piątek, 8 maja 2015

66. Odrobina szaleństwa

Potrzebny Edit: Uwaga! Rozdział może być nieodpowiedni dla wrażliwych osób!
Eee... no to.. Miłego (...?) czytania! :D
Kochamy!

A. <3 & M. xx

Odrobina szaleńtwa


Kornelia

       Zostałam wepchnięta do pokoju hotelowego z taką siłą, że zatrzymałam się dopiero na dwuosobowym łóżku, w które uderzyłam kolanami. Łzy nieprzerwanie znaczyły szlaki na moich policzkach, skutecznie pozbawiając ich lekkiego makijażu. Głośny trzask zamykanych drzwi sprawił, że zgarbiłam się ze szlochem. 
       - “Nie, Louis, nie”, “nie zabijaj Caluma”, “nie zabijaj MOJEGO UKOCHANEGO”! - gardło Louis’ego miało na następny dzień boleśnie poczuć konsekwencje jego wrzasków. Zacisnęłam dłoń na swoim ramieniu, spuszczając głowę, bo bałam się spojrzeć w, opanowane furią, oczy. 
       - To nie tak… - szepnęłam i skuliłam się, gdy nocna lampka roztrzaskała się na ścianie, zasypując podłogę ostrymi odłamkami. Louis oddychał szybko i rozglądał się po pokoju, jakby szukał kolejnej rzeczy, na której mógłby się wyżyć. 
       - Nie chodziło o Cal…
       - Nie pierdol, Kornelia! Nie wciskaj mi kłamstw, nie jestem głupi! - krzyczał głośno, powodując, że czułam się jeszcze mniejsza niż byłam. Płakałam cichutko, próbując zdobyć się na odwagę i przebić głosem Louis’ego, ale zdawało się to nie możliwe. Byłam pewna, że Phoebe i Niall słyszeli nas doskonale (a raczej Louis’ego), mimo że ich sypialnia znajdywała się trzy pokoje dalej. 
       - A teraz twój zdradziecki kochanek porwał Hazzę i Milenę. Kto wie co będą im robić, czy ich nie zabiją! TWOJĄ PRZYJACIÓŁKĘ, KORNELIA. - objęłam się ramionami, choć w pokoju było ciepło, zbyt ciepło. 
       - Wiem… - moje usta uformowały to słowo, lecz z gardła nie wydobył się żaden dźwięk
       - Co? - ostry ton Louis’ego wycinał długie szramy w moim sercu. Nie patrzyłam na niego, bo nie mogłam sobie wybaczyć tchórzostwa, jakim popisałam się kilkadziesiąt minut temu.
       - Wiem. - powtórzyłam nieco głośniej i przeczyściłam gardło. Louis zaklął, a w pokoju ponownie rozległ się huk tłuczonego szkła. Podniosłam nieznacznie wzrok, by zobaczyć co tym razem padło ofiarą wściekłości mojego chłopaka. Na szczęście były to tylko puste lampki i butelka po szampanie, jakim raczyliśmy się poprzedniego dnia.
       Nagle Louis podszedł do mnie szybkim krokiem, a ja pisnęłam mimowolnie i cofnęłam się gwałtownie, ponownie uderzając nogami w ramę łóżka. 
       - Gdybym wiedział, że przez ciebie wszystko pójdzie się jebać… - pochylił się groźnie nade mną i wyszeptał te słowa do ucha. 
       - Przepraszam… Ale nie uważam, żeby to była moja wina - zrobiłam to. Postawiłam mu się. Wiedziałam, że byliśmy w beznadziejnej sytuacji, że musieliśmy jak najszybciej ratować Milenę i Harry’ego, przewieźć ciało Zayna do Anglii, ale nie mogłam pozwolić, by Louis tak bezkarnie się na mnie wyżywał. 
       - Co? - był zdziwiony. Nie spodziewał się odważnej odpowiedzi. Wyprostował się, oddając mi nieco przestrzeni osobistej i patrzył na mnie z góry nienawistnym spojrzeniem, od którego miałam ochotę skoczyć z okna. Tak wiele rzeczy rozumiał opacznie. Tak wiele domysłów, którymi zaprzątał sobie głowę było nieprawdziwych. 
       Wzięłam kilka głębszych oddechów i spojrzałam na niego przez łzy
       - To nie moja wina, że akcja nie wypaliła. - powiedziałam zachrypniętym głosem
       - Gdybyś mnie nie powstrzymała…
       - Michael zabiłby Milenę. 
       - GÓWNO PRAWDA! Chodziło ci tylko o tego skurwiela! - zaciskał pięści, które drżały przeraźliwie. Nie dałam się strachowi. Musiałam przywrócić Louis’emu zdrowy rozsądek
       - Gdybyś zabił Caluma Michael nie miałby już nic do stracenia. Wiedziałby, że tak czy tak umrze…
       - Cudownie to sobie usprawiedliwiasz. Pięknie - Louis zaśmiał się w najbardziej przerażający sposób, po czym chwycił mnie za ramię i ponownie się pochylił, zatrzymując milimetry od mojej twarzy.
       - Powiedz mi, “KOCIE”… Gdybym go zabił dalej byś ze mną była? - szaleństwo w jego oczach napawało mnie strachem. Opanowany furią i żalem zupełnie stracił kontrolę - A może dołączyłabyś do Michaela i wpakowała mi kulkę w plecy, gdy nikt by nie patrzył…
       - Co? Louis, posłuchaj siebie. - próbowałam wyplątać się z jego uścisku, ale był zbyt silny.
       - A może oni tak łatwo poradzili sobie z sytuacją, bo za bardzo spoufalałaś się z Calumkiem, hm? Kto wie jak blisko jesteście… - jego źrenice były tak rozszerzone, że niemal zasłaniały cały błękit tęczówek, który tak uwielbiałam. 
       - Proszę cię - błagałam, ponownie zalewając się łzami. Był niewzruszony
       - Powiedz. Ile razy w tobie był, hm?
       - Co…
       - Ile razy wciągał cię do łóżka i pieprzył, jak najłatwiejszą dziw… - zamilkł, gdy, z głośnym plaskiem uderzyłam go płaską dłonią w policzek. Zapiekło, ale to zignorowałam, strzepując tylko rękę. Skóra na twarzy Louis’ego zaczęła coraz bardziej się rumienić, a rozmiar zaczerwienienia odpowiadał mojej dłoni. Zamrugał szybko, patrząc na mnie w szoku, ale jego widok zasłoniła mi kolejna porcja łez. Moje ramię zostało uwolnione, lecz mimo to nie odsunęłam się. Staliśmy tak przez chwilę wpatrując się w siebie i oddychając ciężko, aż nie przerwało nam pukanie do drzwi.
       - Wszystko w porządku? Sąsiedzi słyszeli krzyki! - przytłumiony głos z mocnym szwedzkim akcentem rozwiał otaczającą nas ciszę. Kręcąc głową z zaciśniętymi powiekami, nieco zbyt brutalnie, odepchnęłam Louis’ego od siebie i podeszłam do drzwi. Gdy je otworzyłam, moim oczom ukazała się niska przysadzista kobieta o blond włosach, której twarz wyrażała ogromne zmartwienie.
       - Tak. Znaleźliśmy mysz i trochę przesadziliśmy z reakcją - skłamałam, a pokojówka nawet nie udawała, że mi uwierzyła. Skanowała z uwagą moją zapłakaną twarz, po czym zerknęła do wnętrza pokoju zatrzymując wzrok na rozbitych odłamkach, leżących na ziemi, a następnie Louis’m. 
       - Na pewno? - zapytała, sięgając po moją dłoń. Uśmiechała się dobrodusznie, więc to odwzajemniłam
       - Tak. Nie ma się czym martwić. Przepraszamy, że narobiliśmy hałasu. - zapewniłam i, nim kobieta zdążyła coś jeszcze dodać, zamknęłam drzwi. Nie odwróciłam się od razu do wnętrza pokoju. Spuściłam głowę oparłam rękę o drzwi, drugą ściskając swój brzuch.
       - Przepraszam… - gdybym oddychała nieco głośniej, nie usłyszałabym słów Lou. Ciche, pełne poczucia winy przeprosiny. 
       - Nie spałam z Calumem - powiedziałam, wciąż pozostając w tej samej pozycji. - Sprzeciwiłam się temu, żebyś go zabił ze względu na bezpieczeństwo Mileny. Caluma miało tam nie być. Mówił, że Michael wywalił go z grupy. Calum jest pieprzonym kłamcą i nic nie miałabym przeciwko jego śmierci. - wyjaśniłam i zamilkłam, czekając na reakcję Louis’ego. Ze zdziwieniem przywitałam ciszę. Spojrzałam przez ramię i zmarszczyłam brwi, gdy zobaczyłam, że stał wciąż w tym samym miejscu, w którym przed chwilą wymierzyłam mu policzek. Odwróciłam się przodem do niego, prostując plecy. 
       - Może dla ciebie życie Mileny niewiele znaczy, ale dla mnie jest ona równie ważna jak ty. Może pokonalibyśmy Michaela, może wreszcie byłby spokój, ale za jaką cenę? Już i tak straciliśmy dwóch ludzi. Cholera, ten gnojek bez wahania zabił Zayna. Wbił w jego serce nóż, jakby był zwykłą kukłą. - ścisnęło mnie w gardle, ale zdołałam kontynuować swój monolog - Nazywaj mnie jak chcesz. Dziwka, suka, kurwa, co ci się żywnie podoba. Ale jestem pewna, że skoro Michael nie zabił Mileny teraz to nie zrobi tego później. Poza tym dał nam czas na przemyślenie sytuacji, na odbicie tej dwójki. Gdybyś zabił Caluma Milena już by nie żyła. Kto wie, może Harry też leżałby martwy. Jeśli przez to mam być oskarżana o zdradę, o kłamanie w żywe oczy niech i tak będzie. Zrobiłam jedyną słuszną rzecz. Milena wydała na siebie wyrok, gdy postanowiła działać sama. Ja tylko pomogłam go złagodzić. - oparłam się plecami o drzwi, przecierając dłońmi twarz. Louis odwrócił się wreszcie, ukazując wciąż czerwony policzek. Na powrót przybrał łagodnego wyrazu, a błękit skierowany w moją stronę błyszczał od łez. Louis, jakby nieświadomie, zrobił krok do przodu, potem następny, aż wreszcie znalazł się centymetry ode mnie i wziął mnie w swoje objęcia, przyciskając mocno do siebie. Zaciskając szczękę odwzajemniłam gest, oplatając go ramionami wokół talii. Usłyszałam jak pociąga nosem i zatopiłam twarz w jego czarnej koszulce. Wziąwszy głęboki oddech, przycisnął usta do czubka mojej głowy.
       - Przepraszam. Przepraszam. Przepraszam… - szeptał, a ja mogłam tylko przytaknąć, płacząc w jego ubranie. 
       Nie mogło pójść gorzej. Chociaż pozbyliśmy się Hemmingsa i porządnie uszkodziliśmy Irwina, nie mogło się to równać skali strat, jakie ponieśliśmy. Zayna nie było już z nami, Harry i Milena zostali porwani, możliwe, że również mieli zostać zabici… Nie mogło pójść gorzej…


Milena

       Nie wiedziałam ile czasu minęło, ile dni, godzin i minut… Dzień za dniem upływały tak samo. Zamknięta w jednym pokoju z marnym jedzeniem i ewentualnym wyjściem do toalety, związywana pod wieczór przez nieznanego mi chłopaka byłam prowadzona do najgorszego pomieszczenia, w jakim było dane mi przebywać. 
       Było piękne. Białe ściany, futurystyczne meble, wielki plazmowy telewizor, wiszący za mną i  metalowe krzesło, stojące naprzeciw mojego. A na krześle Harry. Jego, związane z tyłu nadgarstki krwawiły od zbyt ciasnego splotu, z ust sączyła się krew, nawet jego oczy zdawały się ronić krwawe łzy, choć wiedziałam, że to konsekwencja pękniętych łuków brwiowych. Fiolet wokół oczu zdawał się nie goić. Nic dziwnego, nie miał kiedy. Wzdłuż mostka jego nosa raziła ciemna, niemal czarna, szrama. To od uderzenia, które złamało kość. Zapadnięte policzki nadawały mu trupiego wyglądu. Wciąż miał na sobie te same rzeczy, które założył w tamtym okropnym dniu. Brudne od krwi i piachu piwnicy, w której kazali mu spać, nawet z tej odległości trąciły ohydnym zapachem. Rozciętą koszula ukazywała wystające żebra. Choć nie mogły minąć więcej niż dwa tygodnie, Harry wydawał się chudy. Za chudy. Jakby zupełnie odstawili mu jedzenie. Wtedy zdałam sobie sprawę, że byłam traktowana jak królowa. 
       Tego dnia nie spojrzał na mnie, gdy zostałam przywiązana do takiego samego krzesła co on. Zwiesił głowę, a jego zbyt długie włosy zasłoniły poobijaną twarz. Oddychał, ale płytko, cicho, jakby jego płuca również się poddały. Nie odezwałam się. Wiedziałam, że każdy mój protest to kolejna rana na jego ciele. Siedziałam więc i patrzyłam, jak młody chłopak, który mnie tutaj przyprowadził, wylewa na niego wiadro lodowatej wody. Harry nawet nie drgnął.
       ***

       - Ty skurwielu, puszczaj mnie! - krzyczałam do Clifforda, gdy wepchnął mnie do jasnej sypialni. Rzuciłam się na niego, lecz nadal osłabiona po postrzale, nie byłam w stanie nawet go ruszyć.
       - Cicho bądź, panienko i daj się zająć Kaiowi - Michael wskazał ręką na stojącego za nim, niezwykle wysokiego bruneta w okrągłych okularach. Miał na sobie czarny garnitur, a w ręce trzymał apteczkę. 
       - Mam w dupie twojego lokaja, wypuść mnie stąd! Gdzie jest Harry?! - wrzeszczałam, szarpiąc się w jego ramionach. Nawet nie wiedziałam kiedy, przełożył mnie przez swoje ramię tak, jak zrobił to w budynku, z którego właśnie wróciliśmy, i położył delikatnie na łóżku.
       - Chcemy cię żywą i zdrową - powiedział łagodnie, na co kopnęłam go w kolano. Szkoda, celowałam wyżej. Michael syknął cicho i pokręcił głową z dezaprobatą, po czym odwrócił się do Kaia. 
       - Opatrz ją - rzucił tylko i zatrzasnął za sobą drzwi. 
       Walczyłam. Choć wiedziałam, że moja rana powinna zostać zdezynfekowana i opatrzona, walczyłam. Niestety osłabiona, wreszcie dałam za wygraną, pozwalając sobie zmienić bandaż. 
       Dzień pierwszy minął spokojnie. Krążyłam po ładnie wystrojonym pokoju, szukając z niego wyjścia, myśląc gdzie mógł znajdować się Harry. Drugi dzień był podobny, z tym że do pokoju wkroczyła wysoka rudowłosa dziewczyna, która rzuciła we mnie rzeczami na przebranie.
       - Gdzie jest Harry? - zapytałam, ciągnąc ją za ramię. Spojrzała na mnie z góry i wyszarpnęła się brutalnie z mojego uścisku.
       - Tam, gdzie powinien. Zachowuj się - warknęła i wyszła, a ja usłyszałam dźwięk przekręcanego klucza. 
       Trzeci dzień i to samo. Dostałam ohydne jedzenie, świeże ubranie, a z opaską na oczach i związanymi rękami pozwolono mi skorzystać z toalety. Byłam zdezorientowana. Dlaczego Michael nas porwał? Dlaczego trzymał mnie jak jakąś własność? Dlaczego nie mogłam z nikim porozmawiać? Krzyczenie, kopanie w ścianę i rozwalanie przedmiotów w pokoju nic nie dawało. Zawsze o tych samych godzinach otrzymywałam jedzenie, nowe rzeczy i szłam do toalety. Dostawałam na łeb. To był scenariusz jak z jakiegoś chorego filmy. W pewnym momencie zaczęłam zastanawiać się czy w moim pokoju nie było zainstalowanych kamer. Może znalazłam się w jakimś, dziwnego rodzaju, tv-show?
       Piąty dzień zaczął się podobnie, ale zmiana nastąpiła wieczorem. 
       Dźwięk klucza w zamku przerwał mój proces tworzenia liny z prześcieradła i pościeli. Wrzuciłam swój twór pospiesznie pod łóżko i wyprostowałam się nerwowo. Moim oczom ukazał się nieznajomy blondyn średniego wzrostu, który, niewiele mówiąc unieruchomił moje ręce i pociągnął za wiązanie, z niecierpliwym warknięciem. Wstałam posłusznie zaintrygowana zmianą w tej dziwnej rutynie. Przeszliśmy długi korytarz, zeszliśmy schodami w dół i przecięliśmy pomieszczenie, które wyglądało jak kuchnia. Trzy kolejne stopnie w dół i nieznajomy otworzył przede mną drzwi do pokoju, za którego oknami widziałam długi parking i posadzone wokół niego drzewa. Ale to nie wolność na zewnątrz, nie nowoczesny wystrój pomieszczenia, do którego weszliśmy, a dwa krzesła na środku zwróciły moją uwagę. Metalowe, przytwierdzone śrubami do podłogi, jedno puste, na drugim siedział Harry. Miał podbite oko, rozciętą wargę, a na sobie wciąż te same rzeczy, które założył w dzień akcji, ale poza tym wydawał się być cały i zdrowy
       - Boże! - krzyknęłam i wyprzedziłam nieznajomego, by dotrzeć do swojego chłopaka. Zaskoczony blondyn puścił plastikowe linki, a ja opadłam na kolana i położyłam głowę na udach Harry’ego.
       - Milena! - chciał mnie przytulić, ale związane z tyłu ręce brutalnie go zatrzymały. Niewiele myśląc, podniosłam głowę i go pocałowałam, nie pragnąć bardziej na świecie niczego innego, jak móc go dotknąć. 
       - Pobili cię - szepnęłam przez zaciśnięte gardło
       - To nic. To nic… Jesteś cała? - zapytał, obserwując mnie uważnie. Kiwnęłam głową i ponownie pochyliłam się do pocałunku, ale jakaś gwałtowna siła odciągnęła mnie do tyłu. Harry wrzasnął wściekle, szarpiąc uwięzionymi rękami. Wtedy zauważyłam, że nogi również miał przywiązane do krzesła. 
       - Nie próbuj jej tknąć! - brzmiał jak opętany. Jego głos był niski, przesiąknięty groźbą. Nieznajomy, który mnie tu przyprowadził zaśmiał się tylko i pchnął mnie na krzesło, naprzeciwko tego, na którym siedział Harry. Przywiązał mi ręce do oparcia, kostki do nóg krzesła i, niemal łagodnie, pogłaskał mnie po policzku. Wtedy do pomieszczenia wszedł Calum. Wyrwałam się instynktownie i splunęłam w jego kierunku. 
       - Pierdolony zdrajca! - rzuciłam, a on tylko uniósł brwi i podszedł do blondyna. Szepnął mu coś na ucho, na co ten skinął głową, a wtedy Calum stanął za Harrym i pociągnął go nagle za włosy. Warknęłam gardłowo, gdy i jemu powiedział cicho coś, co nie mogło dotrzeć do moich uszu. Harry przełknął ciężko i zacisnął powieki, a mięśnie jego szczęki zaczęły tańczyć szaleńczo. Co ten skurwiel mu powiedział? Chciałam zawołać za Calumem, gdy ten wychodził na zewnątrz, ale przerwał mi nieznajomy.
       - Czas zacząć show - mruknął pod nosem. Zdezorientowana, spojrzałam na niego w momencie, gdy wziął z komody pod ścianą małe kombinerki i zbliżył się do Harry’ego. Napięłam się cała, gdy Harry zaczął szybciej oddychać, jakby spodziewał się czegoś okropnego. Śledził wzorkiem w milczeniu nieznajomego, dopóki ten nie zniknął mu z oczu za jego plecami. Wtedy spojrzał na mnie pełnym poczucia winy wzrokiem. 
       - Harry… - zaczęłam, ale nie było mi dane skończyć, bo Harry nagle krzyknął w agonii, gdy nieznajomy z wystawionym językiem, skupiał wzrok gdzieś za jego plecami, prawdopodobnie na jego związanych dłoniach. 
       - Harry! - krzyknęłam, gdy mój chłopak skierował twarz do sufitu obnażając zęby i tłumiąc krzyki bólu. Czułam rosnącą w sobie panikę, na widok ogromnego cierpienia, jakie przeżywał. Nie wiedziałam co ten pieprzony gnojek mu robił, ale coś mi podpowiadało, że miało to związek z łamaniem kości.
       - Przestań! Do cholery, przestań! - krzyknęłam, gdy po twarzy Harry’ego pociekły łzy. Blondyn spojrzał na mnie z cwaniackim uśmieszkiem i Harry nagle przestał krzyczeć. Spuścił głowę, oddychając szybko i pojękując ciężko. 
       Nieznajomy wyszedł przed Harry’ego i podszedł do tej samej komody, z której wyciągnął kombinerki. Wziął w rękę metalowy talerz, który leżał na jej wierzchu i zbliżył się z nim do mnie. Przystawił naczynie niemalże do mojego nosa i wyciągnął zza pleców kombinerki, na których końcu znajdowała się krew. Nie do końca widziałam co jeszcze, póki nieznajomy nie otworzył ich nad talerzem, a na srebrną powierzchnię spadł cały zakrwawiony paznokieć. Wpatrywałam się w niego z przerażeniem, czując jak w płucach brakowało mi powietrza. 
       - Raz - zaśpiewał wesoło blondyn, patrząc na mnie szaleńczym wzrokiem i, po chwili, odstawił talerz na komodzie. 
       - Ty skurwielu! - krzyknęłam, ocknąwszy się z, ogarniającego mnie, szoku. - Ty popierdoleńcu! Puść go, zostaw! Nie zbliżaj się do niego! - z przerażeniem patrzyłam jak nieznajomy, pogwizdując beztrosko, znów ustawił się za plecami Harry’ego, a ten napiął wszystkie mięśnie w oczekiwaniu na kolejną falę bólu. Blondyn przekrzywiał głowę w lewo i w prawo w akompaniamencie krzyków Harry’ego, podrygując rytmicznie, jakby były one muzyką. 
       - Dwa…
       Pot spływał po czole i szyi mojego chłopaka, gdy przy piątym paznokciu jego gardło postanowiło sprzeciwić się wysiłkowi i Harry stracił głos. Oddychał ciężko przez zaciśnięte zęby, jego ciałem targały niekontrolowane drżenia, a ja musiałam w tej ciszy przysłuchiwać się okropnym, mokrym odgłosom twardej tkanki odrywane od długich palców Stylesa. Moje sprzeciwy i krzyki zdawały się tylko motywować blondyna do dalszych działań, więc wreszcie zamilkłam, płacząc cicho, z głową pełną przerażających dźwięków. 
       Nieznajomy wepchnął mnie do pokoju i rozciął plastikowe paski, po czym zatrzasnął za sobą drzwi. Bez sił, opadłam na kolana przed drzwiami i zaniosłam się szlochem. Krzyki Harry’ego miały mi się przyśnić jeszcze nie raz. Skurwiel pozbawił go wszystkich paznokci u rąk. Wszystkich! Wrzasnęłam do pustych ścian i oplotłam się ramionami, próbując wybić sobie obraz cierpiącego Harry’ego z głowy. 
       Nie chciałam wieczora. Nie chciałam znów usiąść w tym krześle i patrzeć na męki mojego ukochanego, ale nieznajomy nie miał litości. Wytargał mnie z sypialni za włosy, gdy wyraziłam swój sprzeciw. Razem z Kaiem, który pojawił się znikąd, przywiązali mnie do krzesła, skutecznie parując moje ciosy i nie zwracając uwagi na moje krzyki. Wreszcie siedziałam, wbrew swej woli, naprzeciwko drżącego Harry’ego, który uśmiechnął się do mnie blado. 
       - Przepraszam - szepnęłam, a on pokręcił lekko głową. 
       - Ważne, że ty jesteś cała. To nie twoja wina - odparł zachrypniętym głosem. 
       Nagle w pokoju rozbrzmiała klasyczna muzyka, jakiś fortepianowy walc, do którego rytmu zaczął nagle podrygiwać blondyn. Ten człowiek jest chory. Bardzo chory. Nucił pod nosem melodię i uderzał palcami w niewidzialną klawiaturę, pląsając między naszymi krzesłami. Wreszcie, przy którymś głośniejszym dźwięku uderzył pięścią Harry’ego w twarz, a posadzka została opryskana kropelkami krwi. 
       - Gnojku - warknęłam, próbując uwolnić nadgarstki z wiązania. Kolejne rytmiczne uderzenie klawiszy i blada pięść wylądowała na drugim policzku Harry’ego. - GNOJKU! - ryknęłam, ale blondyn zdawał się mnie nie słyszeć, zaabsorbowany muzyką. Krew zalała całą twarz Harry’ego, gdy oba jego łuki brwiowe zostały uszkodzone. Cały czas trwania utworu nieznajomy katował jego twarz w rytm wesołej melodii. Krzyczałam, prosiłam, ale nic na niego nie działało. Gdy usłyszałam, że walc zbliżał się ku kulminacji, blondyn przydreptał tanecznym krokiem do komody i wyciągnął z niej nóż myśliwski. 
       - Nie! - wrzasnęłam, a nieznajomy przyłożył palec do ust i uciszył mnie łagodnie. Wspinające się na wyżyny utworu dźwięki poniosły go do Harry’ego i przy ostatnim z nich nóż został wbity głęboko w udo mojego chłopaka, który krzyknął zatrważająco, po czym nagle zaczął się szaleńczo śmiać. Krew wpływała mu do ust, ale on wciąż śmiał się i śmiał, wywołując moje przerażenie. Nie wytrzymał… Stracił rozum…
       - Z pozdrowieniami od Michaela - rzucił blondyn, wyraźnie poirytowany rozbawieniem Harry’ego. 
       - Kiedyś musiał się za to zemścić - odparł Harry, opuszczając z ciężkim oddechem głowę. Nieznajomy uśmiechnął się tylko ironicznie i podszedł do mnie. 
       Kolejny dzień i kolejna tortura. Choć Harry bardzo się starał, każdego następnego wieczora wyglądał coraz gorzej. Jednego dnia blondyn podtapiał go w wiadrze pełnym wody z lodem, innego rozbił młotkiem jego kolana. Wtedy zemdlałam przez siłę jaką wkładałam w desperacki sprzeciw. Dzień po tym Harry został przytargany do pokoju tortur przez dwóch napakowanych facetów. Nieśli go pod ramię, a jego stopy sunęły bezwładne po podłodze. 
       - Proszę… Proszę, zostaw go, dość - błagałam z płaczem, ale blondyn tylko spojrzał na mnie leniwie i kopnął od niechcenia Harry’ego w jedno z niesprawnych kolan. Harry stłumił jęknięcie bólu i zagryzł kołnierz swojej koszuli. 
       - Dlaczego to robisz? - zapytałam cicho, ale odpowiedzią był drugi kopniak w drugie kolano. Nabrałam powietrza, by zaprotestować, ale zamarłam nagle, widząc, że nieznajomy patrzył na mnie z wyczekiwaniem. Ach tak… Każde moje kolejne słowo było chwilą dodatkowego bólu dla Harry’ego. 
       Nie było wątpliwości, że Harry miał być jeszcze torturowany, ale domyśliłam się, że moje reakcje tylko zwiększały intensywność krzywd. Wtedy zamilkłam i przez kolejne dni patrzyłam, jak blondyn tnie, kopie, bije i upokarza Harry’ego, a ten chudł w oczach. Plamy krwi nigdy nie zostawały z niego zmywane, jego włosy rosły szybko, zasłaniając zmaltretowaną twarz, a ja mogłam tylko siedzieć i na to patrzeć, z każdym dniem tracąc nadzieję na jakikolwiek ratunek. 

       ***

       Wtedy nadszedł wieczór, gdy Harry zdawał się być żywym trupem, nie reagującym na nic co wokół niego się działo. Siedział pochylony na swoim krześle, zupełnie ignorując fakt, że właśnie wylano na niego wiadro lodowatej wody.
       Zimne krople opadały z końcówek jego włosów, a przez jego ciało przechodziły ledwo zauważalne dreszcze, ale on wciąż zdawał się być obojętny na zadane mu cierpienie. Siedział w tej samej pozycji, wciąż pochylony, wciąż ledwo oddychający. 
       Niespodziewanie nieznajomy zaśmiał się cicho i spojrzał na mnie pewnym siebie wzrokiem. Dojrzałam w tym spojrzeniu coś groźnego. Coś, co mogło zwiastować tylko niebezpieczeństwo. Poklepał Harry’ego po plecach, jakby dodawał mu otuchy, a potem podszedł do mnie. Zrobił kilka okrążeń wokół mojego krzesła i zniknął gdzieś przy telewizorze. Zaciskałam zęby, niepewna co miało się teraz stać. To był pierwszy raz, by Harry w ogóle nie zareagował. Pierwszy raz, by nieznajomy kat zwrócił na mnie swoją uwagę. 
       Nagle mój policzek dotknęło coś chłodnego o dziwnej gumowej strukturze. Spojrzałam na przedmiot i zobaczyłam, że nieznajomy dzierżył w dłoni czarny długi i gruby kabel. Na jego końcu wystawały rdzawe cienkie druciki. Nie zdążyłam nawet dobrze przeanalizować znaczenia tej sytuacji, gdy usłyszałam w powietrzu głośny świst i nagle materiał bluzki na moich plecach został rozdarty przez ostre uderzenie. Krzyknęłam z bólu, gdy poczułam jak kabel wyrzyna mi w skórze głębokie szramy. Chciałam zerwać się z krzesła, ale wiązania skutecznie mi to uniemożliwiły. Oddychałam szybko i ciężko, czując pulsujący ból na plecach. Zwiesiłam głowę tak samo, jak Harry, zaciskając przy tym powieki. 
       - Hm… Nie zareagujesz, rycerzyku? - usłyszałam nad sobą cichy głos, a zaraz po nim kolejny świst i kolejne uderzenie, tym razem w mój policzek. Zbielało mi przed oczami, odchyliłam głowę do tyłu, próbując powstrzymać łzy. Krew zaczęła powoli spływać gorącymi strugami po mojej twarz. Z każdym wydechem wydawałam z siebie cichy jęk. Ból był nie do zniesienia.
       - H…Hej, gn-gnoj-u - zachrypnięty, długo nieużywany głos powstrzymał kolejny z ciosów. Nieznajomy zamarł z kablem uniesionym nad głową. Odwrócił się powoli w stronę Harry’ego, a ja podążyłam za jego wzrokiem. 
       Choć wciąż zgarbiony, Styles uniósł głowę, wpatrując się z nienawiścią w nieznajomego. 
       - Mama… cię nie n-nau… czyła, ż-że kobiet się nie b…ije? - zapytał, z trudem wyduszając słowa. 
       Nieznajomy wyszczerzył zęby i podszedł do Harry’ego. Pociągnowszy za włosy, odchylił jego głowę do tyłu, zrównując ich spojrzenia. Harry przełknął ciężko, wprawiając w ruch swoje jabłko Adama i czekając na kolejny ruch chłopaka. Ten rozwinął kabel i owinął go wokół długiej szyi Stylesa. 
       - Nie. Ale za to byłem harcerzem i wiem jak założyć dobry węzeł - odparł i owinął końcówki kabla wokół swojego przedramienia, ściągając przy tym mocniej pętlę na szyi Harry’ego i zmuszając go do mocniejszego odchylenia głowy. Mój chłopak miał zdeterminowane spojrzenie, jakby bez względy na konsekwencje swojego sprzeciwu, wierzył, że postąpił słusznie. 
       Obserwowałam jak kabel wpija się coraz mocniej w posiniaczoną skórę i zaszlochałam. Nic nie mówiłam, wiedząc, że to tylko pogorszyłoby sytuację. Mężczyźni patrzyli na siebie uparcie, gdy nieznajomy wciąż nawijał na ramię kabel. W pewnym momencie Harry zakaszlał niekontrolowanie, a nieznajomy nadstawił ucha.
       - Co takiego? Chyba cię nie zrozumiałem - zakpił i jeszcze bardziej zacieśnił pętlę. Harry obnażył zęby, próbując nabrać powietrza. Białka jego oczu zalały się czerwienią, żyły na szyi i czole uwydatniły wyraźnie. Zacisnęłam powieki, nie mogąc patrzeć na to jak cierpiał.
       Przestań, przestań, przestań, powtarzałam w myślach, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Nie dbałam o ból na policzku i plecach. Chciałam tylko, by Harry mógł wreszcie nabrać powietrza, by poczuł ulgę. Zamiast tego, ku swojemu przerażeniu, usłyszałam, że zaczął się krztusić. Otworzyłam gwałtownie oczy, ale od razu tego pożałowałam. 
       Harry zaciskał powieki, jego zaczerwieniona twarz przybierała powoli fioletowego odcienia, jego usta poruszały się, jak u wyrzuconej na brzeg ryby, ale nieznajomy zdawał się nie zatrzymywać, naciągając kabel coraz wyżej wzdłuż swojego ramienia. Harry szarpnął się w drgawkach, a z jego gardła wydobył się makabryczny, charczący odgłos.
       Rozpłakałam się. To miał być koniec? Tak mieliśmy zakończyć te beznadziejne dwa tygodnie? Nie! Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam patrzeć, jak umiera miłość mojego życia. Tym razem mogę coś temu zaradzić. Nabrałam powietrza w płuca.
       - DOŚĆ! - podskoczyłam na krześle, słysząc za sobą głośny wrzask. Przekręciłam głowę i zamarłam, gdy zobaczyłam Caluma z wymierzonym w nieznajomego pistoletem. Blondyn puścił pospiesznie kabel i uniósł w górę obie dłonie.
       - Hood, no co ty? Przecież… - wystrzał rozdarł moje uszy. Z przerażeniem patrzyłam jak sadysta upada na podłogę z oczami wciąż szeroko otwartymi, choć życie uciekło z nich w chwili wbicia się kuli w jego czoło. 
       Calum zerwał się do biegu i zatrzymał przy Harrym, który opadł na oparcie krzesła, z głową zwisającą bezwładnie. Na jego wyeksponowanej szyi widniały świeże rany po wżynającym się kablu. 
       - Styles. Ej, Styles! - Calum poklepał go po policzku, ale nie spotkał się z żadną reakcją. 
       - Żyje? - zapytałam słabym głosem - Hood, powiedz, że on żyje! - krzyknęłam, wyrywając się do przodu. Plastikowe paski raniły mi skórę na nadgarstkach. Calum pochylił się nad ustami Harry’ego, przystawiając do nich ucho. Zapadła długa cisza, której bałam się przerywać. Moje serce waliło jak młotem, czułam potrzebę wykrzyczenia wszystkich przemilczanych, w ciągu ostatnich dni, próśb i protestów.
       Wystarczyło nieznaczne kiwnięcie głową Caluma, bym rozpłakała się na dobre. Żył. Harry żył i to było najważniejsze. 
       - Harry - Hood szarpnął za jego ubranie. Harry mruknął coś cicho, a jego głowa opadła na klatkę piersiową, więc Calum zostawił go w tej pozycji i podbiegł do mnie. Wyciągnął z tylnej kieszeni spodni wielki nóż w skórzanej pochwie i okrążył moje krzesło, by przeciąć, więżący mnie, plastik. Gdy zobaczył moje plecy syknął boleśnie i przejechał palcem nad, pulsującą wciąż bólem, raną. 
       - Wybacz, że nie zdążyłem wcześniej - szepnął, a ja zmarszczyłam brwi
       - Co ty robisz? - zapytałam, odwracając się do niego, czego szybko pożałowałam, bo ledwie wysuszona rana, otwarła się na nowo, piekąc niemiłosiernie. 
       - Wyciągam was z tego gówna. - odparł i jednym sprawnym ruchem, uwolnił moje ręce. Z ulgą potarłam nadgarstki, gdy Calum klęknął przede mną, by oswobodzić moje nogi. 
       - Michael cię zabije - powiedziałam, patrząc jak uwalnia Harry’ego.
       - Mam to w dupie. Tym razem posunął się za daleko. Idzie na dno i doskonale o tym wie. Porwał was tylko dlatego, że chciał osłabić resztę. - wzruszył ramionami i uklęknął przed Harrym.
       - Styles! Ej, Styles - ponownie poklepał go po policzku
       - Hood, je…szcze r-raz mni…e dotknij - gardłowe warknięcie wywołało u mnie pół szloch-pół chichot. Na zdrętwiałych nogach podbiegłam do Harry’ego i ujęłam jego twarz w dłonie, nieświadomie odpychając od nas Caluma. 
       - Harry. Harry… Boże, boże, co oni ci robili? - zapytałam, obsypując jego poranioną twarz pocałunkami. Mimo braku sił, uniósł jeden kącik ust.
       - W…tedy, gdy pat. patrzyłaś czy, gdy by-byłem w swo…jej celi? - zapytał ironicznie, a ja przycisnęłam do piersi jego głowę i ponownie się rozpłakałam.
       - Tak mi przykro, przepraszam. Przepraszam. - czułam się winna tego, że to ja byłam tym dobrze traktowanym więźniem. “Jedyne”. co musiałam robić to patrzeć na to, jak katują mojego ukochanego. Choć kiepsko, byłam karmiona; choć niewygodne, przydzielili mi łóżko; choć w zamknięciu, miałam dostęp do światła dziennego. Harry najprawdopodobniej nie miał żadnej z tych rzeczy. 
       - Musimy się spieszyć, ktoś może się tu za chwilę zjawić - popędził nas Calum, więc odsunęłam Harry’ego od siebie, a Calum bez problemu wziął go na ręce. Miałam wrażenie, że był lekki jak piórko, jak szmaciana lalka, wypełniona słomą. Był taki chudy. Jego głowa opadła luźno w połowie wypowiadania komentarza, jak to Calum wreszcie spełnił swoje marzenia o niesieniu kogoś, jak pannę młodą. Hood odetchnął z ulgą i wskazał podbródkiem wyjście z pomieszczenia na parking.
       - Nieprzytomny nie będzie wrzodem na tyłku - rzucił, zanim wybiegliśmy na zewnątrz. W moją twarz uderzył chłodny deszcz, ale nie dbałam o to. Obserwowałam Caluma, który teraz odwrócił się do mnie tyłem i wskazał na kieszeń w spodniach.
       - Klucze do samochodu - wyjaśnił, więc szybko je wyciągnęłam i kliknęłam przycisk na pilocie, a światła białego Jaguara rozjaśniły mrok wieczoru. Otworzyłam szeroko usta, widząc znajome auto. Louis jeździł nim rzadko, ostatni raz widziałam je podczas kolacji, na którą Kornelia została zmuszona pójść z Kaitō. Ścisnęłam rękaw Caluma, a on zaśmiał się cicho.
       - Tak, to jest auto Louis’ego.
       - Ale…
       - Jesteśmy w Anglii…
       - Co?!
       - Prywatne jety potrafią szybko przemieścić nieprzytomną dziewczynę z jednego kraju do drugiego. A teraz nie gadaj tylko wsiadaj, musisz mi pomóc. - zarządził i, gdy wsiadłam na tylne siedzenie Jaguara, Calum położył Harry’ego obok mnie. Jego brudne, długie włosy opadły na moje kolana, gdy ułożyłam na nich jego głowę. Wciąż bił od niego smród celi, w której był zamknięty i zaschniętej krwi. Głaskałam go delikatnie, obserwując jego ciało. 
       Rozwalona koszula ukazywała niezliczoną ilość siniaków i zadrapań, żebra były tak widoczne pod skórą, że mogłam je swobodnie policzyć, a na zakrwawionych palcach rosły nowe, jeszcze miękkie paznokcie. Jedna łza opadła na zakrwawione czoło, tworząc pojedynczą czystą ścieżkę. 
       - Co oni ci zrobili… - szepnęłam. 
       Calum ruszył gwałtownie i wyjechał na drogę ekspresową, po której pędził grubo ponad dozwolony limit prędkości. Trzymałam Harry’ego, by nie zsunął się z fotela, gdy brunet wyprzedzał samochody jadące zbyt wolno. 
       - Musimy zadzwonić do Eda - powiedziałam, bardziej do siebie niż do kogokolwiek innego, a Calum spojrzał we wsteczne lusterko i puścił mi oczko.
       - Już czeka na nas w domu - odparł. Rozejrzałam się po okolicy, próbując przypomnieć sobie budynki i pola, które mijaliśmy
       - Jesteśmy jakieś 500 mil od Londynu - wyjaśnił, gdy dostrzegł moją zdezorientowaną minę. Och… Wróciłam wzrokiem do ledwo żywego Harry’ego i zacisnęłam wargi, powstrzymując łzy. 
       - Calum… - szepnęłam tak cicho, że mógł mnie nie usłyszeć.
       - Hm? - usłyszał.
       - Dlaczego? - zapytałam, ozdabiając czoło Harry’ego większą ilością łez
       - Co dlaczego?
       - Dlaczego on to robił? - spojrzałam na kolana Harry’ego, które prawdopodobnie były już w połowie zagojone. Calum milczał, patrząc uparcie na drogę. - Nie zadawali nam żadnych pytań, nie wymagali informacji… - wyliczałam, głaszcząc coraz szybciej brudne włosy. 
       - Nie wiem… - odpowiedź Caluma zbiła mnie z pantałyku. - Michael po prostu wydał rozkazy, a my nie pytaliśmy.
       - Nawet ty?
       - Nie chciałem wzbudzić podejrzeń - wyjaśnił, na co kiwnęłam głową. 
       - Musiał mieć w tym jakiś cel - zauważyłam. Moje gardło było coraz bardziej zaciśnięte
       - Na pewno miał. I jestem pewny, że dowiemy się o nim wkrótce - Calum obniżył głos o kilka tonów - Michael nigdy nie zostawia nierozwiązanych spraw - dodał.




#TTDff

16 komentarzy:

  1. Za dużo emocji. Teraz nie będę spala
    Ale nie mogę się doczekać następnego

    Idk co wgl Calumowi sie stalo i im pomogl i dlaczego byl tam samochód Louisa?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko się wyjaśni :D Mam nadzieję, że jednak spokojnie uśniesz :*

      A. <3

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  3. O matko, biedny Harry!
    Jak oni mogli mu coś takiego zrobić, jak!? Dobrze, że żyje. Bardzo dobrze, idealnie. Przynajmniej tyle.
    W ogóle skąd pomysł na wyrwanie paznokci?! :OOO
    Louis, ehh. Dobrze, że się opamiętał.
    Milena mu się postawiła! :3
    Calum wybawca! <33 *i tak jestem na niego zła*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taką mam chorą wyobraźnię i głowę pełną makabrycznych pomysłów xD
      no Louis i Kornela przechodzą małe orzeźwiające trzęsienie w związku :D

      A. <3

      Usuń
  4. Przez to jak się zaczytałam, zapomniałam, że siedzę w wannie i czuje się jak Harry, gdy został oblany tą wodą. Co ja mogę...genialne x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to mialas troche 4D wrażenia :D
      Dzieki, skarbie :*

      A. <3

      Usuń
  5. Co omg to jest chyba najlepszy rozdział od paru rozdziałów (?) Kocham was dziewczyny i kiedy następny?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam sie, to moj ulubiony :D
      Oczywiscie, jak zwykle, w ciagu tygodnia :*
      A. <3

      Usuń
  6. Ty! Bd mieć koszmary!!! <333 piękne, cudne, najlepsze

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cel osiągnięty :D
      Dzieki, kochana :)

      A. <3

      Usuń
  7. O MÓJ BOŻE.Co to było?! Oni wszyscy powinni pójść do piekła.Dla Michaela przydałby się 10 krąg.Ten rozdział był przerażający,ale chyba też niezbędny by uzupełnić klimat opowiadania.Przecież historia o gangerach to nie My Little Pony,gdzie wszystko będzie piękne,łatwe i różowe.To opowiadanie jest piękne, mimo że niektóre rozdziały są brutalne.Nie mogłam uwierzyć w to co Lou powiedział do Kornelii.Jak on mógł?! Ona tak go kocha a on co chwila ma jakiś problem.Okres mu się spóźnia czy co? Harry po prostu mnie zabił w tym rozdziale.Mimo tego,że praktycznie konał tam z bólu obronił Milenę.Brak mi słów, żeby określić jak szlachetne to było. Dziewczyny,dziękuję Wam bardzo za cały trud jaki wkładacie w tą pracę <3

    OdpowiedzUsuń
  8. Meliska się definitywnie skończyła...

    OdpowiedzUsuń
  9. serio to nie na moje nerwy hahah

    OdpowiedzUsuń