków. Obracała na palcu swój zaręczynowy pierścionek, nie roniąc ani jednej łzy. Czuła na sobie zaciekawione spojrzenia ludzi. “Mieli wziąć ślub”, “Zamiast wesela bierze udział w pogrzebie”, “Biedna dziewczyna”, “Zostawił ją samą”. Prawie zaśmiała się, gdy pomyślała o tych wszystkich żałosnych istotkach, udających współczucie. Tak naprawdę nikt nie był w stanie nawet wyobrazić sobie rozmiaru dziury, jaką śmierć Liama pozostawiła w jej sercu. Nikt nie zrozumie jej usilnej potrzeby otworzenia trumny i potrząśnięcia leżącym w niej ciałem, bo przecież Liam nie mógł jej zostawić. Caroline miała obudzić się w swoim mieszkaniu z obrączką na palcu i jego przystojną twarzą przed nosem. Miała zabraniać mu zadawać się z “kolegami od nałogu” i pomagać mu przezwyciężyć narkotykowy ciąg. Miała iść z nim na imprezę i kochać się szaleńczo w brudnej toalecie, zbyt niecierpliwa, by dojechać do domu. Miała dojrzeć pierwsze siwe włoski na jego zaroście i jego brązowe oczy, patrzące na nią z twarzy ich syna. 
      Liam nie “zostawił jej samej”. Śmierć Liama pozbawiła ją wszystkiego, co mogło sprawić, by była szczęśliwa. Śmierć Liama odebrała jej bohatera, który uratował jej życie, odebrała miłość, przyjaciół i pracę. Nie zamierzała wracać do tego brudnego biznesu. Nie zamierzała oglądać tych samych twarzy, które kojarzyły się z nim. Które miały szczęście i nie dosięgnęła ich kula. 
      Czuła na sobie spojrzenia wszystkich i miała to w nosie. Ich współczucie nie przywróci jej narzeczonego. 
      Caroline opadła na kolana i zaniosła się płaczem, gdy czterech mężczyzn sięgnęło po liny i zaczęło spuszczać powoli trumnę do ziemi. 
      Wyglądał inaczej. Wiedział, że wzbudzał nie mniejsze zainteresowanie niż ona, ale nie mógł nic na to poradzić. Nie mógł stłumić wściekłości, która diamentowym kilofem próbowała przebić się przez jego plastikową ścianę opanowania. Przejechał dłonią po długich, mokrych od śniegu włosach. Nie mył ich od trzech dni. Pogoda zrobi to za niego. Patrzył, jak trumna znika z jego oczu w brązowo-białych czeluściach zimnej ziemi. Jak zwierzak. Jak pieprzony żółw, który zdechł, gdy Zayn był jeszcze dzieckiem. Schował go do pudełka po butach i zakopał w ziemi. “Przyjacielu, zostałeś żółwiem”, uśmiechnął się do swoich myśli, a potem wbił paznokieć w swój kciuk, bo wściekłość wykonała ponowne uderzenie. Poczuł w kieszeni płaszcza ciepłą krew i odetchnął cicho. Silvia patrzyła na niego z obawą, jakby spodziewała się, że miał zaraz zacząć krzyczeć albo paść na kolana, jak Caroline. 
      Nikt jej nie podniósł. Wszyscy patrzyli z tym swoim sztucznym smutkiem, myśląc zapewne, jak bardzo została pokrzywdzona przez los. To nie ona została pokrzywdzona, to Liam. Zayn miał ochotę podejść do niej i szarpnąć, by stanęła na równe nogi, powiedzieć, by się opanowała, ale resztki rozsądku podpowiedziały mu, że zrobiłby tylko scenę. “Niech przeżyje swoją żałobę, Zayn!” krzyknęłaby któraś z dziewczyn. “Uspokój się, stary”, powiedziałby Niall. 
      Pieprzyć to. Pieprzyć to wszystko. Oblizał wargi i odwrócił się od tłumu w momencie, w którym trumna uderzyła o grunt. Czerwony mustang jechał powoli pobliską ulicą. Bardzo powoli, jakby jego pasażerowie chcieli dojrzeć, co było przyczyną zbiorowiska. Idiotyzm, przecież to cmentarz. Wtedy Zayn dojrzał, kto siedział za kierownicą. Uśmiechnięta twarz Hemmingsa majaczyła za szybą. Ktoś wychylał się zza jego ramienia. Chyba Irwin. Zayn nie dostrzegł dokładnie drugiej osoby, ale to nic. Miał przekonać się o jej tożsamości za kilka sekund. 
      Sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej marynarki i pogłaskał opuszkami palców zimny metal pistoletu. Pokazując gestem Silvii, by została na swoim miejscu, ruszył powolnym krokiem, wymijając dziesiątki, rozmywających się w jego oczach, czarnych postaci, zbliżając się do swojego celu, który zdawał się teraz zatrzymać. Tak, to zdecydowanie Irwin. Blond loki wynurzyły się zza zagłówka fotela.
      Czuł topiący się pod jego butami śnieg, w który zanurzał się lekko i brnął dalej, wyjąwszy już z marynarki śmiercionośną broń. Nikt nie zwracał na niego uwagi, nikt nie chciał odwrócić wzroku od trumny czy Caroline, co dało mu idealną okazję do namierzenia na muszkę czubka nosa Hemmingsa.
      Był tak zaabsorbowany tym, co robił, tak zagłuszony przyspieszonym biciem swojego serca, że nie dosłyszał kroczącego za nim Harry’ego, który jako jeden z niewielu zwrócił uwagę na zniknięcie Malika. Dostrzegłszy pojazd, w który wpatrzony był brunet, Harry ucałował delikatnie czoło Mileny i szepnął jej do ucha, by na niego poczekała. Gdy zobaczył, że broń zalśniła w dłoni przyjaciela przyspieszył kroku i dorwał go w momencie, w którym kurek opadł z kilkukrotnym kliknięciem, przyciśnięty przez kciuk Zayna. 
      - Nie tutaj. - warknął, kładąc dłoń na jego ramieniu i obniżając je powoli. Malik zamrugał szybko, jakby wybudził się z ogarniającego go amoku, a potem wykrzywił twarz w wyrazie pełnym furii. 
      - On zabił Liama. Zasługuje na to samo! - rzucił, odpychając szefa od siebie i ponownie celując bronią w roześmianą twarz Hemmingsa. Z tej odległości dostrzegł na tylnym siedzeniu Hooda, który ze zmartwieniem wpatrywał się w tłum żałobników. Skurwiel, udaje, że mu przykro. 
      - Wywołasz zamieszanie, zniszczysz pogrzeb swojego najlepszego przyjaciela! - ostrzegł go Harry, stając przed nim, przez co broń została wycelowana w jego pierś. Zayn oddychał ciężko, wywołując kłębki pary, która znikała błyskawicznie na mroźnym powietrzu. 
      - Trudno! Jego nie będzie już to obchodzić. JEST MARTWY! - dłoń mężczyzny trzęsła się mocno, a Harry nie był w stanie stwierdzić czy to z nerwów, czy zimna. Bez cienia strachu, ujął ją i, z lekkim wysiłkiem, wyciągnął z niej pistolet. 
      - Zayn, wiem, że cierpisz, każdy z nas cierpi… - zaczął, ale Zayn popchnął go nagle, a w jego oczach zaszkliły się łzy. 
      - Gówno prawda! Wszyscy skazaliście go na straty, mieliście w dupie! Widzieliście w nim tylko ćpuna. Kto się nim zajmował, gdy wskoczył w to gówno? Ty byłeś gotowy wypierdolić go z pracy! - wrzasnął, a kilka głów odwróciło się w ich kierunku. Harry podniósł rękę, uspokajając tłum, który wyrozumiale powrócił do obrządku, uznając zapewne, że to kolejny akt rozpaczy. Nie mijało się to z prawdą. 
      - Przez oskarżenia Michaela. Wiesz przecież, że uznawałem Liama za wartościowego pracownika. Cholera, uznawałem go za przyjaciela! - wyznał, starając się nie podnosić głosu. Zayn ścisnął wargi i pociągnął nosem, a potem pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć w jego słowa. 
      - A mimo to bronisz jego mordercy. Taki z ciebie przyjaciel, Styles! 
      - Jeśli zabijesz Hemmingsa wszystko może się posypać!
      - JUŻ SIĘ POSYPAŁO! LIAM NIE ŻYJE! 
      Czerwony mustang odjeżdżał właśnie, a Zayn zauważył za plecami Harry’ego, jak Ashton Irwin wychyla się przez okno i przesyła mu buziaczka, uśmiechając się ironicznie. Zabiję go. Zabiję ich wszystkich, głos, który podszeptywał mu owe myśli, wrzeszczał teraz jak oszalały w jego głowie. 
      - Musimy się dowiedzieć dlaczego Liam zginął. Nie możemy działać pochopnie - powiedział Harry, który nie mógł widzieć tego, jak Irwin z nich zakpił. Zayn ledwo go usłyszał przez kotłujące się w jego głowie myśli o potrzebie zemsty. 
      - Pierdol się, Styles. Dla ciebie liczy się tylko biznes. Nic więcej. Im więcej masz kasy tym jesteś szczęśliwszy. 
      - Po prostu chronię całą resztę. Musimy zachować zdrowy rozsądek. 
      Zayn zaśmiał się nagle i głośno, jakby słowa Harry’ego ogromnie go rozbawiły, a potem jego pięść wylądowała nagle na policzku szefa. Harry zachwiał się zaskoczony i chwycił za  bolące miejsce, patrząc szeroko otwartymi oczami na przyjaciela. 
      - Powiedz mi, Styles, czy tak bardzo “chroniłbyś wszystkich”, gdyby to właśnie Louis był chowany w ziemi pełnej śmieci i robactwa? - warknął, pocierając knykcie i mrużąc oczy. Jego głos łamał się nienaturalnie, pozbawiając go ostatnich oznak podobieństwa do Zayna sprzed zabójstwa.
      Harry spojrzał na tłum, który był zbyt daleko, by usłyszeć cios i dostrzegł mokre od śniegu brązowe włosy swojego przyjaciela. Rozumiał, co Zayn miał na myśli. Potrafił sobie wyobrazić jego ból. Cholera, wszyscy cierpieliśmy, ale najbardziej on i Caroline. Potrzeba zemsty była silna, nawet u Harry’ego. Czuł, że Zayn miał rację. Gdyby to Louis zginął, Harry nie zawahałby się pociągnąć za spust, widząc przejeżdżającego obok sprawcę. Hemmings miał tupet, pokazując się na pogrzebie swojej ofiary. To była czysta prowokacja. Luke wiedział, że Harry nie pozwoliłby nikomu na strzelaniny. Ale czy zjawiłby się, gdyby na swoją ofiarę wybrał jego najlepszego przyjaciela? Harry szczerze w to wątpił. 
      - Masz rację. Rozumiem cię, Zayn, masz rację! Hemmings za to zapłaci. Clifford za to zapłaci, wierz mi! - obiecał, będąc pewny szczerości swoich słów. Nikt nie zadziera z moimi ludźmi. Nikt nie zabija moich przyjaciół. Nikt.
      - Hemmings zginie z mojej ręki. - oznajmił Zayn, a Harry’emu nie pozostało nic, jak tylko kiwnąć głową. Malik zasługiwał na swoją zemstę. 
      Phoebe chwyciła się kurczowo dłoni Nialla, gdy zobaczyła w oddali, jak Zayn uderza mocno pięścią Harry’ego. Była jedyną osobą, która to dostrzegła i nie chciała wzbudzać zamieszania. Cokolwiek spowodowało owy akt agresji, musiało zostać rozwiązane między tą dwójką. Ostatnie trzy dni wydawały się tak nierealne, tak odmienne od codzienności, że nic już nie wydawało się jej normalne. Zayn stracił całą swoją elegancję i opanowanie, Caroline nie odzywała się do nich słowem, zamknąwszy się w swoim pustym mieszkaniu. Żaden z chłopców nie chciał rozmawiać. Każdy rozpaczał po stracie przyjaciela. 
      Nie mogła uwierzyć w czyn swojego byłego chłopaka. Nie mogła uwierzyć, że to Luke dopuścił się tak strasznej rzeczy. Znała go dobrze, kochała go długi czas. Od początku był tchórzem. Od początku bał się tej pracy, przez którą zupełnie utracił słodką część swojej natury. Tę, w której zakochała się Phoebe. Choć stał się aroganckim dupkiem, choć podniósł na nią rękę nie jeden raz, nigdy nikogo nie zabił, migając się zawsze od tego zadania. Co poruszyło Luke’iem tym razem? Byłaby mniej zdziwiona, gdyby spróbował zadać cios Niallowi. Mógł być zazdrosny, mógł chcieć wyrównać porachunki, ale nie Liam, nie chłopak, z którym Luke nie miał niemal nic wspólnego. 
      Tchórz, który dopuścił się najgorszego morderstwa, jakie dotąd dotknęło obie grupy. Harry i Michael stracili już wielu ludzi, ale zwykle były to mało znaczące pionki, nigdy część rządząca, nigdy przyjaciele. Niepisany kod zabraniał im zabijać się nawzajem, jakby próbowali sobie udowodnić, że potrafią wygrać bitwę o władzę bez pozbywania się ważnych członków. A teraz osoba, która nigdy wcześniej nie zabiła, pozbawiła życia osoby, która nigdy nie miała zostać zabita. 
      Phoebe spojrzała na klęczącą w śniegu Caroline i przytuliła się mocniej do Nialla. 
      - Kocham cię - szepnęła, pierwszy raz odkąd do siebie wrócili. Normalnie Niall zacząłby skakać ze szczęścia i przedrzeźniać się z nią, że wiedział, że znów to usłyszy. Tymczasem on otoczył ją ramieniem w pasie i kiwnął lekko głową ze łzami wciąż wypełniającymi jego oczy. 
      - Ja ciebie też - odparł, przyciskając swoje wilgotne usta do jej czoła. 
      - Nie umieraj… - poprosiła w momencie, w którym Caroline przestała płakać i zaczęła wpatrywać się ślepo w, niewidoczną pod piachem, trumnę. 
      - Ty też - ostatnie słowo Nialla urwało się w połowie, jakby zabrakło mu powietrza, lub siły do mówienia. Oboje patrzyli na wykopany dół, płacząc cicho. 

      Weszła do pustego mieszkania, w którym porozrzucane były książki, a szkło leżało niebezpiecznie na podłodze. To z zastawy stołowej od jej brata, którą dostali jako prezent ślubny. Przez ostatnie trzy dni Caroline nie robiła nic innego poza demolowaniem jego mieszkania. W końcu miało mu się już nie przydać. 
      Niczym duch, sunęła przez szkło i kartki, zmierzając do sypialni. Była blada i osłabiona, nie docierała do niej ponad połowa bodźców świata zewnętrznego. Opadła na łóżko, które wciąż pachniało jego perfumami. Wtuliła twarz w jego poduszkę i zaczęła wdychać to, co po nim pozostało. Chciała się rozpłakać, ale nie mogła. Jej gardło ścisnęło się boleśnie, jakby ktoś zabraniał jej uronić więcej łez. Jakaś niewidzialna siła próbowała ją przekonać, że on wciąż żył, że miał zaraz zjawić się w mieszkaniu, wyzywając ją za rozbicie pięknego prezentu. 
      Nie mogła wyobrazić sobie kolejnych dni, nie wiedziała jak funkcjonować. To, co jej pozostało miało związek z nim. Z tym, który teraz tkwił pod ziemią, martwy, nieświadomy. Wzięła głęboki oddech i krzyknęła, rozdzierając sobie płuca. Krzyczała do momentu aż w gardle zabrakło jej głosu, aż nie mogła go więcej użyć, a nawet wtedy próbowała wydusić z siebie rozpacz, choć w sypialni rozbrzmiewało tylko ciche syczenie. 
      Chciała go tutaj, obok siebie. Chciała, żeby zjawił się obok niej, pogłaskał po jej lokach i zapewnił, że nigdzie się nie wybiera, jak w ciągu kilku ostatnich tygodni, gdy odstawił narkotyki. Potrzebowała jego osoby, dotyku, ale zamiast tego otrzymała zimny powiew wiatru z otwartego okna i szorstkie muskanie pościeli, która tak uparcie wydzielała jego zapach.
      Po kilku głębszych oddechach, podniosła się i wstała z łózka, zmierzając do szafy. Chwyciła jedną z jego koszul, jej ulubioną i zdjęła ją z wieszaka. Następnie pochyliła się i sięgnęła do ukrytego dna, które odkryła kiedyś i zachowała w tajemnicy przed nim. Otworzyła niewidoczne wieko, a jej oczom ukazało się kilka ampułek, strzykawek i świeżych igieł. Zestaw, który tam schowała, gdy próbował zrezygnować z walki o trzeźwość. 
      Chwyciła w dłoń tyle ile w niej zmieściła i powróciła na łóżko. Znała zasady, znała ten proces, bo przecież sama kiedyś wygrała z nałogiem. Igła do strzykawki, a potem do ampułki. Wciągnąć do wnętrza substancję, pozbyć się pozostałego powietrza. Gdy gotowe narzędzie spoczęło na łóżku obok niej, zawinęła sobie mocno rękaw koszuli wokół ramienia, ponad łokciem i zaczęła zginać i wyprostowywać szybko palce, trzymając w zębach materiał. 
      Skoro nie chcesz do mnie wrócić w prawdziwym świecie, może zrobisz to w tym urojonym, pomyślała i wbiła sobie strzykawkę w wyeksponowaną żyłę.

            Dzień później

      Huk otwieranych drzwi baru zwrócił uwagę wszystkich jego klientów. Speluna wypełniona była dymem tytoniowym i zapachem alkoholu. Harry i Louis w jednej chwili odnaleźli to, czego szukali. Spoglądając na siebie porozumiewawczo, ruszyli pewnym krokiem w stronę mężczyzny siedzącego z papierosem przy barze. 
      Harry chwycił w pięść rozjaśnione włosy i pociągnął
      - Ładny kolorek - zakpił, uwydatniając szyję Michaela i przykładając do niej ostry, militarny nóż. Louis w tym czasie wycelował bronią w jego skroń. Ludzie rozpierzchli się dokoła, krzycząc w przestrachu. Kilka telefonów komórkowych zostało przyłożonych do uszu. 
      Louis rozejrzał się po barze bez wyrazu.
      - Mamy pewne sprawy do wyjaśnienia, nie bójcie się, nie skrzywdzimy żadnego z was - spojrzał na mężczyznę, który szeptał coś właśnie do słuchawki. - Policja tu nic nie wskóra, więc odradzałbym takie rozmowy. Jeśli chcecie wyjść, wyjdźcie. Nikogo nie trzymamy - wyjaśnił, a tłum zaczął przepychać się do drzwi wejściowych. Ludzie deptali sobie po nogach i obijali się o siebie, byleby wydostać się z miejsca, do którego weszło dwóch uzbrojonych szaleńców. 
      Michael zaśmiał się cicho, patrząc do tyłu na Harry’ego, którego ostrze przecięło lekko skórę jego szyi. 
      - Witam, chłopcy. Domyślam się, że chodzi o tego ćpuna? - rzucił zawadiacko. Harry szarpnął go mocno za włosy, wywołując jego syk, a po nożu pociekła stróżka krwi. 
      - Zamknij mordę. Będziesz gadał, kiedy ci na to pozwolimy. - warknął, na co Michael uniósł brwi, ale już więcej się nie odezwał. 
      Louis przycisnął ponownie lufę do jego skroni i odbezpieczył broń, przybierając wygodną pozycję. I on, i Harry byli wypełnieni furią, rządzą zemsty i wywiad, który mieli właśnie przeprowadzić z Cliffordem był tylko formalnością, na którą żaden z nich nie miał ochoty. 
      - Przejdźmy do konkretów - warknął, przystępując z nogi na nogę. - Dlaczego Hemmings zabił Liama? - szturchnął głowę Michaela pistoletem, a ten oblizał powoli wargi. 
      - Dług. - odparł, wywołując kolejną falę wściekłości w obu mężczyznach. 
      - PIERDOLISZ! Nie wkręcisz nam znowu tego gówna! - ryknął Harry, który miał wrażenie, że wyrwał sporą ilość białych włosów. Michael syknął z bólu i spojrzał na niego z wyrzutem. 
      - Nie “znowu”! - warknął, tracąc swój beztroski ton - Jeśli dobrze pamiętam nasza umowa z Irlandii nie wypaliła, a mnie wciąż brakuje półtora miliona, którego pozbawił mnie wasz narkoman! 
      Harry i Louis spojrzeli krótko po sobie, przekazując niemy komunikat, po czym Tomlinson sięgnął po pustą butelkę piwa, stojącą obok niego i, trzymając za główkę, roztrzaskał ją o kant baru. Bez ostrzeżenia wbił ostre odłamki w leżącą na blacie dłoń Michaela, wywołując jego głuchy krzyk. Clifford obnażył zęby, dysząc ciężko i spojrzał na niego z nienawiścią. 
      - Zapłacisz za to! - wrzasnął, a gdy chciał odruchowo przycisnąć dłoń do brzucha, wyciął sobie w niej głębszą dziurę, ozdabiając zieloną butelkę ciemnymi plamami. 
      - Nie, przystojniaku, to ty zapłacisz. Doskonale wiedziałeś, że te pieniądze to sprawka Petersa. Chciałeś znaleźć sobie kozła ofiarnego, bo ciężko ci było przyznać się do zaufania takiej szumowinie, jak on. Dlatego nie miałeś nam za złe, że zginął! - głos Harry’ego drżał z emocji, a nóż, który ściskał, wbijał się głębiej i głębiej w szyję Michaela, wywołując jego stłumione warknięcia. 
      - Wmawiajcie to sobie dalej. Próbujecie uniewinnić kogoś, kto dawno już był stracony. Jeśli coś zrobiłem to wyświadczyłem wam przysługę! Ten dzieciak mógł wam przynieść tylko kłopoty! - syknął, a jego, wolna od szkła, ręka zaczęła trząść się przeraźliwie, jakby ciało zaczęło właśnie odpowiadać na ból, który odczuwało. 
      - Mam tego dość! Louis? - Harry spojrzał porozumiewawczo na przyjaciela, a ten nacisnął kurek i położył palec na spuście, w zamiarze oddania strzału. W tym samym momencie na zewnątrz zabrzmiały syreny, a przez okna dostały się krążące światła wozów policyjnych. Louis przeklął siarczyście, a Harry odciągnął od Michaela nóż i pchnął jego głowę na bar, w którą uderzyła z impetem. 
      Do baru weszło czterech uzbrojonych policjantów, mierzących z broni do sprawców zamieszania. Gdy wysoki blondyn o atletycznej budowie zdał sobie sprawę z kim miał do czynienia jęknął przeciągle i odwołał swoich kolegów. Schował broń do kabury, a potem spojrzał z wyrzutem na Harry’ego. 
      - Naprawdę?! W samym centrum Londynu? - zawołał, załamując ręce. Louis zmrużył oczy i wskazał policjantowi pistoletem wyjście. 
      - Odejdź stąd, Spike, to nie twoje zmartwienie. - powiedział, ale funkcjonariusz pokręcił głową. 
      - Wiecie, że jeśli kogoś zamordujecie na moich oczach, będę musiał was aresztować. Nikomu to nie będzie na rękę. - ostrzegł, a Michael uśmiechnął się lekko z głową wciąż przyciśniętą do, pełnego odłamków, blatu. 
      - A co z gnojkami zabijającymi naszych ludzi na wspólnym gruncie? - warknął Harry. Spike spojrzał na niego ze współczuciem, ale wzruszył ramionami. 
      - Słyszałem o Liamie. Nie jesteśmy w stanie nic zrobić - powiedział cicho. 
      - Ale my jesteśmy - odparł Louis, ponownie mierząc do Michaela z pistoletu. 
      - To się nie uda. Wszyscy wpadniecie, a z wami połowa londyńskiej policji. 
      Długa cisza przerwała tę niewygodną konwersację. Mężczyźni mierzyli się spojrzeniami aż w końcu Harry pociągnął Michaela z powrotem na oparcie krzesła, po czym niespodziewanie wbił nóż w jego udo aż po rączkę. Poczuł jak ostrze zatrzymuje się na drewnie krzesła po drugiej stronie kończyny wroga. Michael krzyknął z bólu i pochylił się nad nogą, oddychając ciężko i jęcząc co jakiś czas. 
      - Rozpoczęliście wojnę. - warknął mu do ucha Harry i, skinąwszy na Louis’ego ruszył do wyjścia. Mijając policjanta w progu Tomlinson powiedział do niego:
      - Jeśli się wykrwawi i umrze to tylko dlatego, że nie zdążył na czas do szpitala, prawda?
      - Bo miał straszny wypadek w warsztacie. - dodał Harry, a Spike pokręcił z niedowierzaniem i głową. 
      - Jesteście chorzy. - powiedział cicho
      - Postaraj się nie zabić żadnego z nas, to nic podobnego cię nie spotka - odparł Styles. 



#TTDff


*Mam nadzieję, że wciąż żyję