wtorek, 16 września 2014

26. Maybe you're hoping for a fairy-tale too?

Maybe you're hoping for a fairy-tale too? 

Kornelia


       To niezwykłe uczucie oddać bliskiej osobie tę cząstkę siebie, o której wie niewielu; którą zachowujesz na ten jeden wyjątkowy moment, gdy już wiesz, że możesz owej osobie zaufać, gdy wiesz, że łączy was więcej niż tylko koleżeńska sympatia. Bo przecież nie zignorujesz faktu, że ten 

ktoś wkrada się w twoje myśli przy każdej możliwej okazji. Mości sobie wygodnie miejsce, wśród wspomnień, obowiązków i planów, które już tam były. Próby odsunięcia go od siebie stają się bezowocne. Ale po co odsuwać od siebie coś, co wywołuje szeroki uśmiech na twojej twarzy? Każde wspomnienie zaćmionych namiętnością oczu Louis’ego, dotyku jego dłoni na mojej skórze, uczucia spełnienia, jakim mnie obdarzył dzięki swoim ostrożnym, precyzyjnym ruchom. Nie... To nie były rzeczy, które chciałabym wyprzeć ze swojej głowy. Przeciwnie - chciałam je zatrzymać, jak najdłużej, napawać się widmem niskich pomruków, które wydawał z siebie, gdy go dotykałam. Louis Tomlinson był mój, a ja byłam jego i nie planowałam tego zmieniać. 
        - O czym tak myślisz, kocie? - cichy głos wywołał moją świadomość na powierzchnię rzeczywistości. Spojrzałam w dół, na leżącego w białych pościelach Louis’ego, wyglądającego teraz niczym błękitnooki anioł, zesłany z niebios, by oddać mi największą rozkosz znaną światu. Pogłaskałam jego brązowe włosy, zaczesując je do tyłu. Przymknął oczy i uśmiechnął się błogo, co wywołało mój stłumiony chichot. 
        - O tobie - odpowiedziałam szczerze szeptem. Błękit ponownie wrócił na moją twarz i pojawił się w nim psotny błysk. 
        - Ach tak? - poczułam ciepło dłoni, wspinającej się odważnie po moim udzie. Uniosłam brew i odtrąciłam ją szybkim ruchem. 
        - Myślałam o tym, jakim jesteś okropnym gnojkiem i od tygodnia wykorzystujesz moje biedne niewinne ciało do swoich obrzydliwych celów - rzuciłam, krzyżując ręce na piersi. Louis oblizał wargi i uniósł się na łokciu, a palcem drugiej ręki zaczął wodzić leniwie po moim ramieniu. Gęsia skórka ukazała zdradziecko, jakie wrażenie zrobił na mnie ten delikatny ruch. 
         - Hm... Tak cię „wykorzystuję”, mówisz? - mruknął w moją szyję, a ja poczułam na niej ciepło jego oddechu. - A jednak, gdy robię coś takiego - miękkie wargi zetknęły się na krótki moment ze skórą. Odchyliłam nieco głowę - Twoje ciało natychmiast odpowiada - pocałunek - prosząc o więcej - jego język zaczął znaczyć okrągłe mokre ślady, na które zareagowałam przyspieszonym oddechem. Dłoń, która wcześniej zajmowała się moim ramieniem, oplotła mnie teraz w pasie i pociągnęła do siebie. Usiadłam okrakiem na jego nagim brzuchu, oddając się powolnej słodkiej pieszczocie, jaką bezustannie obdarzał moją szyję. 
        - Kocie - warknął z napięciem, a potem zassał moją skórę, pozostawiając znak, który przez kilka dni będzie chronił mnie od podrywu innych mężczyzn. Syknęłam cicho i odsunęłam się gwałtownie, patrząc na niego z wyrzutem.
         - Louis! - wykrzyknęłam chwytając się za podrażnione miejsce. Wyprostował się, przez co jego twarz znalazła się kilka milimetrów od mojej. Wykrzywił usta w cwaniackim uśmiechu, przerzucając wzrok z moich oczu na malinkę i z powrotem. 
         - Moja - szepnął i już miał mnie pocałować, ale odchyliłam się szybko, sięgnęłam po plastikową paczkę, leżącą na nocnej szafce i, nim zdążył nawet zareagować, wepchnęłam w jego usta miętową gumę do żucia, sama rozgniatając drugą między zębami. 
         - Twój poranny oddech nie rozpieszcza - powiedziałam, a on wybuchnął śmiechem i, z głośnym zwierzęcym warknięciem, chwycił mnie w pasie i przerzucił na plecy, kładąc się nade mną. 
        - Więc cieszę się, że byłaś przygotowana, bo nie wypuszczę cię stąd dopóki... 
        - Dopóki co? - zagryzłam wargę, patrząc w jego piękne błękitne oczy, w których budowało się wyraźne podniecenie. Nie odpowiedział, a tylko wpił się swoimi ustami w moje i przycisnął mnie do łóżka, po czym pochylił się do nocnej szafki i wyjął z szuflady małą kwadratową paczuszkę.
         Stanęłam w kuchni Louis’ego, rozglądając się w poszukiwaniu szafki, w której schowany był pojemnik z kawą. Zmrużyłam oczy, wskazując palcem na jedną z nich, jakby została właśnie wyznaczona do zeznań na świadka. 
       - Ty, mała suczko - powiedziałam i pociągnęłam za drzwiczki swojej ofiary. Klasnęłam w dłonie, uszczęśliwiona, że dobrze trafiłam i porwałam z półki rozpuszczalną kawę. W ciągu ostatniego tygodnia przygotowywałam ją Louis’emu już piąty raz. Czarna, bez cukru.
        Usłyszałam wesoły śpiew pięknego głosu, dochodzący spod prysznica i uśmiechnęłam się pod nosem, wsypując brązowy proszek do dwóch dużych kubków. Zalałam je wodą (jeden z nich do połowy, dodając do niego mleka) i ostrożnie przeniosłam naczynia do salonu, ustawiając je na stoliku do kawy. Szum wody w łazience ucichł, choć wesołe śpiewanie nie ustępowało. Pokręciłam głową, szczerząc się do niczego nie świadomej ściany pokoju i opadłam na kanapę z marzycielskim westchnieniem. Wtedy do salonu wszedł Louis, nagi jak go natura stworzyła, bosko ociekający kropelkami wody, które nie zdążyły spłynąć z jego gładkiej, jędrnej skóry. Mokre włosy przykleiły się do jego czoła, więc podniósł rękę i zaczesał je placami, ruchem, który wywołał we mnie chęć pociągnięcia go do sypialni i sprawienia, że będzie potrzebował kolejnego prysznica. Powstrzymałam jednak swoje prymitywne żądze i zakryłam pospiesznie oczy (rzucając wcześniej krótkie spojrzenie w strategiczne miejsce między jego nogami). 


         -Tomlinson, cholera ubierz się! - wrzasnęłam zza swojej dłoni. Jego śmiech odbił się od ścian salonu i wrócił do mnie, przyprawiając o ciarki. 
         - Przecież nie jest to nic, czego byś już nie widziała - odpowiedział, a ja usłyszałam, jak zaczął zbliżać się do mnie powoli, więc rozwarłam palce, spoglądając w jego kierunku. 
         - Louis, nie! - przerzuciłam nogi przez oparcie kanapy i zeskoczyłam z niego, używając mebel jako swoją fortecę. 
         - No chodź! Wiem, że chcesz się przytulić - Louis rozwarł ramiona i zrobił kilka kolejnych kroków w moją stronę. Okrążyłam kanapę z piskiem, zostawiając go po jej drugiej stronie. 
         - Jesteś goły! 
         - Powiedz mi coś, czego nie wiem! - zawołał, imitując mój piskliwy ton. Parsknęłam śmiechem i pochwyciłam leżącą na kanapie poduszkę, po czym cisnęłam ją w stronę odsłoniętego członka Louis’ego. Mężczyzna złapał ją z zręcznością tygrysa i odrzucił, trafiając w moją głowę i psując idealne uczesanie włosów, o które walczyłam przez dobre piętnaście minut. Sapnęłam wściekle i, przeskakując przez stolik do kawy, ruszyłam w stronę sypialni. Louis pobiegł za mną, śmiejąc się mrocznie, niczym czarny charakter z jakiejś kreskówki. Dogonił mnie w progu i przyparł do ściany. Nie mogłam powstrzymać chichotu, gdy zaczął obsypywać moje policzki, usta i szyję krótkimi cmoknięciami. Krzyczałam błagalnie, śmiejąc się przy tym histerycznie. Nie trwało to długo. Z każdą sekunda Louis spowalniał swoje ruchy, aż wreszcie mój śmiech ucichł kompletnie, przytłumiony głębokim pocałunkiem. Pociągnęłam Louis’ego nieznacznie za mokre włosy, czując, jak moje rzeczy przesiąkają resztką wody, pozostałą na jego nagiej skórze.
         - Kawa... - szepnęłam między pocałunkami, próbując skupić się na jednej racjonalnej rzeczy, która przychodziła mi do głowy. 
         - Pieprzyć kawę - odpowiedział poważnie i przycisnął mnie jeszcze bardziej do siebie. Poczułam przez cienki materiał legginsów, jak jego członek zaczyna wyprężać się powoli. 
         - Louis, nie mamy czasu - mruknęłam mu do ucha, uśmiechając się błogo, gdy jego ręka dotarła do mojej piersi. Mężczyzna warknął przeciągle i oddalił się wreszcie nieco, zezując na mnie nieufnie, jakbym miała zaraz powiedzieć kolejną rzecz, która go nie zadowoli. Pogłaskałam go po policzku, po czym cmoknęłam w obojczyk. 
          - Ubierz się - poleciłam krzyżując ręce na piersi . Louis sięgnął mojej szyi i dotknął kciukiem zaczerwienionego miejsca, które pozostawił rankiem na mojej skórze. Skrzywiłam się lekko, uświadamiając sobie, że będę musiała to nieszczęsne znamię jakoś ukryć. 
          - Potrafisz zepsuć całą zabawę - powiedział poważnie, przyglądając się malince. Zmarszczyłam brwi, obserwując, jak wyraz jego twarzy pozostawał pełen napięcia. Powiedziałam coś złego? 
          - Ktoś musi być odpowiedzialny w tym związku - rzuciłam, czując jak w ułamku sekundy moje serce zaczyna łomotać. Otworzyłam szeroko oczy, a moja dłoń drgnęła, by zakryć usta, lecz w porę powstrzymałam ten odruch. TERAZ powiedziałaś coś złego, brawo, Madej! Louis odciągnął wreszcie wzrok od zaczerwienionego miejsca i spojrzał na mnie bez określonego wyrazu. Przełknęłam ciężko ślinę.
         - Przepraszam - powiedziałam cicho i wysunęłam się z jego objęć, zmierzając do salonu, w celu założenia butów i jak najszybszej ucieczki do domu. Nie zdążyłam jednak pokonać nawet dwóch kroków, bo dłoń Louis’ego zacisnęła się na moim nadgarstku, zatrzymując mnie gwałtownie. Zadrżałam, w obawie co miało nastąpić, lecz Tomlinson jak zwykle mnie zaskoczył. Przyciągnął mnie do siebie i pocałował delikatnie i długo, jakby każdy jego ruch był dokładnie przemyślany, powolny i precyzyjny. 
         - Racja. To ty jesteś tą odpowiedzialną częścią naszego związku - szepnął w moje usta. Mogłabym przysiąc, że moje serce stanęło na chwilkę, nim rozpoczęło swój szaleńczy łomot. Uczucie, jakie mnie opanowało, mogłam spokojnie określić jako niewyobrażalną euforię. Brakowało tylko sztucznych ogni, rozświetlających tę wspaniałą chwilę. Wyszczerzyłam idiotycznie zęby i pociągnęłam Louis’ego do sypialni. 
         - Może jednak znajdziemy jeszcze troszkę czasu - powiedziałam, na co on rzucił mi najbardziej drapieżne spojrzenie i zatrzasnął za sobą drzwi. 

         - No i pięknie! Kawa zimna - westchnęłam, kręcąc głową. Louis spojrzał na mnie wesoło, znad wiązanego właśnie ciemnego krawata. Wyglądał nieziemsko w swoim czarnym, idealnie skrojonym garniturze. 
         - Warto było - rzucił krótko, puszczając mi oczko. Prychnęłam nonszalancko i podałam mu kubek. - Mam pić zimną kawę? - spojrzał na mnie, jak na wariatkę, a ja zmrużyłam złowieszczo powieki. 
         - Nie będziemy marnować w pełni funkcjonalnego napoju - odparłam, unosząc z wyższością brwi. 
         - Jestem bogaty, możemy sobie na to pozwolić - wzruszył ramionami, oddając mi kubek. Pokręciłam gwałtownie głową i zacmokałam z dezaprobatą. 
         - Pij i nie gadaj. - rozkazałam, wpychając kawę ponownie w jego dłonie, sama chwytając kubek leżący na stoliku i wypijając jednym haustem połowę zimnego napoju. Louis zaśmiał się głośno, ale przyłożył posłusznie naczynie do ust. Piliśmy przez chwilę w ciszy, patrząc sobie w oczy, jakby poranne pobudzanie kawą stało się nagle swego rodzaju wyścigiem. Wreszcie opróżniliśmy kubki, odstawiliśmy je do zlewu, a ja zabrałam się za zmywanie. Louis stał za mną przez chwilę, obejmując mnie od tyłu, więc przepędziłam go poprzez opryskanie letnią wodą. 
          - Garnitur! - wykrzyczał, czmychając gdzieś w kąt kuchni. Zmierzyłam go z wyższością i uniosłam brwi. 
         - Przeżyje - powiedziałam, pokazując mu język. Louis zagryzł policzki i ponownie się do mnie zbliżył. Nie zdążyłam nawet zobaczyć co robi, gdy nagle wilgotna różowa gąbka została umiejscowiona między moimi piersiami, rujnując, dopiero co wysuszoną, bluzkę. Krzyknęłam donośnie i rzuciłam narzędziem, tej niewybaczalnej, zbrodni w uciekającego już mężczyznę. Uchylił się zręcznie, a potem podbiegł do mnie, złapał w talii i, bez trudu, uniósł w górę, sadowiąc mnie na kuchennych szafkach. Jeszcze przez chwilę nie mogłam powstrzymać śmiechu.Umazałam mu twarz rękami skąpanymi wcześniej w mieszance wody i płynu do naczyń, a następnie ucałowałam go czule, wśród otaczającego nas chemicznego zapachu truskawki. 
         Spojrzał mi w oczy, a uśmiech zaczął powoli schodzić mu z twarzy. Zagryzł wargę, jakby zastanawiał się nad czymś intensywnie, a potem wziął głęboki oddech. 
         - Kornelia... Muszę ci o czymś powiedzieć - zaczął, przybierając poważny ton. Cholera... Pokręciłam szybko głową i położyłam palec na jego ustach. 
         - Nie, nie, nie! Proszę nie rujnuj tego tygodnia jakimiś nieprzyjemnymi wyznaniami. - nalegałam błagalnie, zaciskając pięść na blacie szafki. Louis przymknął na chwilę oczy i uwolnił swoje usta. 
         - To ważne - powiedział, lecz coś w jego spojrzeniu mówiło mi, że nie chciałam usłyszeć tej nowiny. 
         - Czy „to” może poczekać?
         - Tak. 
         - Więc niech poczeka - zarzuciłam mu ręce na szyi i wtuliłam się w niego mocno. Oczywiście wiedziałam, że Louis ma przede mną tajemnice. Nie byłam ślepa ani głupia. Jeśli chciał którąś z nich przede mną wyznać, wolałam przygotować się do tego psychicznie. Idealny zabawny i podniecający poranek nie był odpowiednim momentem do takich zwierzeń. 
         Nie poruszył się. Ani o centymetr. Stał w tym samym miejscu, w tej samej pozycji do czasu aż nie odsunęłam się od niego, patrząc mu w oczy. Był spięty. Jakby zestresowany. Potarłam powoli jego ramiona, uśmiechając się uspokajająco. Kiwnął tylko głową, a potem wyszczerzył do mnie zęby, jakby wynurzając się ze swojego mrocznego kotła myśli. Nieprzewidywalny, jak zwykle...
         - No to poczeka - wzruszył ramionami z komiczne bezradną miną, a ja odetchnęłam z ulgą. Może nie miało to być aż tak złe, jak podejrzewałam. 
         Spojrzałam na zegarek, a moje serce załomotało szybko. Odepchnęłam Louis’ego od siebie i zeskoczyłam z szafki. Mężczyzna zaklął soczyście, również sprawdzając godzinę, i rzucił się do eleganckich butów, które nałożył na stopy w błyskawicznym tempie. Ja nie musiałam się spieszyć, lecz on tak. Dzień wcześniej mówił o jakimś ważnym firmowym spotkaniu, odbywające się gdzieś na krańcach Londynu. Do jego rozpoczęcia pozostało mu teraz czterdzieści minut. Niewiele czasu, zważywszy na korki i ogólny ruch drogowy naszej pięknej metropolii. Pociągnął mnie za sobą, zamknął na klucz drzwi apartamentu i zjechaliśmy windą na podziemny parking. 
          - Kornelia. Kocie, wybacz, ale nie będę w stanie cię odwieźć - spojrzał na swoje Audi, a potem na mnie, a w jego oczach zajaśniało najszczersze poczucie winy. Machnęłam ręką i życzyłam mu owocnego spotkania, postanawiając skorzystać z taksówki. Podziękował mi, złożył pospieszny pocałunek na ustach i, będąc już w swoim aucie, ruszył z piskiem opon, by dołączyć do wielkomiejskiego gwaru. Zaśmiałam się pod nosem i ruszyłam powolnym krokiem w stronę ruchliwej ulicy.
          Łapiąc pierwszą lepszą taksówkę, po kilkunastu minutach znalazłam się pod naszym apartamentowcem. Wyszczerzyłam zęby, rozbawiona rozmową z przemiłym taksówkarzem. 

          - Aż mam ochotę sam się uśmiechnąć, gdy panią widzę - powiedział wesoło, spoglądając na mnie poprzez wsteczne lusterko, gdy pędziliśmy przez zatłoczone drogi. Zamrugałam szybko zdezorientowana, a potem ujrzałam swoje odbicie w szybie. Moja twarzy była rozpromieniona, a szeroki uśmiech nie dawał się odgonić przy największym nawet wysiłku. 
          - Nie rozumiem co ma pan na myśli - zażartowałam zaczepnie. Kierowca zaśmiał się serdecznie i pokiwał głową, włączając lewy kierunkowskaz. 

          - Myślę, że doskonale pani rozumie. Wybranek musi być równie szczęśliwy. Ja bym był na jego miejscu - puścił mi oczko, a ja pokręciłam głową, rozbawiona tym, że taksówkarz trafił w dziesiątkę.  Gdy już wyszłam z pojazdu, zapłaciłam za podwózkę, wręczając mu też spory napiwek i ruszyłam w stronę swojej klatki. W połowie drogi stanęłam, jak wryta, a uśmiech zniknął z mojej twarzy, gdy zauważyłam dwie, znajome mi już, sylwetki, stojące dokładnie pod moimi drzwiami. 
           Co oni tutaj do cholery robią? Rozejrzałam się dookoła,  w irracjonalnej obawie, że mogłam być obserwowana, choć wróg numer jeden stał na mojej drodze, doskonale świadomy mojej obecności. Zacisnęłam szczęki i wzięłam głęboki oddech, postanawiając nie tchórzyć i stawić czoła niechcianym gościom. Ruszyłam pewnym krokiem przed siebie, ignorując dwa, rzucone w moim kierunku uśmiechy - jeden serdeczny, drugi ironiczny. Przewróciłam oczami i wyminęłam intruzów szerokim łukiem, wybijając wściekle na tarczy kod otwierający drzwi. Spotkałam się z nieprzyjemnym rzężeniem, obwieszczającym mi, że ów kod jest błędny. Cholerny 21. wiek! Znudziły wam się klucze?! Otwierać się, do cholery! Mam wam zacytować Ali-Babę? 
        - Kruszyna! - zawołał wesoło Hood, a ja odwróciłam się na pięcie i posłałam mu wymuszony uśmiech, po czym wróciłam bez słowa do tarczy, spowalniając swoje ruchy. Sześć... Jeden... 
        - Hej! - podskoczyłam, gdy męski głos rozległ się tuż przy moim uchu. Tarcza zajęczała żałośnie. Zamknij się, zdrajczynio! 
        - Czego? - warknęłam, nie zaszczycając Caluma nawet najkrótszym spojrzeniem. Usłyszałam cichy chichot. Po aroganckim tonie oceniłam, że mógł on należeć do, stojącego za Hoodem, Luke’a. 
BZZZZZ!! Nosz w dupę!
        -
Wciąż jesteś zła? - skruszony ton, sprawił, że wreszcie odwróciłam się do przybyszów z zamiarem nawiązania kontaktu. Oparłam ręce na biodrach i zaczęłam tupać niecierpliwie stopą. 
        - Nie, nie jestem zła, bo cię nie znam. A tym bardziej twojego kumpla - wskazałam głową na blondyna. - Chciałabym za to wiedzieć co tu do cholery robicie, bo wątpię, żebyście wpadli do nas w odwiedziny. - warknęłam, spoglądając wymownie na drzwi za mną. Kolejne parsknięcie wychodzące z ust Luke'a, wywołało u mnie przeciągłe westchnienie. 
          - Posłuchaj, maleńka, nie bądź taką egocentryczką. Nie tylko wy mieszkacie na tym osiedlu - mężczyzna skrzyżował ręce na piersi i spojrzał na mnie z wyższością. Jego słowa i postawa, odebrały mi mowę. Poczułam się zażenowana swoimi domysłami, co jeszcze pogarszały ciskane we mnie, oceniające spojrzenie tego aroganckiego dupka. 
          - Hemmings, do cholery! Bądź miły dla damy - powiedział Calum, karcącym tonem i wskazał na mnie obiema rękami. Luke przewrócił oczami, a nasze spojrzenia skrzyżowały się w jednym momencie. Jego zimne, moje obrażone. 
         - Nasz znajomy ma apartament w okolicy. Byliśmy go odwiedzić. Nie mieliśmy pojęcia, że tu mieszkasz. - brunet mrugnął do mnie wesoło. - Ale skoro już tu jestem... I ty też tu jesteś. Może dałabyś się zaprosić na kolację? W ramach przeprosin? Za to nasze okropne pierwsze spotkanie? - zapytał, bez jakiegokolwiek cienia zmieszania. Otworzyłam usta w zdziwieniu. Czy go totalnie popierdoliło? 
        - Hood, do cholery - słowa, które cisnęły mi się na usta, zostały wypowiedziane przez Hemmingsa, który położył rękę na ramieniu Caluma i odciągnął go nieco ode mnie. Mężczyzna wyrwał się pospiesznie z potrzasku kolegi i powrócił na swoje miejsce, jak gdyby nigdy nic. Zacisnęłam zęby. Miałam wrażenie, że znajdowałam się w scenie z jakiejś tandetnej komedii romantycznej. Brakowało tylko tła z amerykańskiego liceum i bohaterskiego przystojniaka, który wyrwie mnie ze szponów niechcianego natręta. Mój bohater jest aktualnie na jakiejś niezwykle ważnej konferencji... 
        - Myślę, że twoja propozycja nie spodobałaby się... mojemu chłopakowi - rzuciłam, a ostatnie dwa słowa przeszły mi przez gardło z łatwością porównywalną do próby połknięcia czerstwej bułki. Mój chłopak. To brzmiało tak infantylnie. Dlaczego więc czułam się tak dojrzale, gdy to wypowiadałam? Nie pamiętałam kiedy ostatnim razem użyłam owego określenia. Mój ostatni związek rozpadł się z hukiem, gdy miałam 22 lata, a „chłopakiem” i „dziewczyną” przestaliśmy się nazywać na długo przed naszym wielkim rozstaniem. 
        Oczy Caluma zrobiły się wielkie, jak spodki, a stojący za nim Hemmings uśmiechnął się triumfalnie. Poklepał, stojącego przede mną bruneta i wyciągnął telefon z kieszeni. 
        - Chodź, kretynie - ładna barwa głosu blondyna tak bardzo kontrastowała z jego, ociekającym jadem, tonem. Hood ponownie strzepnął z siebie jego rękę, wpatrzony we mnie tępym wzrokiem. 
        - Nie mówisz chyba o Tomlinsonie, co? - zapytał, ignorując zniecierpliwione westchnienia Hemmingsa. Kiwnęłam tylko głową, dając mu znać, że właśnie o nim mówiłam, a mężczyzna uniósł brwi, jakby nie dowierzał moim słowom. Zamrugał kilka razy i odetchnął głęboko.
       - Cóż... Teraz przynajmniej jesteś pewna, że twojej przyjaciółce nic nie groziło - oznajmił, wskazując za siebie, jakby chciał mi ukazać wspomnienia z naszego pierwszego spotkania. Zmarszczyłam brwi zdezorientowana i poczułam tępe pulsowanie z tyłu głowy, zapowiadające migrenę. 
       - Niby jakim cudem? Każde spotkanie z wami kończyło się nieprzyjemnie. Jedyne czego jestem pewna to właśnie tego, że lepiej was unikać. - odparłam i odwróciłam się z powrotem do tarczy numerycznej, zabierając się za ponowne wpisywanie kodu. Calum pochwycił pospiesznie moje ramię. Westchnęłam głośno przy akompaniamencie złowieszczego warknięcia Luke’a. 
        - Calum, dosyć tego! - blondyn szarpnął się, by odciągnąć ode mnie Caluma, lecz został powstrzymany przez jego mordercze spojrzenie. 
        - Do cholery, Hemmings, idź zadzwonić do M... do Pheebs! - wykrzyknął, wahając się w połowie zdania. Powietrze między mężczyznami stało się tak gęste, że zaczęłam obmyślać ewentualny plan działania, w przypadku, gdyby zaczęli się bić. Jeszcze przez chwilę słychać było tylko dźwięki, mamroczącego wokół nas, Londynu. Luke stał sztywno, wpatrując się z napięciem w twarz Caluma, a potem kiwnął lekko głową i odwrócił się bez słowa, przykładając do ucha komórkę. Hood w tym czasie spojrzał mi w oczy z wyrazem, który mogłabym ocenić jako... troskę? 
        - Uważaj na siebie - powiedział krótko, a potem ruszył za swoim towarzyszem, pozostawiając mnie pod drzwiami zdezorientowaną, z bolącą głową i wypełniającym ją tysiącem pytań. Po raz któryś z kolei zwróciłam się ku tej wrednej tarczy numerycznej i wystukałam drżącymi palcami irytujący kod. Złośliwe drzwi ustąpiły po pierwszym razie, a ja kopnęłam je sfrustrowana i wpadłam z zaciśniętymi pięściami do windy. 

        Piękny widok, który spotkałam za oknem salonu, pozwolił mi nieco się rozluźnić. Postanowiłam nie zawracać sobie głowy durnym Calumem i opadłam bezsilnie na szarą kanapę. Przywołałam do głowy wspomnienie zarumienionej twarzy Louis’ego, gdy, wypełniony ostatnimi dreszczami rozkoszy, obsypywał pocałunkami moje ciało, przeszkadzając mi tym samym w próbie ponownego założenia na siebie ubrań. Śmiałam się wtedy, próbując się od niego odsunąć, lecz nie pozwalał, przyciągając mnie jeszcze bliżej, prawie doprowadzając do trzeciej fali podniecających uniesień. Tylko perspektywa biznesowego spotkania, o którym wciąż niewiele wiedziałam, sprowadziła go na ziemię i zmusiła do włożenia na siebie tego seksownego garnituru.
        A teraz leżałam na kanapie i uśmiechnęłam się do sufitu, jak ostatnia idiotka. Zakryłam dłońmi usta, by stłumić głośny pisk ekscytacji. Mój facet. Mój Louis. Westchnęłam marzycielsko, zadowolona, że nawet Hood nie był w stanie popsuć mi tego pięknego dnia. 
        Moje wesołe myśli zostały jednak nagle brutalnie przerwane. Zerwałam się gwałtownie, porwana donośnym trzaskiem drzwi wejściowych. Do salonu, jak wichura, wparowała Milena, blada, jakby była śmiertelnie chora. Całe moje szczęście i ekscytacja uleciały gdzieś w nicość, gdy dostrzegłam przerażony wyraz jej twarzy. 
       - Pakuj się - powiedziała pospiesznie i wpadła do swojej sypialni. Wróciła z niej po kilku sekundach, dźwigając w rękach swoją walizkę. Wszystkie mięśnie odmówiły mi posłuszeństwa. Wpatrywałam się ze strachem w przyjaciółkę, czując, jak panika powoli zaczyna wkradać się do mojej świadomości. 
       - Milena. Co się dzieje? Co jest do cholery? - zapytałam, słabym głosem, obserwując, jak przebiera wyznaczone do prania rzeczy, wkładając do walizki te, które należały do niej. 
       - Wracamy do Polski - odparła krótko, nie zaszczycając mnie nawet spojrzeniem. Co?! Myśli krążyły po mojej głowie z prędkością światła, próbując odnaleźć powód, który choćby w małym procencie mógł usprawiedliwić szaleńcze zachowanie dziewczyny. 
       -  Co?! Przecież mamy tu pracę. Milena do cholery, co ci odbiło?! - krzyknęłam, tracąc resztki opanowania. Wstałam szybko, choć nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Milena pociągnęła nosem i spowolniła swoje ruchy, aż w końcu zatrzymała się zupełnie, zgarbiona nad dwoma stosami nieposkładanych ubrań. Podniosła głowę, ukazując mi swoje zaszklone oczy i zaczerwieniony nos, po czym usiadła na podłodze i oparła łokcie na kolanach, chowając twarz w dłoniach. 
- Milena? 

       - Wiem, czym zajmują się Harry i Louis. 

16 komentarzy:

  1. Pierwsza <3 ciekawe co będzie dalej czym oni się zajmują? Chce wiedzieć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W następnym rozdziale pojawią się już wyjaśnienia;)

      Usuń
  2. Taaaaaaa jasne gówno wiesz Milena! Takie z dupy rzeczy wymyślać to nieładnie xD
    ej ej ej i w ogóle to do jakiej M. miał dzwonić Luke? :>
    Wszystko powiem Phoeby i wróci do Najala! o! "
    Kissski
    @No_Maybe_Yes

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I biedną Kornelię sprowadza na ziemię xD
      Kto wie... Kto wie, co ten Luke tam kombinuje... xD

      M. xx

      Usuń
  3. Ja się obrażam, wiecie? Bo to nie ładnie przerwać rozdział w tak ważnym momencie !! No po prostu no... ej! ;c i co teraz? czym się zajmują? No proszę was dziewczyny! ;c
    Okej, przejdźmy do całego rozdziału. Może na początku wgl podziękuję, że dodałyście już dzisiaj <3 Myślałam, że będę musiała czekać do piątku co najmniej :D
    A więc tak, czytając śmiałam się, byłam poważna, potem się bałam, bo Milena powiedziała, żeby Kornelia się pakowała, a potem to już tylko
    KIEDY NASTĘPNY ROZDZIAŁ, hmmm??
    Nie wytrzymam no! Właśnie wszystko się wyjaśnia i BUM! koniec ;c
    Ja nawet nie zauważyłam kiedy skończyłam czytać, tak mnie to wciągnęło.
    O, a propo wciągania się xd
    To zapomniałam wam napisać, że jak czyta się wasze opowiadanie to, przynajmniej ja, nie przeskakuje linijek tekstu, czytam wszystko "od deski do deski".
    I podziwiam was za to, bo moim zdaniem też trzeba umieć tak tworzyć, żeby zaciekawić. A w niektórych ff omijam spore kawałki, bo i tak wiem co będzie, albo jest to nieistotne. Także respect. :)
    Co do scen, to moją ulubioną jest ta kiedy Louis przyciąga ją do siebie i mówi :
    " Racja. To ty jesteś tą odpowiedzialną częścią naszego związku "
    No zakochałam się w tych słowach <3
    To był taki gahsghaghagshjahjsgjjsgasas moment, czekam na więcej takich *.*
    A teraz z innej beczki, co tam robił Luke i Calum? "Przypadkowo przechodzili?" hahaha, nie uwierzę :3 nie, jeśli chodzi o was ;d
    I do kogo on miał najpierw zadzwonić? Do jakiej/jakiego M...?
    Mam nadzieję, że kolejny rozdział pojawi się już wkrótce bo wy chyba sobie sprawy nie zdajecie w jakim stanie mnie teraz zostawiłyście. ;d
    <3 :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3
      Nie obrażaj się, nieee! :D Kolejny rozdział odpowie na WIEEEEELE pytań, więc warto czekać (a myślę, że czekania nie będzie za dużo :D)
      I po raz kolejny sprawiasz, że jest nam strasznie miło <3 Zajebiście wiedzieć, że jednak nasze ff może być wciągające. Sama mam tendencję do przeskakiwania o kilka linijek, więc Twoja uwaga jest według mnie mega komplementem <3

      A co do wymienionej sceny: dla mnie ona też jest ulubioną częścią tego rozdziału :D (którą swoją drogą, chyba najłatwiej się pisało :D )

      Postaramy się dodać kolejny rozdział jak najszybciej. :D Jeśli praca nas nie przytłoczy :(

      LOOOOOOFFFF WIELKIE! <3

      A. <3 <3

      Usuń
  4. O kurdeee ..... Nie mogę sie doczekac następnego :D napięcie rośnie ;) ~ @annakalbar

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Musi rosnąć, w końcu zaczyna się coś dziać:D
      Następny niedługo :*

      Usuń
  5. O mój Boże jak moglyscie przerwać rozdział w takim momencie ?! To jest niedozeczne po prostu
    Taki świetny rozdział i nie mogę czytać dalej hdhsbsjjajaj
    Oby nn pojawił się szybko hsbsja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Takie okropne łajzy z nas xD
      Niedługo już :*

      Usuń
  6. AAAAAAAAAAA! Czemu to kończy się na takich momentach?!
    Jestem teraz ciekawa i nie skupię się na nauce... Czym oni mogą się zajmować?
    Cholera nic nie przychodzi mi do glowy!
    Dodajcie jak najszybciej! Błaaaaagam! Nqwet dzisiaj hahaah <3
    @pola_juzyszyn

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skup się! :D Nauka najważniejsza! xD :P
      Niedługo dodamy, 27 rozdział wyjaśni na pewno część Waszych wątpliwości;)

      Usuń
    2. niedługooo ? to znaczy? :D

      Usuń
  7. Dobra, dobra, wiem, że o to chodzi w ff, żeby kończyć rozdziały w najlepszych i najciekawszych momentach.. No ale, ja nigdy tego nie pojmę! Jak można skończyć w takim momencie, ej.
    I tak dobrze wiecie, że się nie obrażę na Was, bo nie potrafię. Więc, was nie zostawię. Ach, a ta scena z Louis'm, no po prostu niebo! Przyznać się marzycie o takim poranku, hę? :D Co ja gadam, każda dziewczyna o tym marzy (mniej więcej xd)
    I ta palpitacja serca pod koniec aw. Już kiedyś spotkałam w ff, że Calum'y muszą wszystko wypaplać, tu prawie, prawie, ale ja i tak wiem :D Luke na pewno miał dzwonić do Mileny! I oni powiedzieli, gdzie pracuje Harry i Louis. Albo opcja B, pijany Harry wszystko wypaplał, to też możliwe.
    Teraz przez was nie skupię się na nauce, lamy! :D Aj, ta szkoła. Nie mam czasu dla siebie a co dopiero na inne rzeczy ugh! Więc, wybaczcie mi wszelkie nieobecności, ale zawsze czytam rozdziały w nocy, a wtedy już nie mam sił i głowy by pisać choć trochę wartościowe komentarze. Jednak pamiętajcie, jestem cały czas z Wami duchem i komentarze prędzej czy później się znajdą. A ja śledzę historię dziewczyn na bieżąco :)
    Tak wspaniale napisany rozdział, nie mogę się doczekać kolejnych.
    Uściski <3 x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha :D No wybacz, ale kolejny rozdział wymagał takiego zakończenia ;> (pojawi się dzisiaj, btw :D)
      Myślę, że odpowie on (nast. rozdział) na wszystkie Twoje wątpliwości i podejrzenia :D (Może poza jednym, ale nie zdradzimy którym :D )
      Cieszymy się, że jeszcze nie zniechęciłaś się do historii Mileny i Kornelii (i że nie stanie się to w najbliższym, a nawet jeszcze dalszym czasie :D)
      Ucz się, ucz! Kornelia i Milena się nie uczyły i zobacz co się dzieje xD (no dobra to może nie jest odpowiedni przykład :D )

      No i tradycyjnie: Dziękujemy Ci, kochana za boski komentarz <3 <3 <3

      A. <3

      Usuń