czwartek, 11 czerwca 2015

70. The honest person wants to hear beautiful lies

      UWAGA! Rozdział kontrowersyjny!

The honest person wants to hear beautiful lies

Milena

        Spokój. Tylko spokój. Mijały minuty, godziny, dni, a ja nigdy nie czułam się tak spokojnie, jak wtedy, gdy wreszcie problem Michaela zniknął z naszych głów. 
       - Japonia? - zapytał Harry, siedzący przy biurku w swoim gabinecie. Phoebe machnęła ręką i zacmokała od niechcenia z lizakiem wypełniającym jej policzek.
       - Kaitō ciągle jest naszym sprzymierzeńcem. Teraz, gdy sytuacja się ustabilizowała, wasze warunki, postawione w Japonii mogą nawet pójść w górę na naszą korzyść - odparła, uśmiechając się chytrze. 
       - Stany?
       - Sylvia już się nimi zajęła. Wygląda na to, że dorobimy się kolejnego klienta, mimo… - przerwała na chwilę i spoważniała, wysyłając po moim kręgosłupie nieprzyjemne ciarki. Siedziałam na biurku, machając nogami i przysłuchując się ich rozmowie. Nikt inny nie był obecny. Tylko nasza trójka, która we względnej ciszy omawiała klientów i sprzedawców, mogących wspomóc naszą grupę.
       - Mimo braku dobrego negocjatora. - skończyła brunetka, wyciągając z mlaskiem lizak z ust i oblizując osłodzone wargi.
       - Ktoś niedługo godnie zastąpi Liama. Może nawet ty - Harry zdawał się być niewzruszony. Tylko szerokość jego źrenic, przez które zieleń zamieniła się w czerń mogła wskazać na jego, pogorszony tematem, nastrój. Phoebe zaśmiała się bez wesołości i pokręciła głową.
       - Jestem tylko przemytnikiem. To Liam miał złote usta.  - odparła wzruszając ramionami. 
       - Jedno nie wyklucza drugiego - oczy Harry’ego błysnęły, gdy pochylił się nad biurkiem. 
       - Taaaa… Nie dzięki. Pozostanę przy tym, w czym jestem dobra. 
       Rozciągnęłam plecy i ziewnęłam niedyskretnie, zeskakując z blatu. Był późny wieczór, a moje powieki z każdą sekundą zdawały się być cięższe i cięższe. Okrążywszy drewniany mebel, cmoknęłam Harry’ego w policzek, oznajmiając, że idę spać. Phoebe uśmiechnęła się do mnie dobrodusznie, co chętnie odwzajemniłam, a Harry kiwnął tylko głową, muskając delikatnie opuszkami palców wierzch mojej dłoni. Był zaabsorbowany biznesem, nie miał czasu na okazywanie mi czułości. 
       Stanęłam przed lustrem w samej bieliźnie, w toalecie Harry’ego i przyjrzałam się swojej twarzy. Długa gruba szrama “zdobiła” mój lewy policzek i żaden makijaż zdawał się nie być w stanie jej ukryć. Warknęłam gardłowo, przejeżdżając palcem po uwypukleniu i zmarszczyłam brwi na chłodną nierówną strukturę. Pierdolony nieznajomy, pomyślałam, niechętnie przyznając przed sobą, że, by całkowicie pozbyć się blizny, musiałabym skorzystać z pomocy chirurga. A tego nie zamierzałam robić. Westchnęłam głośno i zmyłam z twarzy makijaż, po czym ponownie zerknęłam w lustro. Teraz blizna przybrała zaczerwienionego koloru, a ja jęknęłam boleśnie. 
       Wtedy drzwi od toalety otworzyły się delikatnie i za moimi plecami stanął Harry. Nie miał już na sobie koszuli, a jego spodnie zwisały luźno z jego bioder. Objął mnie od tyłu, nurkując twarzą w moich włosach rozłożonych na szyi. Wciągnął powietrze, jakby chciał zapamiętać ich zapach i przejechał paznokciami po moim wyeksponowanym brzuchu. Przełknęłam ciężko ślinę i schowałam lewy policzek w swoim ramieniu. Harry odsunął delikatnie moje blond fale i położył ciepłe usta na mojej szyi. Zadrżałam pod wilgotnym dotykiem. 
       - Z blizną czy bez, jesteś najpiękniejsza - szepnął, dotykając mojej skóry lekko językiem. Westchnęłam i zacisnęłam powieki, odchylając głowę, by dać mu większy dostęp do tej wrażliwej części mojego ciała. Nawet nie wiedziałam kiedy, jego sprawne palce znalazły się na krawędzi mojej bielizny, a następnie mruczałam już jak kotka w jego objęciach. 
       Wierzyłam mu. Wierzyłam, że nawet z tą blizną byłam dla niego najpiękniejsza, najważniejsza. To tylko mała blizna. Nic w porównaniu do siły naszego uczucia. Tego, co razem przeszliśmy przez ostatni rok. 
       - Chodź - szepnął, ciągnąc mnie do sypialni. Nie musiał mi dwa razy powtarzać. Już po chwili leżałam na łóżku, wijąc się i jęcząc niekontrolowanie pod jego dotykiem. 
       - Kocham cię - wychrypiał, poruszając się we mnie regularnym rytmem. Jedyne co byłam w stanie zrobić to wymruczeć nieartykułowaną odpowiedź. Zacisnęłam ręce na jego szyi, przybliżając go do siebie, chcąc poczuć jak najwięcej tej miłości, najwięcej oddania, którym mnie obdarzał. 
       To dla mnie znosił tortury, które zafundował mu Michael, to dla mnie niemal dał się zabić. To mnie wyznaczył jako swoją prawą dłoń i to mnie ufał teraz najbardziej. I wszystko to, co on zrobił dla mnie, ja zrobiłabym dla niego. 
       Z jego imieniem wypisanym na ustach doszłam gwałtownie, czując w sobie jego spełnienie. 
       - Michaela nie ma, Calum jest z nami, Ashton rozpłynął się gdzieś w powietrzu - wyliczała Kornelia, pakując swoje rzeczy. To było postanowione. Opuszczałyśmy mieszkanie Gemmy, by przenieść się do domów swoich chłopaków. Kiedy to się stało? Kiedy zgodziłyśmy się na taki układ? Nie pamiętałam dokładnej daty, ale temat powracał od rozmowy do rozmowy i wreszcie ładowałyśmy kartony pełne naszych rzeczy i ozdób, które miałyśmy przewieźć do apartamentu Louis’ego i willi Harry’ego. 
       - Ashton wciąż jest w Londynie. Sam nie będzie stanowił zagrożenia - wzruszyłam ramionami, wrzucając starą kosmetyczkę do, wypełnionego już po brzegi, kosza na śmieci. 
       - Więc to koniec? - zapytała Kornelia, przyciskając do piersi swoją różową poduszkę. Spojrzałam na nią z uśmiechem
       - Nie! To dopiero początek - oznajmiłam, przyglądając się błyskom w jej oczach. Rozpromieniła się w kilka sekund, równie ekspresywna, co zawsze. Wreszcie rozejrzała się po niemal pustym mieszkaniu i westchnęła marzycielsko. 
       - Będę za nim tęsknić - mruknęła, opadając na kanapę. - Wiesz, żyłyśmy tu kilka ładnych miesięcy… - dodała, a ja usadowiłam się obok niej.
       - Kto by pomyślał, że od tego czasu tyle się wydarzy - zamyśliłam się. Przytaknęła bez słowa. 
       - Kto wie co jeszcze nas czeka - mruknęła wreszcie, patrząc tępo w drzwi przed sobą. Tym razem to ja kiwnęłam głową i uśmiechnęłam się nieprzytomnie. To był szalony rok. Rok pełen zmartwień, wyrzeczeń, rok pełen zaskakujących zwrotów akcji, ale też szczęścia. Czy zamieniłabym go na jakiś inny? Spokojniejszy? Może. Choć to, co przeżyłam było tak zintegrowaną częścią mnie, że nie wyobrażałam sobie teraz życia bez nowych cech, które nabyłam w Anglii. Byłam silniejsza. Byłam bardziej odpowiedzialna za swoje życie i bezwzględna. Ktoś mógłby mi powiedzieć, że to złe cechy, ale w tym świecie nie było miejsca na dobroć.
       Zerknęłam na różowe włosy Kornelii i uśmiechnęłam się smutno. Może było trochę miejsca na sentymenty… Na emocje, których ja tak się bałam. To był mroczny świat, ale nawet światełko dobrego serca mogło nieco go rozjaśnić.

       - Witaj w domu - szept przy moim uchu sprawił, że zacisnęłam powieki i położyłam dłonie na przedramionach otaczających moją talię. Wzięłam głęboki oddech, czując wokół siebie cudowny zapach palonego drewna i moich ulubionych męskich perfum. Hol w willi Harry’ego nigdy wcześniej nie wydawał się tak zapraszający, tak przyjazny. 
       Odwróciłam się do swojego chłopaka i złączyłam jego usta ze swoimi. Bez wahania przyjął pocałunek, oddając go z podwójną siłą. Uśmiechnęłam się, czując jego język na swoich zębach i zacisnęłam w pięści końcówki jego jedwabistych, brązowych włosów. 
       - Jeszcze się nie wprowadziłam - zauważyłam, nie odrywając się od niego. Wzruszył ramionami i zacmokał z dezaprobatą.
       - Dzisiaj, jutro, za tydzień… Decyzja została już podjęta - odparł, przenosząc swoje usta na moją szyję. Mruknęłam tylko w potwierdzeniu, ponownie zamykając oczy.
       - Kocham cię - szepnęłam przez zaciśnięte gardło. Odsunął się nagle ode mnie, oceniając uważnie moją twarz. Uciekałam wzrokiem od zielonych tęczówek, wstydząc się łez, które właśnie opadały powoli po moich policzkach.
       - Hej, co jest? - zapytał zmartwiony, muskając palcami moją szczękę. Pokręciwszy głową, pociągnęłam nosem, wysyłając mu dodający otuchy uśmiech. Zaśmiałam się bezdźwięcznie na niedorzeczność swoich reakcji i spojrzałam na Harry’ego z dołu. 
       - Nic. Nic. Po prostu. Cieszę się. Cieszę się, że to już koniec. - szepnęłam, a on tylko zmrużył wesoło oczy i pocałował mnie w czoło. 
       - Nic nie trwa wiecznie. Michael już nam nie zagrozi - odpowiedział, przyciskając swoje ręce do moich pleców.
       - I nie będę już patrzyła na twoje zmasakrowane ciało. Czy to w szpitalu, czy w jakiejś chacie na końcu świata.
       - Myślę, że na dzień dzisiejszy możemy być tego pewni - wyszczerzył zęby, a jego zielone oczy zmierzyły mnie od stóp do głów. 
       Nie przeprowadziłyśmy się, jeszcze nie teraz. Nie od razu. Kartony stały porozstawiane po całym mieszkaniu, czekając na swoją kolej przeniesienia do któregoś z nowych domów, łóżka były pościelone prowizorycznie, na wieszakach wciąż wisiały nasze kurtki. Musiałyśmy z Kornelią przyzwyczaić się do nowej świadomości. Chciałyśmy jeszcze trochę czasu spędzić ze sobą. Cudownie było móc wreszcie oddać się całkowicie Harry’emu i Louis’emu, ale nasza przyjaźń nie mogła na tym ucierpieć. Dlatego dałyśmy sobie tydzień sam na sam. Tydzień w swoim towarzystwie, wśród babskich rozmów i planów na przyszłość. Tydzień zupełnie pozbawiony stresów i mrocznych myśli. 
       - Co z Little Things? - zapytała moja przyjaciółka, trzymając w ręce swój różowy kontroler od konsoli. Zacisnęłam wargi, przypatrując się jej przeciwnikom na ekranie telewizora. 
       - Jakiś młody przydupas Harry’ego przejmuje firmę - mruknęłam - Nie znam go, ale ponoć jest godny zaufania i był wybrany do tego jeszcze zanim zmarł Zayn…
       - Przygotowali się na każdą ewentualność, hm? - jeden z elfów wyleciał w powietrze pod wpływem jakiegoś mocnego zaklęcia, które wyczarowała bohaterka gry. Przytaknęłam, zmieniając pozycję na kanapie na nieco wygodniejszą. 
       - Myślisz, że teraz nie będą potrzebowali takich awaryjnych scenariuszy? - zastanowiłam się chwilę nad jej pytaniem
       - Nie wiadomo czy miejsca Michaela nie zajmie kolejny, żądny władzy psychopata - wzruszyłam ramionami.
       - Więc cała ta walka na nic? 
       - Tego nie powiedziałam. Kto wie jak wyglądał ten świat, gdy jeszcze nas tutaj nie było. Chłopcy jakoś się utrzymali. Może Clifford był ewenementem. 
       - Może Clifford jeszcze nie skończył… - oderwałam wzrok od telewizora i spojrzałam gwałtownie na przyjaciółkę, marszcząc w zmartwieniu brwi. Jakiś niewysłowiony niepokój opanował moje serce, ale zdusiłam go w zarodku, zanim zdążył zawładnąć wszystkimi moimi nerwami.
       - Co masz na myśli? - zapytałam. Kornelia westchnęła i wdusiła przycisk pauzy, po czym rzuciła kontroler na stolik do kawy. 
       - Nie uważasz, że poszło zbyt łatwo? - załamała ręce, patrząc na mnie z uniesionymi brwiami. 
       - Michael był osłabiony, tylko idiota zerwałby się na bunt w takiej sytuacji - skomentowałam, ale ona pokręciła głową, jakbym w ogóle jej nie przekonała.
       - Michael był już osłabiony, gdy porwał ciebie i Harry’ego. Po co to zrobił? Dlaczego was torturował? To się nie trzyma kupy. Skoro już wtedy brakowało mu ludzi dlaczego by tak ryzykował? Mówię ci, to się nie trzyma kupy - powtórzyła, patrząc na mnie zmartwionym wzrokiem. 
       - Więc myślisz, że coś knuje? - upewniłam się, powstrzymując oddech. 
       - Mam nadzieję, że nie i po prostu jest głupi - odpowiedziała, położywszy stopy na blacie. 
       Też miałam taką nadzieję. Co innego nam pozostało? Wiara, że Clifford się skończył była najlepszą strategią. Potrzebowaliśmy spokoju. Potrzebowaliśmy odpoczynku. Wszyscy. 
       - Schodząc z przykrych tematów… - zaczęła moja przyjaciółka, a paznokieć jej kciuka wylądował między różowymi wargami. - Bobbles dzisiaj? - zaproponowała, uśmiechając się kącikiem ust. 
       Wyszczerzyłam zęby, patrząc na nią z dołu. 
       - Chcesz się ujebać? - zapytałam. Parsknęła śmiechem, całkowicie przyznającym mi rację. Była sobota, nie miałyśmy nic konkretnego do roboty. Dlaczego by nie zakończyć tego roku w sposób, w jaki go rozpoczęłyśmy? W klubie, w którym poznałyśmy naszych ukochanych? Nie widziałam ani jednej złej cechy tego pomysłu i ochoczo zgodziłam się na jego realizację. 
       Wkrótce w mieszkaniu rozpoczęła się gonitwa za, dawno już spakowanymi, sukienkami, zestawami do makijażu i butami. Wreszcie usadowiłam Kornelię przed sobą na kuchennym stołku i zajęłam się jej twarzą, by potem ozdobić makijażem swoją. Wystrojone i w lepszych nastrojach, niż jeszcze kilka godzin temu, wyszłyśmy na chłodny marcowy wieczór, trzymając się za dłonie i niemal podskakując do najbliższego postoju taksówek. Chichocząc i szepcząc w plotkach, rzuciłyśmy kierowcy wysokim napiwkiem i przeszłyśmy obok, tworzącej się do baru, długiej kolejki. Nie pamiętałam momentu, w którym stałyśmy się tutejszymi VIP-ami, ale wysoki, szczupły ochroniarz, dojrzał nas z daleka i pomachał przyjaźnie, odsuwając dla nas złotą linę, blokującą wejście. 
       Futurystyczna muzyka od razu rozbrzmiała w moich uszach, ciepło odznaczyło się na mojej skórze wilgotną cienką warstwą potu. Oddałam szatniarzowi swój płaszczyk i zaczekałam na Kornelię, która wyplątywała się ze swojej skórzanej ramoneski. Wreszcie podążyłyśmy do głównego pomieszczenia, szukając jakiegoś wolnego stolika. Boks, do którego przy naszej pierwszej wizycie, zaprowadzili nas Harry i Louis stał pusty, jakby czekał tylko na nasze przybycie. Zanotowałam sobie w pamięci, by zapytać swojego chłopaka, czy został on wykupiony na wyłączność i opadłam na miękką kanapę. Kornelia powędrowała do baru i zamówiła nam po Noir Charm, dopełniając wrażenia sprzed roku. Zaśmiałam się, gdy podeszła do mnie z szerokim uśmiechem, trzymając w dłoniach dwa, wypełnione landrynkowym płynem, kielichy. 
       - Za nowy początek - podniosła naczynie, a ja uderzyłam o nie swoim. Szkło zadzwoniło dźwięcznie i obie upiłyśmy alkoholu. Kornelia niemal do połowy, ja tylko niewielką jego ilość. 
       Wyciągnęłam z torebki telefon i napisałam do Harry’ego wiadomość sms z informacją o naszym położeniu. Wiedziałam, że był zajęty organizowaniem i przegrupowywaniem gangu po ostatnich wydarzeniach, ale wolałam, żeby przypadkiem nie szukał mnie w mieszkaniu. Kornelia w tym czasie zadzwoniła do Louis’ego i zaśmiała głośno z jakiegoś jego żartu. 
       - Wiesz… W życiu bym się nie spodziewała, że jeszcze znajdę faceta, z którym chciałabym być całe życie - powiedziała marzycielsko, gdy po kilku “kocham cię, nie ja ciebie bardziej, nie! ja ciebie!” odłożyła wreszcie swój telefon. 
       Zacmokałam, kiwając powoli głową i kołysząc w rękach drinka. Gdyby ktoś mi powiedział rok temu, że po przygodach z Maciejem zaufam jeszcze jakiemuś facetowi, walnęłabym ich w twarz. Teraz nie wyobrażałam sobie swojej przyszłości bez Harry’ego. Nieważne czy w gangu czy nie. 
       - Teraz tylko czas na małżeństwo i dzieci - mruknęłam pod nosem, a Kornelia prychnęła ostentacyjnie, prawie opluwając mnie drinkiem. 
       - Żadnych dzieciaków. Żadnego małżeństwa - wyrzuciła z siebie z obrzydzeniem. 
       - Przecież chcesz z Louis’m spędzić całe życie - podpuszczałam, mrugając w jej stronę. Machnęła ręką i ponownie napiła się alkoholu. 
       - Będziemy dostatecznie szczęśliwi we dwójkę - rzekła i przeczyściła gardło, połykając napój z trudnością. 
       - Gorzej, jeśli on zacznie nalegać. 
       - Nie zacznie. - urwała
       - Skąd wiesz? Rozmawialiście o tym? 
       - Milena! Tak tęskno ci do zostania ciocią? - choć Kornelia próbowała zachować spokój, widziałam zmarszczkę między jej brwiami, sugerującą, że mój temat ją męczył. Zaśmiałam się cicho i posłałam jej w powietrzu buziaka.
       - Zostaniemy dwiema starymi babami ze stetryczałymi starcami u boku - zażartowałam.
       - Ja jeszcze będę miała koty. Osiemnaście kotów - odpowiedziała, wywołując mój chichot. 
       - Hej - obie odwróciłyśmy się w stronę dwóch, na oko trzydziestoletnich, facetów, którzy stanęli przy naszym boksie z piwami w rękach. Jeden z nich był przystojnym rudzielcem o muskularnej budowie, drugi wysokim brunetem, o ewidentnie daleko-wschodnich rysach twarzy. Uśmiechnęłyśmy się do niech uprzejmie, a ja uwodzicielsko założyłam nogę na nogę, eksponując skórę pod krótką, koronkową sukienką. 
       - Hej - odparłam, na co Kornelia przeczyściła gardło i rozejrzała się niezręcznie po klubie. 
       Brunet przejechał wzrokiem po moich nogach i uśmiechnął się cwaniacko
       - Zaproponowalibyśmy drinki, ale widzę, że już sobie poradziłyście - zaczął, wskazując na dwie szklanki w naszych rękach. Kiwnęłam głową, biorąc między zęby dolną wargę.
       - Z towarzystwem mężczyzn też sobie poradziłyśmy, więc myślę, że niestety nie macie tu zbyt wiele do roboty - powiedziałam z udawanym smutkiem, po czym chwyciłam rękę Kornelii i ucałowałam ją czule. 
       - Och. OCH! Wybaczcie - wypalił nagle rudy, widząc moje zachowanie. - Nie ta liga, co? - dodał, mrugając do mnie przyjaźnie. 
       - Nie. Wolę mniej wystających partii - odpowiedziałam i wszyscy troje wybuchnęliśmy śmiechem. Kornelia tylko zachichotała cicho, zmieszana tą wymianą zdań. Rok przeżyć, a ona była tak samo nieśmiała. Dawno nie widziałam tej strony swojej przyjaciółki. 
       Wreszcie, po kilku uprzejmościach, zadziwiająco mili koledzy postanowili zostawić nas w spokoju, a Kornelia ruszyła po kolejne szklanki alkoholu. Minuty mijały na piciu i gawędzeniu bez ładu i składu aż wreszcie moja przyjaciółka oznajmiła, że musi skorzystać z toalety i zostawiła mnie samą, zataczając się lekko w stronę drzwi ze złotą dziewczynką, wygrawerowaną na ich górnej części.
       Nagle podszedł do mnie barman i postawił przede mną na stoliku żółtego drinka, rozlewającego wokół siebie cytrusowy zapach. Spojrzałam na chłopaka ze zdziwieniem, a on tylko uśmiechnął się porozumiewawczo i wskazał na bar za sobą.
       - Drink od anonimowego wielbiciela - oznajmił, więc przeskanowałam stołki za nim, szukając wzroku, który mogłam wyłapać. Niestety, żaden z chłopaków, który mógłby kupić mi alkohol nie kwapił się teraz by na mnie spojrzeć. Blondyni, bruneci, wszyscy siedzieli tyłem do mnie, uniemożliwiając mi zidentyfikowanie podrywacza. Westchnęłam tylko i wzruszyłam ramionami, biorąc w usta słomkę. Noir Charm i tak już dawno skończyłam, a Kornelia zdawała się nie wracać jeszcze przez długi czas, zapewne utknąwszy w długiej babskiej kolejce. Alkohol rozlał się w moim gardle pomarańczowym smakiem, pobudzając mnie lekko i przyjemnie. 
       Wzięłam kolejny łyk i rozejrzałam się po Bobbles za Kornelią, ale ta wciąż nie była widoczna na moim horyzoncie. Zaczynałam się martwić, w dodatku przez alkohol poczułam lekkie zawroty głowy. Zacisnęłam powieki, próbując wyostrzyć podwójne widzenie, ale bezskutecznie. 
       - Hej, ładniutka - usłyszałam przy swoim uchu znajomy głos i przekręciłam wymownie oczami. Spojrzałam na blond loki, zaplątane w czerwoną bandanę, gdy Ashton usiadł obok mnie i objął ramieniem. Prychnęłam ostentacyjnie, odpychając od siebie jego rękę. Skrzywił, niezniszczoną bliznami część twarzy, ale zaraz potem się rozchmurzył. Oczywiście musiałam wpaść na niedobitki grupy Michaela, gdy najmniej miałam na to ochotę.
       - Spierdalaj, Irwin, nic tu po tobie - warknęłam, a zawroty głowy przybrały nagle na sile. Chwyciłam palcami mostek nosa zdenerwowana, bo nigdy żaden alkohol nie podziałał na mnie tak szybko i mocno. 
       - Smakuje mój drink? - Irwin uśmiechnął się do mnie i położył dłoń na moim udzie, głaszcząc je powoli. Spojrzałam ze zdziwieniem na szklankę przed sobą, a potem na rozpromienioną, oszpeconą twarz Ashtona.
       - Twój… - zaczęłam, a gdy zakręciło mi się w głowie mocniej niż kiedykolwiek, dotarła do mnie przerażająca prawda. - Ty… - zobaczyłam błysk zębów w dwóch parach ust Ashtona, gdy wyszczerzył się do mnie z satysfakcją. 
       W drinku musiały znajdować się substancje odurzające. Poddałam się najbardziej typowemu i znanemu sposobowi, przed którym zawsze ostrzegały media. Gdy resztki świadomości zaczęły mnie opuszczać, rozejrzałam się pospiesznie za Kornelią, błagając w duchy, by szybko do mnie wróciła. 
       - Spokojnie, maleńka - szept Ashtona, jego dotyk na moim ciele docierały do mnie z oddali. Chciałam go od siebie odepchnąć, ale z każdą sekundą coraz bardziej traciłam władzę w mięśniach. 
       - Kornel… - zaczęłam wołać, lecz ciemność ogarnęła wszystkie moje zmysły, pozbawiając mnie przytomności. 

       Obudziłam się z oślepiającym bólem głowy i wirującym światem, jakbym znajdowała się na najbardziej szalonej karuzeli. Jęknęłam przeciągle, przypominając sobie, by nigdy więcej nie pić. Nawet nie pamiętałam, jak znalazłam się w domu. Czułam ręce Harry’ego na swoim nagim ciele i miałam ochotę go wyzwać za dotykanie mnie, podczas gdy ja umierałam. Wilgotne usta otoczyły moją pierś a długie palce spoczęły na wewnętrznej stronie ud, zmuszając je lekko do rozszerzenia. 
       - Harry, błagam, mam kaca jak stąd do Polski - szepnęłam, a ruchy nagle ustały i w powietrzu zabrzmiał cichy śmiech. Bardzo charakterystyczny śmiech. Taki, który w żadnym wypadku nie należał do Harry’ego. 
       - To dziwne, miałaś się nie obudzić przez kilka kolejnych godzin - głos rozległ się tuż przy mojej szyi, obdarzając ją ciepłym oddechem. Otworzyłam gwałtownie oczy i spojrzałam w twarz Ashtona Irwina. Fala strachu przelała się przez moje ciało, którym szarpnęłam desperacko, próbując się wydostać z objęć mężczyzny, co wywołało oślepiający ból w mojej głowie. Nie zważałam na to, chciałam tylko wydostać się z tego pomieszczenia, uciec Ashtonowi. 
       - Hej, HEJ! - krzyknął, trzymając mocno moje nadgarstki. - Uspokój się. - warknął i pochylił swoją twarz nad moją, przez co poczułam na swoim nosie jego nos. 
       - Puszczaj mnie, skurwielu, pożałujesz tego! - krzyknęłam, a zaraz potem jęknęłam, bo ból głowy był nie do zniesienia. 
       - Sama tego pożałujesz, jeśli nie przestaniesz się szarpać! Zrobimy to po mojemu albo boleśnie! - zagroził mi i poczułam na swoim brzuchu nacisk jego jeansów, które zdawały się być zbyt wypełnione. Nie ma mowy. Nie zrobisz tego, pierdolony gnojku. Zbierając w sobie wszystkie siły, jakie we mnie pozostały, zamachnęłam się jedną nogą i kopnęłam Ashtona prosto w krocze. Zawył z bólu, chwytając się trafionego miejsca, dzięki czemu uwolnił moje ręce. Pospiesznie wstałam z łóżka i zebrałam spod niego swoje rzeczy. Narzuciłam niedbale na siebie sukienkę, którą miałam w Bobbles i szarpnęłam za klamkę, ale drzwi okazały się być zamknięte. Zawroty głowy nie pozwalały mi odpowiednio ocenić sytuacji. Nie byłam w stanie rozejrzeć się po pomieszczeniu, sprawdzić gdzie zabrał mnie Ashton. Błyski bólu zdawały się coraz częściej trafiać w moją głowę, utrudniając mi poruszanie się. Z desperackim krzykiem szarpnęłam ponownie za klamkę, ale ona nadal nie ustępowała. 
       - Szukasz tego? - odwróciłam się do Ashtona, mrużąc oczy pod miażdżącą siłą bólu i zobaczyłam jak kołysze w palcach kluczami. Widocznie moje kopnięcie okazało się być zbyt słabe, by wyrządzić mu dłuższe i silniejszy cierpienie. Stał wyprostowany, uśmiechając się do mnie krzywo, a ja wbijałam plecy w drzwi, w nadziei, że jakimś cudownym sposobem uda mi się przez nie przeniknąć. 
       - Wypuść mnie - syknęłam, naciągając pospiesznie ramiączka sukienki. Ashton potarł powoli brodę, spuszczając wzrok na podłogę i zaśmiał się nisko, mrocznie. Pieprzony psychopata. 
       - Nie, jeszcze z tobą nie skończyłem - zrobił jeden krok w moją stronę, wywołując drżenie na całym moim ciele. W pokoju panował półmrok, a jedyne światło, jakie się w nim znajdowało, padało całkowicie na łóżko. Nie dostrzegłam jego źródła, ale nie to było najważniejsze. Chciałam znaleźć swoją torebkę. Rozglądałam się pospiesznie w jej poszukiwaniu i wreszcie zauważyłam ją, wiszącą na krześle przy małym stoliku. Miałam tam broń i telefon. Dwie rzeczy, które teraz tak bardzo były mi potrzebne. 
       - Ashton, zginiesz jeśli to zrobisz - ostrzegłam go, gdy znajdował się już metr ode mnie. - Nie myśl, że Harry się o tym nie dowie - dodałam, przyciskając głowę do drzwi za sobą. Ashton stanął tuż przy mnie i chwycił moje biodra. Nie mogłam się ruszyć, byłam sparaliżowana strachem. To nie działo się naprawdę. To tylko głupi koszmar po pijackiej nocy. 
       - Mam doskonały sposób na to, by upewnić się, że nikomu o tym nie powiesz - mruknął do mojego ucha, a potem wskazał głową na coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. W rogu pokoju rozstawiony był sprzęt do nagrywania. Źródło światła, nad którym wcześniej się zastanawiałam. 
       - Najcudowniejszy był moment, gdy tak rozkosznie jęczałaś, kiedy cię rozbierałem, kiedy dotykałem cię w twoich najczulszych miejscach. Myślisz, że Harry’emu spodoba się małe porno z tobą w roli głównej? - szeptał, zsuwając powoli materiał z moich ramion. Oczy zaszły mi łzami, zacisnęłam wargi, próbując zebrać w sobie siłę, by go odepchnąć, lecz narkotyk, który podał mi w Bobbles wciąż mieszał w mojej głowie. 
       - Proszę cię, puść mnie - załkałam, kiedy poczułam na jednej z moich piersi chłód. Ashton oblizał wargi, patrząc na nią głodnym wzrokiem i odchrząknął cicho, jakby ledwo powstrzymywał swoje podniecenie. 
       - Harry ma przy sobie taką piękność i nie chce się nią podzielić - mruknął, bardziej do siebie niż do mnie. Jedna jego ręka powędrowała nagle w dół i, potarłszy uprzednio jeansy w kroczu, zaczęła podnosić moją sukienkę. Nie mogłam na to pozwolić. Nie mogłam stać sparaliżowana, nawet jeśli ból głowy miał mnie całkowicie oślepić. 
       - Nie! - krzyknęłam, odpychając mężczyznę od siebie i podbiegłam do torebki. Wyciągnęłam z niej pistolet i wymierzyłam w Ashtona, który już szedł w moją stronę. Nie czekając na jego reakcję, pociągnęłam za spust, ale moich uszu dobiegło tylko ciche kliknięcie. Ashton wybuchnął złowieszczym śmiechem, a potem podszedł do mnie i popchnął mnie na łóżko. Opadłam na miękki materac i zanim zdążyłam się podnieść, on przygwoździł mnie swoim ciężarem. Zaczęłam uderzać na ślepo, próbując go z siebie zrzucić, w nadziei, że jednak uda mi się uciec.
       - Myślałaś, że się nie przygotowałem, mała dziwko? - warknął, sprawnie parując każdy mój cios. Wreszcie chwycił oba moje nadgarstki w swoją dużą dłoń i położył je nad moją głową, przyciskając do materaca z taką siłą, że nie byłam w stanie poruszyć nimi nawet o milimetr. 
       - Wiesz, nawet lubię, gdy tak walczycie. - powiedział i wolną ręką sięgnął do swojego rozporka. Próbowałam szarpnąć całym swoim ciałem, ale do materaca przygwoździła mnie kolejna fala bólu, która błysnęła mi przed oczami białym światłem. Nie pozostało mi nic innego, jak krzyk. Zaczęłam wołać o pomoc, choć przez ból nie widziałam nic przed sobą. Ashton warknął poirytowany i zacisnął dłoń na moich ustach. Gdy straciłam siły na krzyk, Ashton zastąpił dłoń swoimi wargami. Zacisnęłam powieki, nie pozwalając mu wsunąć do środka języka
       - Bądź dobrą dziewczynką - mruknął w moje usta, napierając na mnie swoim ciałem. Jedną ręką zsunął lekko z nóg spodnie i bieliznę. Boże, nie… Rozpłakałam się, gdy Ashton wreszcie dokonał swego. 

       Ocknęłam się przez zimno, które wywołało na moim ciele gęsią skórkę. Ból głowy minął, zastąpiony przez inny, gorszy. Otworzyłam powoli oczy, przypatrując się ciemnemu pomieszczeniu, którego światło było skupione na mnie. Byłam sama. Straciłam przytomność, gdy Ashton skończył to, co miał zrobić, wymęczona walką i bólem. Zacisnęłam powieki i podwinęłam pod siebie kolana, zanosząc się rozpaczliwym szlochem. Jak mogłam do tego doprowadzić, jak mogłam mu na to pozwolić? Czułam obrzydzenie. Obrzydzenie do siebie i do niego. Chciałam zmyć z siebie zapach jego perfum, który wciąż tkwił w moich włosach, chciałam zmyć uczucie bólu i wstydu, które mną targało. 
       Nie wiedziałam ile czasu leżałam na tym okropnym łóżku, ale wreszcie zmusiłam się, by się podnieść. Moja sukienka opadła mi do pasa, poszarpana i zniszczona przez Irwina. Powolnymi ruchami udało mi się ją naciągnąć na ramiona, dzięki ostatnim nitkom, na których trzymały się skrawki materiału. Dojrzałam na stole swoją torebkę i kartkę, która leżała obok niej. Ściskając brzuch ramionami, wzięłam w rękę papier i przyjrzałam się ładnemu charakterowi pisma.
       Jeśli wygadasz, ty i Harry znajdziecie się w dużym gównie. Dzięki za cudowną noc.
       Wybuchnęłam płaczem, gdy odczytałam wiadomość od swojego sprawcy. Nie wiedziałam w jaki sposób miał być zagrożony Harry, ale Ashton miał wszystko na taśmie i mógł tym sprytnie manipulować. Spojrzałam w stronę kamer, ale tych już nie było. Pozostało tylko światło, to obrzydliwe światło, przez które widziałam większość, czułam wszystko. Ohydne światło. 
       Nałożyłam na ramię torebkę i ruszyłam do drzwi. Tak, jak się spodziewałam, ustąpiły posłusznie, wypuszczając mnie na zewnątrz. Nie patrzyłam w jakim mieszkaniu się znajdowałam, po prostu chciałam stamtąd wyjść. Na oślep wybierałam drzwi, które miały mnie wypuścić z budynku. Wreszcie poczułam chłodny wiatr i ze zdziwieniem zdałam sobie sprawę, że wciąż panowała noc. Ciche wibrowanie, wytrąciło mnie z równowagi. Spojrzałam tępo na torebkę i wyjęłam z niej telefon. 
Kornelia - 14 połączeń nieodebranych
       Kilka słonych kropel opadło na ekran, zniekształcając komunikat. Telefon wskazywał, że była czwarta rano. Może Kornelia wciąż bawiła się w Bobbles. Wybrałam jej numer i przyłożyłam telefon do ucha, przeczyszczając uprzednio gardło. Odebrała po pierwszym sygnale.
       - O BOŻE, MILENA, GDZIE TY JESTEŚ?! - usłyszałam jej zmartwiony krzyk. Wokół panowała cisza, więc musiała już być w mieszkaniu. 
       - Hej - szepnęłam, ledwo powstrzymując płacz
       - Zniknęłaś nagle! Jakaś pizda zatrzymała mnie w kiblu, chciała wiedzieć coś o moich włosach, chuj nie pamiętam! A jak wróciłam już cię nie było. Boże gdzie jesteś?! - gadała, a ja uśmiechnęłam się słabo. 
       - Wszystko w porządku. Spotkałam znajomych z pracy. Napiłam się za dużo i zasnęłam na kanapie. Zabrali mnie do siebie, żebym nie leżała jak debil. Nawet nie miałam jak zaprotestować. - skłamałam, dzielnie powstrzymując swoje gardło przed zaciśnięciem. - Wracam do domu, będę za jakąś godzinkę - dodałam i, nie czekając na jej odpowiedź, rozłączyłam się. Nie mogłam jej powiedzieć. Nie mogłam nikomu powiedzieć. Nie chciałam nikomu powiedzieć… 
       Rozejrzałam się naokoło i uświadomiłam sobie, że byłam w nieznanej mi dzielnicy. O dziwo wokół mnie stały same duże domy, na parkingach znajdowały się drogie samochody. Jakim cudem w takiej okolicy nikt nie usłyszał moich krzyków? Spojrzałam z wyrzutem na mężczyznę, który truchtał obok mnie ze słuchawkami w uszach. Zdajesz sobie sprawę, że właśnie zostałam… A ty sobie biegasz, jakby nic się nie stało! 
       Kolejne łzy popłynęły po mojej twarzy. Chciałam się położyć i już nigdzie nie ruszać, ale musiałam się umyć. Musiałam. Ruszyłam do postoju taksówek i wybrałam na ślepo jedną z nich. Zignorowałam oceniające spojrzenie kierowcy, któremu wcześniej podałam swój adres. Kobieta w poszarpanych ubraniach wchodzi do jego taksówki, jak śmie. Spierdalaj skurwielu, po prostu zawieź mnie do domu. Gdy zaparkował na moim osiedlu rzuciłam mu dokładnie odliczoną kwotę pieniędzy i wyszłam powoli z auta. Cała otępiała ruszyłam do mieszkania, a gdy już się w nim znalazłam, zobaczyłam Kornelię, śpiącą na kanapie. Czekała na mnie. 
       Nie budząc jej, pochyliłam głowę i wbiegłam do swojej sypialni. Z obrzydzeniem zrzuciłam z siebie sukienkę i kopnęłam ją pod łóżko. Wpadłam do łazienki, puszczając pod prysznicem gorącą wodę, pod którą weszłam, czując, jak parzy moją skórę. Dobrze, niech wypali każdy jego dotyk, każdy ohydny pocałunek. Czując narastającą panikę krzyknęłam głośno, co zostało zagłuszone przez szum wody. Zaczęłam szorować się desperacko, chcąc zmyć z siebie wszystko co on po sobie pozostawił. Raz, drugi, trzeci, czwarty. Zaczęło powoli brakować mydła, ale ja wciąż nie czułam się czysta. Niektóre miejsca przetarłam do krwi. Te, których dotknął swoim językiem. Pamiętałam każde z nich. Zauważyłam kilka siniaków po jego mocnych długich palcach, kiedy mnie przytrzymywał. Opadłam na kolana i zaczęłam płakać. Spodziewałam się wszystkiego w tym świecie. Śmierci, zdrady, tortur. Jakim cudem przeoczyłam możliwość czegoś takiego. Czułam się chroniona, paradoksalnie bezpieczna. 
       Nagle ścisnęło mnie w żołądku i wybiegłam z prysznica w porę docierając do toalety. Zwymiotowałam obficie, a ból przeszył moją głowę, przywołując więcej wspomnień. Dlaczego ja? Dlaczego musiało mnie to spotkać? Potrząsnęłam głową, przywołując się do porządku. To nie był czas na użalanie się nad sobą. Musiałam pokazać wszystkim, że nic się nie stało. Musiałam udowodnić im, że ze mną wszystko w porządku. 

       Umyłam zęby, szczotkując je dwa razy dłużej niż normalnie i, osuszając brudne wciąż ciało, narzuciłam na siebie piżamę. Powolnym krokiem ruszyłam do łóżka i opadłam na nie, kuląc się do pozycji embrionalnej. Wszystko ze mną w porządku. Dzisiejszej nocy nic się nie stało. Znajomi wzięli mnie do siebie, bo zasnęłam w Bobbles. Wszystko ze mną w porządku. 






Komentujcie, dzielcie się wrażeniami w tagu #TTDff, oddychajcie <3

12 komentarzy:

  1. Nam jak skomentować rozdział...Genialnie jak zawsze, ale szkoda, że zawsze są jakieś problemy...kocham to gg i wyjątkowo przeżywam losy jego bohaterów. Czekam na kolejny i cóż liczę na mniej problemów ;) kocham was i to ff:*

    OdpowiedzUsuń
  2. co za sukinsyn :( biedna Milena

    OdpowiedzUsuń
  3. A co jak ona bd w ciąży? Powiedzcie ze nie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Jejku, nawet nie wiem, jak zacząć. Nie mam pojęcia co napisać. Jestem w szoku. Ba, to mało powiedziane.
    Jak Ash mógł zrobić coś takiego? Znaczy, rozumiem, w końcu oszpecili mu twarz, ale bez przesady! On nie miał prawa zrobić czegoś takiego, nie!
    Jestem ciekawa, czy teraz jej relacja z Harrym ulegnie zmianie. Będzie czuła obrzydzenie? Nie wiem. Poddaje się. :c

    OdpowiedzUsuń
  5. Jeju biedna co wy jej hujki zrobiliscie boże nieee

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozdział naprawdę świetny :) Może nie komentuje każdego, bo nie nawidzę komentować ale czytam każdy. Uważam że wykonujecie kawał dobrej roboty x
    @Xhoraneeex

    OdpowiedzUsuń
  7. Kiedy nowy rozdział?! Czekam z niecierpliwością!

    OdpowiedzUsuń
  8. O. Mój. Boże. Nie. Wierzę. O.O

    OdpowiedzUsuń