sobota, 11 kwietnia 2015

62. You fall through the trees

    Wybaczcie długą nieobecność! Od dzisiaj wracamy z regularnymi rozdziałami! Tęskniłyśmy za Wami, gangu!!! :* 

Kochamy!

A. <3 & M. xx



 You fall through the trees

Kornelia

       - Nie! - krzyk Caluma rozlał się echem po hangarze, gdy lufa została wycelowana prosto w moje czoło. Nie zdążyłam nawet zdać sobie sprawy z zagrożenia, gdy cień wysokiego bruneta padł na mnie i zostałam odepchnięta w tył. Spojrzałam przez ramię Caluma na zszokowaną twarz Michaela. 
       - Co ty odpierdalasz? - warknął wściekle szef wrogiej grupy. 
       - Nie skrzywdzisz ich. Najpierw będziesz musiał pokonać mnie - Calum pochylił się nieco w jego stronę, jak gotowy do skoku, wściekły tygrys. Kącik ust Michaela uniósł się w kpiącym uśmieszku. 
       - Nie baw się w rycerzyka, Hood. Wykonujemy transakcję, jak zawsze - oznajmił w momencie, w którym położyłam dłoń na ramieniu bruneta. Calum zerknął na mnie ukradkiem i pokręcił gwałtownie głową, rzucając Michaelowi wyzywające spojrzenie.
       - To nie jest transakcja “jak zawsze.” - wycedził przez zęby i wyciągnął ramię, by przesunąć za siebie także Milenę, której broń drżała w wyciągniętych dłoniach. Spojrzałam na Michaela, który wciągnął policzki i pokiwał głową, jakby właśnie zrozumiał co tu się działo. 
       - Chyba nie chcesz nas zdradzić dla dupy Tomlinsona, co? - jego głos brzmiał nisko, groźnie, gdy wbił wzrok w ziemię, opuszczając przy tym broń. Jego oczy zniknęły w cieniu, a mnie oblał zimny strach. 
       - Nikogo nie zdradzam. Po prostu powinieneś to przemyśleć. Oni i tak mają już wystarczającą motywację, by wyrżnąć nas wszystkich, gdy będziemy spali. - wyjaśnił Calum, a kropelka potu spłynęła po jego szyi. Oddychał ciężko jakby przebiegł maraton, wciąż próbując zasłonić mnie swoim ciałem. Zamarłam, bo Michael ponownie wycelował w nas pistolet. Tym razem lufa skierowana była w sam środek klatki piersiowej Caluma
       - Oni je tutaj przysłali, zostaną potraktowane, jak każdy inny klient - warknął Clifford, a ja wyraźnie dojrzałam, jak wszystkie mięśnie Caluma napinają się w strachu. - A teraz się odsuń - dodał i nacisnął kurek, dodając swoim słowom groźby. 
       - Mikey - Calum przestąpił z nogi na nogę, jego głos drżał nieznacznie. Kątem oka dojrzałam, jak Milena poprawia uchwyt  na pistolecie, więc ścisnęłam swój, czując jak ślizga się w mojej spoconej dłoni. 
       Michael zmrużył powieki i posłał Calumowi mordercze spojrzenie. Podniósł broń, by wycelować w jego czoło. 
       - Zejdź. Mi. Z. Drogi. - cichy szept był doskonale słyszalny w hangarze. Nikt się nie odzywał, a napięcie narastało z każdą sekundą. Ashton trzymał na muszce Milenę, ona Michaela, Hemmings wciąż siedział w samochodzie Michaela, przyglądając się bacznie tej stresującej scenie.  
       - Nie, Michael, nie pozwolę ci jej zabić - powinnam zezłościć się, że Calum bronił głównie mnie, gdy Milena była w całości na widoku wroga, ale nie miałam czasu o tym myśleć. Coś mi mówiło, że to nie ona była w poważnym niebezpieczeństwie. To też nie byłam ja. Wszystkie trzy pary męskich oczu zwrócone były teraz w stronę bruneta, który tak dzielnie i uparcie osłaniał mnie przed ewentualnym strzałem. Dłoń, którą trzymałam na jego ramieniu zacisnęłam lekko, ale Calum nawet nie zareagował. Wbijał wściekły wzrok w Michaela, podejmując nieme wyzwanie, które ten mu rzucił. Wreszcie Clifford westchnął przeciągle i zabezpieczył broń, którą potem wsadził za pas spodni. 
       - Naprawdę mam to zrobić? - zapytał, załamując ręce. Ashton także schował broń, ale Milena wciąż celowała w jego szefa z determinacją. 
       - Póki żyję włos jej z głowy nie spadnie - warknął Calum, co wywołało we mnie łzy. Powaga tych słów niemal zwalała mnie z nóg. Wiedziałam, że już za chwilę mogłam patrzeć na jego zwłoki. 
       - Calum… - zaczęłam cicho, ale mi przerwał
       - Nie, Kornelia. Tomlinson nie powinien cię tutaj wysyłać. Styles nie powinien wysyłać Mileny. - rzucił, co spotkało się z kpiącym prychnięciem Mileny. 
       - Nie jesteśmy bezbronnymi niewiastami - warknęła i potrząsnęła grzywką, gdy Ashton parsknął śmiechem. 
       - Opuść broń, złotko, coś czuję, że nic wam nie grozi do czasu pokonania tego idioty - rzucił w stronę Mileny i puścił jej oczko. Moja przyjaciółka nie ruszyła się nawet o milimetr, wciąż uparcie celując w jego blond czuprynę. 
       - To, że wy jesteście na tyle durni, by odsłonić się przed wrogiem, nie znaczy, że zrobię to samo. - syknęła
       - DOŚĆ TEGO! - ryknął nagle Michael i wszystkie oczy zwróciły się ku niemu - Hood, odsuń się i nie rób z siebie kretyna. Mieli nam spłacić dług, a nie się targować. Jeśli nie potrafią dokonywać transakcji to ich strata. Posłali swoje dziewczyny, choć wiedzieli jak kończy się niesubordynacja! ODSUŃ SIĘ OD TEJ MAŁEJ DZIWKI! - jego cierpliwość musiała wyczerpać się w czasie krótkiej wymiany zdań między Ashtonem a Mileną. Widziałam żyłę na jego czole, która wyraźnie pulsowała od wysiłku, jaki włożył w ostatni krzyk, który odbił się wielokrotnie od metalowych ścian, ale zdawało się to nie robić wrażenia na Calumie, który rzucił tylko:
       - Po moim trupie 
       - Wedle życzenia - mruknął Michael, pocierając powoli brodę, jakby był bardzo zmęczony - Ash - dodał od niechcenia, a Ashton od razu przystąpił do działania. Ruszył biegiem w stronę Mileny w momencie, w którym Luke wysiadł z samochodu i niespodziewanie doskoczył do mnie, wytrącając mi z ręki pistolet i ściskając moje dłonie za plecami. Calum odwrócił się, gdy jęknęłam z bólu, a na jego twarzy nie było nic poza przerażeniem. 
       - Hemm… - zaczął, ale przerwało mu silne uderzenie pięścią w brzuch. Krzyknęłam, patrząc jak zgina się z bólu, a Michael szykuje się do kolejnego ciosu. Na szczęście Calum szybko zareagował i, wciąż zgięty, natarł na Michaela, powalając go na ziemię z hukiem. Szarpałam się w uścisku Luke’a, obserwując jak Clifford próbuje zrzucić z siebie przeciwnika. Uderzali pięściami jeden w drugiego, nie zważając na konsekwencje. Ich walka zdawała się być wyrównana, lecz już po chwili Michael zyskał przewagę. Przewrócił Caluma na bok i usiadł na jego biodrach a jego pięści rozmazywały się przed moim wzrokiem od prędkości, z jaką wbijał je w jego twarz. 
       - Stop! - wrzasnęłam, ponownie szarpiąc rękami, ale uchwyt Luke’a był nie do pokonania. Łuk brwiowy Caluma trysnął krwią, brudząc jego twarz i jasną koszulę. Wtedy Michael chwycił za poplamiony materiał i szarpnął Caluma za sobą, stawiając ich obu na równe nogi. Brunet zachwiał się gwałtownie, ale palce, które wciąż zaciskały się na jego koszuli, powstrzymały go od upadku. Czułam, że przerażenie całkowicie już ogarnęło moje ciało, a adrenalina wprawiała je w gwałtowne drżenie. 
       - Przestań się szarpać, a wszystko będzie w porządku - syknął mi do ucha Luke, budząc we mnie nową nadzieję. Mimo że brzmiał wrogo, poczułam w jego głosie jakieś wsparcie. Coś mówiło mi, że Luke chciał pomóc. Znieruchomiałam, patrząc w jego jasne oczy, a on kiwnął niemal niezauważalnie głową i rozluźnił palce, którymi otaczał moje nadgarstki. Powróciłam wzrokiem do Caluma, który dyszał ciężko, ale zebrał już na tyle sił, by stać bez “pomocy” Michaela. Wokół jego oka formował się spory siniak, warga była rozcięta, a z brwi wciąż sączyła się krew. Michael wyglądał o wiele lepiej, z lekko obdartym policzkiem. Wbijał wściekły wzrok w swojego podwładnego, synchronizując swój przyspieszony oddech z jego. 
       - Już?! Nauczyłeś się?! - krzyknął, szarpiąc materiałem w swoich rękach. Calum uśmiechnął się lekko i spojrzał na mnie okiem, które wciąż było sprawne. 
       - Calum… - szepnęłam, czując zbierające się łzy. - W porządku… Wszystko w porządku - rzuciłam mu błagalne spojrzenie, ale on tylko pokręcił głową i wykrzywił z nienawiścią twarz. 
       - Kornelia! - skarciła mnie Milena, a Ashton pociągnął ją gwałtownie do siebie. 
       - Pierdoleni Romeo i Julia. Zamierzasz wciąż stawać na drodze transakcji, dla tej dziewczyny? - palce Michaela zacisnęły się na podbródku Caluma, gdy patrzył na niego z wyższością. 
       - Nie rozumiesz - zaczął Hood, ale przerwał szybko, bo Michael wyciągnął swoją broń wolną ręką i wycelował ją prosto w moje czoło. 
       - ZAMIERZASZ STAWAĆ MI NA DRODZE DLA TEJ DUPY?! - ryknął i odbezpieczył pistolet. Calum zareagował błyskawicznie, wytrącając przedmiot z jego uchwytu i odpychając Michaela od siebie. Metal uderzył o brudną podłogę, rozniecając wokół tumany kurzu, ale Michael nie rzucił się po niego. Zamiast tego, kopnął z całej siły Caluma w brzuch, wywołując jego głośne jęknięcie, po czym uderzył go pięścią w twarz. Brunet nie otrzymał nawet chwili wytchnienia, gdy drugi kopniak powyżej pasa sprawił, że wypluł krew, której kropelki trafiły w twarz Michaela. Kolejny cios i znów stróżki krwi wypłynęły z ust Caluma aż wreszcie osunął się na kolana i opadł ciężko na ziemię, tracąc przytomność. 
       - CALUM! - krzyknęłam i, korzystając z rozluźnionego uchwytu Luke’a, uwolniłam się i padłam na ziemię obok mężczyzny, przyciągając jego głowę do swojej klatki piersiowej, patrząc z nienawiścią na Michaela.
MIESIĄC WCZEŚNIEJ

       Silniki samolotu buczały w moich uszach, mimo słuchawek, dostarczających do nich głośne melodie rockowej muzyki. Ciepłe palce na mojej prawej dłoni znaczyły nieokreślone figury, pozostawiając łaskoczące ślady. To nie była moja decyzja. To była decyzja wszystkich innych. Mieliśmy wrócić i nie mogłam ich zostawić. Nie mogłam zostawić Mileny, nie mogłam zostawić Louis’ego. Ale ciężko mi było pożegnać się z mamą. Ciężko było zostawić bezpieczną Polskę. Kraj, którego przecież kiedyś nienawidziłam, z którego chciałam uciec i nigdy do niego nie wrócić. Tym razem nie byłam pewna czy moją Polską nie stał się Londyn. 
       Mimowolnie odsunęłam od Lou dłoń i wcisnęłam ją między uda. Spojrzał na mnie ze zmartwieniem, unosząc w żalu brwi. Powiedział coś, ale silniki i muzyka go zagłuszyły. Z niechęcią wyciągnęłam słuchawki, przekazując mu spojrzeniem, że mógł mówić. 
       - Przepraszam - powiedział cicho i zacisnął szczękę. Patrzyłam na niego przez chwilę, nie reagując na jego przeprosiny po czym kiwnęłam tylko głową i ponownie sięgnęłam po słuchawki, ale powstrzymał mnie delikatnym ruchem ręki. 
       - Powiedz coś - szepnął błagalnie, więc posłałam mu blady uśmiech
       - Louis… W porządku. Wszystko w porządku. - mruknęłam, ale on cmoknął niezadowolony i położył palec na moim podbródku. 
       - Jeśli chcesz wrócić… - zaczął cichym głosem, a ja zacisnęłam powieki i odtrąciłam jego rękę. 
       - Nie chcę. Potrzebuję po prostu czasu - odparłam, wpatrując się w błękitną wodę pod nami. 
       - Pokłócimy się? - zapytał lękliwie, wywołując mój cichy śmiech. Spojrzałam na niego wesoło i kiwnęłam głową. 
       - Oczywiście, że tak. Jeszcze nie raz. - powiedziałam, a on zacisnął wargi, wewnętrzna część brwi ponownie powędrowała w górę. 
       - Ale za to cię kocham - dodałam i pochyliłam się do niego, zatrzymując swoje usta milimetry od jego warg - Za to, że nieważne jak często się pokłócimy, wciąż mam pewność, że mnie kochasz. Nieważne jak źle wyglądają sprawy, wiem, że mi wybaczysz i wiem, że ja ci wybaczę - szepnęłam. Musnęłam swoimi wargami jego, pogłębiając po kilku chwilach pocałunek i poczułam jak uśmiecha się pod moim dotykiem. 
       - Nie bądź taka pewna - zażartował, oddalając się ode mnie. 
       - Za późno - odparłam, a on parsknął śmiechem i cmoknął mnie w czoło. 

       - Milena! Kornelia! Aaaaaa!!! - Phoebe biegła w naszą stronę, w jej dłoni znajdowała się kartka z napisem “Czwórka zjebów”, na widok której parsknęłam śmiechem. Niall kroczył powoli za nią, kręcąc z zażenowaniem głową, ale już po chwili straciłam go z widoku, gdy jego dziewczyna przyciągnęła mnie i Milenę do niedźwiedziego uścisku. 
       - I jak pobyt w Polsce? Tęskniliście? - zasypała nas pytaniami. W tym czasie Niall zdążył już do nas dołączyć. 
       - Szalenie - rzucił od niechcenia Harry, a Phoebe pokazała mu język i chwyciła swojego chłopaka za rękę. 
       - Jak sprawy? - zwrócił się do Nialla Styles. Blondyn spuścił wzrok i zacisnął wargi. 
       - Tak, jak ci mówiłem przez telefon. Z Zaynem jest źle. Caroline wciąż nie daje się odciągnąć od narkotyków - powiedział i cała wesoła atmosfera powitania prysnęła jak najcieńsza mydlana bańka. Ludzie przepychali się wokół nas próbując zdążyć na swoje loty lub spotkać się z bliskimi po podróży, a nasza szóstka stała nieruchomo, jakby czas zatrzymał się na kilka chwil. 
       - Co się dzieje z Zaynem? - zapytałam, a Niall wzruszył ramionami. 
       - Według mnie trochę sfiksował… Jest przepełniony żądzą zemsty, nic nie przemawia mu do rozumu. 
       - Wszyscy się zemścimy. Śmierć Liama nie ujdzie im na sucho - wtrącił Louis, obejmując mnie mocniej w pasie. 
       - Tak, z tym, że Zayn nie myśli o niczym innym. Nie wiem kiedy ostatnio jadł, a myje się chyba tylko dlatego, że Silvia mu każe. Jest strasznie cierpliwa. 
       - Czyli straciliśmy kolejnego? - zapytał Harry, a Niall w odpowiedzi pokiwał głową
       - Na to wygląda. - mruknął smutno. Harry westchnął przeciągle i chwycił w rękę walizkę, którą wcześniej upuścił. Nikt już nic więcej nie powiedział. Wszyscy w milczeniu wyszli z lotniska. 

       - Daj mi spokój Styles! 
       - Opanuj się! Ogarnij! Wszyscy chcemy tego samego, nie rób żadnych głupot!      
       - Chcę zabić Hemmingsa!
       - I to zrobisz! Gdy go złapiemy to ty pociągniesz za spust, ok?
       - Wy wyjeżdżacie sobie na wakacje, zostawiając to wszystko za sobą. Macie w dupie jego śmierć!
       Spojrzałam ze smutkiem na Milenę, której kubek z kawą przestał już parować. Ścisnęła go mocniej i oparła się na schodku za nią. Przywołane krzykami, dochodzącymi z gabinetu Harry’ego, wyszłyśmy z jego biblioteki i ruszyłyśmy w dół schodów, zatrzymując się w ich połowie. Nie musiałyśmy się skradać, bo wszystko było doskonale słyszalne z tej odległości. Opadłam na stopnie, popijając powoli swoją gorącą czekoladę, gdy Milena stukała długimi paznokciami w kubek. 
       - Nigdy nie słyszałam, żeby Zayn tak krzyczał - mruknęła, patrząc niewidzącym wzrokiem przed siebie. Kiwnęłam głową, potwierdzając jej słowa w momencie, w którym w gabinecie Harry’ego rozległ się huk tłukącego się szkła. 
       - Stary! - Louis
       - Pierdolę. Was wszystkich! - Zayn
       - Zayn, nikt się tego nie spodziewał, ale wierz mi, że Michael spodziewa się zemsty i ją dostanie. Potrzebujemy tylko czasu na przygotowanie. - Harry
       Głośne parsknięcie nienawistnym śmiechem i drzwi gabinetu otworzyły się gwałtownie, waląc klamka w ścianę. Zayn ukazał się naszym oczom, a mnie przeszył wewnętrzny ból, gdy zobaczyłam jego twarz. Jego policzki wydawały się zaostrzone, był blady, a podkrążone oczy niemal sprawiały wrażenie trupich. Zagryzłam wargę prawie do krwi, próbując powstrzymać łzy. Minęły dopiero cztery dni od naszego powrotu do Anglii, a ja niczego nie żałowałam bardziej jak swojej decyzji o opuszczeniu rodzinnego kraju. 
       Wszystko się sypało. Zayn szalał z pragnienia zemsty, nie mógł sobie poradzić ze śmiercią przyjaciela, podobnie jak Caroline, która każdą wyciągniętą do niej dłoń odrzucała, zatapiając się w narkotykowym szale. Zdążyłam odwiedzić ją raz w jej mieszkaniu i to, co zastałam przerosło moje najgorsze oczekiwania. Brud, nieznani mi ludzie, których wygląd był co najmniej podejrzany i ona. Blada, chuda, bez cienia troski w jej zachowaniu. Była zaćpana. Obojętna, nie wiedziała co działo się wokół niej. Na podłodze w przedpokoju leżały nieotwarte listy, które listonosz wrzucił przez otwór w drzwiach, kuchnia była zastawiona nieumytymi talerzami. 
       - Caroline, musisz się pozbierać - powiedziałam wtedy, kładąc dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na mnie, jakbym była z innej planety i zaśmiała się cicho. 
       - Kornelia, musisz się wynosić - odparła, a jakiś ćpun siedzący na kanapie klasnął głośno w dłonie i zaśmiał się kpiąco na tę ripostę. Zmierzyłam go wzrokiem z wyższością, ale nic nie powiedziałam, zamiast tego ponownie zwróciłam się do Caroline.
       - Chcemy ci pomóc, wiesz, że możesz na nas liczyć - szepnęłam, ale ona tylko pokręciła głową. 
       - Nie chcę mieć z wami już nic wspólnego - warknęła
       - Liam…
       - LIAM NIE ŻYJE! - wrzasnęła i wypchnęła mnie z mieszkania, zatrzaskując mi przed nosem drzwi. 
       Mimo zdecydowanych różnic w ich wyglądzie, Zayn przypominał ją teraz tak bardzo, że było to niemal przerażające. Czułam, że sytuacja z nimi związana miała się pogorszyć. Coś wisiało w powietrzu i razem z Mileną doskonale o tym wiedziałyśmy. 
       - Co zamierzasz zrobić? - zapytał Harry, przywołując mnie do realnego świata. Zayn uniósł jedną brew i podszedł do drzwi wyjściowych willi. Zanim je za sobą zatrzasną odwrócił się do naszej czwórki i rzucił tylko:
       - Na pewno nie czekać aż łaskawie wybierzecie moment - zimowe słońce zgasło na posadzce razem ze szczęknięciem zamka. Louis krzyknął wściekle i walnął pięścią w klapę fortepianu, a struny zajęczały żałośnie od wstrząsu. Harry spojrzał na Milenę i mnie smutnym wzrokiem po czym usiadł obok mojej przyjaciółki i objął ją szczelnie ramieniem. 
       - Robi się nieciekawie - zauważyła, na co on kiwnął głową i pocałował ją w czoło, zaciskając przy tym powieki. Przerzuciłam wzrok na Louis’ego, który opierał łokcie na instrumencie, wpatrując się w skupieniu na drzwi, za którymi zniknął jego przyjaciel. Wstałam powoli ze schodów i podeszłam do niego w ciszy, która nas otaczała. Objęłam go delikatnie od tyłu w pasie i położyłam policzek na jego plecach. 
       - Poradzicie sobie. Zawsze sobie radzicie - szepnęłam, a on odwrócił się do mnie przodem i uśmiechnął blado. 
       - Obyś miała rację - mruknął, głaszcząc mnie delikatnie kciukiem. Wbił we mnie wzrok, jakby się nad czymś zastanawiał po czym wypuścił ciężko powietrze z płuc i wyprostował plecy.
       - Chodźmy - zaproponował, na co zgodziłam się natychmiastowo. 
       Pożegnaliśmy się z Harrym i Mileną i pojechaliśmy do jego apartamentu, gdzie opadliśmy na kanapę, nie przerywając ciszy, jaka między nami nastała już w samochodzie. Siedzieliśmy obok siebie, trzymając się za ręce i patrząc sobie w oczy bez cienia niezręczności. Nie potrzebowaliśmy rozmowy, nie musieliśmy starać się wymyślać na siłę tematu. Po prostu Louis potrzebował mnie, a ja potrzebowałam Louis’ego i to nam wystarczyło. Po kilkunastu minutach pochylił się do mnie i pocałował lekko, wolno, długo. Położyłam dłoń na jego policzku, dodając mu otuchy, a gdy wreszcie się ode mnie oderwał skrzywił się lekko, jakby powstrzymywał się przed płaczem. 
       - Hej, wszystko będzie w porządku - szepnęłam, ale on tylko wzruszył ramionami i przełknął ciężko. 
       - Może - mruknął bez przekonania, więc szturchnęłam nim lekko, żartobliwie
       - Będzie! Ja tu jestem. Ze mną nikt nie zadziera - oznajmiłam, a on zaśmiał się nieśmiało. 
       - Kocham cię - szepnął
       - A ja ciebie - odparłam i ponownie go pocałowałam. Chwilę później znaleźliśmy się w jego sypialni. 

       Tydzień minął bez znaku życia od Zayna czy Caroline, a Clifford zdawał się nie wchodzić w drogę naszej grupie. Może wciąż się kurował, może zajęły go inne sprawy. Miałam ochotę zadzwonić do Caluma, zapytać o to czy wie co się szykuje, ale uznałam, że lepiej nie odnawiać kontaktu po naszym ostatnim spotkaniu. Cokolwiek to było dało nam iluzję spokoju, którego końca coraz bardziej się obawiałam. I słusznie…

       - CO KURWA?! - wrzask Louis’ego obudził mnie w środku nocy, dwa tygodnie po naszym powrocie z Polski. - Powtórz to! - spojrzałam w ciemności na jego stronę łóżka, ale była pusta. Rozejrzałam się po sypialni i znalazłam Louis’ego stojącego w samych bokserkach przy oknie, rozmawiającego z kimś przez telefon. Oparłam się o ramę łóżka i podciągnęłam kołdrę pod brodę, chroniąc się przed chłodem. 
       - Kiedy? Mhm… mhm… - Louis wciąż był skupiony na rozmowie. Jego głos drżał ze złości, ale starał się już nie krzyczeć, bo zauważył, że się obudziłam. - Phoebe, nie mogłaś go jakoś… Jebany gnojek. Uduszę go… - Phoebe? Dlaczego dzwoniła do Louis’ego o trzeciej dwadzieścia w nocy? - Dobra… Dzięki za informację, skarbie. - rozłączył się i odwrócił do mnie, a jego oczy zabłyszczały lekko w ciemności. 
       - Wybacz, że cię obudziłem - powiedział cicho i potarł nerwowo kark. 
       - Co się stało? - zapytałam, próbując dojrzeć jego wyraz twarzy. Westchnął głośno i wdrapał się na łóżko, a potem położył głowę na moim brzuchu, otulając mnie ramieniem. 
       - Straciliśmy kontakty z Japonią - szepnął, a ja zamarłam, myśląc o Kaitō, którego ostatnio widziałam na pogrzebie Liama. To wyjaśniało dlaczego Phoebe uraczyła Lou telefonem.
       - CO?! Jak to?! - zapytałam, przeczesując palcami jedwabiste włosy, teraz kruczoczarne. 
       - Zayn…
       - Zayn?
       - Miał zająć się negocjacjami, dostarczaniem towaru po śmierci Liama. - miałam wrażenie, że jeszcze bardziej wcisnął w mój brzuch swoją głowę, jakby próbował schować się przed nadchodzącymi kłopotami.
       - Nic nie wychodziło i nic nie przychodziło, a Adachi nie należy do cierpliwych. - dodał, stłumionym przez koszulkę mojej piżamy, głosem. 
       - Ale przecież… Musi rozumieć, że każdy z nas potrzebował czasu po tych okropnych wydarzeniach? - zaprotestowałam, wywołując jego ponury śmiech.
       - Interesy to interesy… “Traciliście już ludzi i wszystko było w porządku” - zakpił z japońskiego akcentu Kaitō po czym warknął przeciągle i przeturlał się na drugi bok, uwalniając mnie od swojego ciężaru. 
       - Co w takim razie zrobicie? - zapytałam, obejmując go ramieniem od tyłu i całując w łopatkę. 
       - Będziemy negocjować. Dzięki tym gnojkom mieliśmy niezłe zyski - mruknął wciąż rozeźlonym głosem. 
       - Mam nadzieję, że wam się uda. Tym razem już bez zrywania umów. - powiedziałam szczerze. 
       - Lecimy za tydzień do Japonii - oznajmił bez ostrzeżenia, przez co znieruchomiałam nagle, a w moim żołądku rozpoczęła swój lot uparta chmara motyli. 
       - My też? - zapytałam, mając na myśli siebie i Milenę. 
       - Nie. - odparł sucho, niemal od razu mordując brutalnie mój entuzjazm. 
       - Dlaczego? - odsunęłam się od niego lekko obrażona i usiadłam wyprostowana. Zdawałam sobie sprawę ze swojego dziecinnego zachowania, ale mimo wszystko nie mogłam powstrzymać zawodu. Zawsze chciałam zwiedzić Japonię, więc, skoro Harry i Louis się tam wybierali, dlaczego nie mogli zabrać nas ze sobą?
       - Bo to są interesy, w które nie powinnyście się mieszać. - odpowiedział i odwrócił się ponownie w moją stronę. Przekręciłam oczami. 
       - Wy możecie sobie negocjować, a ja bym pozwiedzała - burknęłam, krzyżując ręce na piersi. 
       - Kocie… - zaczął błagalnym tonem, ale szybko mu przerwałam
       - Nie, w porządku, rozumiem. Interesy. W Japonii. Itp. Żadnych dziewczyn. Blabla. - parsknął śmiechem i również wyprostował plecy.
       - Właściwie to dziewczyny będą. Phoebe też leci - oznajmił, na co wyrzuciłam ręce w powietrze, wypuszczając oburzona głośno powietrze z płuc
       - Oczywiście, że Phoebe leci - prychnęłam, a gdy Louis spróbował mnie objąć, odtrąciłam jego dłoń.
       - Ona ma najlepszy kontakt z Kaitō - wyjaśnił. Spiorunowałam go wzrokiem, od którego odchylił się lekko do tyłu, jakby miał go fizycznie trafić. 
       - A co ze mną? Podobam mu się, może uda mi się go przekonać! -zaproponowałam, na co oczy Louis’ego zniknęły pod zmrużonymi powiekami
       - Nie. - uciął krótko. Jęknęłam przeciągle i uderzyłam pięściami w pościel
       - Louiiiiis, też chcę do Japonii! - nalegałam niczym niewychowany pięciolatek. Louis rozluźnił się i nagle popchnął mnie na poduszki, kładąc po obu stronach mojej głowy dłonie i zawisnął nade mną. 
       - Zabiorę cię tam. Tylko my, w spokoju, ale innym razem, hm? - zaproponował, używając swojego najbardziej uwodzicielskiego głosu. Moje serce szarpnęło się nagle i wyszczerzyłam zęby
       - Jak najszybciej 
       - Gdy tylko ponownie staniemy na nogi - zapewnił, więc przyciągnęłam go do siebie i pocałowałam najmocniej jak potrafiłam. Mimo późnej godziny Louis zdawał się być chętny na małe igraszki.  Chciałam mu pomóc rozładować stres.
       - Za bardzo cię rozpieszczam - mruknął mi do ucha, gdy jego ręka znalazła się pod materiałem moich spodenek. Nie odpowiedziałam tylko westchnęłam z rozkoszy, jaką mi dawał.


       I znów umierałam z nudy, czekając aż Louis wróci ze swojej podróży. Milena ponownie zaczęła odwiedzać strzelnicę, a ja zaczęłam układać nowy program występów w Irresistible. Kryzys kryzysem, ale praca wzywała, więc postanowiłam zmienić nieco formę, by zająć czymś myśli. Szukałam w internecie piosenek i tekstów, zapisując te, które miałam zaproponować George’owi, przerywając tylko na czas posiłków. Milena nie wracała do późnego wieczora, ale nie martwiłam się. Little Things przechodziło mały kryzys przez nieobecność Zayna i moja przyjaciółka była zmuszona zostawać po godzinach, więc na strzelnicę miała tylko wieczory. Minął tydzień od wyjazdu chłopaków i obie zdawałyśmy się coraz gorzej znosić ich nieobecność. Milena wracała coraz później, ja zatapiałam się w muzyce, próbując nie myśleć o dzwonieniu do Louis’ego co pięć sekund.
       Gdy siedziałam na kanapie, ucząc się tekstów nowych piosenek, drzwi otworzyły się cicho i do salonu weszła moja przyjaciółka, wpatrując się ze zmarszczonymi brwiami w kartkę, którą trzymała w ręku. Przekrzywiłam głowę, zainteresowana tym, co czytała, ale postanowiłam się nie odzywać. 
       - Kornelia… - zaczęła cicho i spojrzała na mnie z przestrachem. Od razu się napięłam, jakby moje ciało już uwarunkowało się na ostrzegawcze znaki i nie traciło nawet chwili na obronne reakcje. 
       - Co jest? - zapytałam kiedy Milena podeszła do mnie powolnym krokiem. Zamiast odpowiedzi podała mi kartkę, a ja chwyciłam ją drżącą dłonią. 

Wisicie Michaelowi 500 000 £
Jutro.
Powodzenia,
Caroline

       - Co? - podniosłam wzrok, zdezorientowana, a Milena pokręciła głową ze skonsternowanym wyrazem twarzy. Sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła z niej telefon. 
       - Wisiało na drzwiach. Ale dlaczego u nas? Przecież nie mamy żadnych długów u Clifforda… - mówiła cicho, jakby wciąż próbowała przeanalizować tajemniczą notkę od Karoliny
       - Wąpię też, żeby Harry i Louis mieli - odparłam i obie zamilkłyśmy, gdy Milena przyłożyła aparat do ucha. Czekałyśmy chwilę aż usłyszałam zniekształcony głos, dochodzący z telefonu. Milena przełączyła Harry’ego na głośnik i położyła komórkę na stole
       - Harry, dostałyśmy dziwną notkę od Caroline… 
       - Wiem. - Harry przerwał jej natychmiast rozeźlonym głosem. 
       - Wiesz? - zapytałam. Usłyszałyśmy jak bierze głęboki oddech.
       - Dostaliśmy od niej smsy. Najwyraźniej ktoś jej poradził by korzystać z towaru Michaela, ale na nasz koszt - warknął i coś huknęło, jakby rzucone ciężko na podłogę.
       - Za 500 000?! - wykrzyknęła Milena
       - Cóż, jej ostatnie imprezy już okryły się niezłą sławą w Londynie - usłyszałam głos Louis’ego i uśmiechnęłam się mimowolnie. 
       - Musimy jej pomóc - powiedziałam
       - Ona nie chce naszej pomocy - mruknął Harry
       - Bo jest zaćpana!  Gdyby otrzeźwiała…
       - Kornelia! Ona nie chce naszej pomocy! - krzyk Louis’ego wywiał ze mnie zadowolenie, jakie wcześniej obudził jego głos. 
       - Louis! Ona nie wie co robi! - odkrzyknęłam, a Milena skrzywiła się lekko
       - Nie kłóćcie się! - skarciła nas - Kornelia ma rację. Musimy jej pomóc, ale najpierw trzeba pozbyć się długu, jaki nam narobiła - dodała racjonalnie i wszyscy zamilkliśmy, nie chcąc wypowiedzieć słów, które wisiały nieuchronnie w powietrzu. 
       - “Jutro” - moja przyjaciółka była pierwszą, która odważyła się zwrócić uwagę na kłopotliwy szczegół w liściku Caroline - To znaczy, że do jutra mamy czas, tak? - upewniła się. Niemal widziałam jak Harry zaciska wargi w napięciu gdzieś tam w Japonii. 
       - To znaczy, że na jutro zostało wyznaczone spotkanie - powiedział słabo, jakby był wyczerpany
       - Spotkanie? Nie możemy po prostu przelać im tej kasy? - zdziwiłam się, a Milena pokiwała głową, zgadzając się ze mną. 
       - Taka kwota byłaby zbyt podejrzana. Banki zwykle kontrolują tak spore transakcje. Clifford potrzebuje gotówki - wyjaśnił Louis, a ja zagryzłam wargę. To miało sens. Wszystkie “akcje” i transakcje, których Harry i Louis dokonywali w terenie. 
       - Więc… - zaczęła Milena, wywołując wszechogarniające napięcie - Nie macie kogo posłać… - zauważyła. To prawda. Niall i Phoebe byli z nimi w Japonii, na Zayna nie mogliśmy liczyć… Ale zaraz, zaraz
       - A co z innymi? Przecież w waszej grupie jest od cholery ludzi - powiedziałam
       - Większość z nich jest rozrzucona po świecie, z czego połowa w Ameryce, gdzie mamy sporą transakcję - oznajmił Harry
       - Ale zostawiliście kogoś w Anglii? - zapytałam, unosząc wysoko brwi
       - Samych świeżaków - z łatwością usłyszałam zniesmaczenie,  brzmiące w głosie Louis’ego. Opadłam plecami na oparcie kanapy, zastanawiając się nad tym co powiedział. Świażaków nie wysyłali nigdzie z dużą ilością pieniędzy ze względu na brak zaufania i obawę o kradzież. Nie mogliśmy dać im ot tak pięciuset tysięcy funtów. 
       - My pójdziemy! - zawołała Milena, a jej oczy zabłyszczały z podekscytowania. Osobiście obawiałam się jej coraz intensywniejszego zaangażowania w nielegalne interesy grupy. Przełknęłam ciężko ślinę, czując jak nieistniejące kowadło opada na samo dno mojego żołądka. 
       - Nie. - głos Harry’ego był zadziwiająco spokojny. Usta Mileny wygięły się w podkówkę. 
       - Nie ufacie nam? - zapytała
       - Nie bądź głupia - zrozumiałam dlaczego Harry zdawał się być opanowany. Po prostu powstrzymywał wybuch złości, która się w nim kotłowała.
       - Harry…
       - Milena! Powiedziałem nie! - jego samokontrola zdawała się gdzieś umykać
       - W takim razie tylko dodacie sobie kłopotów! Jak myślisz, co zrobi Michael jeśli nie dostanie tej kasy?! - Milena zacisnęła pięści z taką siłą, że pobielały jej knykcie.
       - Wyślemy młodych
       - Okradną was! 
       - KONIEC DYSKUSJI! - zadrżałam, gdy potęga głosu Harry’ego sprawiła, że głośnik telefonu zatrzeszczał żałośnie. Przez chwilę w pokoju rozlegały się ciężkie oddechy Mileny i Harry’ego. Pomyślałam o opcji, którą proponowała moja przyjaciółka i poczułam przypływ nadziei, gdy przypomniałam sobie o pewnej, zakochanej we mnie po uszy osobie.
       - Zróbmy to - powiedziałam cicho, a Milena spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami
       - Kornelia… - groźba w głosie Louis’ego nie zrobiła na mnie wrażenia. Był daleko stąd. 
       - Louis, nic nam nie zrobią. Wiem o tym - powiedziałam z pewością siebie
       - Nie wiesz tego - warknął mój chłopak
       - Calum na to nie pozwoli - przerwałam mu i cieszyłam się, że był teraz na innym kontynencie i nie mogłam dojrzeć jego zawiedzionego wzroku. Zapadła długa cisza w czasie której liczyłam sekundy. Przy pięćdziesiątej postanowiłam ponownie się odezwać
       - Nie macie innego wyjścia - powiedziałam. Milena niemal drżała z podekscytowania. Uśmiechała się szeroko, posyłając mi wdzięczne spojrzenie.
       - Zadzwonię do niego - mruknął Louis zrezygnowanym tonem
       - TOMMO! - zaprotestował Harry
       - One mają rację. Poza tym to duże dziewczynki, potrafią o siebie zadbać
       - Ale…
       - Calum oddałby za nią własne życie. Nie podoba mi się to, ale wiele razy mi to udowodnił. Będzie je chronił. - Louis brzmiał tak smutno, że poczułam uścisk w gardle, a łzy zniekształciły mi widok na komórkę, leżącą na stole. 
       - Obyś się nie mylił… - mruknął Harry i już po chwili słyszeliśmy Louis’ego, który ze swojego telefonu zadzwonił do Caluma, grożąc mu, że jeśli pozwoli nas komuś dotknąć straci wszystkie kończyny. 

       Kierowałam ciemnym Audi Louis’ego, czując jak broń ciążyła mi w pasie. Miałam wrażenie, że parzyła skórę, której dotykała. Milena polerowała w dłoniach swój pistolet, pogwizdując wesoło. Dostałyśmy informacje odnośnie adresu wczesnym rankiem od Harry’ego. Nieużywany hangar, w którym kiedyś składowano drewno zdawał się dla mnie najstraszniejszym miejscem na ziemi, a przecież jeszcze go nie widziałam. 
       - Zdajesz się wyjątkowo spokojna - zauważyłam, odrywając myśli od tego, co miało nas czekać
       - Jestem spokojna - odparła Milena i uśmiechnęła się do mnie czarująco. 
       - Zmieniłaś się - mruknęłam pod nosem, a ona zmarszczyła brwi, poważniejąc
       - Ty też - odpowiedziała - Nie bój się, to tylko mała zapłata za narkotyki - dodała już weselej
       - To spotkanie, w którym każdy ma broń, a my dwie walizki z 500 000 funtów - burknęłam
       - Wszystko pójdzie sprawnie, zobaczysz

       I zobaczyłam. Cwaniacki uśmiech Michaela, zmartwiony wzrok Caluma, satysfakcję na twarzy Ashtona i stres na tej Luke’a. 
       - Nie taka była umowa! - krzyknęła Milena, robiąc krok w stronę Clifforda
       - Siedemset tysięcy funtów i ani pensa mniej  - szef wrogiej grupy wzruszył obojętnie ramionami. 
       - Dostałyśmy informację o pięciuset tysiącach! - moja przyjaciółka nie dawała za wygraną, grawitując dłonią w okolicy swojej broni. Nie chciałam doczekać momentu, w którym ją chwyci. 
       - Caroline się popieprzyło. Jeśli nie macie siedmiuset tysięcy, spadajcie do domu. Rozliczymy się w inny sposób. 
       - Clifford, nie pogrywaj ze mną - cisnęła przez zęby, a Michael zagwizdał z podziwem
       - Widzę, że Styles dobrze cię wytresował. Gorzej z różowowłosą księżniczką. Może byłoby lepiej jakby przysłał tylko ciebie. Choć i to, że w ogóle wyznaczył was jest dla mnie niemałym zaskoczeniem. - wyznał i zaśmiał się pod nosem. 
       - Nie obchodzi mnie jak bardzo jesteś zafascynowany naszym towarzystwem. Bierz kasę i spierdalaj - syknęła Milena, ale on tylko pokręcił głową
       - Nie, wybacz, złotko. Brakuje mi dwustu tysięcy…
       - Pieprzony gnojku, nie denerwuj mnie - krzyknęła Milena i wyciągnęła broń, a Ashton i Michael zareagowali niemal natychmiastowo, wykonując ten sam ruch. Teraz dwie lufy były skierowane w Milenę, jedna w Michaela. Chwyciłam swój pistolet, ale nie uniosłam go w górę, bojąc się, że wypadnie mi z rąk. Drżałam na całym ciele przerażona niebezpieczeństwem, w jakim właśnie się znalazłyśmy.
       - Opuść broń, maleńka, nie chcemy wam zrobić krzywdy - powiedział cicho Clifford, ale Milena zdawała się nie mieć zamiaru go posłuchać. Mężczyzna westchnął tylko przeciągle i powolnymi ruchami przesunął lufę, która tym razem wycelowała prosto w moje czoło. Zamarłam, a w mojej głowie pojawił się obraz Evana Petersa, gotowego pociągnąć za spust. Poczułam w oczach piekące łzy. 
       - Może to cię przekona - warknął Michael.
       - Nie! - usłyszałam głos Caluma

***

       - Zapłacisz mi za to - warknęłam, gdy krew Caluma zabarwiła w większości front mojej bluzki. - Gnojku, zapłacisz! - rozpłakałam się i położyłam swoje czoło na czole Caluma
       - Cal - szepnęłam, walcząc o to, by odzyskał przytomność. 
       - Słodkie - prychnął Michael i, bez ostrzeżenia, odepchnął mnie od bruneta i szarpnął za jego rzeczy, z siłą uderzając nim o ziemię. Wstrząs wybudził mężczyznę, który spojrzał na swojego oprawcę zmrużonymi oczami i kaszlnął kilka razy, wylewając z siebie krew. 
       - Cl… Clifford, dość - powiedział słabym, zachrypniętym głosem, ale Michael już pociągał go za jego koszulę. 
       - Wciąż żyjesz - warknął tylko i wyciągnął wolną rękę, a Ashton podał mu broń. Błysnęło mi bielą przed oczami i zdawałam się utracić chwilowo słuch, skupiona na śmiercionośnym przedmiocie. Przerażenie opanowało mnie całą, kierując moimi ruchami, gdy rzuciłam się między mężczyzn, odpychając Michaela od Caluma
       - Nie! Błagam, Michael, zapłacimy! Zapłacimy! Daj nam czas do jutra! - krzyczałam, chowając Caluma za sobą. Michael uśmiechnął się z satysfakcją i ku mojemu zdziwieniu schował pistolet.
       - Cóż. Łatwo poszło - wzruszył ramionami i skinął na Ashtona i Luke’a, którzy ruszyli powolnym krokiem do samochodu. - Jutro w tym samym miejscu, o tej samej porze. Ach i - podszedł do walizek, rzuconych wcześniej przez nas pod jego nogi - To już sobie wezmę i przeliczę. - dodał i wsiadł z nimi do samochodu, którego koła zakręciły się w miejscu z głośnym warknięciem silnika, wyrzucając w powietrze tumany kurzu. 
       Rozpłakałam się i odwróciłam twarzą do Caluma, obejmując go mocno i mocząc jego szyję swoimi łzami. Zakaszlał cicho i chwycił się za brzuch. 
       - Głupia… - wycharczał, ściskając w pięści moją bluzkę - Prawie dałaś się zabić - dodał, patrząc na mnie niespuchniętym okiem. Strumienie łez zalały moją twarz, gdy ponownie przycisnęłam go do siebie. Milena milczała uparcie, ale nie dbałam o to. 
       - Więcej tego nie rób! - skarciłam Caluma przez ściśnięte gardło. Oddychał ciężko, spazmatycznie, jakby większa ilość powietrza w płucach sprawiała mu ból
       - Nie mogę obiecać - szepnął i opadł bezwładnie w moich ramionach, po raz drugi tracąc przytomność. 



#TTDff

15 komentarzy:

  1. jak zwykle fantastyczny rozdział! ale ile tu się dzieje ,zawału można dostać xD
    nie chce wyjść na sukę ale..nie mogłaś już dać zabić Caluma? to by trochę ułatwiło sprawę i ja bym się cieszyła (tak wiem i tak jestem suką) XD
    Pozdrawiam i oczywiście czekam z niecierpliwością na następny :) love x

    OdpowiedzUsuń
  2. O W DUPE!! To jest boskie *-* Jebany Clifford podskakuje -,-

    OdpowiedzUsuń
  3. O NIE O NIE O NIE
    TO JEST ŻYCIE
    DOBRA HOOD, MASZ PLUSA U MNIE, ALE TYLKO JEDNEGO, OK?
    BOŻE KOCHAM TOOO
    JAK GŁUPIA WCHODZIŁAM CO PIĘĆ MINUT SPRAWDZAĆ CZY JEST NOWY HAHAHAH

    OdpowiedzUsuń
  4. Woah, genialne jak zwykle. Tęskniłam :) x @stylelightz

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda ich trochę no ale cóż do następnego

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja pierdole. Kocham Caluma jsbshe

    OdpowiedzUsuń
  7. Nareszcie! Co za emocje dziewczęta..

    OdpowiedzUsuń
  8. Rozdział super, jak widać akcja już się rozkręca ;) Czekam na kolejny ;*

    OdpowiedzUsuń
  9. O kuuuurwaaa
    Po takiej przerwie taki rozdział jest jak woah
    Przeczytałam kilka zdań i sprawdzałam, czy na pewno czytam odpowiedni rozdział.
    TYLE AKCJI *-*
    Aż się czuje tą adrenalinkę ;3
    W sumie, okej, nie lubiłam Caluma, bo się przystawiał do Kornelii, ale tak mi się go szkoda zrobiło ;c
    Mam focha na Mike'a, jak on mógł to zrobić? No jak?
    Dwieście tys. więcej, jasne -.-
    Ale to było słodkie jak Calum ją bronił i wgl aww
    I Luke coś taki... lepszy się jakiś wydaje, zastanawiające, czyżby ludzie Mike'a zaczęli się od niego odwracać?
    cóż, byłoby ciekawie, nie powiem ;3
    Chcę zobaczyć jak wkurwiony Harry i Louis wprowadzą już tą zemstę w życie, bo co jak co, ale śmierci Liama nigdy nie wybaczę
    Boziuu ten rozdział był taki trochę inny i tyle się działo
    Mega mi się podoba i chcę już następny ^^
    Mniej mi się podoba to, że Zayn ma schizy i nie je
    A Caroline ćpa, no kurde, ona z tym nałogiem walczyła u Liama, czemu nie chce dla niego tego zrobić i wyjść na prostą przyjmując pomoc ? ;c
    Ugh mam nadzieję, że będzie z nimi dobrze.
    Oczywiście, nie napisałam najważniejszej rzeczy, czuję to haha
    Ale zapomniałam, co to miało być więc no ;/
    Do następnego <3
    KOCHAM.:*

    OdpowiedzUsuń
  10. Kurwa Cal, no nie mogę <3 Jebany bohater... Ugh. Mike chuju bądź chociaż honorowy jebako.. Zaynie </3

    OdpowiedzUsuń
  11. Ooooo mamo!!!!! Jak ja was kocham! Ale więcej Caluma! Duuuuuuży plus dla Hooda! Głupi Michael!! Jak mógł go tak stłuc!!!
    Kocham <3
    Miška

    OdpowiedzUsuń
  12. Ostatnio nie mam po prostu słów aby opisać rozdziały ponieważ są tak pięknie i przemyślane i po prostu omg kocham co do takich niebezpiecznych sytuacji to są super i mam nadzieję, że to dopiero początek dużego napływu emocji chcialam jeszcze napisac, że podoba mi się również sposób w jaki napisaliście ten rozdział ponieważ na początku jest trochę wątku z końca a później wszystko ładnie opisane i wgl naprawdę po prostu kocham to ff i mam nadzieję, że wasz talent jeśli chodzi o pisanie kiedyś się jeszcze bardziej rozwinie i, że będę mogła kupić jakąś waszą książkę jeszcze raz kocham i kiedy mniej więcej następny?

    OdpowiedzUsuń